Ze zwichniętym skrzydłem / cz.IV/

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Awatar użytkownika
helka pętelka
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 153

Ze zwichniętym skrzydłem / cz.IV/

Post#1 » 28 sie 2018, o 14:45

Gdy tylko zamykam oczy, widzę Marka. Patrzy i nic nie mówi, jakby jego istnienie można było podać wątpliwość. Pytanie goni pytanie, jakbym otwierała drzwi złu. Osaczają mnie, są jak prezent, przykra niespodzianka. Nic się nie wyjaśnia, nic nie wiem, wszystko jest takie nieuchwytne. Poprawiam chustkę pod brodą, mam dreszcze.
Mark, co chciałeś powiedzieć, dając mi album? To jakaś ukryta symbolika, tajemnica? Jestem twoją córką! Żydówką, francuską Żydówką? Nie mam nic przeciwko Żydom, wręcz odwrotnie, podziwiam ich i szanuję. Chociaż, już sama nie wiem, może cię krzywdzę, prawdy nie dowiem się nigdy.
Zrezygnowana idę wyboistym chodnikiem, ciągnąc za sobą bagaż. Może spacer pozwoli mi ochłonąć... Ale co właściwie oznacza moja obecność w tym mieście? Nagle poczułam się w nim obco, jakbym żyła za karę, na wszystko patrzę jak zza przesłony kliszy.
Jesień przyszła jak bezszelestny kot. Wiatr, wieczny wędrowiec, z ulic Paryża zmiata leżący tam kurz, froteruje noc na niebie, przegania z domów ciepło. Martwy sezon, jakby Bóg, ten prawdziwy, ten dobry został wygnany. Zamiast ludzkiej krzątaniny i obłędnego jazzu wydobywającego się z Caveau de la Huchette, słychać tylko odgłos moich kroków. Skręcam w prawo w uliczkę Saint-Julien le Pauvre. Kilka metrów od skrzyżowania mieści się Aux Trois Mailletz. Szalone miejsce, dziś wydaje się obce. Przechodzę obok Saint-Julien le Pauvre – najmniejszego i najstarszego kościoła w Paryżu. Na skwerze Viviani namiętnie całuje się młoda para zakochanych. Zapewne nie wiedzą, że stoją oparci o pień najstarszego drzewa w Paryżu, posadzonego za panowania Henryka IV.

Jeszcze tylko dwie przecznice i będę w domu. Przechodzę z łomotem, obijając się o uchyloną bramę, walizka coraz bardziej ciąży.
Na klatce schodowej wita mnie ochrypłe dyszenie i jakieś krzyki. Do licha!, mam ochotę krzyknąć, ale staję i nasłuchuję, ostrożnie zapalając światło. Pojawiają się: sąsiad z dołu, olbrzym o wyłupiastych oczach i jego wysoka pospolita żona. Dziwnie przebrani, kolorowe koszule ledwie przykrywają nagie ciała, twarze zielone od farby... Są na kacu jak zwykle. Obrzucają mnie zaciekawionym spojrzeniem, potem on spluwa na posadzkę. Coś trzeba robić. Udaję, że ich nie rozpoznaję, usta jak zasznurowane, obracam się na pięcie, żeby oszczędzić sobie zażenowania. W duchu daję im błogosławieństwo. Po minucie czy dwóch schodzą powoli do suteryny, trzaskają drzwi. Widzę tylko odbicie własnej twarzy w ciemnej tafli wysokiego okna, oddycham z ulgą.

Gdzie ten klucz? Mocne pchnięcie ciężkich drzwi i jestem w moim domu. Zastygam w progu mieszkania, spąsowiała i skonfundowana. Wszędzie panuje nieład. Wydaje się ciasne jak muszla, zagracone, przesiąknięte specyficzną wonią płótna, kleju i farb. Okna zostawiłam zamknięte i jeszcze się dziwię. Na sztaludze sterczy niedokończony, wyblakły obraz, jakaś martwa natura. Zajmuje spory kąt, zawadza, trzeba go omijać, aby nie potknąć się o nogę sztalugi. Jutro się tym zajmę, dziś jest za późno. O reszcie tygodnia nie jestem w stanie myśleć, ile życia mija dookoła. Ile zostaje?
Z kuchni słychać tykanie starego zegara, wchodzę i zapalam światło. Gmeram w kieszeniach: były w nich rękawiczki? Zrzucam płaszcz z ramion. Cały dzień popsuty. Ból rozsadza czaszkę. Co się ze mną dzieje? Odsuwam krzesło,wypijam duszkiem szklankę zimnej wody z kranu i od razu lepiej.W chwilę potem biorę szybki prysznic, zaciągam zasłony w sypialni i rejestruję sprężystość materaca i biel pościeli. Upływa godzina, powieki się kleją, ale nie mogę zasnąć. Mimo woli puchną wspomnienia:

Mnie, małej dziewczynce dawałeś szczęście. Zwierzałam się z każdego głupstwa, wspinając się na palcach do twojego ucha. Pod stopami gęsta trawa uginała się jak dywan. Rówieśnicy patrzyli z zazdrością. To nic, mówiłeś. Nie przepuszczałeś żadnej okazji do żartów i wymyślnych zabaw, roztaczając wokół siebie urok jak za naciśnięciem guzika. Sprawdzałeś to raz po raz nie tylko na mnie, ale na wytwornym towarzystwie w salach koncertowych nie tylko Paryża, baristach w kawiarniach, fachowców od castingu i ludziach czytających w metrze. Przy tobie mój świat był inny, lepszy, nawet brudne ulice i stosy śmieci wyglądały pięknie. Często zastępowałeś mi tatę...

Nie wiem jak poukładać na właściwych miejscach prawdy powiązane cienkimi nićmi. To trochę jak siedzenie nad pustą kartką, którą próbuję zapełnić...

Zmęczona zapadłam w studnię snu, nie wyłączywszy światła.

****

Domowe obowiązki, wprawdzie nużące i monotonne podziałają jak balsam. Staję ze ścierką i wiadrem na środku pokoju. Wszystko jest jakieś krzywe, niewydarzone, żyrandol chwieje się w przeciągu, portrety na ścianach dziwnie zmatowiały, brudne szyby i parapety. Kurz zamieszkał u mnie na dobre.. Najpierw uprzątnę stół, piętrzące się stosy bibułek, pociętej słomy i innych rupieci. Pracuję z nieomylną precyzją. Zwinne ręce chwytają wyschłe łańcuchy pająka, dokładnie segregują książki i rysunki. Rozczochrana przysiadam na chwilę. Jeszcze rzut oka. Wszystko będzie wkrótce gotowe, do umycia pozostały podłogi w pokoju i kuchni.

Wreszcie znika bałagan, kolory biją po oczach. Przez czyste tafle okien wlewa się do mieszkania niebo, malując błękitami po ścianach. Dobrze wrócić do znajomych kątów i zapachów… i padam na krzesło, czuję się niezwykle zmęczona.

Na wieczór umówiłam się z Antoniną, przywiezie Kubę, mojego kota. Mamy sobie wiele do powiedzenia, tęsknię. Kuba znowu będzie dostawał się po taborecie na stół i chciwie porywał skrawek ubijanego przeze mnie mięsa, potem pospiesznie uciekał do kąta i pożerał łakomie zdobycz. Kochany szkodnik, kiedyś spożył część ronda filcowego kapelusza. Kot o nieprzewidywalnych zachowaniach i śmiesznym, o ogonie przypominającym rozczochraną miotełkę do zbierania kurzu. Już słyszę Antoninę opisującą jego zuchwałość.
Czuję potrzebę przebywania wśród zwierząt, doceniam ich inteligencję. W moim zwariowanym domu mogę zapomnieć na wiele godzin o tym bardziej szalonym na zewnątrz, tym dookoła.

****

Trzy charakterystyczne dzwonki do drzwi wyrywają z zadumy. To Antonina! Przyszła godzinę przed czasem.

– Cześć Karoline, gdybym była ptakiem przyleciałabym wcześniej. Kuba czuł, że wraca do domu, od rana kręcił się niemożliwie i nic nie zjadł - oznajmia w progu.

Spoglądamy na siebie. Wysyła oczami falę ciepła, czuję się jak ćma kuszona ich spokojem. Designerska sukienka w kolorze kości słoniowej dodaje jej charakteru, duży dekolt seksapilu. Patrzę na Antoninę z przyjemnością i niegasnącym podziwem. Wymaga dużo od siebie i od innych. Może winne temu przeżycia. Byłam przy niej, gdy przechodziła kryzys duchowy, po tym jak cudem uniknęła śmierci w zamachu terrorystycznym przed Stade de France. Po tym tragicznym zajściu nastroje w Paryżu wahały się między skrajnościami. Po falach odprężenia kipiały niepokojem. Ogarniała groza, wiadomości ze świata ją potęgowały. Eksplozja zostawiła w mojej psychice niezatarty ślad. To było przerażające, kiedyś niechętnie wspomniała.

Kuba dostojnym krokiem wchodzi do pokoju, po czym błyskawicznie odbija się od podłogi i wskakuje mi na kolana. Kochany, rozpuszczony do granic możliwości kocur. Usposobienie i gusta ma osobliwe, rzadkie w kocim plemieniu. Kto, by się spodziewał, że kot nauczy się dawać człowiekowi całusa, otwierać drzwi czy przypominać o porze obiadu. Pod czułą opieką Antoniny zapewne zupełnie się rozzuchwalił.

– Lokując się na noc, wślizgiwał się niepostrzeżenie do salonu. Skok i był na fortepianie, robiąc sobie legowisko ze sterty arkuszy z nutami - zeznaje, patrząc wyrozumiale na Kubę.

Kot siedzi spokojnie, przekrzywiając głowę, jakby wszystko rozumiał. Przez okno wpada ciepły powiew wiatru, robi się przytulniej.

– A co u ciebie? Jesteś blada, nie wyglądasz na szczęśliwą – wypala moja przyjaciółka, z wyrazem przemożnego zdziwienia w oczach.

[i Wyglądam naprawdę kiepsko skoro to zauważyła, czerwienię się po korzonki włosów. Jest spostrzegawcza i doskonała w skłanianiu ludzi do wynurzeń. Milczymy. Nie wiem, od czego zacząć, czuję się jak skoczek na wybiegu. W końcu odblokowuję się. Słowo, po słowie, z obawą przed śmiesznością.[/i]

– Nie dziw się, moja droga, to trochę tak jak przebiegać palcem po zamglonej szybie. Wiem jedno, Mark naprawdę kochał mamę, to nie typ faceta, który pieprzy głupoty.

Ocieram łzy płynące po policzkach i ciągnę dalej.

– Ojciec tego nie widział, może udawał, bez reszty zajęty swoimi sprawami. Zresztą, czy to teraz ważne, rodzice są tam na górze. Brakuje słów, głowa jak z drewna. Kiedy się do siebie zbliżyli? Może to był tylko seks? Pytania, na które nie umiem odpowiedzieć, jestem wściekła i przybita.

W duchu obawiam się, że gadając, zrobiłam z siebie ofiarę, jest mi głupio.

– Karoline, uspokój się. Rozumiem rozterki, nie bagatelizuję zdarzenia, ale historia wydaje się nieco zabawną. Nie sądzę, że chcesz odbrązowić Marka, ale kiedy, coś robisz to nigdy nie czyń tego bezmyślnie i po łebkach. Wracaj do Florencji, pogadajcie, może ci ulży. Zanim coś mu powiesz, posłuchaj i obchodź się z Markiem ostrożnie.

Wzruszam ramionami, zamyślam się. - Antonina ma rację, ale na niepewnym gruncie każda rzucona mimochodem uwaga może uruchomić spiralę kłopotów. Czy tego właśnie chcę?

Przesiedziałyśmy cały wieczór, w kucki na poduszkach. O zaparzonej w dzbanku owocowej herbacie, przypomniałam sobie, gdy wystygła.

– Karoline, zaskakiwanie wszystkich przez Marka w najmniej spodziewanym momencie, to chyba jego specjalność. Przestań się mazgaić, życie nie bajka.

– To niesprawiedliwe, ukrywa jakiś paskudny sekret.

Połykam łzy, światło traci blask. Antonina otwiera ramiona.

– Lękam się o ciebie. Musisz być sobą i działać w zgodzie z własną naturą i intuicją i to jak najszybciej.

– Ok.

– Zadzwonię do ciebie.

****

Zostałam sama. Umyłam się i wyciągnęłam się na łóżku, zasłaniając rękami twarz. Przemykają obrazy. Dlaczego to, co było piękne blaknie, a gdy wraca się wspomnieniami kruszeje? Może zamiast bić się z myślami powinnam przyjąć do wiadomości, że miałam dwóch ojców i przerwać tę nierozumną zabawę?

Nocą śniły mi się istoty mieszkające w ciemności

Tagi:

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość