Ze zwichniętym skrzydłem / cz.IV/

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 142

Ze zwichniętym skrzydłem / cz.IV/

Post#1 » 4 tygodnie temu (28 sie 2018, o 14:45)

[czesc-nastepna]


Gdy tylko zamykam oczy, widzę Marka. Pojawiają się pytania, są jak prezent niespodzianka. Mark, co chciałeś powiedzieć, dając mi album? Wysilam wyobraźnię i zaczynam przeglądać na oczy. Z jakiegoś powodu kłamiesz! Jestem twoją córką! Żydówką, francuską Żydówką? Nie mam nic przeciwko Żydom, wręcz odwrotnie, podziwiam ich i szanuję. Chociaż, już sama nie wiem, może cię krzywdzę. Zrezygnowana puściłam wolno taksówkę i idę, ciągnąc za sobą bagaż. Może spacer pozwoli mi ochłonąć.
W tym roku jesień przyszła jak bezszelestny kot. Wiatr na ulicach zmiata leżący kurz, froteruje noc na niebie, przegania z domów ciepło. Martwy sezon. Zamiast ludzkiej krzątaniny i obłędnego jazzu wydobywającego się z Caveau de la Huchette, słychać tylko odgłos moich kroków. Skręcam w prawo w uliczkę Saint-Julien le Pauvre. Kilka metrów od skrzyżowania mieści się Aux Trois Mailletz. Szalone miejsce, dziś wydaje się obce. Przechodzę obok Saint-Julien le Pauvre – najmniejszego i najstarszego kościoła w Paryżu. Na skwerze Viviani namiętnie całuje się para zakochanych. Zapewne nie wiedzą, że stoją oparci o pień najstarszego drzewa w Paryżu, posadzonego za panowania Henryka IV.
Jeszcze tylko dwie przecznice i będę w domu. Przechodzę z łomotem przez uchyloną bramę, walizka coraz bardziej ciąży.
Na klatce schodowej rozlega się ochrypłe dyszenie, dochodzi jakiś krzyk. Staję i słucham, ostrożnie zapalając światło. Znajome głosy? Pojawiają się: sąsiad z dołu, olbrzym o wyłupiastych oczach i jego wysoka pospolita żona. Są dziwnie przebrani, kolorowe koszule ledwie przykrywają nagie ciała, twarze zielone od farby... Obrzucają zaciekawionym spojrzeniem. Udaję, że ich nie rozpoznaję, usta mam jak zasznurowane, obracam się na pięcie, żeby oszczędzić sobie zażenowania. Po minucie czy dwóch schodzą powoli do suteryny, z hukiem zamykają za sobą drzwi. Widzę tylko odbicie twarzy w ciemnej tafli wysokiego okna, oddycham z ulgą.

Gdzie ten klucz? Mocne pchnięcie ciężkich drzwi i jestem w moim mieszkaniu. Zastygam w progu, spąsowiała i skonfundowana. Wszędzie panuje nieład. Wydaje się ciasne, zagracone, niewątpliwie przesiąknięte specyficzną wonią płótna, kleju i farb. Okna zostawiłam zamknięte i jeszcze się dziwię. Na sztaludze niedokończony, wyblakły obraz. Zajmuje spory kąt, zawadza, trzeba go omijać, aby nie potknąć się o nogę sztalugi. Jutro się tym zajmę, dziś jest zbyt późno. O reszcie tygodnia nie jestem w stanie myśleć. Z kuchni słychać tykanie starego zegara, wchodzę i zapalam światło. Gmeram w kieszeniach: były w nich rękawiczki? Zrzucam płaszcz z ramion. Cały dzień popsuty. Ból rozsadza mi czaszkę. Co się ze mną dzieje? Odsuwam krzesło,wypijam duszkiem szklankę zimnej wody z kranu i od razu lepiej.
W chwilę potem szybki prysznic, zaciągam zasłony w sypialni i rejestruję sprężystość materaca i biel pościeli. Upływa godzina, powieki się kleją, ale nie mogę zasnąć. Mimo woli puchną wspomnienia. Mnie, małej dziewczynce dawałeś szczęście. Zwierzałam się z każdego głupstwa, wspinając się na palcach do twojego ucha. Pod stopami gęsta trawa uginała się jak dywan. Rówieśnicy patrzyli z zazdrością. [i]To nic, mówiłeś. Nie przepuszczałeś żadnej okazji do żartów i wymyślnych zabaw, roztaczając wokół siebie urok jak za naciśnięciem guzika. Sprawdzałeś to raz po raz nie tylko na mnie, ale na wytwornym towarzystwie w salach koncertowych nie tylko Paryża, baristach w kawiarniach, fachowców od castingu i ludziach czytających w metrze. Przy tobie mój świat był inny, lepszy, nawet brudne ulice i stosy śmieci wyglądały pięknie. Często zastępowałeś mi tatę...[/i]
Nie wiem jak poukładać na właściwych miejscach prawdy powiązane cienkimi nićmi. To trochę tak jak siedzenie nad pustą kartką, którą próbuję zapełnić...

Zmęczona zapadłam w studnię snu, nie wyłączywszy światła.

****

Domowe obowiązki, wprawdzie nużące i monotonne podziałają jak balsam. Staję ze ścierką i wiadrem na środku pokoju. Wszystko jest jakieś krzywe, niewydarzone, żyrandol chwieje się w przeciągu, portrety na ścianach dziwnie zmatowiały, brudne szyby i parapety. Kurz zamieszkał u mnie na dobre.. Najpierw uprzątnę stół, piętrzące się stosy bibułek, pociętej słomy i innych rupieci. Pracuję z nieomylną precyzją. Zwinne ręce chwytają wyschłe łańcuchy pająka, dokładnie segregują książki i rysunki. Rozczochrana przysiadam na chwilę. Jeszcze rzut oka. Wszystko będzie wkrótce gotowe, do umycia pozostały podłogi w pokoju i kuchni.

Wreszcie znika bałagan, kolory biją po oczach. Przez czyste tafle okien wlewa się do mieszkania niebo, malując błękitami po ścianach. Dobrze wrócić do znajomych kątów i zapachów… i padam na krzesło, czuję się niezwykle zmęczona.

Na wieczór umówiłam się z Antoniną, przywiezie Kubę, mojego kota. Mamy sobie wiele do powiedzenia, tęsknię. Kuba znowu będzie dostawał się po taborecie na stół i chciwie porywał skrawek ubijanego przeze mnie mięsa, potem pospiesznie uciekał do kąta i pożerał łakomie zdobycz. Kochany szkodnik, kiedyś spożył część ronda filcowego kapelusza. Kot o nieprzewidywalnych zachowaniach i śmiesznym, o ogonie przypominającym rozczochraną miotełkę do zbierania kurzu. Już słyszę Antoninę opisującą jego zuchwałość.
Czuję potrzebę przebywania wśród zwierząt, doceniam ich inteligencję. W moim zwariowanym domu mogę zapomnieć na wiele godzin o tym bardziej szalonym na zewnątrz, tym dookoła.

****

Trzy charakterystyczne dzwonki do drzwi wyrywają z zadumy. To Antonina! Przyszła godzinę przed czasem.

– Cześć Karoline, gdybym była ptakiem przyleciałabym wcześniej. Kuba czuł, że wraca do domu, od rana kręcił się niemożliwie i nic nie zjadł - oznajmia w progu.

Spoglądamy na siebie. Wysyła oczami falę ciepła, czuję się jak ćma kuszona ich spokojem. Designerska sukienka w kolorze kości słoniowej dodaje jej charakteru, duży dekolt seksapilu. Patrzę na Antoninę z przyjemnością i niegasnącym podziwem. Wymaga dużo od siebie i od innych. Może winne temu przeżycia. Byłam przy niej, gdy przechodziła kryzys duchowy, po tym jak cudem uniknęła śmierci w zamachu terrorystycznym przed Stade de France. Po tym tragicznym zajściu nastroje w Paryżu wahały się między skrajnościami. Po falach odprężenia kipiały niepokojem. Ogarniała groza, wiadomości ze świata ją potęgowały. Eksplozja zostawiła w mojej psychice niezatarty ślad. To było przerażające, kiedyś niechętnie wspomniała.

Kuba dostojnym krokiem wchodzi do pokoju, po czym błyskawicznie odbija się od podłogi i wskakuje mi na kolana. Kochany, rozpuszczony do granic możliwości kocur. Usposobienie i gusta ma osobliwe, rzadkie w kocim plemieniu. Kto, by się spodziewał, że kot nauczy się dawać człowiekowi całusa, otwierać drzwi czy przypominać o porze obiadu. Pod czułą opieką Antoniny zapewne zupełnie się rozzuchwalił.

– Lokując się na noc, wślizgiwał się niepostrzeżenie do salonu. Skok i był na fortepianie, robiąc sobie legowisko ze sterty arkuszy z nutami - zeznaje, patrząc wyrozumiale na Kubę.

Kot siedzi spokojnie, przekrzywiając głowę, jakby wszystko rozumiał. Przez okno wpada ciepły powiew wiatru, robi się przytulniej.

– A co u ciebie? Jesteś blada, nie wyglądasz na szczęśliwą – wypala moja przyjaciółka, z wyrazem przemożnego zdziwienia w oczach.

[i Wyglądam naprawdę kiepsko skoro to zauważyła, czerwienię się po korzonki włosów. Jest spostrzegawcza i doskonała w skłanianiu ludzi do wynurzeń. Milczymy. Nie wiem, od czego zacząć, czuję się jak skoczek na wybiegu. W końcu odblokowuję się. Słowo, po słowie, z obawą przed śmiesznością.[/i]

– Nie dziw się, moja droga, to trochę tak jak przebiegać palcem po zamglonej szybie. Wiem jedno, Mark naprawdę kochał mamę, to nie typ faceta, który pieprzy głupoty.

Ocieram łzy płynące po policzkach i ciągnę dalej.

– Ojciec tego nie widział, może udawał, bez reszty zajęty swoimi sprawami. Zresztą, czy to teraz ważne, rodzice są tam na górze. Brakuje słów, głowa jak z drewna. Kiedy się do siebie zbliżyli? Może to był tylko seks? Pytania, na które nie umiem odpowiedzieć, jestem wściekła i przybita.

W duchu obawiam się, że gadając, zrobiłam z siebie ofiarę, jest mi głupio.

– Karoline, uspokój się. Rozumiem rozterki, nie bagatelizuję zdarzenia, ale historia wydaje się nieco zabawną. Nie sądzę, że chcesz odbrązowić Marka, ale kiedy, coś robisz to nigdy nie czyń tego bezmyślnie i po łebkach. Wracaj do Florencji, pogadajcie, może ci ulży. Zanim coś mu powiesz, posłuchaj i obchodź się z Markiem ostrożnie.

Wzruszam ramionami, zamyślam się. - Antonina ma rację, ale na niepewnym gruncie każda rzucona mimochodem uwaga może uruchomić spiralę kłopotów. Czy tego właśnie chcę?

Przesiedziałyśmy cały wieczór, w kucki na poduszkach. O zaparzonej w dzbanku owocowej herbacie, przypomniałam sobie, gdy wystygła.

– Karoline, zaskakiwanie wszystkich przez Marka w najmniej spodziewanym momencie, to chyba jego specjalność. Przestań się mazgaić, życie nie bajka.

– To niesprawiedliwe, ukrywa jakiś paskudny sekret.

Połykam łzy, światło traci blask. Antonina otwiera ramiona.

– Lękam się o ciebie. Musisz być sobą i działać w zgodzie z własną naturą i intuicją i to jak najszybciej.

– Ok.

– Zadzwonię do ciebie.

****

Zostałam sama. Umyłam się i wyciągnęłam się na łóżku, zasłaniając rękami twarz. Przemykają obrazy. Dlaczego to, co było piękne blaknie, a gdy wraca się wspomnieniami kruszeje? Może zamiast bić się z myślami powinnam przyjąć do wiadomości, że miałam dwóch ojców i przerwać tę nierozumną zabawę?

Nocą śniły mi się istoty mieszkające w ciemności.

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości