"Łzy życia"

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Krzytawy
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 37

"Łzy życia"

Post#1 » 3 tygodnie temu (3 wrz 2018, o 19:07)

Rozdział 1

A jednak doczekał w końcu tego dnia.
Bena wyselekcjonowano i promowano do młodzieżowej kadry narodowej!
Z radości Ralf nie wiedział, co ze sobą zrobić. Miotał się po mieszkaniu tam i sam, niecierpliwie wyczekując powrotu Marii z pracy.
Benjamin, mój wspaniały syn, w kadrze juniorów!
Przed kwadransem zadzwonił Willi, trener Bena. Zawsze chłodny i opanowany, tym razem nie ukrywał podekscytowania.
– No, Ralf… wódeczka na stół! Benjamin załapał się do młodzieżowej czołówki!
Jego poczucie szczęścia potęgował fakt, że od około trzech lat, a więc od kiedy chłopakowi szło już na piętnastkę, pomału zaczynał stawiać pod znakiem zapytania ewentualną karierę syna w piłce nożnej. Jak bowiem miał się on wybić w tej popularnej i konkurencyjnej dyscyplinie sportu, jeśli nie zależało mu na tym choć w połowie tak, jak ojcu czy matce?
Ben był utalentowany.
Nigdy jednak nie wykazywał zbytniego pociągu do harówki treningowej czy samodyscypliny. I to również było powodem, dla którego zarówno Ralf, jak i Maria coraz częściej wątpili, by Ben zdołał się przedrzeć przez gęste sito rygorystycznej selekcji.
– Kilku z komisji było przeciw, wytykali lenistwo Bena – relacjonował Willy. – Większość jednak postawiła na jego talent. Nie zmienia to faktu, że postawa twojego chłopaka musi ulec radykalnej zmianie. Z kadry może dużo szybciej wylecieć, niż się do niej załapał.
– Musimy z nim wspólnie porozmawiać, Will. Masz na niego większy wpływ ode mnie.
Była to prawda. Od kiedy Benjamin w wieku dwunastu lat zrozumiał, że tata nie za bardzo umie się „kiwać”, ten prędziutko przestał być dla niego autorytetem.
– Przestań tato, przecież ty się na tym nie znasz! To nie boks, który trenowałeś. Boks to sport indywidualny – w nodze liczy się zgrana drużyna. Dwa różne światy. Na boisku decyduje o sukcesie współpraca całego zespołu, a nie to, kto komu pierwszy przypieprzy.
Niczego nie zmienił też fakt, iż Ralf – pojąwszy, że jego naciski wywierają skutek odmienny od zamierzonego – z czasem zaprzestał uwag na temat słabości technicznych czy motorycznych Bena. Biciem grochu o ścianę były także próby wzbudzenia w chłopcu większego zaangażowania, motywacji, chęci do pracy czy ambicji. Przy tym, co Ralf obiektywnie przyznawał, łagodne perswazje Marii przynosiły wprawdzie skromne, ale jednak bardziej widoczne efekty. Jego – podszyte dostrzegalnymi dla Benjamina emocjami – argumenty i nagabywania działały chłopcu na nerwy i przez to, wchodząc jednym uchem, drugim natychmiast wylatywały.
I tak, oczekując niecierpliwie przyjścia małżonki z pracy, dopuścił bezwolnie, by poprzez radosną euforię przebiły się smutne akcenty.
Ralf kochał ich jedynaka bardzo, bardzo mocno, aż do bólu. Na pewno niewiele mniej aniżeli jego żona i matka Benjamina.
Dla Marii Ben był całym światem. Nie przyznałaby się do tego, ale każdy dzień widziała i organizowała poprzez pryzmat latorośli. Skutek był taki, że rozpieszczała go od zawsze. Ralf często stawał na to okoniem, co, również od zawsze, było najczęstszym powodem domowych niesnasek.
Czy jego próby konsekwentnego acz liberalnego przecież wychowywania Bena mściły się teraz? Miał wrażenie, że tak. Nie potrafił już, jak dawniej, rozmawiać z synem. Nie znajdowali wspólnego języka. Obecnie dorastający nastolatek odzywał się do ojca praktycznie wtedy tylko, gdy musiał. Ralf niezmiernie nad tym bolał. Jednocześnie radował się w duchu serdecznym stosunkiem chłopca do Marii. Dręczyła go tutaj sprzeczność uczuć: odczuwał wyraźną ulgę z powodu przyjacielskiej nici porozumienia między synem i matką, zarazem jednak był zazdrosny, iż nie jest to i jego udziałem. Benni, jeśli komuś z czegokolwiek się zwierzał, to mamie. Ralf wiedział, że małżonka cieszy się całkowitym zaufaniem ich jedynaka. Zawsze okazywała mu pełne zrozumienie i jednocześnie… rozpieszczała właśnie. On natomiast starał się być niestrudzony w sprawach wychowawczych i w wymagających tego sytuacjach karał syna. Sporadyczne w gruncie rzeczy kary były z reguły niezbyt dotkliwe, w oczach kochającej matki stawały się jednak „zanadto surowe”. Inicjowała wtedy „jedyne rozsądne rozwiązanie” i redukowała ojcowski zakaz grania w najbliższą sobotę w gry komputerowe, do tego samego zakazu, ale jedynie do południa; kara traciła wszelki sens: w soboty i niedziele Ben opuszczał łóżko, tak czy owak – o ile nie miał meczu bądź treningu – nie wcześniej niż o dziesiątej.
Benjamin od dawna doskonale zdawał sobie sprawę, że kary za przewinienia może w domu spodziewać się wyłącznie ze strony ojca. A i to od pewnego czasu nie robiło już na nim większego wrażenia: mama, choćby i na drodze kłótni, za każdym razem wyciągała go z „tarapatów”.
Zatopiony w myślach mężczyzna stał przed oknem z widokiem na balkon i ogród. Siąpił jesienny deszczyk; było szaro i smutno. Niewesołe refleksje i przygnębiająca wrześniowa panorama stonowały nieco jego entuzjazm, wynikły z sensacyjnej wiadomości przekazanej przez trenera.
Nie dalej jak przedwczoraj kolejny raz poróżnił się ostro z synem.
– Czego się mnie znowu czepiasz? O Boże, że też to akurat ja muszę mieć tak wrogiego ojca. Mama też ma ciebie dosyć! Czasami nienawidzę cię! Najlepiej wyprowadź się z tego domu!.
Ralfa zatkało.
Ben pozwalał już sobie wprawdzie na podobne, nieco histeryczne wybuchy, tyle że tym razem ponownie posunął się o krok dalej w sprawianiu mu bólu. Im bliżej osiemnastego roku życia, tym bardziej puszczały młodzianowi hamulce.
Przez chwilę zastanawiał się nad surowym komentarzem nieprzemyślanej wypowiedzi tego na wpół mężczyzny, ale i na wpół jeszcze nastolatka.
Dał spokój
Popatrzył jedynie bezradnie w oczy dorastającego dziecka, zawierając w tym spojrzeniu całą swoją bezsilność i ból. Przez krótki moment łudził się, iż widzi w oczach chłopca coś nowego – jakby zrozumienie. Ten jednak w następnej chwili dokonał gniewnego zwrotu na pięcie, pobiegł na górę i zamknął się w swoim pokoju.
Otrząsnął się z ponurych rozważań.
„Bądź zadowolony z tego co jest”, powiedział sobie. „Chłopak zaczyna robić poważne postępy w sporcie, nauka nie sprawia mu najmniejszych kłopotów (maturę w przyszłym roku zaliczy zapewne bez zająknięcia), ma wielu przyjaciół, jest oblegany przez dziewczęta…”.
Zerknął na zegar ścienny. Dochodziła osiemnasta. Ben siedział już w InterCity. W drodze do domu po długim treningu. Za dobrą godzinę on albo Maria pojedzie odebrać syna z dworca.
Marii nie podobało się to dojeżdżanie na treningi pociągiem.
– Czy do ciebie nie dociera, do czego dzisiaj dochodzi w pociągach i na dworcach?! –atakowała. – Chuliganeria, narkomani, kryminaliści! Ja się naprawdę boję o Benjamina.
Ostatecznie ustąpiła.
Wtorkowy trening był bardzo ważny. Poza treningami w klubie ich syn od prawie pół roku uczestniczył w cotygodniowych zajęciach treningowych kadry młodych talentów regionu północnego, a zarówno on, jak i Maria nie mogli – z przyczyn zawodowych – pozwolić sobie, akurat tego dnia w tygodniu, na wożenie ich jedynaka do Hamburga. Z trudem zresztą zdołali uregulować tę sprawę ze szkołą.
Benni wyjątkowo trzymał stronę ojca.
– Uspokój się, mamo, przecież nie jestem już dzieckiem. Cóż się stanie, jeśli raz w tygodniu będę korzystał z pociągu? Poza tym w paźdzerniku zdaję na prawko, więc będę mógł już samodzielnie jeździć na treningi.
W podtekście oznaczało to, że rodzice kupią mu samochód.
Miał rację. Ralf obiecał synowi na początek, po zdaniu egzaminu na prawo jazdy, mały, skromny pojazd: volkswagena lupo.
Dzieckiem to on faktycznie już nie był!
Przystojny muskularny blondyn o męskich rysach twarzy. Miał obecnie sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu (czym przerósł o 5 cm ojca) i osiągnął 85 kg wagi. Niewątpliwie niejeden obcy dawał mu dwadzieścia lub nawet więcej lat.
Mój wspaniały chłopak!
Nagle poczuł silne ukłucie w sercu, nieokreślony lęk.
Muszę koniecznie coś zrobić… albo któregoś dnia stracę moje dziecko bezpowrotnie i staniemy się obcymi sobie ludźmi. Koniec z fałszywą dumą i ambicją! Powodowały niezmiennie, że stale obrażał się na chłopca. Miał jakoś również problemy z okazywaniem mu swoich, tak silnych przecież, uczuć.
Ach, do diabła! Jeśli będzie trzeba, obiecywał sobie, pokajam się przed moim chłopczykiem, uklęknę… byle tylko znowu mnie choć trochę kochał, jak wtedy, gdy był dzieckiem i gdy jeszcze nie katowałem go treningami i dyscypliną.
Określenie „katowałem” wcale nie było przesadzone. Ralf miał licencję trenerską w boksie. Więc dodatkowo, jako medyk, zdołał opracować optymalny system rozwijania motoryki Bena, co po kilku latach prowadzenia młodego sportowca zaowocowało doskonałą, żelazną kondycją piłkarza. Z jednej strony dumny był z osiągnięć ich chłopca, z drugiej – świadom, że odebrał mu znaczną część dzieciństwa.
Ucisk w sercu nie ustępował.
Ralf skonstatował, że ma wilgotne oczy.
Podszedł do barku, nalał pół szklaneczki Jacka Daniel’sa i jednym haustem wychylił zawartość do dna.
Szczęknął zamek u drzwi wejściowych i do przedpokoju wtoczyła się zasapana Maria, obwieszona torbami pełnymi zakupów i otwartą parasolką. Ralf nie zdołał jak dotąd rozszyfrować, czy jego małżonkę istotnie wykańczały zakupy, których dokonywał zwykle w drodze z pracy czy też jej stękanie miało manifestować: Popatrz no tylko, jak ja się poświęcam dla domu. Chcąc nie chcąc, Ralf miewał w takich sytuacjach wyrzuty sumienia. Jednak, załatwiając zakupy samodzielnie, prawie zawsze robił coś nie tak. Za tanio, za drogo, przeterminowana margaryna albo nieświeża kiełbasa.
Zzuwając obuwie, Maria zajrzała do salonu, gdzie Ralf nalewał właśnie do opróżnionej przed chwilą szklanki nową porcję alkoholu.
– A ty co, masz jakiś powód, żeby zalewać robaka? – zapytała żartobliwie.
Lubił, kiedy była w dobrym humorze. Kiedyś, kiedy jeszcze panowała między nimi wielka namiętna miłość, Maria rzadko dawała się wyprowadzić z pogodnego nastroju. Po latach małżeństwa stało się odwrotnie: nieczęsto bywała wesołą.
Podszedł do niej, położył ręce na delikatnych barkach i zajrzawszy ciepło w wielkie niebieskoszare oczy, uświadomił sobie, jak bardzo ją wciąż jeszcze kocha.
– Noo… co się tak gapisz jak sroka w gnat?
Lubił również tę jej pozorną szorstkość, grane prostactwo, jeśli tylko objawiała tym dobre samopoczucie.
– Stało się coś, o czym powinnam wiedzieć?
– A czy powinnaś wiedzieć o czymś, co dotyczy Benjamina?
– Ooo tak! Mów mi tu zaraz, co się stało!
Nigdy nie wiedział, jak zakwalifikować ten jej, niekiedy nawet uroczy, brak cierpliwości. Raz widział w tym zaletę, kiedy indziej znowu drażniło go to.
– No zgadnij, co się mogło zdarzyć… dobrego.
– Raaalf! – W tej samej sekundzie zajrzała mu głębiej w oczy, natychmiast odgadując odpowiedź.
– Hurra! Nie, to nie może być prawda, nie wierzę… Ben w kadrze?! Wiedziałam, że stać go na to, zawsze w niego wierzyłam. O Boże, jakże ja się cieszę, Ralfi!
Objęła go mocno, przytuliła się, stanęła na palcach i pocałowała w policzek. Odwzajemnił pocałunek, czule poklepując Marię po plecach. I nie miało dla niego teraz znaczenia, że jej odwieczna wiara w szczęśliwą gwiazdę Bena nie całkiem zgodna była z prawdą. Rozkoszował się tą rzadką chwilą bliskości, ciepłego kontaktu z żoną. Tkliwością obdarzała go coraz rzadziej. Kiedyż to po raz ostatni nazwała go pieszczotliwie „Ralfi”…?
Maria odsunęła męża na długość ramion i otaksowała uważnie od stóp do głów, jakby oglądała go po raz pierwszy. Wysoki, szczupły szatyn o interesujących rysach twarzy i szarych oczach w oprawie przypominającej Kevina Costnera; niewiele zmarszczek, zaznaczone w kącikach oczu kurze łapki i mocny rzymski nos, lekko – na skutek lat boksu – przekrzywiony. Złamanie to jakoś bardziej dodawało twarzy Ralfa męskiego uroku niż szpeciło.
„O Boże, ja go przecież wciąż tak bardzo kocham! Jak to możliwe, że tak strasznie się od siebie oddaliliśmy? Czy naprawdę nie możemy już nic poprawić w tym naszym, cierpiącym od lat na obojętność, związku?”.
Jeszcze raz kurczowo przyciągnęła mężczyznę do siebie, całując czule przez materiał koszuli obojczyk małżonka.
Nie miał biedak zielonego pojęcia, kiedy się tak tulili do siebie we wspólnej radości, że przez wiele przyszłych lat będzie wspominał tę intymną scenę jako jeden z najszczęśliwszych momentów w ich związku. Jako w ogóle ostatnią szczęśliwą chwilę z kobietą swojego życia– chwilę, której nigdy więcej nie będzie mu dane zaznać w bezmiarze nadchodzących cierpień.

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość