"Łzy życia"

Teksty niespełniające wymogów regulaminu.
Krzytawy
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 125

"Łzy życia"

Post#1 » 5 wrz 2018, o 20:18

[czesc-nastepna]

Rozdział 3

Benjamin siedział samotnie w rogu otwartego wagonu bezprzedziałowego, twarzą w kierunku jazdy, i dawał odpocząć– wyciągniętym na pustym siedzeniu naprzeciw– zmordowanym nogom. Wybrał fotele, które znajdowały się w bezpośrednim sąsiedztwie przejścia do dalszych części składu. W wagonie było raptem kilka osób. Monotonny stukot kół usypiał go– znużonego ponad dwugodzinnym treningiem. Zasnąć jednak nie mógł. Po raz enty przeżuwał w myślach kolejną, ostatnio przeżytą, kłótnię z ojcem. Zdawał sobie sprawę, że zachował się nie fair. Nie mógł wyjść z podziwu, że przy swojej inteligencji (nie miało to nic wspólnego z zarozumialością – po prostu wiedział, iż posiada nieco oleju w głowie) był tak niesprawiedliwy wobec starego.
„Wobec taty”, poprawił się w duchu. „Jak w ogóle mogłem zacząć nazywać go «stary»?”, poczuł w zawstydzeniu krew uderzającą do twarzy.
A i ta ostatnia ich waśń nie zmieniłaby jego postawy wobec rodziciela, gdyby się wreszcie nie przebudził, dostrzegłszy całą tę rozpaczliwą miłość do niego, głębię ojcowskich uczuć w smutnych oczach Ralfa. Jedno jedyne pełne cierpiącej miłości spojrzenie ojca, niemo błagające o litość. Zrozpaczone, zmęczone oczy tatusia, z którego jeszcze parę lat temu był taki dumny.
W oczach wezbrały łzy.
Miał wyrzuty sumienia, ale łez się wstydził.
„A to już twoja szkoła, tatku”, wyrzucał ojcu w myślach. „To chyba dlatego się od ciebie odwróciłem, ojczulku. Tak bardzo zapatrzyłeś się w moją karierę, że bardziej zważałeś na to, bym był twardy, nieugięty i zdyscyplinowany, niż na moje prawa jako syna. Twojego dziecka, pragnącego o wiele więcej ciepła, aniżeli go od ciebia dostawało. Wszystko jedno! Przecież i tak wiem, jak bardzo mnie kochasz. I ja cię kocham, i powiem ci o tym. Ukocham cię i przytulę się do ciebie jak dawniej”.
Czuł, że coraz bardziej się rozkleja, więc w mocnym postanowieniu pojednania z rodzicielem (jakżeż mu go od kilku lat brakowało; poprzez twarde treningi doszło do tego, że bardziej w nim widział bezwzględnego i wcale nie najlepszego trenera niż ojca) spróbował odwrócić myśli ku czemuś innemu.
Bez skutku jednak.
„Przecież on mnie potrzebuje równie mocno, jak ja jego… Widziałem to w twoich oczach, tatusiu”.
Z trudem uwolnił się od zadumy, obserwując, jak pociąg staje na jedynym z paru przystanków między Hamburgiem a jego miastem rodzinnym. Rzucił okiem na zegar peronowy. Za około czterdzieści minut ktoś – mama albo tato – odbierze go z dworca.
Zachmurzył się znowu.
Przypomniał sobie, że w czasie jego treningu zapadła prawdopodobnie decyzja, kto wcielony zostanie do kadry młodzieżowej Niemiec. Lista była już właściwie znana. Zostało tylko jedno miejsce i ich trzech: on – Benjamin Storch, następnie Mathias Hagemann oraz ten siedemnastoletni Rosjanin – Ben lubił go – któremu ostatnio przyznano niemieckie obywatelstwo, Sergiej Korolev.
Nie wierzył w swoją nominację. Jego lenistwo do treningów było znane i nie wypierał się tego; w duchu przyznawał obiektywnie, że nie zasługuje na awans. Od dawna już traktował piłkę na luzie. Na karierze też mu, tak naprawdę, specjalnie nie zależało.
Rodzicom za to na pewno: i to jak!
„Wszystko jedno jak brzmi decyzja selekcjonerów… nasz układ syn-ojciec/ojciec-syn nie ma prawa dalej tak zimno i bezdusznie funkcjonować! Nie może być, że nasze kontakty sprowadzają się jedynie do boksowania w piwnicy.To musi ulec zmianie. Moja w tym głowa!”.
Pociąg potoczył się w dalszą drogę.
Do wagonu wkroczyły dwie szczupłe dziewczyny – rok, może dwa lata młodsze od Bena.Szczebiotały wesoło, mijając kolejne szeregi foteli z pojedyńczym pasażerem tu i ówdzie.
Przemknęły obok piłkarza i były już w przejściu do następnej części składu, kiedy go dostrzegły – rozwalonego wygodnie chłopaka w wiśniowym dresie pumy i widoczną pod rozpiętą bluzą, białą podkoszulką sportową tej samej marki. Był przystojny i patrzył na nie, stojące w przejściu, nieobecnym i jakby smutnym wzrokiem.
Chichocząc cicho, poszeptały coś do siebie, po czym zawróciły i trochę nieśmiało– świadome, że ładny chłopiec domyśla się powodu ich decyzji– usiadły naprzeciwko i ukośnie względem niego, przy przeciwległym oknie.
Ben ożywił się.
Poczuł wręcz wdzięczność do dziewcząt.
Pozwoliły mu uwolnić się od niewesołych myśli. Były ładne, uśmiechnięte i równie spontaniczne w zachowaniu jak– zazwyczaj– on sam
– Co wam tak wesoło, panienki? – zagaił bez dłuższego namysłu, szczerząc przy tym pełne uzębienie; znał rozbrajające działałanie swojego łobuzerskiego uśmiechu. – Dajcie i mnie się pośmiać
Spojrzały po sobie, by następnie z ulgą zgodnie wybuchnąć śmiechem.
Pierwszy kontakt z sympatycznym młodzieńcem został nadzwyczaj łatwo nawiązany.
– Panienki? Podrywasz nas jak jakiś stary ramol!?
– Nie podrywam was, tylko próbuję kulturalnie zawrzeć znajomość.

Tagi:

Wróć do „Publikacje nieregulaminowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości