"Łzy życia"- Rozdział 8

Teksty niespełniające wymogów regulaminu.
Krzytawy
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 121

"Łzy życia"- Rozdział 8

Post#1 » 11 wrz 2018, o 20:14

Ben uśmiechał się, spoglądając na wygolonych ćwierć-Schwarzeneggerów i niepozornego chłopaka o ciemnych posępnych oczach.
Uśmiech stężał na twarzy atlety.
Boks z ojcem nauczył go odkrywać we wzroku przeciwnika zamysł ataku w następnym ułamku sekundy. Przez krótki moment miał wrażenie, że szczupły smagły brunecik rzuci się na niego. Patrzył czarnemu prosto w oczy. Był gotów. W półleżącej pozycji i mimo że nonszalancko podparty łokciem, był gotów do natychmiastowej kontrakcji.
Elvisowi istotnie niewiele brakowało do rzucenia się na blondasa. Zapragnął nagle zmiażdżyć doprowadzający go do szału uśmiech tamtego. Intuicja zabijaki, który liznął nieco karate, ostrzegła go jednak, że może się to okazać niewypałem. Instynkt podpowiadał, że nie jest to jeden z tych dyskotekowych bufonów z niewyparzoną gębą w grupie, a cienko piejących oko w oko z ostrym facetem. Ten tu wyglądał na prawdziwego sportowca; silnego i na pewno nie strachliwego.
– No… co jest, przyjaciele? – Ben przerwał spokojnie przydługawą już nieco chwilę napiętego milczenia. Był świadom rosnącego zdenerwowania nowo poznanych dziewcząt, więc poczuł się w obowiązku przejąć inicjatywę w tej niezbyt sympatycznej sytuacji. – Przeszkadzamy wam w czymś może?
– Ty się tu, kurwa… – zaczął wściekle potężniejszy z łysych wyrostków („Mniej więcej mojego wzrostu” – pomyślał Ben), ale brunet o ponurych oczach, szef zawadiaków, zamknął mu usta niecierpliwym gestem. Następnie zbliżył się powoli do Benjamina, rozjaśniając nieoczekiwanie swoją mroczną twarz szerokim uśmiechem. Elvis wiedział, że w tym momencie wydał się sympatyczny zarówno tym siksom, jak i blondasowi. Niejedną już piczkę „wyjął” na ten uśmiech.
Nie przestając szczerzyć zębów, nachylił się do również uśmiechniętego sportowca i błyskawicznie wystrzelił lewą rękę w kierunku jego podbródka, pozorując zadanie ciosu. Chciał przetestować blondyna. Nim jednak niezaciśnięta nawet w kułak dłoń dotarła bliżej twarzy młodzieńca, utkwiła raptem w prawicy zaatakowanego. Jak zahipnotyzowany, Elvis w niemym zaskoczeniu obserwował, jak potężna, opalona, żylasta ręka – ładne długie palce, przemknęło mu z mimowolnym podziwem – zaciska się niespiesznie z siłą imadła na jego schwytanej w pułapkę drobniejszej dłoni. Czuł rosnący powoli ból i natychmiast pojął, że za chwilę będzie on nie do zniesienia, a wtedy zacznie klękać i być może nie uda mu się nawet powstrzymać jęku. Kto w swoim życiu „poczęstowany” został mocarnym, przemożnym, wzmaganym powoli i nieubłaganie uściskiem ręki, ten wie, jak nieodparcie idzie się w klęczki w irracjonalnej, rozpaczliwej nadziei uniknięcia w ten sposób okropnego, miażdżącego, nie kończącego się, i wciąż i dalej rosnącego bólu.
W dzikiej, zwierzęcej desperacji Elvis szarpnął się z całą mocą, na jaką stać było jego wcale nie słabą, mimo drobnej postury, muskulaturę. Dodatkowy paroksyzm bólu przeszył staw łokciowy i ramię młodego watażki, wywołując stłumiony jęk, którego nie był nawet świadom.
I nic!
Ręka niefortunnego napastnika w dalszym ciągu poddawana była miażdżącej torturze. Jak zabetonowana! W następnej chwili klęknął przed zaatakowaną dopiero co „ofiarą”. Z nienawiścią pomieszaną z błaganiem patrzył Benowi w oczy. Po policzkach Albańczyka spływały bezwiednie łzy. Choć w jego odczuciu trwało to niemal wieczność, minęło może sześć, osiem sekund od nieprzemyślanego sprowokowania blondyna do spowodowanego rosnącym bólem przyklęku.
Widok ten najpierw obezwładnił, a następnie rozjuszył Karla – potężniejszego z byczków. Zaufany żołnierz Mustafy otrząsnął się w końcu z szoku i skoczył do przodu. W ręku zabrzęczał krótki łańcuch. Niby akompaniament dał się słyszeć obok histeryczny, przenikliwy krzyk Anke. Zamach uzbrojonego w stalowe ogniwa ramienia i… prawie niedostrzegalny moment wahania wywołany niebezpieczną bliskością obiektu ataku od skulonego szefa. Ta krótka chwila niezdecydowania wystarczyła Benowi. Ugięta noga wciąż wygodnie rozwalonego piłkarza śmignęła raptem jak wystrzelona z katapulty, z niezachwianą pewnością osiągając pełny wyprost na masywnym udzie śpieszącego z pomocą bossowi Karla. Atakujący zawył ochryple, padając – rzucony siłą kopniaka – na nie za miękkie, częściowo metalowe foteliki po przeciwległej stronie przejścia, dokładnie tam, gdzie niedawno siedziały przypadkowe znajome Bena. Teraz przycupnęły one wystraszone naprzeciw niego, przytulone do siebie i do okna, starając się unikać wszelkiego kontaktu z klęczącym przed Benem, agresywnym wyrostkiem.
Koncentrując uwagę na szarżującym chuliganie, Ben uwolnił obolałą rękę ponurego smagłego watażki. Widział go teraz kątem oka, w pierwszym rzędzie czujnie śledząc podnoszącego się jakby z namysłem łysego osiłka, a także jego niezdecydowanego, stojącego wciąż jeszcze w przejściu pomiędzy wagonami, równie gładko wygolonego kumpla.
Benjamin popełnił błąd, odwracając uwagę od skręcającego się przed nim z bólu chłopca, uznawszy go za chwilowo unieszkodliwionego. Błąd tym większy, że taki niepozorny chłopaczyna musiał przecież zasłużyć sobie jakoś na pozycję bossa. I to, oczywiście, czymś szczególnym na polu przemocy.
Elvis, nie zważając na ból i ograniczoną łzami ostrość widzenia, wciąż jeszcze klęcząc, wykonał trudno dostrzegalny, szybki i bardzo gibki ruch palcami i nadgarstkiem prawej ręki; trik możliwy dzięki odpowiedniemu spreparowaniu rękawa, nad którym uparcie pracował każdego dnia. Jego manewr zauważyła mimo wszystko, nieco mniej od Anke przerażona incydentem Tania. Jej zamierzony okrzyk „uważaj”, zakończył się piskliwym i krótkim – na skutek zarówno braku czasu, jak i szoku – „Uuu…!”.
Całą swoją siłę woli i nienawiści Elvis skoncentrował na możliwie błyskawicznym, podstępnym wyrzucie prawej ręki. Cios zadany z klęczek i od dołu był na tyle szybki, że ostrzeżenie pojmującej straszny zamiar Elvisa Tani, nie miało szans na powodzenie. Pomimo to młody sportowiec, wciąż jeszcze półsiedząc, znowu zdołał instynktownie schwytać, tym razem swoją lewą, atakującą rękę młodego gangstera.
Nie poczuł bólu. Wrażenie jakiego doznał, było uczuciem przejmującego zimna. Odbierał ostrze obezwładniającego lodowatego chłodu obejmującego nieodparcie wnętrze jego klatki piersiowej. Podparty prawym przedramieniem Benjamin Storch wpatrywał się z niedowierzaniem w trzymaną przez siebie w nadgarstku rękę napastnika. Zbielałe z wysiłku palce chuligana zaciśnięte były na rękojeści noża, której część dawało się dostrzec pomiędzy jego kciukiem a palcem wskazującym. Dociskała ona do ciała, tuż pod mostkiem, podkoszulek piłkarza.
„W moim sercu tkwi nóż” – dotarło do Bena.
Przez chwilę ogarnął go strach, który natychmiast przeszedł w smutek. Wreszcie zmysły zaczęły sygnalizować rwący ból. Teraz już gorący i piekący. Przed oczami pojawiły się pierwsze mroczki. Coś podpływało mu od dołu do gardła. Cała imponująca energia wytrenowanego obrońcy znikła nagle bez śladu. Uświadomił sobie, że oto… opuszcza go właśnie jego młode życie. Och… jakże bardzo było mu czegoś żal… Z trudem uchwycił czarny sweter i przyciągnął bliżej swojego zabójcę.
„To jeszcze muszę zrobić” – przypomniał sobie. Gorączkowo próbował zachować przytomność umysłu we wszechogarniającej mgle. „Muszę, muszę…” Skoncentrował całą uwagę na rozmazanych czarnych oczach przed swoją twarzą i zdobył się na ostatni wysiłek. Wycharczał z trudem:
– Powiedz mu… Ralf… kocham go… powie… proszę!… bardzo kocham... Mamo, mamuuu… – I Ben poddał się, oddając w objęcia najczarniejszej z nocy.

Wróć do „Publikacje nieregulaminowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość