"Łzy życia"- rozdział 12

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Krzytawy
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 78

"Łzy życia"- rozdział 12

Post#1 » 15 wrz 2018, o 19:53

Elvis miał to wszystko gdzieś!
Nie zamierzał udawać, że jest niewinny. Nie planował też kryć się i z tym, iż był hersztem swojej paczki, a większość pomysłów na tę czy inną akcję wychodziła od niego. Jeśli zaś nie, dla każdej propozycji pozostałych członków gangu musiał udzielić błogosławieństwa, by mogła zostać wprowadzona w czyn.
Co go to wszystko, kurwa mać, obchodziło!
Nie miał nic przeciwko zapuszkowaniu go. A zresztą ta jego banda baranów, choćby nie wiem jak sprytnie się bronił, prędzej czy później śpiewałaby jak z nut i wszystko byłoby i tak na darmo. Choćby ten matoł, Kales. Jak posunął kosą Blondasa, ten obszczymur natychmiast był na miękko. Chyba się nawet polał. Zaciągnąwszy hamulec bezpieczeństwa, nie zdołali zmusić palanta ani prośbą, ani groźbą do ucieczki z pociągu. A kiedy mu Karl zdrowo przypiździł w makówę, padł jak kawka i rozbeczał się jak ta ostatnia szmata. Przez moment Elvis miał ochotę i jego poczęstować majchrem, ale nóż pozostał przecież w klacie Blondasa. Więc dali sobie w końcu siana i prysnęli sami, pozostawiając pisiora we własnych szczochach.
Gliny dupnęły ich jeszcze tej samej nocy.
Wyskoczyli z pociągu na jakimś zadupiu. Błotniste pola, las gdzieś na horyzoncie. Kiedy po dobrej godzinie brodzenia przez grząskie hektary dopadli wreszcie pierwszych drzew, okazało się szybko, że jest go – tego lasu – może z kilometr. Wykończeni – zwłaszcza kulejący Karl – mozolnym brnięciem przez bezmiar zaoranej miękkiej i maziowatej od deszczu ziemi, padli w najgęstszych znalezionych zaroślach z zamiarem przeczekania w nich nadchodzącej nocy. Na szczęście jego najlepszy żołnierz miał przy sobie nienapoczętą, sporą piersióweczkę. No i noce nie były jeszcze mroźne.
Tuż przed świtem wytropił ich – doszczętnie przemoczonych, zabłoconych i sztywnych z zimna – jeden jedyny pies, który był do dyspozycji ścigających. Wcale nie szczekał i zjawił się bezszelestnie w towarzystwie kilkudziesięciu równie cichych policjantów. Kiedy dygoczący w półśnie Elvis ocknął się z łomotającym sercem, przeczuwając, że coś jest nie tak, i odruchowo wyciągnął przed siebie w obronnym geście rękę, coś czarnego i przerażającego w panującej szarówce zwaliło się na niego brutalnie, zaciskając zębiska na bezbronnym tym razem przedramieniu. W następnej sekundzie krzaki służące im za kryjówkę zdemolowane zostały przez co najmniej osiem par butów, a oni – błyskawicznie i z tak nieodpartą przemocą rozpłaszczeni na ziemi, że nie zdążyli ani kwiknąć, ani choćby nawet powietrza nabrać.
Zaobrączkowano ich, załadowano do suki i godzinę później, po szybkim prysznicu, wylądowali w ciepłej celi aresztu. W miejscowości, do której wyruszyli dziesięć godzin wcześniej. Później dowiedział się, że w tym mieście mieszkał Blondas.
On, Elvis, oddany został pod nadzór kuratora. Odstąpiono od trzymania go w więzieniu jako niekaranego dotąd nieletniego; zwłaszcza po okazaniu przez rodzinę, wobec odpowiednich instancji, niezwykłego zatroskania jego postępkiem. Nakazano areszt domowy pod okiem najbliższych. Uznano, że nie zagraża on otoczeniu i nie istnieje niebezpieczeństwo ucieczki. Miał pozostawać w domu do rozprawy. Sasza i Karl mogli się swobodnie poruszać. Zaczęli znowu uczęszczać na zajęcia do swojej zawodówki w Hamburgu, ale nie wolno im było opuszczać miasta do dnia wydania wyroków przez sąd rejonowy.
Młody nożownik nie mógł wyjść z podziwu obserwując, jak nagle ojciec, rodzeństwo i krewni zainteresowani byli jego osobą. Przede wszystkim nikt więcej nie rozmawiał z nim jak z niechcianym dzieckiem. Wprawdzie stary – po przewiezieniu go z bratem Kujtimem, wujem Elvisa, z aresztu śledczego do ich przepełnionego mieszkania – silił się na surowe miny i reprymendy, napotkawszy jednak mroczne, gorejące oczy swojego najmłodszego dziecka, przestraszył się jakby, najwyraźniej zdumiony, iż ten nienawistnie spode łba łypiący ponurak jest jego synem. Od tego momentu nikt nie prawił mu więcej morałów, a rozprawiano jedynie nad tym, jak by to najlepiej wyciągnąć go z opresji.
A on miał to wszystko gdzieś!
Do rozprawy daleko, nogę może dać zawsze... A tak naprawdę… to był ciekaw życia za kratkami! Dużo słyszał od recydywy, że w tym kraju w mamrze jak w hotelu. Nie to co w Rosji czy choćby Turcji. Tam od czasu do czasu znajdowano więźnia, który nie mając nadziei na wyjście z koszmaru przez jedno, dwa dziesięciolecia czy nawet w ogóle, powiesił się na kracie okna wielkiej wspólnej, zatłoczonej celi.
W niemieckim pudle miałby dostęp do telewizji, mógł mieć komputer (to by było coś! kiedyś prosił w domu o stary, używany, na którym mógłby wypróbować wypożyczane gry, jednak ojciec odmówił stanowczo) lub zajmować się sportem. O! Może potrenowałby jeszcze ostrzej walki wschodnie? Wiedział, że i to było tutaj, w niemieckim pierdlu, możliwe! Swego czasu, jeszcze jako dziecko, musiał się wycofać z ulubionego karate, bo oczywiście senior Ibrahim uznał roczną opłatę za zajęcia treningowe za zbyt wysoką. Nie chciał zrozumieć, stary osioł, że żaden trener nie będzie tyrał za frajer! Później, już przewodząc gangiem, sam opłacał treningi. W tym roku opuścił się jednak i jego udział w zajęciach grupy karate stał się sporadyczny – podobnie zresztą było ze szkołą. Ostatnio wielokrotnie przemknęła Elvisowi myśl, jak bardzo od dawna już nienawidzi tej całej swojej rodzinki. W szczególności ojca.
Nic więc strasznego nie mogło się zdarzyć. Pójdzie siedzieć, lecz nie zmarnuje tego czasu. Miał wielkie plany na przyszłość! Jednak żeby je zrealizować, musiał się jeszcze tego i owego nauczyć. Wiedzę, którą chciał przyswoić, mógł znaleźć tylko w mamrze. Potrzebował kontaktu z doświadczonymi kryminalistami, starymi wyjadaczami od dzieciństwa czerpiącymi korzyści z łamania prawa. Naturalnie nie tęsknił do spędzenia połowy życia w kiciu. Takim znowu tłukiem to on nie był. Wiedział dobrze, że potraktują go paragrafami dla młodocianych. Nie był wprawdzie oczytany – czytanie książek uznawał za bzdurną stratę czasu, natomiast zawsze uważnie śledził prasę, a na jej łamach to, co go szczególnie interesowało: zagadnienia jurystyczne. Od czasu do czasu oglądał też z zaciekawieniem sprawozdania z emitowanych w telewizji najróżniejszych rozpraw sądowych. Stąd był pewien, że najpóźniej po pięciu latach będzie znowu na wolności. Był to ten gorszy wariant. Uważał, że dostanie mniej. Zamierzał jak najlepiej odegrać ofiarę nieszczęśliwego dzieciństwa, co na telewizyjnych spektaklach często-gęsto przedstawiali psycholodzy i z entuzjazmem wykorzystywali obrońcy. Przeważnie z pozytywnym skutkiem dla młodocianych (i nie tylko) numerantów. Wiedza ta upewniała Elvisa o lepszym wariancie czekającej go odsiadki. Najwyżej trzy lata! Mająca go wrócić społeczeństwu terapia, o której nadmieniała psycholożka (ten wstrętny stary kaszalot) w przeprowadzonej z nim pierwszej rozmowie, a na którą on w odpowiednim czasie wyrazi gorliwie zgodę, pomoże sędziemu wydać łagodny wyrok. Jeśli będzie miał szczęście, to wyjdzie już po dwóch latach. Tak by było super hiper supi optimi!

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość