"Łzy życia"-Rozdział 13

Teksty niespełniające wymogów regulaminu.
Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 157

"Łzy życia"-Rozdział 13

Post#1 » 17 wrz 2018, o 02:48

Elvis leżał na wznak z rękoma splecionymi pod głową.
Był sam w swoim pokoju. W swoim pokoju! Nigdy nie miał własnych czterech ścian.
Dopiero teraz! Mimo że w ich wynajętym w mocno podupadłej kamienicy, bardzo starym i opłacanym przez urząd socjalny siedmioizbowym lokalu, gnieździło się łącznie z nim kilkanaście osób, dorosłych mężczyzn i kobiet oraz małe dzieciaki, ojciec zadecydował najmniejsze z pomieszczeń mieszkalnych oddać do jego dyspozycji.
Był to cichy kompromis.
W zamian za tę wspaniałomyślność Starego miał akceptować zasądzony mu areszt domowy. I choć mógł się poruszać swobodnie po całej chacie, wolał siedzieć w swoich skromnych czterech ścianach. Snując plany na przyszłość, postanowił na razie nie dawać w długą i respektować przymusowe nudy w areszcie domowym. Na szczęście miał tu mały telewizor i kabel, więc mógł do woli przebierać w programach. Ostatnie pół nocy spędził z nosem w telewizji, był więc teraz znużony i pozbawiony ochoty na cokolwiek.
Sięgnął leniwie po gazetę – dziennik leżący na podłodze obok tapczanu. Zaczął czytać o kolejnym zamachu terrorystycznym, który tym razem nie był prawdopodobnie zainscenizowany przez Osamę bin Ladena. Wpatrywał się tępo w litery. Były coraz większe, zaczęła je przesłaniać mgiełka. Ręce chłopca osunęły się bezwładnie, a gazeta opadła na twarz…
… Nic nie widział. Poruszał się ociężale i, nie wiedzieć czemu, dziwnie ślamazarnie w atramentowoczarnej ciemności. Bojaźliwie stawiał krok za krokiem, w panice, że w każdej chwili może runąć w jakąś straszną, bezdenną otchłań. Jakże bardzo pragnął wyjść do światła.– Allahu, Panie mój i dobroczyńco, wyprowadź…
Raptem przypomniał sobie, że już od paru lat w Jego istnienie nie wierzy. Zaczął płakać, zapominając, że gardzi przecież skamlącymi. Z przerażeniem czuł w tym przeklętym mroku, jak grzęźnie w jakiejś lodowatej mazi i wcale nie porusza się do przodu.
– To koniec – chlipał. – Nic mi już nie pomoże…
– Ja ci pomogę! – Młodzieńczy głos, wyraźny i silny, dochodzący gdzieś z góry i znikąd, nie był mu obcy: gdzie on go już słyszał? Wszystko jedno!
– Pomóż mi, proszę! – zawołał żarliwie. – Błądzę i nie wiem, jak się wyzwolić z tej pułapki bez wyjścia.
– Wiem o tym. – Głos był łagodny i działał uspokajająco. – Sam się w nią zapędziłeś.

Nagle ciemność zaczęła pomału tracić na nieprzeniknionej czerni. Po chwili wyodrębniły się w niej nieśpiesznie dwie jaśniejsze plamy. Następnie przeszły one płynnie z odcienia granatowego w ciemnoniebieski, nabierając jednocześnie konturów. Wyostrzały się i ciągle jaśniały, jedynie ich centra pozostawały czarne i doskonale okrągłe. Ogarnęło go podejrzenie, które z wolna zaczęło przyjmować postać zrozumienia. Zbliżała się ku niemu i formowała para ogromnych i jasnoniebieskich już teraz oczu.
I oto zawisły przed nim: piękne oczy koloru nieba spoglądały na niego smutno. Wydały mu się dziwnie znajome.
– Allahu, czy to ty… Panie?
Oczy pozostały smutne, ale nad jego głową rozległ się śmiech. Wyrozumiały, przyjacielski i podszyty lekkim szyderstwem.
Głos powiedział:
– Dla ciebie nie ma Boga, przecież wiesz o tym.
Zaczął drżeć pod wpływem wszechogarniającego go ponownie lęku. To wszystko budziło jakieś – ukryte wciąż – wspomnienie.
Oczy unosiły się w mroku bezpośrednio przed nim. Były wreszcie normalnej wielkości i płakały. Nie widział łez, bo i nie było miejsca, z którego by mogły wypływać. A jednak płakały, wiedział o tym, i to tak przejmująco, tak zaraźliwie, że i on sam zaczął towarzyszyć oczom w rozpaczliwym szlochu… Tyle że tym razem inaczej: nie z lęku przed niezgłębioną ciemnicą pod nim, jak przed paroma chwilami, a ze współczucia dla oczu, ze szczerą boleścią dla ich cierpienia.
I wtedy głos zabrzmiał znowu… z rozdzierającą żałością, cicho, łamiąc się pod ciężarem boleści:
– On nie wie… on ciągle nie wie, nie wie, nie wie… kocham go tak bardzo…

… w myślach śpiącego mężczyzny rozkwita ostra błyskawica zrozumienia, a w sercu eksploduje męka nie do wytrzymania.
– Aaaa! – wyje jak opętany. – Aaa… chh… NIEEE…!!!

Mozets
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 139

"Łzy życia"-Rozdział 13

Post#2 » 17 wrz 2018, o 10:29

Czytam utwór z zainteresowaniem. Autor umie budować dramaturgię wydarzeń. W narracji nie ma płycizn i miejsc zastoin literackich. Akcja rozwija się wg jasno i konsekwentnie nakreślonego planu. Co jest ewenementem w większości obszerniejszych form na tym i nie tylko na tym portalu. Wydaje mi się, że zrozumiałem jaki jest leitmotiv ( lejtmotyw, motyw przewodni) tego utworu . Jednak zakończenie utworu jest dla mnie zagadką. Możliwości jest co najmniej kilka i pytanie jak rozwiąże je autor - jest frapujące. Psychologiczne portrety postaci zarysowane są z dużą znajomością behawioralnych dysfunkcji rozwojowych, zaburzeń zachowania, jednostek patologicznych. Niby niechcący autor wkracza na teren „no correct political” wydarzeń z ostatnich lat związanych z beżową infekcją. Ciekawe. Wrzutka transcendencji w tym odcinku jest wciągająca i nie powstydziłby się jej nawet Shakesperae (koincydencja z Hamletem jest świetnie zaaranżowana i niesłychanie przejmująca, sugestywna, porażająca). Plan utworu w głowie autora to połowa sukcesu. Dalej to tylko wytrwałość i pracowitość. Tego autorowi nie brakuje. Powodzenia.
Marek Mozets.

Wróć do „Publikacje nieregulaminowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości