"Łzy życia"- Rozdział 17

Teksty niespełniające wymogów regulaminu.
Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 156

"Łzy życia"- Rozdział 17

Post#1 » 19 wrz 2018, o 22:47

Nagle w życiu Ralfa, zwłaszcza życiu wewnętrznym, coś zaczęło się zmieniać. Nastąpiło to po rozmowie, jego uzewnętrznieniu się przed Adamem. Wierzył już bez zastrzeżeń, że zawodowo istotnie trudnił się on wykonywaniem zabójstw na zlecenie. Była w nim bowiem klasa, inteligencja, rzeczowość oraz brak zarówno chwalipięctwa, jak i arogancji. Poza tym poznał jego zimne, niebezpieczne spojrzenie, potężny – świadczący o dużej sprawności fizycznej – uścisk dłoni i trzeźwą logikę rozumowania. A wszystko to pod powłoką przeciętnego, łysiejącego i banalnego wręcz z wyglądu faceta z zarysowującym się brzuszkiem. Dlaczego nie? Doskonały kamuflaż! Bez bliższego poznania nikt nie podejrzewałby w nim profesjonalisty i przestępcy wielkiego formatu, poszukiwanego przez policje wielu krajów. Wciąż nie mógł uwierzyć, że taki człowiek – osobnik działający poza nawiasem społeczeństwa i zabijający dla pieniędzy – zdobył jego zaufanie i dał kopa stymulującego zanikającą w nim stopniowo i nieuchronnie aktywność życiową.
Ralf z trudem przyznawał: w tak tragicznym okresie przydarzyło mu się poznać, a co gorsza polubić, poszukiwanego – w co ani trochę już teraz nie wątpił – kilera.
I ten właśnie handlujący śmiercią mężczyzna wyprowadził go z psychicznego, ślepego zaułka, zwracając życiu. Od zamordowania Bena ani razu nie rozważał możliwości odwetu na Mustafie. Rozpacz i ból dręczące go po utracie ukochanych ludzi, tłumiły wszelkie inne uczucia. Nawet nienawiść do człowieka będącego przyczyną tych wszystkich nieszczęść nie zdołała się przebić przez szalejącą w głowie Ralfa burzę nieustannego cierpienia i tragicznych, rwących bólem refleksji. Przez ponad dwa lata nie robił nic innego – pomijając bezcelowe wałęsanie się po kraju – jak uparte przyzywanie w pamięci najpiękniejszych chwil spędzonych z żoną i z synem. Jako że w pracy nie zdołał wykrzesać z siebie niezbędnego minimum energii i koncentracji, obligatoryjnych dla profesjonalnego leczenia pacjentów – zamknął praktykę.
Zaraz po tym zaczął pić na umór i włóczyć się bez celu z miasta do miasta. Nie miał żadnych dokumentów, a wpadając czasem w oko stróżom prawa twierdził, że skradziono mu portfel z dowodem osobistym i paszportem. Zmyślał jakieś fałszywe nazwisko. Ponieważ obiecywał niezwłoczne wyrobienie nowego dokumentu tożsamości, policjanci nie zawracali sobie więcej głowy śmierdzącym menelem i Ralf, katowany wewnętrznym cierpieniem, dalej szwendał się po kraju bez żadnych planów. W końcu upadł tak nisko, że nocował w przytułkach dla bezdomnych, zaś resztki życiowej energii utrzymywał kaloriami z publicznych zupek dla biedaków, a wszystko to, podczas gdy jego konto opiewało na sumę blisko miliona euro!
Któregoś dnia – około sześciu tygodni przed poznaniem Adama Degambe – ocknął się straszliwie obolały w obcym mu mieście między poprzewracanymi kubłami na śmieci.
Był zakrwawiony, orzygany, a w kroku czuł własne, zaschnięte już odchody.
Próbował się podnieść, ale jęknął tylko z bólu i zrezygnował, nadal leżąc w swoim smrodzie i beznadziei. Niejasno przypominał sobie obrabiające go ostatniego wieczora dwie pary ciężkich buciorów. Sięgnął do kieszeni, w której miał dzień wcześniej kilkanaście euro otrzymanych w urzędzie socjalnym. Pieniądze zniknęły. Nie zrobiło to na nim specjalnego wrażenia. Zresztą w tym kraju, tak czy inaczej, nie pozwolą człowiekowi umrzeć z głodu.
Pomacał zbolałe ciało rękami chirurga i stwierdził, że ma prawdopodobnie złamane dwa, może nawet trzy żebra. Inne obrażenia uznał za powierzchowne.
Spotęgował wysiłki postawienia siebie na nogi. Jednak, próbując przyjąć postawę wyprostną, przewracał się za każdym razem. Znowu leżał wyczerpany, dysząc ciężko. Było jeszcze ciemno. Po odgłosach rozpoznał, że zaczyna się kolejny dzień pracy. Nie był to więc weekend. Musiało być gdzieś między piątą a siódmą rano. Ponownie uświadomił sobie, iż pił wczoraj cały dzień z jakimiś przypadkowo poznanymi łachudrami. Czy to dwóch z nich tak go skatowało? Zresztą co za różnica, kto. Obojętne było mu też, że nie dokonał żywota tylko dzięki akurat łagodnym temperaturom tej doby.
A miał dużo szczęścia! Przy mroźnej nocy w tym samym miejscu przed paroma dniami jeszcze, czy chociażby przedwczoraj, leżałby teraz sztywny i twardy jak indyk w zamrażalniku, i byłby od paru godzin nie mniej od niego martwy.
Teraz skostniał wprawdzie z zimna, i choć kompletnie przemoczony (musiało w nocy padać) i głodny jak wilk, żył wciąż jednak.
W tym momencie dotarło do niego, dlaczego nie może ustać na nogach. Nie było to wyłącznie następstwem pobicia. Od przynajmniej półtorej doby nie miał niczego w ustach oprócz alkoholu, a od dłuższego już czasu odżywiał się raz dziennie, czasem nawet raz na dwa dni. Zdumiewało go, że choć klei się do ziemi w obrzydliwym, bolesnym i cuchnącym upokorzeniu, dociera do niego uczucie głodu. Nie pamiętał, kiedy jego żołądek podobnie zdecydowanie domagał się swoich praw.
Gdy walcząc ze słabością, ponownie usiłował się wyprostować, ktoś wkroczył pomiędzy kubły na śmieci. Jakaś niemłoda już kobieta. Odkryła go i krzyknęła z lekkim przestrachem. Upadając kolejny raz, Ralf był pewien, że ucieknie ona czym prędzej. Zamiast tego, ostrożnie podeszła bliżej, by przyjrzeć się leżącej na wznak, rzężącej, sponiewieranej istocie. Przykucnęła, zaglądając w kiepsko widoczną w marnym świetle pobliskiej latarni, zakrwawioną twarz. Zajrzała w słabo błyszczące w nikłej poświacie, głęboko zapadnięte na koszmarnie zmaltretowanym obliczu, oczy. Ralf nie miał pojęcia, co obca kobieta w nich dostrzegła, dość że zmieniła się raptem w kłębek energii.
– Wstawaj, chłopie! Chyba nie chcesz tu sczeznąć jak ten pies ostatni.
Mówiąc to, ujęła Ralfa pod pachy i z jej pomocą udało mu się wreszcie przyjąć postawę wyprostną godną osobnika homo sapiens.
Mamrotał podziękowania, kiedy zrozumiał, że w dalszym ciągu przez kobietę podtrzymywany, popychany jest jednocześnie w kierunku niewyraźnego w półmroku, dość sfatygowanego budynku. Nie opierał się i Antje zaprowadziła go do swojego mieszkania. Tam wykąpała jak niemowlaka obcego jej mężczyznę, nakarmiła i położyła do czystej pachnącej pościeli, w której zasnął głęboko na dwanaście godzin.
Antje zrobiła z niego znowu człowieka!
Byczył się u troskliwej kobiety, spędzając z nią kilkanaście sielankowych dni. Była stanowcza i od początku nie pozwalała mu nawet na kropelkę alkoholu. Można go było wprawdzie nazwać pijakiem, lecz na szczęście nie zdążył stać się alkoholikiem. Niemniej w pierwszym okresie dochodzenia do siebie brakowało mu ciągle czegoś mocniejszego. Po tygodniu pijacka obsesja opuściła Ralfa. Cieszyło go to! Sam nie wiedział, dlaczego. Również wspomnienia Bena i Marii przechodziły jakoś częściej bokiem, oszczędzając psyche.
Kochali się z Antje często. Czule i delikatnie, celebrując seks, jakby nigdy już nie mieli go zaznać. Nie tyle był szczęśliwy, co po raz pierwszy od tragedii czuł się naprawdę dobrze. Zaczął też, poznawszy jak ciężko przez lata doświadczana była Antje, z nieco innej perspektywy, bardziej neutralnie patrzeć na własną przeszłość.
Antje nie wiedziała o nim nic. Rozmawiali godzinami (pogawędki z inteligentną kobietą sprawiały mu dużo przyjemności) o jej smutnych perypetiach życiowych, a także o wszystkim innym, tylko nie o nim. Była bardzo taktowna i zorientowawszy się, że Ralf nie jest skory do wynurzeń, dała spokój z indagacjami. Domyślała się jedynie, że musiał przeżyć coś strasznego. A potem któregoś dnia, gdy Ralfa ze zdwojoną siłą ponownie dopadł ból wspomnień, i kiedy Antje była na zakupach, ukradł gospodyni pięćdziesiąt euro i zniknął z jej życia bez słowa podzięki.
Wiedział, że starzejąca się kobieta zaczyna darzyć go uczuciem. Przestraszył się i stchórzył, kiedy dotarła doń rosnąca także i w nim sympatia ku Antje. Chociaż dobiegała już czterdziestki, miała figurę, której nie powstydziłaby się dwudziestoparolatka. Pomimo zarysowującej się sieci zmarszczek, jej twarz promieniała swoistym urokiem, zaś spojrzenie wyrażało podbudowującą dobroć.
Polubił tę kobietę!
A nie chciał…
Za skradzione pieniądze powrócił do domu.
Już po kilku tygodniach stwierdził jednak, że nie jest w stanie zdzierżyć na miejscu ze swoimi, na nowo aktywnymi duchowymi mękami i świadomością, iż to tutaj… był kiedyś szczęśliwy. Wiedział też, że siedząc w domu prędzej czy później powróci do alkoholu.
Więc podjął w banku pokaźną sumę gotówki i postanowił ot tak, spontanicznie, przelecieć się pierwszym lepszym samolotem gdzieś poza Niemcy.
„Trochę wytworniejsza forma włóczęgostwa” – spuentował z ironią swoją żywiołową decyzję.

Wróć do „Publikacje nieregulaminowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość