"Łzy życia"- Rozdział 18

Teksty niespełniające wymogów regulaminu.
Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 156

"Łzy życia"- Rozdział 18

Post#1 » 21 wrz 2018, o 00:26

Edgar Cosharov alias Boris Schmidt alias Roland Tussant et cetera, obecnie Adam Degambe, siedział w zatłoczonym terminalu lotniska i czytał gazetę. Cierpliwie czekał na opóźniający się lot. Tylko doświadczony obserwator odkryłby, iż ten znacznie już po trzydziestce, łysiejący mężczyzna z lekko zarysowanym brzuszkiem czyta, zarazem bacznie lustrując otoczenie. Niewiele uchodziło uwadze stalowych, przenikliwych oczu. Nie pasowały one w żadnym stopniu do pogodnej, dobrodusznej wręcz twarzy. Uznawszy, że jest bezpiecznie, Degambe oddał się swojemu nie do końca uświadomionemu hobby: psychologicznej analizie ludzi przypadkowo przebywających w tym samym, co on, pomieszczeniu. Nikt go bliżej nie zainteresował i byłby rozczarowany, gdyby nie szczupły, właściwie nawet chudy mężczyzna, pięćdziesięciolatek, siedzący w odległości około pięciu metrów diagonalnie względem niego. Gość był kompletnie siwy, a jego poorana jakąś tragedią twarz stawała się natychmiast uosobieniem bólu i cierpienia, gdy tylko nawiązano kontakt z szarymi, pełnymi smutku i beznadziei, zapatrzonymi w coś w przeszłości oczami. Nie, pięćdziesiątki nie będzie jeszcze miał, jest dobrze po czterdziestce, zawyrokował Adam. Swój dramat przeżył nie tak dawno, co dodało mu ładnych parę lat. Wyglądało na to, że ciągle jeszcze nie otrząsnął się ze swojego kataklizmu życiowego, cokolwiek by to było.
Jak dotąd Adam Degambe nie musiał się trapić jakimś poważnym, dotyczącym go osobiście życiowym nieszczęściem. Swoich rodziców ani ewentualnego rodzeństwa nigdy nie miał okazji poznać i dawno już nie pragnął zmieniać tej odwiecznej sytuacji. Marzył o tym jedynie przez krótki okres dzieciństwa – zmuszony do ponurej, pozbawionej ciepła domowego i autentycznej miłości, egzystencji w sierocińcu. Jak sięgał pamięcią nikogo nigdy nie kochał, nie zamierzał pokochać, i nie sądził – po tym wszystkim, czego się w życiu dopuścił – by w ogóle był jeszcze zdolny do wyższych uczuć. Nie miał i nie szukał przyjaciół. Wegetował sam dla siebie, a mimo to – tak uważał – nie był większym egoistą niż inni mu współcześni.
Adam był bardzo oczytany, miał talent do języków obcych i znał ich kilka, co było bardzo przydatne w jego profesji. W profesji tej niewiele mniejsze znaczenie od inteligencji miała sprawność fizyczna, a tej Adam nigdy nie zaniedbywał. Nie, nie… nie odwiedzał klubów sportowych czy siłowni. Nie mógł sobie na to pozwolić ze względów bezpieczeństwa. Zwłaszcza że osiągnięta sprawność fizyczna stawiała go swoją jakością w jednym szeregu ze sportowcami wyczynowymi. Zbytnio rzucałby się w oczy! Nie, żadne publiczne spotkania na sportowym polu nie wchodziły w jego przypadku w rachubę. Wystarczy, że biegał, napotykając od czasu do czasu innych ludzi; robił to zresztą zawsze w bezpiecznej odległości od miejsca zamieszkania. Sprawność, siłę i szybkość trenował codziennie… w swoich aktualnych czterech ścianach. Czy to w jego niewielkim mieszkanku, czy w przypadkowym hotelu. Każdego dnia minimum godzinę. Przeciętny śmiertelnik nie zdaje sobie sprawy, że ćwicząc tak skromnie, ale konsekwentnie, można utrzymać się w formie na najwyższym poziomie. Zarówno podciąganie na drążku, jak i zwykłe pompki zawierają w sobie mnóstwo, różnie oddziałujących na układ mięśniowy wariacji. Szybko, wolno, pod tym lub innym kątem, przy użyciu dwóch bądź też jednej tylko ręki. I tym podobnie. Degambe po latach upartej, domowej zaprawy podciągał się wielokrotnie zarówno na prawej, jak i na lewej ręce; jeszcze swobodniej radził sobie z pompkami. W codzienny trening włączał także każdorazowo od dziesięciu do piętnastu minut sit-ups*, co oznaczało zwykle tysiąc i więcej powtórzeń hartujących mięśnie brzucha. Sit-ups zaniedbywał od czasu do czasu celowo. W tym okresie świadomie obficie (słodko i tłusto) się odżywiał; w ten sposób hodował dla kamuflażu małego maćka. Widoczny brzuszek nie dopuszczał myśli u przypadkowego obserwatora, by właściciel nadmiaru tłuszczu w talii mógł być mężczyzną o nadzwyczajnej sprawności fizycznej. Żył samotnie, ale interesowali go ludzie. Ich losy i przeznaczenia. Nie gardził nimi, jak niektórzy koledzy po fachu czy mafijni zleceniodawcy. Mało tego – istnieli mu współcześni, których szanował, a nawet podziwiał, choć nie zawsze do końca rozumiał. I nie były to bynajmniej postacie typu Rambo czy Terminator.
Rzucał żebrakowi jałmużnę, nie dociekając, czy ten wyda pieniądze na alkohol. Przygodnym zagubionym, chętnie i nie żałując czasu, udzielał pomocnej informacji. Obce dziecko potrafił spontanicznie czymś obdarować… i, o dziwo, odczuwał znaczną satysfakcję, dokonując tego typu, wprawdzie drobnych, ale jednak dobrych uczynków. Był oczywiście świadom perwersji wynikającej ze sprzeczności występujących w jego postępowaniu. Profesjonalnie (i z wyboru) przyczyniał się bezpośrednio do rozlicznych ludzkich nieszczęść. Nie przeżywał tego, nie analizował, łatwo zapominał i wyłączał ze swojego prywatnego światka – cóż, taki fach wykonywał, koniec, kropka. Spał dobrze. Inaczej nie mógłby się trudnić tym, czym się trudnił. Zawodowo był chłodny, pozbawiony emocji i uczuć; doświadczony, inteligentny i wyrafinowany w tym, co czynił. Prywatnie – szary, nie rzucający się w oczy obywatel; życzliwy, pomocny, niekiedy wspaniałomyślny (wiedział, że to nic nadzwyczajnego, uwzględniwszy jego nabite przez lata, tłuste konto w Szwajcarii) i czujący się z tym wszystkim całkiem okay. Tam gdzie mieszkał od kilku lat, sąsiedzi lubili go, starsze sąsiadki niemalże – jak podejrzewał – kochały. Wiedzieli, że dużo służbowo podróżuje. Dzięki wrodzonej umiejętności odpowiedniego sterowania rozmową, nauczył ich nie zadawać zbyt wielu pytań. Przesadna, ale niezbędna ostrożność na każdym kroku i przy każdej czynności, umożliwiała mu tak długo pozostawać niezagrożonym w jednym miejscu. Z powodzeniem ugruntował w aktualnym miejscu zamieszkania opinię o sobie, jako podtatusiałym rozwodniku francuskiego pochodzenia z dziećmi gdzieś tam. Ot, taki tam miły sąsiad, niegroźny człowieczyna. I tak już ponad trzy lata. Trzy lata w tej pipidówie – kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Londynu. Odpowiadało mu to, mimo że oznaczało odpuszczenie ważnej w branży reguły. Reguły nieustannego ruchu; był już jednak zmęczony ciągłymi przeprowadzkami dla zatarcia śladów. Poza tym nie sądził, by groziła mu dekonspiracja. Jego obecny image nie mógł być w najmniejszym stopniu zbliżony do tego, jakim dysponował Interpol. I tak było dobrze. Bezpiecznie. Jedyne co posiadały służby bezpieczeństwa były jego odciski palców. Zdobyła je policja nowojorska za czasów, kiedy Adam mieszkał jeszcze ze swoim przybranym ojcem. Niczego jednak gliny z tego nie miały, jak długo nie natrafią na nie ponownie. A on był bardzo ostrożny z pozostawianiem gdziekolwiek jakichkolwiek śladów po sobie.
Obserwował z dyskretnym zaciekawieniem siwego mężczyznę, którego oczy i ich oprawa przypominały mu kogoś znanego… piosenkarza, aktora, sportowca?
Facet siedział całkowicie nieruchomo, wbiwszy wzrok w odległy, jemu tylko znany punkt z minionego czasu. Degambe nie był pewny, czy nie uległ złudzeniu, ale miał wrażenie, że po policzku mężczyzny spłynęła mała łza.
– Pasażerowie czekający na opóźniony lot do Londynu z godziny dziesiątej czterdzieści pięć, proszeni są do przejścia numer trzydzieści dwa. Maszyna stoi gotowa do odlotu. Prosimy pamiętać o wszystkich bagażach – zabrzmiał nad głowami oczekujących miły kobiecy głos. Dwukrotnie. Najpierw po niemiecku, potem jeszcze raz w języku angielskim.
Sala terminalu ożyła niemrawo niczym reanimowany z narkozy pacjent. Wywołani pasażerowie poczęli obładowywać się wszelkim możliwym sakwojażem, kobiety napominały dzieci, by trzymały się blisko, po czym maszerowano zgodnie, tworzącymi się spontanicznie małymi grupkami, we wskazanym kierunku.
Choć był to jego lot, Adam siedział jeszcze jakiś czas w nadziei, że intrygujący obiekt jego podpatrywań również ruszy do przejścia numer trzydzieści dwa. W końcu podniósł się zawiedziony i pospieszył śladem innych podróżnych. Przyjął lukratywne zlecenie i musiał lecieć ze Szwajcarii (gdzie odwiedził swój bank) do Londynu. Stamtąd po ustaleniu z klientem – telefonicznym, rozumie się (budki telefoniczne były w jego przypadku podobnie istotnym elementem pracy jak dla agentów w szpiegowskich filmach sensacyjnych) – szczegółów umowy, udać się do USA celem zrealizowania zamówienia. Po pierwszym etapie niedługiej podróży do Wielkiej Brytanii, dla lepszego zatarcia ewentualnych śladów, dokonywał zbędnej w normalnych okolicznościach przesiadki w Hanowerze, która następowała właśnie teraz.
W samolocie zajął miejsce w sektorze drugiej klasy, w ostatnim szeregu foteli i nie pod oknem, a przy przejściu. Zawsze tak rezerwował. Zazwyczaj starał się mieć możliwie wszystkich pasażerów przed sobą na oku. Niektóre miejsca były wolne, również to przy oknie po jego prawej. Rozglądał się niespiesznie, ale czujnie, by punkt po punkcie wyeliminować wszystkie możliwe niebezpieczeństwa. Prędko odkrył dwóch specjalistów do walki z piractwem powietrznym. Nie widział tych dwóch mężczyzn w poczekalni, a ich wygląd wymownie zdawał się świadczyć o tym, że są w stanie poradzić sobie z terrorystą nawet bez użycia broni palnej.
„Gdybym zamierzał porwać samolot, rozwaliłbym najpierw was obu. Na lekcjach z konspiracji najwyraźniej wagarowaliście” – pomyślał zdegustowany.
Po uznaniu położenia za niezagrożone, rozparł się wygodnie z zamiarem ucięcia sobie drzemki, kiedy spostrzegł, że do środka wkroczył jeszcze jakiś spóźnialski. Był to ów, tak mocno przyciągający jego uwagę, facet z poczekalni. Szedł teraz środkiem maszyny, rozglądając się za swoją rezerwacją. Przystanął przy fotelu, parę kroków przed Adamem. W sąsiedztwie miejsca spóźnionego pasażera rozwalił się korpulentny jegomość, który zdążył już rozlokować laptopa i inne swoje klamoty obok, na wolnym do tej pory siedzeniu. Widząc, że mężczyzna zatrzymał się właśnie przed nim, facet z nadwagą zaczął z demonstracyjną i widoczną także dla innych pasażerów niechęcią, oswabadzać fotel ze swojego majdanu.
Wyłapawszy wzrok siwego, Adam skinął mu przyjaźnie, wskazując ruchem podbródka wolne miejsce przy oknie po swojej prawicy. Ostatni przybyły podróżny przyjął po krótkim wahaniu zaproszenie, podszedł i wrzucił niewielką walizeczkę na regał nad głowami siedzących. Zatrzasnął schowek, po czym – przecisnąwszy się między oparciem a kolanami uprzejmego pasażera – usiadł na zaoferowanym miejscu przy owalnym okienku, które, choć w samolocie, zawsze przywodziło na myśl Degambe okrętowy iluminator.
Siwy natychmiast zatopił wzrok na zewnątrz w obszernej scenerii pełnej samolotów.
Gruby sapnął gniewnie, jakby zrobiono mu właśnie potężne świństwo.
Po chwili zaproszony przez Adama gość, nie odwracając twarzy od widoku na płycie lotniska, rzucił cicho:
– Dziękuję.
Adam, zaskoczony nieco, postanowił kuć żelazo póki gorące.
– Och… każdy by tak postąpił.
Tym razem intrygujący współrozmówca popatrzył na niego otwarcie, uśmiechając się lekko. Sympatyczny łobuzerski uśmiech, zauważył zabójca na zlecenie.
– Nie sądzę – Siwy wskazał nieznacznym gestem na tęgiego jegomościa, po czym powrócił do obserwacji przesuwającej się teraz powierzchni lądowiska.
Samolot kołował na pas startowy.
Znajdowali się na wysokości ponad trzydziestu tysięcy stóp, kiedy Adam ocknął się z niedługiej drzemki. Rzucił kątem oka na dziwnego towarzysza podróży. Siedział on niewzruszenie wpatrzony przed siebie, dokładnie tak, jak to zapamiętał przed zaśnięciem.
– Człowieku, co się z panem dzieje? – Nie wytrzymał. – Wygląda pan jakby się pańska dusza za życia w piekle smaliła.
Siwy nawet nie drgnął. Adam zwątpił już, czy mózg milczącego mężczyzny w ogóle zarejestrował jego słowa.
– Bo się smali… – odparł nieoczekiwanie siwy dżentelmen stłumionym, ale wyraźnym głosem. I zanim Adam zdążył cokolwiek powiedzieć, zapytał:
– Obserwuje mnie pan od dłuższego czasu. Jest pan z policji?
Zaproszony na wolne miejsce obok sąsiad patrzył mu teraz prosto w oczy. Natarczywie i chłodno; wyczekująco.
Adam dawno już nie czuł się tak zbity z pantałyku. Wytrzymał jednak wnikliwe spojrzenie intrygującego go człowieka. Z fascynacją zagłębił się w niezwykłych oczach. Odczytywał w nich nieznaną mu tragedię tajemniczego pasażera. I raptem, z niepohamowaną siłą, ponownie zapragnął poznać historię tego dziwnego mężczyzny, na którego zwrócił uwagę na lotnisku. Patrząc w jasnoszare oczy towarzysza podróży – Kevin Costner, olśniło go – poczuł się rozszyfrowany, niezdolny do kłamstwa. Imponował mu wpływ, jaki miał na niego ten obcy w końcu człowiek. Podziw Degambe wzbudziło, że choć w poczekalni tylko raz przechwycił wzrok siwego, facet – z całą pewnością amator – doskonale wyczuł jego dyskretną inwigilację. Musiał zdobyć zaufanie tego nietuzinkowego mężczyzny o silnej osobowości, dzielącego z nim miejsce w maszynie do Londynu. Ale jak zdobyć zaufanie kogoś tak niestereotypowego? Chyba metodą równie nieszablonową… Tak, nagle wiedział, co zrobić. Choć to niebezpieczne i wbrew regułom. Chętnie się jednak bawił w psychologa oraz lubił ryzyko, a poza tym polegał na swojej intuicji. „Niepospolici ludzie wymagają niekonwencjonalnych metod” – podsumował w duchu.
– Nie, nie jestem gliną… – zawahał się raz jeszcze. Musiał jakoś zgrabnie określić swoje zajęcie. – Trudnię się eliminowaniem… niewygodnych. Profesjonalnie.
Po raz pierwszy wyraz twarzy i oczy Siwego zamanifestowały odrobinę zainteresowania.
– I jako płatny zabójca obnosi się pan z tym przede mną, obcym panu człowiekiem. Nie sądziłem, że jest to symptomatyczne dla waszego fachu. Teraz pojmuję, dlaczego jesteście tacy nieuchwytni dla depczących wam po piętach tabunów policji i tych wszystkich innych organów ścigania na całym świecie: puszycie się wszem i wobec swoją działalnością, dzięki czemu odwracacie od siebie uwagę tropiących.
Obrócił głowę do owalnego okienka, dodając obojętnym tonem:
– Podobnej bzdury dawno nie słyszałem.
Adam roześmiał się swobodnie. I z ulgą. Zdołał wciągnąć w rozmowę tego interesującego czterdziestoparolatka! Czuł też, że mężczyzna skłonny był mu wierzyć. Inaczej nie zniżyłby tak diametralnie głosu, za co był mu zresztą wdzięczny. Postawa nieznajomego jednak znowu zbiła go z tropu. Ten naznaczony cierpieniem człowiek przyjął wyznanie Adama, jakby się właśnie dowiedział, że ten dorabia sobie… roznosząc gazety czy handlując kartoflami.
– Zwykle nie pozwalam sobie na podobne zwierzenia – rzucił zimno, przestając się uśmiechać. – Z profesjonalnego punktu widzenia nie jest to oczywiście mądre… za to niebezpieczne.
Ich spojrzenia zetknęły się ponownie i Ralf odczytał z oczu mężczyzny, że ten zdecydowanie i bez wahania zastosowałby w razie zagrożenia znane mu „metody profilaktyczne”.
Towarzysz Degambe znowu pogrążył się w milczeniu. Najpierw wyglądało na to, że zamierza zakończyć konwersację. Adam zauważył jednak, iż tym razem nie gapi się on już przed siebie tępo w masochistycznym cierpieniu, a głęboko nad czymś zastanawia.
Siwy otrząsnął się z zadumy i znowu zaskoczył go, niespodziewanie wyciągając rękę.
– Nazywam się Storch. Ralf Storch.
I ściskając rękę gościnnego współpasażera dodał, lustrując wymownie nowego znajomego:
– W moim przypadku dane te odpowiadają prawdzie.
Degambe uśmiechnął się.
– Adam Degambe – przedstawił się, odwzajemniając równie krzepko silny uścisk dłoni Storcha. – Mam panu okazać paszport, Ralf?
– Och… nie mam wątpliwości, iż przedstawił się pan zgodnie z danymi w dokumentach tożsamości.
Po paru sekundach dodał cierpko:
– Naturalnie mam na myśli pańskie AKTUALNE dokumenty.
Na obliczu Adama zakwitł kolejny lekki uśmiech.
Zamilkli obydwaj.
Milczenie trwało parę minut.
I raptem Ralf zaczął opowiadać. Rozkręcając się powoli, opisywał swoją tragedię – miejscami rzeczowo i ze swadą, miejscami chaotycznie, przepełniony emocjami i bólem. Język opowiadającego był bogaty, inteligentny i pozbawiony patosu. Adam śledził relację Storcha z uwagą zainteresowanego lekcją ucznia. Ich boeing lądował na lotnisku Heathrow, a Ralf, jak w transie, nieprzerwanie relacjonował minione przeżycia. Po raz pierwszy od śmierci Bena opowiadał komuś swoją historię. Komisarza Ernsta kierującego dochodzeniem przeciwko Mustafie doprowadzał do szału swoim milczeniem i obojętnością na wyniki śledztwa. Teraz zrozumiał, że w podświadomości dawno pragnął podzielić się z kimś swoją udręką. Przed kimś wypłakać i oczyścić duszę z ponurych demonów szlachtujących jego psyche. Nie chciał już więcej przeżywać w snach – ciągle od nowa – najróżniejszych wersji śmierci syna i Marii. Ten obcy człowiek, Adam Degambe – jak chciała ironia losu: zabójca na zlecenie – okazał się nieoczekiwanie wdzięcznym słuchaczem. Rzucał od czasu do czasu pasujący, taktowny wtręt, stymulując wręcz Ralfa do najintymniejszych wyznań z jego drogi krzyżowej.
Chirurg przerwał, kiedy przyszło zbierać się do wysiadania. Adam wręczył mu dyskretnie chusteczkę i Ralf, nie zważając na zdziwione spojrzenie zażywnego pasażera (gruby spostrzegł jego łzy oraz gest sąsiada i przez moment sprawiał nawet wrażenie, jakby zamierzał podejść i coś powiedzieć) osuszył starannie wilgotne policzki.
Opuścili samolot i po przejściu rutynowej kontroli celnej udali się do najbliższego przylotniskowego baru. Tam dokończyli niedokończone. Doprowadziwszy swoją historię do końca, Storch poczuł niemal ekstatyczną ulgę. Jakby uwolnił się właśnie od pokaźnej części ogromnego balastu, zwalając ją na barki Degambe.
Adam, sumienny w brudnej robocie, z powodzeniem oddzielał dotąd aspekty życia zawodowego od nudnej zazwyczaj, prywatnej codzienności. Ale w obu tych światach kierował się dotąd neutralnością i bezemocjonalnością. Dlatego też nie podobało mu się za bardzo, że historia Storcha poruszyła w nim uczucia, których – nawet jeśli je u siebie podejrzewał – zwykle nie dopuszczał do głosu. Za szczególnie niepokojący uznał fakt, iż zaczynało mu chodzić po głowie, żeby zrobić coś dla tego człowieka. Dawało też o sobie znać uczucie lekkiej zazdrości o miłość, jaką Ralf tak bezwarunkowo darzył żonę i syna. Minęły już grubo ponad dwa lata, od kiedy ich stracił, a on nadal nie mógł pogodzić się z tą jego tak wielką, osobistą przegraną. Wciąż żył wspomnieniami o nich, ciągle byli dla niego oczkiem w głowie. „Historia w gruncie rzeczy banalna” – myślał Adam. „Mnóstwo podobnych tragedii zdarza się na tym bezwzględnym świecie każdego dnia”. A jednak usłyszany dramat życiowy poruszył w nim struny sympatii i współczucia dla Storcha. Odgadywał, skąd się to brało. Nie przeżył dotąd czyjegoś dramatu tak bezpośrednio. Nie przypominał sobie, aby ktoś mu się kiedykolwiek otworzył tak ufnie i całkowicie w całym bezmiarze swojego bólu. Adam miał oczywiście świadomość cierpień, na jakie skazywał bliskich swoich ofiar. Były to jednak tragedie rozgrywające się daleko od niego, a przez to i abstrakcyjne. Jeden jedyny raz okoliczności sprawiły, że rozmawiał krótko z żoną (a raczej wdową) biznesmena, którego zastrzelił nieco wcześniej w Paryżu, kiedy ten w doskonałym humorze opuszczał ekskluzywny burdel. Początkowo poczuł się nieswojo. Kobieta na owym party nie miała naturalnie pojęcia, że rozmawia z zabójcą swojego męża. Sprawiło mu ulgę, a w końcu nawet rozbawiło, kiedy ta świeżo owdowiała niewiasta dała (na lekkim rauszu) wyraz rozczarowaniu faktem odebrania jej możliwości własnoręcznego dokonania zbrodni na „tej egoistycznej, zakłamanej kanalii”. Zresztą facet tak czy siak nie miał przed sobą długiego życia. Za głęboko wlazł w interesy z włoską mafią i za dużo wiedział, nie należąc jednocześnie do żadnej z rodzin. Bogiem a prawdą od początku był przegrany.
Teraz, skonfrontowany oko w oko z rozpaczą kochającego ojca i męża, Adam spróbował sobie wyobrazić siebie samego na jego miejscu. Nie bardzo jednak dawał radę z własnym wyimaginowanym wizerunkiem przykładnego małżonka i oddanego bez reszty potomstwu rodzica.
– Nie do wiary, że ten cały Mustafa wywinął się wyrokiem w zawieszeniu – odezwał się, kiedy przemilczeli jednego drinka i barman nalał im kolejnego.
W knajpce, jak na tak wczesną porę dnia, było stosunkowo tłoczno. Czy ci wszyscy mężczyźni tutaj, przychodzą, by przy szklaneczce whisky roztrząsać swoje problemy?
– Z drugiej strony wiem z doświadczenia, że w tym kraju to możliwe – kontynuował.– Szczególnie w stosunku do młodocianych.
Ralf patrzył ponuro na rozkołysane kostki lodu w bursztynowym trunku.
– I co dalej, Ralf? Co zamierzasz?
– Albo znajdę drogę powrotną do życia, albo strzelę sobie w łeb. Nie mam już sił dalej się zadręczać.
– A zatem, żeby się nie wykończyć, potrzebujesz jakiegoś nowego celu w życiu; czegoś, na czym mógłbyś skoncentrować całą swoją uwagę, a co jednocześnie nadałoby sens twojej dalszej egzystencji.
Ralf łypnął na niego posępnie sponad szkła ze szkocką marki Chivas Regal.
–Taak…? – mruknął z nutką ironii w głosie. – Mam się zająć filatelistyką?
– Nie… Zemstą!

* Sit-ups (ang.) – ćwiczenia mięśni brzucha, brzuszki.

Mozets
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 149

"Łzy życia"- Rozdział 18

Post#2 » 21 wrz 2018, o 10:33

Zemsta jest rozkoszą bogów. /Bykowski/
Jednak nie jesteśmy bogami. I nie daje nam to tak szerokiej perspektywy co bogom. Nie możemy już nic więcej zrobić obiektowi zemsty. I dalej cierpimy. Bo powód dla którego dokonaliśmy zemsty już zniknął. Wtedy wypadałoby umrzeć. Tak byłoby najlepiej- bo wtedy w zaświatach spotkalibyśmy znienawidzonego ducha. Ale co wtedy? Drugi raz nie moglibyśmy go już zaciukać... najwyżej spojrzeć mu w oczy duszy. By zrozumiał bezsens zła.
Czy Clint Eastwood na westernie - po dokonaniu zaplanowanej w szczegółach totalnej zemsty odjeżdża w kierunku zachodzącego słońca szczęśliwy? Czy jeszcze bardziej mroczny. My widzowie , czytelnicy cieszymy się zło zostało wdeptane w kurz i błoto. Czujemy ulgę. Bo chcemy wierzyć w sprawiedliwość. Na Ziemi jednak nie ma sprawiedliwości. Jedyna sprawiedliwość jest na cmentarzu. Tam wszyscy są równi. I nic im z marmurowego nagrobka. Tyle samo jest wart dla nieżywego co kilka sosnowych desek i trawa nad głową. Jedyne co by nas uspokoiło to takie samo cierpienie w duszy naszego krzywdziciela, zrozumienie złego uczynku i chęć poprawy. Jak wyznanie dobrego łotra na krzyżu. W końcu życie to chwila w wieczności. Gdybyśmy potrafili wybaczyć stalibyśmy się równi Bogu. I ON uznałby to.
Trudne zadanie przed Tobą Krzytawy. Ale coś czuję, że dasz sobie radę z dalszym ciągiem.
Mozets.

Wróć do „Publikacje nieregulaminowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości