"Łzy życia"- Rozdział 19

Teksty niespełniające wymogów regulaminu.
Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 157

"Łzy życia"- Rozdział 19

Post#1 » 21 wrz 2018, o 22:54

Zaczynało szarzeć.
Był ciepły wieczór pierwszej dekady maja. Typowo wiosenna pogoda.
Przybył tutaj przed prawie godziną i z przyjemnością przysłuchiwał się ptakom szczebioczącym radośnie w nisko stojącym słońcu. Po pewnym czasie, wraz ze zniknięciem za koronami drzew szkarłatnozłotej tarczy, świergoty ucichły.
Bubu (więzienna ksywa), jego niezawodny od lat informator, i tym razem wypełnił precyzyjnie zadanie, które mu zlecił. Z zadowoleniem utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy w opustoszałym już parku w odległości stu kroków pojawiło się dwóch mężczyzn. Niebawem, w kilkuminutowych odstępach, dołączyło do nich jeszcze trzech innych.
Znajdował się w bardzo niepopularnej – gnębionej przez wszelkiego rodzaju pasożyty społeczne i kryminalistów – dzielnicy Hamburga. Bubu bezbłędnie określił czas i miejsce spotkań członków bandy przed startem do ich szemranej działalności. Kiedy w zapadającym zmierzchu zaczął tracić z oczu obserwowany punkt zbiórki gangu, zaświeciły nieliczne sprawne latarnie.
Adam ponownie przyłożył do oczu lornetkę. Stał pośród krzewów, ukryty za grubym pniem obficie rozgałęzionego klonu, niewidoczny dla szóstki (doszedł jeszcze jeden mężczyzna) śledzonych przezeń osobników. Czterech z nich odpowiadało opisowi informatora. Na temat dwóch pozostałych nie miał żadnych wskazówek.
Było to obojętne.
Interesował go wyłącznie Mustafa, a tego rozpoznał już w przybyłej na samym początku pierwszej parze młodych ludzi. Elvis był najdrobniejszy w grupie. Adam szybko ustalił, że Bubu miał rację. Zabójca Benjamina okazał się wprawdzie pośledniejszej postury niż pozostali członkowie gangu, najwyraźniej jednak dowodził szajką tych podejrzanych indywiduów. Teraz mówił coś spokojnie do w większości starszych od niego mężczyzn. Ci słuchali, a kiedy ich smagły przywódca skończył, zaczęli gestykulować i spierać się o coś między sobą.
Adam zmieniał właśnie pozycję obserwacyjną przy pniu drzewa na wygodniejszą i przekładał lornetkę do lewej ręki, gdy za plecami – bezpośrednio za nim – rozległo się znienacka jazgotliwe ujadanie jakiegoś kundla. Drgnął, upuszczając lornetkę na ziemię. Zamachnął się nogą w kierunku niewielkiego, majaczącego tuż za nim, szczekającego psiaka. W odpowiedzi na ten nieprzyjazny gest zwierzę zaskowyczało jak obdzierane ze skóry i popędziło z podkulonym ogonem na przełaj przez polanę. Kundelek wybiegł na asfaltową alejkę, gdzie dobrze oświetlony przez pobliską latarnię, stał się widoczny dla Mustafy i jego bandy.
Miał ich znowu w wizjerze swoich silnych szkieł. Wszyscy oni spoglądali w kierunku nieoczekiwanego hałasu, aż ujrzeli przerażonego pieska. Ten spostrzegł ich nieco później i zatrzymał się niezdecydowany paręnaście metrów przed grupą nieznanych mu ludzi otaczających parkową ławkę i blokujących ścieżkę, którą pędził. Adam analizował uważnie reakcję obserwowanych mężczyzn i doszedł do wniosku, że nie słyszeli jednak upadającej lornetki (w jego odczuciu stuknęła dosyć głośno o wystający korzeń drzewa) oraz że nie łączą z nagłym psim lamentem jego obecności. Odprężył się, oparł wygodniej o drzewo i, patrząc przez soczewki powiększające, czekał. Miał zamiar tego wieczora tak długo niepostrzeżenie deptać im po piętach, a w razie konieczności i w nocy, aż zaczną się kiedyś rozstawać i Mustafa zostanie w końcu sam. Na rzuconą przez kogoś z grupy Elvisa puszkę po piwie pies zareagował kolejnym żałosnym skowytem i pomknął przed siebie, oddalając się przezornie zarówno od grupy przy ławce, jak i od stanowiska Degambe. Ukryty za drzewem mężczyzna skonstatował, iż Elvis powiedział coś do towarzyszy, na co ci odpowiedzieli zgodnym rechotem. Następnie sięgnął do rozporka i zagłębił się w pobliskich zaroślach, przestając być widocznym. Uparcie nie spuszczał z oczu obleganej ławeczki, aż trenowany przez lata instynkt samozachowawczy zasygnalizował mu nagle, że coś jest nie tak.
Mustafy nie było zbyt długo jak na załatwienie drobnej potrzeby fizjologicznej! Cichy szmer za plecami uzmysłowił mu popełniony błąd: chłopak odgadł jego obecność! Nie docenił gnojka! W tym samym ułamku sekundy – nie odwracając się – przypadł do ziemi zwinnie jak łasica, w ostatnim momencie czując i słysząc silne uderzenie prześlizgujące się po jego karku i lądujące z głuchym łoskotem na pniu drzewa. Z ust napastnika rozległ się przytłumiony syk bólu i rozczarowania. Wyskakując błyskawicznie z przyklęku, Adam wykonał półobrót i mierząc intuicyjnie w miejsce, gdzie powinna się znajdować głowa atakującego, rąbnął na odlew obydwiema rękami uzbrojonymi w małą, ale ciężką lornetkę. Niewiele większy niż półmetrowy odstęp pomiędzy walczącymi nie pozwolił na pełne wyprowadzenie morderczego ciosu. Mimo to Elvis – trafiony dokładnie w podbródek – zwalił się ciężko u stóp Degambe. Adam dopadł leżącego, chwycił za gardło i wziął zamach do unieszkodliwiającego uderzenia, jednak wyczuwszy bezwładność ciała pod sobą, poniechał pierwotnego zamiaru. Usłyszał oddalone głosy. Poderwał się i rzucił okiem w kierunku kompanów Mustafy. Mężczyźni opuszczali leniwie ławkę, ruszając bez pośpiechu w stronę jego kryjówki. Gestykulowali, krzycząc coś i śmiejąc się hałaśliwie.
Po krótkim namyśle chwycił pod pachy nieprzytomnego chłopaka, postawił bez specjalnego wysiłku na nogi, po czym, podtrzymując bezwładne ciało, spojrzał do góry na rozłożyste drzewo. Głosy zbliżały się coraz bardziej. Z zimną krwią najpierw kopnął precyzyjnie – leżącą znowu w trawie – lornetkę pod pobliską choinkę. Niczym w kleszczach zamknął drobnego mężczyznę między korpusem a lewym ramieniem. Prawą ręką chwycił niższą z gałęzi, sprężył muskulaturę i w paru susach, z pomocą wolnych kończyn… brody i adrenaliny wdrapał się po konarach kilka metrów nad ziemię, gdzie przywarował w bardzo już obfitym jak na tę porę roku listowiu, możliwie stabilnie sadowiąc siebie i ofiarę w rozwidleniu potężnych odgałęzień klonu. Wiosenna, rozbuchana w utrzymującej się ciepłej i dżdżystej pogodzie, zieleń dawała niezłą kryjówkę. Krótko po tym, jak znieruchomiał z młodzianem na kolanach, ujrzał pod sobą zamazaną sylwetkę mężczyzny. Po chwili stracił go z pola widzenia – luka w listowiu była zbyt skromna dla szczegółowej obserwacji otoczenia. Mimo to rozpoznał, że ludzie Mustafy maszerowali szpalerem, w odstępach, robiąc tu i tam mały wypad. Ledwie ich widział – bardziej wyczuwał. Po wcześniejszej hałaśliwości, teraz zachowywali się ciszej, a w ich głosach wychwytywał zaniepokojenie.
– Elvis!? Gdzie się, kurwa, podziałeś? Znalazłeś kogoś? – zawołał w końcu któryś z łotrzyków; miał słowiański akcent. Adam wyczuł, kiedy minęli jego kryjówkę i rozglądając się – przez chwilę widział w świetle najbliższej lampy prawie całą grupę – szli przed siebie, oddalając się wreszcie od jego klonu. Na szczęście drzewo nie rzucało się w oczy. Drzew było tu mnóstwo. No i słabe światło latarń, przewaga mroku, nie sprzyjały poszukiwaniom. Głosy ucichły, po pewnym czasie wróciły – ktoś i tym razem przeszedł pod jego drzewem, rozglądając się uważnie; spojrzał nawet krótko, acz bez efektu do góry. Po paru minutach znowu ucichło. Niebawem kolejny raz dotarły do niego głosy poszukujących szefa kumpli. Jakby na złość Adamowi, przyjacielskie ciepło zniknęło bez śladu z chwilą zapadnięcia ciemności. Zrobiło się chłodno. Nie dość, że marzł, to prawe udo cierpło mu coraz bardziej w niewygodnej pozycji i pod ciężarem bezwładnego ciała. Musiał opuścić kryjówkę, nim straci czucie w nodze. Kilkakrotnie osuszał krew kapiącą z otarcia na podbródku, który tak wydatnie pomógł mu we wspinaczce z Elvisem pod pachą. Dał się słyszeć słaby jęk. Chłopak dochodził do siebie. Degambe sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, wyciągając małą buteleczkę. Wprawnie nasączył materiał chusteczki – tej samej, którą pielęgnował zadrapanie na brodzie – paroma kroplami płynu i szybko przycisnął ją do ust i nozdrzy budzącego się młodego mężczyzny. Nie za długo. Nie chciał, by ten zasnął zbyt twardo. Nie miał ochoty na dźwiganie do samochodu bezwładnego ciała unieszkodliwionego watażki.
Natężył słuch. Mimo ciszy w parku odczekał jeszcze ponad kwadrans, zanim zsunął się wreszcie mozolnie na ziemię wraz ze swoją ofiarą. Kulejąc, wepchnął śpiącego pod niewielki, ale rozłożysty świerk, gdzie wcześniej wylądowała lornetka, po czym z trudem doprowadził do stanu używalności kłującą go niemiłosiernym bólem prawą nogę. Następnych parę minut poświęcił na niezbędny rekonesans drogi do samochodu. Na koniec tej małej wycieczki podjechał maszyną możliwie blisko swojego wcześniejszego punktu obserwacji.
Teraz działał prędko.
Teren był wyludniony, więc chciał to wykorzystać zanim natknie się na przypadkowych świadków jego operacji wieczorową porą lub, co gorsza, na kontrolujący od czasu do czasu te okolice zmotoryzowany patrol policji. Bubu nie mógł mu tutaj posłużyć dokładną informacją. Stwierdził tylko, że policyjne wypady są nieregularne i nieprzewidywalne, choć – jeśli nic się nie działo i nie napływały skargi od okolicznych mieszkańców – raczej sporadyczne; nawet w tym tak niebezpiecznym rejonie… a może właśnie dlatego. Wytaszczył spod nisko wiszących iglastych gałęzi pochrapującego cicho młodego Mustafę, dobył z kieszeni jedną z zawczasu przygotowanych linek i skrępował mu od przodu obie ręce. Spoliczkował jeńca raz, drugi, trzeci… aż siedzący chwiejnie Elvis zaczął coś niewyraźnie mamrotać. Adam odszukał lornetkę, którą wrzucił do jednej z obszerniejszych kieszeni swojej lekkiej, ale praktycznej kurtki. Wreszcie postawił chłopca na nogi, otoczył prawym ramieniem i trzymając lewą ręką nadgarstki w miejscu skrępowania, ruszył, popychając półprzytomnego mężczyznę w stronę samochodu. Dla ewentualnego przypadkowego obserwatora przedstawiał widok kogoś troszczącego się o pijanego kamrata. Szef przestępczego gangu, mimo więzów i otumanienia, spróbował zaatakować głową prowadzącego go gdzieś faceta. Po otrzymaniu dotkliwego ciosu łokciem w żebra spokorniał jednak i dał się potulnie doprowadzić do czekającego w ciemnościach pojazdu. W wynajętym oplu Degambe dodatkowo związał chłopaka, aby zapewnić sobie bezpieczną jazdę. Zrobił to dokładnie, znając już przebiegłość smagłego zawadiaki. Na wpół leżąc, przywiązany do fotela Elvis miał przed oczami radio; pokonywana przez samochód trasa miała być dla niego poza zasięgiem wzroku. Nim samochód ruszył, Elvis, mimo bólu w szczęce, ponownie zapadł w ciężki sen. Adam włączył silnik i po chwili wóz toczył się ulicami Hamburga w kierunku najbliższego wjazdu na autostradę. Niedługo potem auto sunęło A7 na południowy-zachód z nie wpadającą w oko prędkością 110 km/h.
Kiedy trochę później Elvis częściowo oprzytomniał… zaczął go ogarniać strach… i bał się coraz bardziej. Przez kilkanaście minut mężczyzna, w którym wyraźnie wyczuwał lepszego od siebie – ba, któremu czuł, że nie dorasta do pięt – nie odpowiadał na żadne jego pytania. Nie pomogły ani krzyki, ani w końcu rozpaczliwe wręcz błagania. Ten niesamowity facio o gębie niegroźnego kutafona nie zaszczycił go nawet jednym spojrzeniem. Zupełnie jakby najzwyczajniej w świecie zapomniał, że wiezie kogoś ze sobą. Ostatecznie wrodzona duma porwanego Albańczyka nakazała mu zamilknąć i Elvis postanowił na razie pogodzić się z sytuacją.
Płatny zabójca wiózł do miejsca przeznaczenia mordercę dla szpanu.

Wróć do „Publikacje nieregulaminowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości