"Łzy życia"- Rozdziały 21-23

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Krzytawy
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 78

"Łzy życia"- Rozdziały 21-23

Post#1 » 25 wrz 2018, o 23:22

Ralf patrzył z łomoczącym sercem na wyjeżdżający spod ich pięknego dębu i znikający w ciemnościach nocy samochód z Adamem.
Po chwili w mroku zbliżył się do barku, otworzył go, a zapalone automatycznie światło zaprezentowało zestaw od dawna nie ruszanych trunków. Chwycił opróżnioną w dwóch trzecich flaszkę jacka daniel’sa, podszedł do okna z widokiem na pogrążony teraz w ciemnościach ogród, zdjął nakrętkę i wlał w siebie potężną porcję alkoholu. Delektował się palącym przełyk i wnętrzności ognistym płynem. Pielęgnowana od paru tygodni, wybudzona za sprawą Adama nienawiść do Elvisa Mustafy osiągnęła swoje apogeum.
Dopiero od niedawna uświadamiał sobie tak jasno i z taką oczywistością, że ten i tylko ten człowiek – bzdura! półczłowiek – był okrutną przyczyną wszystkiego najgorszego, co przydarzyło się w jego życiu. Storch, mimo że był mężczyzną już niemłodym, nigdy dotąd nie przeżył naprawdę, zwłaszcza tak intensywnego jak teraz, uczucia nienawiści.
Lekarza ogarnął nastrój złowrogiej błogości na myśl, że oto ma w rękach mordercę swoich najbliższych. Wierzył, że karząc Elvisa za wszystko, co ten uczynił jemu, Benowi i Marii, dozna wreszcie – uwalniającego od dręczących go latami cierpień – katharsis.
„Zadam ci, bestio, męki, o jakich nie masz zielonego pojęcia. Także duchowe, choć… nie wiem… bo przecież takie można zadać tylko komuś, kto duszę posiada. Ty bestio, gadzino, kanalio… ty zero, parazycie na tej ziemi! Cóż ci mój biedny Benni uczynił… był przecież takim dobrym, kochanym chłopcem!”. Psychiczny tygiel z mieszanką przeciwstawnych sobie emocji wrze teraz w duszy Ralfa: nienawiść… miłość… tęsknota… I ból! Potworne cierpienie – serce w kleszczach udręki.
Twarz Ralfa zalana jest łzami. Słone krople skapują mu z brody na kitel chirurga, który ma na sobie. Jak w transie przechodzi z butelką do okna wychodzącego na ulicę. I stoi tam długo – wpatrzony w słabo oświetlone podwórze przed domem, obserwując oczyma wyobraźni Benjamina przemierzającego je w różnych fazach swojego krótkiego życia.
Dopija resztkę whisky i postanawia nie odkładać dłużej tego, co zaplanował.
Wychodzi z salonu, kierując się do pomieszczenia w piwnicy, do salki, w której boksował z Benjaminem, a do której przeniósł ostatnio część wyposażenia gabinetu chirurgicznego.
Czekał tam na niego „pacjent”.
Pierwszy od tragedii.

* * *
Adam Degambe bez zarzutu wypełnił zadanie, za które Storch z góry go opłacił.
Nie zrobił Ralfowi przysługi dla tych stosunkowo niewielkich pieniędzy. Nie potrzebował ich. Już dawno zabezpieczył się na całe życie, więc o pazerności nie mogło być mowy.
Rzecz w tym, że niełatwo było obudzić w zrozpaczonym chirurgu pragnienia zemsty, chęci odwetu. Adamowi wydawało się wręcz dziwne, że Ralfa nie interesował człowiek winny jego wszystkich nieszczęść.
Po długich dyskusjach w jego willi, ojciec zakłutego Benjamina „zrozumiał” w końcu.
Tak się Adamowi przynajmniej wydawało.
Ten człowiek szmat życia poświęcił na wychowanie syna w miłości bliźniego i uczciwości.
Ralf nie wierzył w Boga. Mimo to był zagorzałym pacyfistą. Choć kiedyś trenował namiętnie boks, pozostawał człowiekiem z natury pokojowym, nie znoszącym przemocy i respektującym tylko pokojowe formy rozwiązywania wszelkich konfliktów. I to bez względu na ich znaczenie: czy to w rodzinie, czy na poziomie światowym. Za cholerę nie chciał zaakceptować stanowiska Adama, pozytywnie ustosunkowanego do agresywnej polityki George’a Busha względem fanatycznych terrorystów arabskich.
Degambe jako psychologa-amatora zdumiewało na tym tle, że ten negujący przemoc człowiek… polubił go. Profesjonalista wyczuwał to doskonale – Ralf polubił zimnego, wyrachowanego, zawodowego zabójcę. Storch był pierwszym w jego anonimowym życiu człowiekiem, który okazywał mu przyjaźń, mimo że znał odstraszającą każdego normalnego Kowalskiego profesję Adama. Wyczuwając tę sympatię już wtedy, podczas rozmowy w samolocie, nie potrafił jej nie odwzajemnić. Tak naprawdę to od wczesnego dzieciństwa nie zdarzyło mu się poznać osobiście i polubić drugiego człowieka.
Dlatego spontanicznie i bez dłuższego namysłu postanowił pomóc temu naznaczonemu tragedią mężczyźnie. Wprawdzie namówił go niejako do owej pomocy, ale nie miał wątpliwości, że ojciec Bena powinien pomścić bezmyślnie zabitego syna. Zwłaszcza że w tym zwariowanym świecie morderca nie otrzymał… nie tyle wielu lat mamra do odsiadki, co nawet jakiejkolwiek odczuwalnej kary!
Spotkali się w domu lekarza trzykrotnie.
Za trzecim razem Ralf dojrzał!
Adam ucieszył się, widząc w jego oczach coś nowego.
Dobrze wiedział, co to jest!
Poprzez rozmarzone spojrzenie jego znajomego z samolotu, w trakcie wspominania Bena bądź Marii, coraz częściej błyskało coś niebezpiecznego.
Degambe odetchnął z ulgą: to budziła się żądza mordu.
* * *
Po dwóch kwadransach od przykucia kajdankami Elvis uwolnił się jako tako od oszałamiającego wpływu specyfiku, którym „poczęstował” go w parku nieznajomy porywacz.
Zaczął wreszcie myśleć w miarę jasno i… szybko stwierdził, że nie ma szans siłą wyswobodzić się z krępujących jego rękę, mocnych stalowych kajdanek. Na ile pozwalał mu metalowy łańcuszek, swobodną ręką i stopami wymacał w egipskich ciemnościach otoczenie. Ocenił, że materac leży nie bezpośrednio na betonie, a na sprężystym i wykonanym najwyraźniej z jakiegoś sztucznego tworzywa podłożu. Zbadał około dziesięciu metrów kwadratowych podłogi wokół siebie, ale nie znalazł w ograniczonym kajdankami promieniu niczego oprócz… nocnika. Już zamierzał nim cisnąć z wściekłością w ciemność, kiedy spoza ciężkich drzwi dotarł do jego uszu jakiś dźwięk.
Wstrzymał oddech, aby zyskać pewność, że słuch go nie myli. Nie… ktoś schodził do piwnicy… odgłosy stały się wyraźniejsze.
Mustafa szurnął nocnik w bok, żeby mieć wolne ręce.
Po chwili przekręcono klucz w zamku.
* * *
Ralf pociągnął masywne drzwi nieznacznie (jedynie tyle, by móc się przez nie przecisnąć), włączył główne światło, po czym szybko wszedł do dawnego fitnessraum*, będąc gotowym na ewentualne niespodzianki. Adam przedzwonił krótko na jego komórkę i przestrzegł przed przebiegłością zabójcy Benjamina.
Mustafa stał na lekko ugiętych nogach, niedaleko otwartych teraz drzwi, na leżącym pod ścianą materacu. I choć wyglądał jak gotujący się do ataku drapieżnik, miał – ku zadowoleniu Ralfa – dość mocno przestraszoną minę, i usiłował właśnie przywyknąć do nagłej, oślepiającej jasności. Ralf szybko skonstatował, że do ugięcia nóg zmuszał więźnia nieco przykrótki łańcuszek do kajdanek, a nie chęć na bezsensowną w tej sytuacji napaść.
Czekając, aż Elvis przywyknie do nagłego blasku, przyglądał się mu z nienawiścią pomieszaną z zaciekawieniem. Chłopak wyglądał bardzo młodo. Ralf nie dałby mu więcej niż osiemnaście lat. Wbrew sobie poczuł przez chwilę litość dla chłopca. Wiedział jednak, że będzie ich miał, tych lat, wkrótce dwadzieścia. Młody mężczyzna miał na gołym ciele czarny wełniany pulower ze sporym wycięciem pod szyją. Wprawne oko byłego sportowca trafnie oszacowało wytrenowanie Mustafy, dostrzegając pod wełną jego drobne, ale sprężyste, muskularne ciało.
Storch w zadumie świdrował jeńca wzrokiem, nie dostrzegając zrazu rosnącego zakłopotania porwanego mężczyzny.
Nagle w oczach Elvisa pojawiło się zrozumienie i zaraz potem… strach; Ralf rozpoznał tę odmianę po stężałych raptem rysach młodej twarzy.
– Pan jest… ojcem… – wychrypiał z trudem zabójca Benjamina.
Nie zdołał ukryć przerażenia. Uświadomił sobie bowiem, że nie przeżyje tej nocy, jeśli nie zacznie natychmiast działać, jeśli się nie uwolni. Ten facet zaszlachtuje go tutaj: był tego pewien. Tak przynajmniej zrobiłby Ibrahim, jego stary i głowa rodu zarazem. On sam zresztą też by tak postąpił na miejscu ojca Blondasa.
Ralf wahał się… Nie żeby chciał się wycofać. Był już teraz przekonany, że nie może darować temu bezdusznemu gówniarzowi odebrania mu jedynego ukochanego dziecka i Marii, miłości jego życia. Postanowił jednak zmienić pierwotny plan przystąpienia do zemsty już teraz, w tej chwili. Nagle wzięły w nim górę, ukryte gdzieś w zakamarkach mrocznej duszy, sadyzm i mściwość. Zapragnął raptem nieodparcie doprowadzić zdanego na jego łaskę i niełaskę mordercę Benjamina do namiastki choćby cierpień, jakie maltretowały go na przestrzeni ostatnich lat.
– Jak się czujesz, chłopcze? – zapytał wręcz grzecznie, nieoczekiwanie miłym dla więźnia głosem. Nie umknęło mu, że Mustafa drgnął na dźwięk jego słów i jakby skarlał bojaźliwie. Jednak po dłuższej chwili odezwał się, i to bynajmniej ani strachliwie, ani uprzejmie.
– A jak się mam, kurwa, czuć po tym, jak mnie ten skurwiel przykuł tu do ściany… nawet skakać nie mam tu jak z radości.
– I nie będziesz skakał, oj nie będziesz… zapewniam cię.– Tym razem Ralf rzucił to lodowatym głosem, w którym doskonale wyczuwało się całą potęgę nagromadzonej w nim nienawiści.
Panika znowu chwyciła Elvisa za gardło; musiał przełknąć i wziąć się w garść, by móc zapytać w miarę normalnym głosem.
– Co pan chce mi zrobić…?
Ralf przemilczał.
Jeszcze się nie zdecydował. W każdym razie chwilowo zmienił plany. Zabójcę jego syna postanowił pozostawić na razie w spokoju. Razem z dręczącymi go strachem, niepewnością i rozpaczliwymi myślami.
Zarejestrował obtartą do krwi i lekko napuchniętą rękę porwanego watażki. Adam musiał natrafić na agresywny opór Mustafy, który jednak, jak się okazuje, ani trochę chłopakowi nie pomógł. Nocnik leżał przewrócony poza zasięgiem jego (czuł okrutne zadowolenie z powodu tej „własności”) przykutej do ściany ofiary. Storch podszedł do „mobilnego pisuaru” i nogą przysunął tak, by stał się dla Elvisa osiągalny. Uwięziony mężczyzna obserwował go w milczeniu, a chirurg spostrzegł w rozbieganych, ciemnych oczach, że coś knuje.
– Nie nadwyrężaj mózgownicy. Jeszcze się nadumasz… – I podchodząc do drzwi, dodał:
– Co chcę z tobą zrobić…? Coś strasznego, niewyobrażalnie paskudnego… możesz mi wierzyć.
Sam się przestraszył własnego głosu. Na pewno nigdy jeszcze nie zabrzmiało w nim tyle ponurej złowieszczości. Z ręką na klamce dłuższą chwilę spoglądał w milczeniu na panicznie strwożonego mordercę jego jedynego dziecka. Będąc już za drzwiami, nie odmówił sobie przyjemności, by raz jeszcze je uchylić i ponownie popatrzeć z posępną satysfakcją na – skulone teraz pod ścianą – uosobienie śmiertelnego przerażenia.
Zanim w końcu odszedł, zgasił jednak litościwie światło w pomieszczeniu z uwięzionym Kosowo-Albańczykiem.

*Fitnessraum (niem.) – siłownia, studio sportowe

* * *

Elvis był rozwścieczony.
Dręczył go paniczny strach, a jednocześnie miotała nim burza gniewu, że tak bardzo się boi tego siwego faceta, ojca Blondasa.
[akapit][/akapit]„Co on mi może, kurwa, zrobić…? Na pewno nie ukatrupi, bo by tyle nie gadał i straszył, tylko by mnie już wykończył. Chce mnie może torturować…? No i dobra… potorturuje i przestanie. Przekona się, że żadna ciepła klucha ze mnie”.
Pocieszał się tak swoją nieustraszonością, ale nie było to zbyt skuteczne. Zimna obręcz trwogi ściskała serce na wspomnienie tonu, jakim ten dziadek (dla niego wyglądał bardziej na dziadka niż na ojca Blondasa) wypowiedział ostatnie słowa przed opuszczeniem piwnicy.
– Muszę się stąd, do kurwy nędzy, wydostać! – bluznął głośno, usiłując nadać swoim słowom zdecydowanie i pewność siebie. – Albo mi ten popierdoleniec… gały wykłuje.
Na samą myśl, że ten cały Storch mógłby go pozbawić wzroku, poczuł, jak mu włosy dęba stają.
Nagle stracił nerwy i zaczął szarpać desperacko łańcuchem, wyjąc rozpaczliwie z całych sił. Dopiero ostry ból nadgarstka kazał mu się opamiętać. Zacisnął zęby, próbując logicznie rozpatrzyć swoje położenie i możliwości wybrnięcia z pułapki. Przywołał w pamięci wygląd pomieszczenia, w którym się znajdował. Pożałował teraz, że całą uwagę koncentrował na ojcu Blondasa, ignorując otoczenie. Pamiętał jedynie jego jakby sportowy charakter.
„O! Tak… tam na ścianie w głębi salki wisiały dwie czy trzy pary rękawic bokserskich. Ależ oczywiście! Ta piwnica musiała służyć kiedyś jako sala sportowa, ring bokserski. Tylko co mi z tego odkrycia? Co mi z wiedzy, do chuja pana, że Blondas z kumplami naparzali się tutaj kiedyś?!”.
Zastanowił się trochę dłużej.
Nie… nie uwolni się stąd za pomocą jakichkolwiek narzędzi. To jedno pamiętał dobrze: najbliższe przedmioty znajdowały się przynajmniej metr od miejsca, do którego był w stanie sięgnąć stopami, po możliwie maksymalnym rozciągnięciu na podłodze swojego ciała. Mógłby wprawdzie zdjąć ciuchy, zmajstrować coś w rodzaju liny z pętlą i próbować przyciągnąć jakiś masywny przedmiot. Tylko jak to zrobić w kompletnej ciemności (usiłował osiągnąć wyłącznik światła w rogu, z drugiej strony drzwi, ale okazało się to niemożliwe). No, a gdyby to się nawet udało, nie sądził, by po omacku dał radę rozerwać solidny stalowy łańcuszek kajdanek. Poza tym nie wyglądało na to, by mógł się stąd wydostać bez klucza.
Przez kilka minut naciskał prawą ręką na klamkę – z trudem jej dosięgał – metalowych drzwi, ze wszystkich sił napierając na nie jednocześnie plecami i barkiem. Jednak tkwiły one w żelaznej framudze równie niewzruszenie, jakby były do niej przyspawane.
Kiedyś w kiciu jeden z recydywy zaoferował się nauczyć go otwierania zamków wszelkiego rodzaju. Nie wykazał zainteresowania. W obecnej sytuacji stało się to kolejnym minusem – być może poradziłby sobie teraz z prostym mechanizmem zamku od kajdanek, a potem z tym w drzwiach jego więzienia. Znalazł nawet w kieszeni kawałek drutu i grzebał nim dobry kwadrans w otworze na kluczyk do stalowych oków.
W końcu uświadomił sobie, że jego próby przypominają usiłowania człowieka pierwotnego, pragnącego rozniecić ogień przy pomocy krzesanej iskry i mokrej trawy.
W piwnicy było ciepło. Musiało tu działać ogrzewanie.
[akapit][/akapit]Elvis czuł, że znowu zaczyna go morzyć senność.
Ale nie chciał – nie wolno mu było zasnąć!
Przecież nie da się tu zarżnąć jak ten wieprzek!
Musiał coś wymyślić. Równie bezradnie czuł się chyba po raz ostatni, gdy ojciec przegnał Michaela, którego tak lubił, a jednak nic nie mógł poradzić na decyzję apodyktycznej głowy rodziny.
Od paru minut krążył mu po głowie pewien rozpaczliwy pomysł, i – zanim jednak zasnął – w końcu chwycił się desperacko tej ostatniej deski ratunku. Spróbuje sprowokować siwego do, choćby krótkiego, otwarcia kajdanek. Na przykład powie mu, że jest takim samym tchórzem, jakim był Blondas, bo się go po prostu boi i dlatego trzyma na łańcuchu. Co? Nie jest tchórzem? Proszę bardzo: niech więc się tylko odważy otworzyć kajdanki, a przeżyje szok swojego życia! A gdy mu się ten podstęp powiedzie – nie może się nie udać! – wtedy będzie musiał sobie poradzić z tym starym człowiekiem. „Na pewno nie jest takim zawodowcem, jak ten jego kumpel, który tak swobodnie mnie załatwił”.
Coraz dokuczliwiej doskwierało mu pragnienie, jednak mimo to zasnął tuż po północy.
Usnął z mocnym postanowieniem wprowadzenia w czyn swojego tak wysoce niepewnego planu.
Krótko przed świtem, śpiąc niespokojnie, nie był świadom, że przez manipulowany wywietrznik dostają się do salki piwnicznej opary pewnego gazowego związku chemicznego o silnych właściwościach usypiająco-znieczulających..

Mozets
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 59

"Łzy życia"- Rozdziały 21-23

Post#2 » 27 wrz 2018, o 10:23

Czytelnikom próbującym się domyślać, co wyszkolony chirurg może zrobić swojemu krzywdzicielowi podaje opis ( fakt autentyczny z lat 70-tych) działania pani weterynarz zgwałconej przez 2 osiłków w lesie.
Po zaspokojeniu chuci dwóch Jaśków z Konkolewa Dolnego (pani weterynarz nie krzyczała, nie traciła energii na obronę, która była niemożliwa, ponadto opór mógłby pchnąć ich do okaleczenia lub zabójstwa ) ofiara udała zadowoloną i zaproponowała;
Wiecie panowie nie było tak źle, jednak wolałabym to powtórzyć w kulturalnych warunkach. Zapraszam panów do mojego domu na kolację.
Osiłkowie dali się nabrać. Weterynarz mieszkała w pięknej willi na uboczu wioski. Zawiozła ich swoim samochodem do domu. Poprosiła by się wykąpali, dała im czyściutkie szlafroki, postawiła zakrapianą suto kolację. W trakcie podała im do alkoholu silny środek nasenny. Potem zaaplikowała im narkozę i wykastrowała. Ich klejnoty rzuciła swojemu psu na pożarcie. Opatrzyła, zaszyła, fachowo . By nie było infekcji i obudziła. Powiedziała im co zrobiła. Sprawa sądowa zakończyła się skazaniem osiłków na 2 lata w zawiasach ( za gwałt) i tak samo pani weterynarz 2 lata za okaleczenie Jaśków. (Przepraszam wszystkich Jaśków i Konkolewo -jeśli takie istnieje).
Mozets karabela z resora od samochodu.

Krzytawy
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 78

"Łzy życia"- Rozdziały 21-23

Post#3 » 27 wrz 2018, o 16:13

Znałem tę historię Mozets- była głośna swego czasu.
Inteligencja i zachowanie zimnej krwi przez ową panią doktor zaimponowały mi wtedy.
Są tu oczywiście pewne paralele z moją historią, acz u mnie zemsta Ralfa prowokuje dopiero dalsze, istotniejsze problemy związane z jego odwetem i wcześniejszym mordem na jego synu.
Nie wiem czy wspominałem, że "Łzy życia" bazują na wydarzeniach, które rzeczywiście zaistniały w Niemczech, zaś część bohaterów ma swoje pierwowzory w rzeczywistości.

Mozets
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 59

"Łzy życia"- Rozdziały 21-23

Post#4 » 27 wrz 2018, o 20:30

OK. Nie wnikam w inspiracje tego utworu. To królestwo autora. Raczej poruszam się po ścieżkach fabuły. Oczywiście, że życie pisze najciekawsze scenariusze. Twój scenariusz wydarzeń jest dobrze dobrany bo czytelnik jest zainteresowany dalszym ciągiem. Nie ma płycizn i niepotrzebnych dłużyzn.
Interesująco dawkujesz napięcie i dramatyzm wydarzeń. Tekst może zainteresować poważnych wydawców. Jednak obłędna "correct political" może studzić ich zapały. Nie rozwijam tego wątku. Z wiadomych przyczyn. Ogólnie sposób prowadzenia akcji w twoim utworze jest kompatybilny z niezawodnym schematem "Szakala". (Film - jeden z lepszych w tym gatunku).
Mozets karabela z resora od samochodu.

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość