Dla Ciebie, Mamo (wersja 2)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Franciszek Stokłosa
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 14

Dla Ciebie, Mamo (wersja 2)

Post#1 » 21 paź 2018, o 17:41

UWAGA!
Przedstawiony poniżej fragment jest tylko początkiem dłuższego tekstu, który zamierzam napisać o pojedynku między A. Hamiltonem a Aaronem Burrem. Liczę na Wasze opinie, czy zmierzam w dobrym kierunku. Podkreślam jeszcze raz, to zaledwie początek długiego tekstu. Nie nazywam tego pierwszą częścią, gdyż ta będzie wiele dłuższa. Publikowałem już wcześniej część tego tekstu, lecz od tamtego momentu fragment bardzo ewoluował, więc publikuję go raz jeszcze. Dzięki i miłego czytania!


Rok 1763, Miasto Nowy Jork

Teodora cofa się o krok. Nie wierzy w to, co słyszy, Jacques klęka i prosi o rękę. To jakby diabeł oświadczył, że zabiera jej duszę. Postawiona przed wyborem czuje się jak zwierzę złapane w sidła, które słyszy nadchodzących łowczych. Rzuca się w myślach na wszystkie strony, w ułamku sekundy przechodzi od euforii do rozpaczy choć wie, że wybiła jej godzina. Na kanapie w rogu salonu siedzi matka siedemnastolatki. Jej pokorne, pełne cichej nadziei spojrzenie oplata ciało Teodory, krępując ręce, gardło, umysł. Usta dziewczyny drżą. Bardzo chce, żeby mama tego nie dostrzegła.
Przed oczami miga tysiące obrazów. Teodora widzi jak mama zawija niemowlaka w kocyk, po czym składa w łóżeczku. Matka płacze po cichu, by nie zbudzić Teosi i szepcze imię taty. Wyrzuca mu, że umarł przed narodzinami dziecka.
Córeczka słyszy szelest kartek, czyta pod kołdrą Przypadki Robinsona Crusoe. Czuje spływającą po policzku łzę, gdy dowiaduje się o śmierci Piętaszka. Wie, że powinna spać.
Z dołu dochodzą dźwięki dżentelmenów grających w karty. Kruszynka pewna swojej dojrzałości schodzi na dół. Gdy oczy wszystkich zwracają się w jej stronę, dumnie pyta gospodyni.
-Na co są te kieliszki? Czy na wino?
Później w nocy słyszy łkanie mamusi.
Dziewczyna siedzi w salonie z mamą, uczą się francuskiego. Teosia ślęczy nad książkami. Nad głową słyszy tylko:
-Un, deux, trois, quatre… Źle, jeszcze raz. Jeśli nie będziesz się uczyć, nikt nie weźmie cię za żonę!
Teodora jest w kościele Trójcy Świętej, na ślubie matki z brytyjskim oficerem. Zachwyca się dźwiękiem organów, które brzmią tak samo w innym obrazie, na pogrzebie męża. Czarny welon ukrywa wzrok podwójnej wdowy. Czemu nie może zrobić tego teraz? Jeśli powie „nie”, złamie serce matce. Może miłość przyjdzie z czasem…
-Zgadzam się. –rzekła pewniej niż się spodziewała.
Jacques podnosi głowę, na twarzy jeszcze maluje się nadzieja. Dopiero przekuwa ją w szczęście, szacunek, dumę. Rozpromienia się i wstaje, unosi jej dłoń do ust, składa pocałunek. Teodorę przebiega dreszcz. Un, deux, trois, quatre… Je le fais pour toi, maman.

Rok 1767, Miasto Nowy Jork

Najdroższa Teosiu!

Przepraszam, że nie pisałam tak długo. Mam z przeprowadzką urwanie głowy. Też jesteś matką piątki dzieci, więc rozumiesz, jak wiele trudności sprawiają. Harcują po domu jak małe diabliki i co rusz niszczą elementy zastawy. Ilekroć doprowadzę pokój do porządku, chłopcy czekają aż wyjdę, wślizgują się do niego i wywołują harmider. Pan Graham niemal dał w skórę małemu Jackowi. Spaliłam się ze wstydu! Nie dość, że pomaga biednej wdowie, to jeszcze dzieci doprowadzają go do szewskiej pasji. Poczciwy człowiek…Wyobraź sobie, że musi udekorować całą posiadłość!
Hrabstwo Bergen jest bardzo piękne, ale nie mam czasu się nim cieszyć. Cały czas coś się psuje i uwijam się jak w ukropie. Mieszkamy daleko od miasta, toteż co parę dni pan Graham jedzie ze mną do sklepu. Jest stolarzem i pomaga wybierać mi meble, och, gdyby nie on, w życiu nie dotargałabym wszystkiego do domu.
Mam wygodne łóżko, które podtrzymuje moje stare ciało w nielicznych momentach odpoczynku. Nie stać mnie na wynajęcie belfra, ale dzieci muszą chodzić na lekcje. Mam wrażenie, że niczego nie umieją, choć wypruwamy sobie żyły nad francuskim. Ty w ich wieku mówiłaś o stokroć lepiej! Może to moja wina?
Od połowy wzgórza rozciąga się zachwycający ogród, lecz nie ma nikogo, kto mógłby o niego zadbać. Wielka szkoda, że marnieje. Panują tu straszne wichury, więc drzewa wciąż się łamią i tarasują drogę. Czasem zbieram gałęzie, choć to przecież syzyfowa praca. Aby odciążyć pana Grahama zaczęłam rąbać drewno na opał. Gdy zobaczył, że mam odciski na rękach strasznie na mnie nakrzyczał i kazał siedzieć w domu.
Ostatnio pytał się o Ciebie, więc opowiedziałam mu o Twojej rodzinie. Myślałam, że ucieszy się gdy usłyszy, że masz przystojnego męża i gromadkę dzieci. Zasępił się straszliwie. Twierdził, że jesteś wyrodną córką i mnie nie szanujesz. Zrobiło mi się bardzo przykro. Tłumaczyłam mu, że to nie prawda, ale nie chciał słuchać. Przebacz mu, Teosiu. To dobry człowiek.
Od dawna nie czytałam. Ach, jak okropne to uczucie! Siedzieć samemu w ogromnym domu i być zbyt zmęczonym, aby czytać. Parę razy próbowałam sięgnąć po poezję, ale od razu usypiałam w fotelu. To cud, że znalazłam czas, aby napisać ten list!
Jak to dobrze, że Jacques wrócił z wojny, na pewno bardzo się martwiłaś. Wreszcie możesz zasypiać spokojnie, prawda?
Wiem co to znaczy tęsknić za mężem. Codziennie samemu utulać dzieci do snu, odpowiadając na pytanie „A kiedy wróci tata”? Pisałaś, że nienawidzisz munduru brytyjskiego oficera. Ach, Teosiu, uwierz, że Ci zazdroszczę.

Pamiętaj, że Cię Kocham,
mama

Kaszel atakuje Teodorę. Od upadku ratuje ją tylko podparcie się szafy, czeka, aż mroczki odsłonią wzrok. Otwiera okno, musi odetchnąć świeżym powietrzem. W twarz wybucha jej mieszanka chłodnego, deszczowego powietrza, smrodu miasta i zgiełku ulicy. Jak to dobrze, że ta kakofonia może choć na chwilę zagłuszyć myśli.
Trzask! Znowu cisza. Kobieta trzyma w ręce list od matki. Siada na łóżku, czyta go ponownie. Twarz Teodory zmienia się. Kobieta blednie, oczy stają się szkliste, po czym wybucha płaczem. Tłumi ból poduszką. Dzieci nie mogą usłyszeć.
Jak ona może wmawiać sobie, że tęsknota za córką stanowi jej męczeńską próbę? Stara się ukryć samotność, więc pisze listy. Odkąd Teodora wyszła za mąż, matka konsekwentnie się od niej odsuwa. I ten przykład z rąbaniem drewna! Jest za stara aby pracować, bolą ją plecy i nogi, ale przecież Teosia ma ważniejsze sprawy niż stara, zgrzybiała matka. Takiej to nie żal kopnąć w kąt! Gdyby tylko widziała jak córkę zalewa krew, gdy czyta o katordze rodzicielki. Gdyby tylko mogła zobaczyć z jakim zapałem odpisuje na te pełne cierpienia listy. Czemu odpycha rodzinę, która przyjmuje ją z otwartymi ramionami?
-Mamo! Mamo! –słyszy zza drzwi Teodora.
-Słucham, synku.
-Tata mówi, żebyś przyszła się z nami pouczyć!
-Już idę.
Kobieta czeka, aż tupanie za drzwiami ucichnie, zwleka się z łóżka i przeciera łzy. Poprawia włosy, zarzuca na ramię rubinowy szal. Odpluwa flegmę. Przybiera zobojętniałą minę i idzie na dół.
Kładzie dłoń na poręczy schodów. Dopiero gdy dotyka drewna zdaje sobie sprawę jak bardzo pocą jej się ręce. Każdy krok, każdy kolejny stopień zbliżający ją do pisku dzieci wymaga więcej wysiłku niż przebycie oceanu wpław.
-Nie myśl o niej… nie myśl… -szepcze. -Skup się na dzieciach.
Z jakiegoś powodu nawet jej słowa świszczą jak topór kata, spadający na bezbronną szyję. Śmiech staje się coraz głośniejszy, wystarczy sekunda lub dwie i ujrzy kremowe ściany salonu. Im bliżej celu, tym mniej panuje nad myślami. Próba ułożenia w głowie planu lekcji kończy się klęską, gdy racjonalne myśli wypiera wspomnienie wrzeszczącej matki.
-Jeśli nie będziesz się uczyć… -jęknęła Teosia.
Poręcz skończyła się, dłoń opadła wzdłuż ciała. Wraz z tym impulsem owładnęła nią koncentracja i chłodny profesjonalizm.
Gdy wchodzi do pokoju dziennego jej pociechy bawią się w najlepsze. Chłopcy skaczą po fotelach niczym piraci huśtający się na linach, a dziewczynki próbują nadążyć za braćmi. Najmłodszy co chwilę otrzymuje cios drewnianym mieczem, na co reszta wydaje tryumfalny okrzyk. Córeczki podbiegają do pokonanego i opatrują rany odniesione przez mężnego wojownika. Jacques leży na kanapie i czyta listy od braci. No tak. Śmieje się w duszy Teodora. Najlepiej bawią się wtedy, gdy trzeba pracować.
-Dzieci. Chodźcie do czytelni.
-Mamo, jeszcze nie! – podbiegają do niej kruszynki. Pięć par małych rączek wtula się w matczyną suknię.
-Już powiedziałam. Do czytelni, tylko w podskokach.
Śmiech i krzyk przeszywają salon, a flota piracka bierze za kurs niewielkie, ciemne pomieszczenie wypełnione książkami.

***

Dzieci czytają o starożytnym Rzymie, więc zapada cisza. Co krótką chwilę matka przywołuje do porządku chłopców, którzy zbytnio rozochocili się zabawą. Przy kolejnym rutynowym rzuceniu dyscyplinarnego spojrzenia zauważa, że Maria, najstarsza z dziewczynek, zamiast czytać wpatruje się w stół. Nie… nie wpatruje. Jest tak zamyślona, że zapomina o bożym świecie. Instynkt rodzicielki zasiał w Teodorze ziarno niepokoju.
-Maria.
Dziewczyna spogląda na mamę roztargnionym wzrokiem dziecka wyrwanego z głębokiego snu.
-Ach, tak… -szepnęła. –Przepraszam.
-Maria. –powtarza matka i kładzie jej rękę na ramieniu. –O co chodzi?
Córeczka otwiera usta aby coś powiedzieć, lecz po chwili zamyka je na powrót. Mruży oczy, ponad wszelką miarę unikając kontaktu z Teodorą.
-No bo… mamo, ja nie rozumiem.
-Czego?
-Przeczytałam ostatnio Romea i Julię i… dlaczego oni musieli na końcu umrzeć?
To pytanie uderza kobietę niezwykle mocno. Dawno zapomniała o istnieniu Szekspira, lecz teraz, w ułamku sekundy dostrzegła w jego dziele więcej siebie niż by tego chciała. Odkąd rzekła „tak” Jacquesowi… nie, nie Jacquesowi, lecz matce, jej uczucia rozdarły się między Kapuletów i Montekich.
Jedna strona każe nienawidzić matki za to, że zmusiła ją do wzięcia ślubu. Zrobiła to nieświadomie, to prawda. Niemniej to nie zmienia faktu, że musiała zgodzić się na małżeństwo; mama poświęciła życie, aby Teosia miała byt godniejszy od niej. Odmowa zniszczyłaby jedyną relację rodzinną jaką posiada. Czym jest żal Teodory wobec szczęścia matki?
Drugi dom uczuć pcha kobietę ku swojej rodzicielce. Matka dbała o jej edukację i choć wtedy nauka była męczarnią, dziś dziękuje jej za walkę z małą i buntowniczą Teosią. Po wielu latach ta sama dziewczynka mówi płynnie po francusku i jest biegła w sztuce, historii, poezji i polityce. Dzięki mamie nie stała się zwykłą żoną salonową, a pewną siebie, dojrzałą kobietą. Nie potrafi wyrazić jak wielką ma wdzięczność i szacunek do rodzicielki. Tym trudniej było odmówić ślubu, to miała być dla niej nobilitacja za poświęcenie rodzicielskie.
I tak Teodora stoi po środku niczym Romeo i Julia między dwoma skłóconymi domami własnych uczuć, przy czym oba łączy jedynie nienawiść. Tak jak kochankowie jest rozdarta, gdyż każdy jej czyn skończy się tragedią. Może tylko stać i patrzeć jak upływa jej marne życie.
-Mamo! Skończyłem! –przerwał ciszę jeden z chłopców.
-Tak? To ja też. –obruszył się młodszy brat.
-A ja byłem przed wami, tylko nie chciało mi się mówić. –dorzucił trzeci. Po chwili cała piątka zaczęła się przekrzykiwać.
-Cisza. –rzekła Teodora, zapominając o pytaniu Marii. –Powtórzymy francuski.

Tagi:

Kawka
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 485

Dla Ciebie, Mamo (wersja 2)

Post#2 » 25 paź 2018, o 20:39

Jakże monumentalny ten tekst.

Franciszek Stokłosa
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 14

Dla Ciebie, Mamo (wersja 2)

Post#3 » 25 paź 2018, o 22:04

Monumentalny, czyli jaki? Podobał Ci się?

Kawka
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 485

Dla Ciebie, Mamo (wersja 2)

Post#4 » 25 paź 2018, o 22:08

Monumentalny, czyli zapierający dech w piersiach. Oczywiście, że mi się podobał. Ostatnio dużo rozmyślam o tym jak zawiłe mogą być ludzkie losy!

Franciszek Stokłosa
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 14

Dla Ciebie, Mamo (wersja 2)

Post#5 » 25 paź 2018, o 22:09

Kamień z serca! Bardzo się cieszę.

Kawka
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 485

Dla Ciebie, Mamo (wersja 2)

Post#6 » 25 paź 2018, o 22:13

No to cieszę się :). Skąd wziąłeś pomysł do tego tekstu?

Franciszek Stokłosa
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 14

Dla Ciebie, Mamo (wersja 2)

Post#7 » 25 paź 2018, o 22:21

Zainspirował mnie musical Hamilton, ale informacje o faktach nt. bohaterów czerpię tylko ze źródeł historycznych. Zastanawiam się jak i dlaczego zachowywały się właśnie tak w konkretnych sytuacjach i co zrobiłbym ja sam. Jest duże pole do popisu, w końcu im mniej treści, tym większy zakres znaczeniowy. To dopiero pierwszy rozdział (jeszcze niedoskonały) powieści, która prowadzi do pojedynku między A. Burrem a A. Hamiltonem. Warto poczytać, ciekawa sprawa. Pozdrawiam serdecznie :)

Kawka
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 485

Dla Ciebie, Mamo (wersja 2)

Post#8 » 26 paź 2018, o 17:54

Dziękuję za informację. Również pozdrawiam.

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość