Sny listopadowe, cz.1

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Alijar
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 16

Sny listopadowe, cz.1

Post#1 » 8 lis 2018, o 11:37

– Muszę ją znaleźć, muszę! Ona zrozumie, gdy jej wszystko opowiem. Jest już przecież duża... – Laura pada na kolona i unosi do ust rąbek sukni surowej urzędniczki. Całuje go, bo wie, że wszystko zależy tylko od tej kobiety, od jej humoru.
Urzędniczka uśmiecha się. Po raz pierwszy. Palcem wskazuje okno, a Laura czuje, jak jej serce odpręża się z ulgą. Nareszcie!
– Tam – mówi urzędniczka. – Tam, ulicą przechodzi właśnie pani córka.
Laura próbuje wstać, ale jej spódnica zaczepia się o krzesło, plącze się pod nogami. Laura szarpie niecierpliwie. To nic, że materiał się podrze. Niestety już nie jedno krzesło lecz cała masa mebli i przeróżnych gratów blokuje dojście do okna. A ona śpieszy się. Tak bardzo się śpieszy! Nie wolno jej zmarnować tej szansy. Biegnie. Choć ledwo dyszy z wysiłku, czuje, że prawie nie porusza się z miejsca. Zupełnie jak w jakimś koszmarze sennym. Te poszukiwania od samego początku przypominają senny koszmar!
Wreszcie dopada okna. W dole zimna ulica. Do czarnego, wilgotnego asfaltu poprzylepiały się gdzieniegdzie żółte liście klonu. Wiatr szarpie nagie gałęzie drzew. Nikogo nie ma na ulicy w taki paskudny listopadowy wieczór. Jak wtedy...
Nikogo.
– Nie widzę jej...
– I nigdy jej pani nie zobaczy – oświadcza urzędniczka. – Zdecydowane – podpisane! A d o p c j a. Nie jest to już pani dziecko!
– Błagam... błagam... – łka Laura. – Ja potrzebuję wybaczenia! Żałuję, tak bardzo żałuję!
Urzędniczka pochyla się do jej ucha. Czyżby jednak chciała jej coś wyjawić? Ależ nie! Ona chce tylko ukarać Laurę. Ukarać ją straszliwym przenikliwym wrzaskiem. Prosto w ucho!


– Żałuję, tak bardzo żałuję! – powtarza Laura, ale nic nie pomaga. Przerażające wycie trwa. Wyrywa ją wreszcie ze snu więc wyciąga rękę do budzika, po omacku odnajduje właściwy przycisk.
Cisza.
Dopiero teraz przychodzą prawdziwe łzy, dopiero teraz ogarnia ją prawdziwa rozpacz.
– Żałuję, tak bardzo żałuję! – płacze, choć wie, że nie ma znaczenia, czy zostanie jej przebaczone, czy nie. Tego dziecka nigdy nie zobaczy, powiedziała urzędniczka we śnie. To prawda... Laura usunęła tę ciążę... ćwierć wieku temu.

Powoli i ciężko, jakby ciągnęła za sobą kajdany, powędrowała do łazienki. Ciepłe i przytulne mieszkanie usunęło się z zasięgu jej zmysłów, zapalane po drodze lampy nie rozjaśniały ciemności w jej duszy. Stanęła pod prysznicem. Gorąca woda odprężała, pomagała łzom wydostać się na zewnątrz, rozwiązywała twardy supeł w krtani. Laura płakała. Wpierw tylko łzami, cicho, potem żałośnie, jęcząco, by wreszcie skulona w brodziku wrzeszczeć z całych sił w beznadziejnej próbie sprzeciwienia się faktom. Wiedziała, że nikt jej nie usłyszy. Nikt nie przybiegnie zaniepokojony, nikt jej nie pocieszy. Paul nie żył od pięciu lat i od pięciu już lat co listopad dręczyły ją te okropne sny.
Łzy i ciepła woda zrobiły wreszcie swoje, zmyły cierpienie z powierzchni ciała i z duszy. Teraz mogła przystąpić do dalszych rytuałów dnia. Wytarła się starannie, namaściła skórę perfumowanym mleczkiem, ubrała się w bieliznę i szlafrok, i przeszła do kuchni. Włączyła ekspres do kawy, wrzuciła kromkę białego chleba do opiekacza, nakryła do stołu na jedną osobę. Ze skrzynki na listy wyciągnęła gazetę, nalała kawy do filiżanki, posmarowała grzankę masłem i dżemem. Jadła, piła i czytała. Była znowu w swoim życiu, dziś. Była znowu sobą. Stara rana przestała krwawić, bolesna strata przestała być aktualna. Dopiero teraz Laura mogła zacząć zastanawiać się nad tym, co przeżywała nocą.
Chyba trzeba będzie coś z tym fantem zrobić. Te koszmarne sny, to budzenie się do jeszcze koszmarniejszej rzeczywistości, to poczucie beznadziejności i zagubienia nie powinno zapanować nad zwyczajnym życiem. Raz czy dwa do roku można by to jeszcze wytrzymać, ale miała wrażenie, że intensywność snów wzmagała się za każdym razem, a ich częstotliwość rosła. Podobnie jak jej rozpacz i wyrzuty sumienia po przebudzeniu. Po raz pierwszy śniła o bezowocnych poszukiwaniach swojego dziecka pięć lat temu, w pierwszą noc po pogrzebie Paula. Tam, na cmentarzu zrozumiała nagle, że ta część jej życia, którą z nim spędziła skończyła się bezpowrotnie. Ale dopiero potem, w łóżku uświadomiła sobie, że jest oto w życiu sama; bez męża i bez dzieci. Nie była jeszcze stara, ale za stara już, by zdążyć jeszcze opłakać należycie Paula, rozpocząć poszukiwania następnego partnera, znalazłszy, związać się z nim, dojrzeć wspólnie do rodzicielstwa, począć te dzieci, urodzić je i wychować. Nie, na to było już za późno. Stanowczo i bez odwołania za późno. Już nigdy.
I wtedy właśnie, a był to ponury, zimny wieczór listopadowy, Laurze przypomniało się to dziecko, które mogła była mieć. Całymi latami nie było ono dla niej niczym innym, jak &ciążą, czymś w rodzaju choroby, którą kiedyś przemogła. Nie płakała po niej, tak, jak nie płacze się po zaropiałym wyrostku robaczkowym. Oddycha się z ulgą i jest się szczęśliwym, że wyszło się z tej historii cało.
Dopiero tamtego wieczoru po pogrzebie Paula ciąża zmieniła się w dziecko. W bezimienne i bezpłciowe maleństwo, które z pełnym zaufaniem zagnieździło się w jej brzuchu i które ona z zimną krwią kazała zamordować.
To nie Paul był ojcem. Paul wkroczył w jej życie dopiero dużo później, gdy już gotowa była na założenie rodziny. Byli ze sobą szczęśliwi i w naturalny sposób pragnęli przekazać to szczęście następnemu pokoleniu. Chcieli mieć dzieci. Choć lata mijały, a Laura nie zachodziła w ciążę, nie przejmowali się tym za bardzo, wierzyli, że mają jeszcze nieskończenie wiele czasu. A potem Paul miał wypadek. Nie odzyskał już przytomności przez sześć miesięcy, w czasie których Laura usunęła ze swej świadomości wszystko, co nie dotyczyło bezpośrednio męża. Miała tylko jedno pragnienie: aby Paul pozostał przy życiu.
Potem, gdy wszystko minęło, stwierdziła ze zdumieniem, że stało się coś dziwnego. Zaledwie pół roku temu uważała się za kobietę rozpoczynającą swoje dorosłe życie i nagle, niemalże z chwili na chwilę miała już wszystko poza sobą. Gdyby chociaż to dziecko jej zostało... To prawda, że gdyby wtedy nie usunęła tej ciąży, jej życie miałoby inny przebieg. Nie studiowałaby, ani nie poznałaby Paula. Nie byłoby tego samotnego wieczoru w wielkim łóżku, w którym strona Paula ziała przerażającą pustką. Ale gdyby wtedy urodziła jednak to dziecko, a potem oddała je do adopcji, to teraz mogłaby z nim przynajmniej telefonować. To dziecko miałoby teraz... dwadzieścia lat, odszukałoby ją już jakiś czas temu, zaakceptowałoby jej wyjaśnienia i pozostałoby z nią w kontakcie.
Wtedy proponwano Laurze takie rozwiązanie. Ginekolodzy do których chodziła w nadziei znalezienia kogoś, kto podjąłby się wykonania nielegalnego zabiegu, przyjaciele, którym się zwierzyła i nawet lekarze w tamtym małym szpitalu w Holandii, wszyscy mówili, że może przecież oddać to dziecko do adopcji. Tylko Hannes tego nie mówił. Nie oddam mojego dziecka. Albo usuniemy tę ciążę, albo zatrzymamy dziecko. Jeśli zatrzymamy dziecko, ucierpi na tym nasz związek, bo nie dojrzeliśmy jeszcze, by zostać rodzicami. A najbardziej ucierpi to dziecko.
Laura zgodziła się chętnie z argumentacją Hannesa. W żadnym wypadku nie chciała, żeby ich związek ucierpiał. Pojechali więc do Holandii, załatwili sprawę, odetchnęli z ulgą i nie rozmawiali już więcej o tej ciąży. W rok później rozeszli się i doprawdy mieli szczęście, że nie musieli przy tym mieć względu na dziecko.
Nie ma Hannesa, nie ma dziecka... nie ma Paula, nie ma rodziny – tylko Laura, samotna jak palec i znów był listopad, jak wtedy, gdy pozbyła się dziecka, jak wtedy, gdy skończyło się z Hannesem, i jak wtedy, gdy Paul umarł. Stan psychiczny Laury bywał w listopadzie szczególnie labilny, chyba przez to, że wszystkie ciosy losu trafiały ją w tym właśnie miesiącu. Wspomnienia tych niemiłych zdarzeń mieszały się ze sobą, wzmacniały się nawzajem i pokonywały wreszcie swoją ofiarę. Stąd chyba brały się te listopadowe koszmary senne. W pierwszym roku nawiedził Laurę tylko jeden, ten pierwszy, w drugim dwa, w trzecim i czwartym po cztery. Teraz, w pięć lat później w ciągu pierwszego tygodnia listopada już trzy razy szukała swojej córki!
Córki? W snach dziecko było zawsze córką, choć w rzeczywistości Laura oczywiście nie wiedziała jaką płeć miała ciąża. O, tak. To byłoby pięknie mieć córkę. Nie małego dzidziusia, lecz dorosłą córkę, podobną do niej, bliską. Może rzeczywiście lepiej byłoby urodzić wtedy to dziecko i potem oddać je innym, lepszym rodzicom. Kosztowałoby to Laurę zaledwie rok jej życia. Cóż to jest, rok? Gdyby w jakiś tajemniczy sposób znikł jeden rok z jej przeszłości, pewnie nawet by tego nie zauważyła. Z czasem wszystkie lata stały się podobne jeden do drugiego, praca, czas wolny, urlopy. Czy byli z Paulem trzy razy w Grecji, a cztery razy we Włoszech, czy może odwrotnie? Do Hiszpanii pojechali tylko raz, ale czy było to dziesięć czy osiem lat temu, Laura nie potrafiłaby powiedzieć. Musiałaby sprawdzić w albumie ze zdjęciami. Wtedy, gdy była jeszcze bardzo młoda, odczuwała to inaczej. Wtedy liczył się każdy miesiąc, każdy tydzień. Wtedy dziewięć miesięcy wydawało się wiecznością! Dlaczego miałaby męczyć się całą wieczność, żeby potem oddać dziecko, a jako wspomnienie dobrego uczynku zachować jedynie obwisłe piersi i fałdy na brzuchu? Figura bez skazy była dla niej wtedy równie ważna jak studia, które musiałaby przerwać, gdyby zatrzymała dziecko. Teraz i ten aspekt stracił swą moc. Z biegiem czasu wszystkie brzuchy przestają być dziewiczo płaskie bez względu na to, czy rodziło się dzieci czy nie. Może nawet łatwiej pogodzić się z utratą dobrej figury, gdy ma się poczucie, że zamieniło się ją na coś bardziej wartościowego?
Ale teraz, po latach zaczynać żałować, nie miało najmniejszego sensu. Teraz było za późno. Nieodwołalnie! Wtedy zdecydowała przeciwko temu dziecku (córce?) i przez dwadzieścia lat nie żałowała swojego kroku. Nie myślała na ten temat. Także i wtedy, gdy publiczna dyskusja o § 218 stawała się coraz bardziej burzliwa, Laura pozostała obojętna. Jej to już nie dotyczyło. Nawet bezowocne próby powiększenia rodziny z Paulem nie przybliżyły jej wspomnienia o ciąży. Chcieli mieć własne dzieci, małe słodkie dzidziusie; pryszczaty nastolatek, dziecko innego mężczyzny nie pasował do tych wyobrażeń.
Więc co znaczy do diabła to mazanie się teraz, te spóźnione wyrzuty sumienia? Weź się w garść, Lauro!
Przestąpiła próg mieszkania zatrzasnęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. Niech te głupie myśli i uczucia zostaną w środku.
Telefon w przedpokoju zaczął dzwonić. Laura zatrzymała się w pół ruchu. Aparat na piętrze powtarzał każdy sygnał. Raz... dwa... trzy... Laura wyciągnęła klucz z zamka. Niech dzwoni. Pobiegła do auta, i zanurzyła się w swoje bezpieczne, przeciętne życie.
Aż do wieczora.
Aż do nocy.

Trzyma córeczkę w ramionach. Dziecko klepie Laurę upapranymi łapkami po policzkach, kopie i wykręca się. Może Laura za mocno je przytula? Wcale nie jest miło tak bardzo kochać to maleństwo! Ta miłość sprawia Laurze tylko ból. Urzędniczka wyciąga ręce po małą. „Niech pani teraz nie zawraca?” Nie zawraca? A może: nie przewraca, nie odwraca, nie powraca? Mała przybliża usta do twarzy Laury. Miękkie różowe usteczka. Gryzie. Mocno, z całej siły. W twarz, ręce, brzuch... To boli! To sumienie gryzie! Urzędniczka bierze małą na ręce, Laura zwija się z bólu. Mała nóżka trafiła ją w pierś, w samo serce. „Zaraz wracam”, mówi urzędniczka i znika za drzwiami, na których wisi tablica z napisem „Jeden kierunek ruchu”. Laura zostaje sama. Tak cicho. Ta cisza, ta strata, jakże można z tym kiedykolwiek się pogodzić? Laura patrzy na swoje ręce. Są puste i brudne. Marchewka? Szpinaczek? Laura zbliża je do twarzy, wciąga znany zapach. Zapach swojej córki...
A potem zrywa się i dopada drzwi. Zamknięte!


Budzik.
Łzy.
Prysznic.
Rozpacz.
Znowu...

Tagi:

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1493

Sny listopadowe, cz.1

Post#2 » 11 lis 2018, o 08:25

Laura pada na kolona
chyba raczej ''kolana''
Gorąca woda odprężała, pomagała łzom wydostać się na zewnątrz, rozwiązywała twardy supeł w krtani. Laura płakała.
Za dużo tego "ła" ciągiem.
I wtedy właśnie, a był to ponury, zimny wieczór listopadowy, Laurze przypomniało się to dziecko, które mogła była mieć. Całymi latami nie było ono dla niej niczym innym, jak &ciążą, czymś w rodzaju choroby, którą kiedyś przemogła
za dużo ''być''; poza tym ''mogła była mieć'' brzmi dziwnie - trzy czasowniki na raz, po co? ''mogła mieć'' i tyle ;)
To nie Paul był ojcem. Paul wkroczył w jej życie dopiero dużo później, gdy już gotowa była na założenie rodziny. Byli ze sobą szczęśliwi i w naturalny sposób pragnęli przekazać to szczęście następnemu pokoleniu.
znowu za dużo ''być''

Co do samego tekstu, to nawet całkiem przypadł mi do gustu. Wymaga jeszcze doszlifowania, ale czytało się płynnie. I mimo że dużo się nie dzieje, to jakoś zainteresowało mnie, co dalej z Laurą, więc pewnie zajrzę w wolnej chwili do kolejnych części.
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5023

Sny listopadowe, cz.1

Post#3 » wczoraj, o 08:50

Włączyła ekspres do kawy, wrzuciła kromkę białego chleba do opiekacza, nakryła do stołu na jedną osobę.
Mówi się raczej "nakryć DLA osoby".

Wiedziała, że nikt jej nie usłyszy. Nikt nie przybiegnie zaniepokojony, nikt jej nie pocieszy. Paul nie żył od pięciu lat i od pięciu już lat co listopad dręczyły ją te okropne sny.
Dużo zaimków.

Całymi latami nie było ono dla niej niczym innym, jak &ciążą, czymś w rodzaju choroby, którą kiedyś przemogła.
Tu się wkradł jakiś dziwny znak.

Przestąpiła próg mieszkania zatrzasnęła drzwi i przekręciła klucz w zamku.
Tu zabrakło przecinka po "mieszkania".

Ogółem jest trochę potknięć interpunkcyjnych, zdarzające się powtórzenia "który", czasem zauważalnie często używasz zaimka "i" w akapicie i pasowałoby go usunąć lub zmienić choćby na "oraz". Dużo drobnicy, ale to właśnie drobne błędy.

Bardzo emocjonalny, wręcz duszny tekst. On wręcz stoi emocjami, co może być i tu jest nieco przytłaczające, ale sposób, w jaki są one przedstawione i jak opisane są uczucia oraz przemyślenia Laury jest bardzo wprawny, przekonujący. Nie jestem pewna, czy byłabym w stanie zacząć czytać ciąg dalszy bez przerwy na oddech lub nawet kilku godzin, ale ogółem czuję potrzebę poznania dalszych losów Laury, tego, czy przezwyciężyła swoją ewidentną traumę, czy ją ona pokona.
Lubię taką prozę, choć na pewno nie jest najłatwiejszą lekturą.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości