Sny listopadowe, cz.2

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Alijar
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 16

Sny listopadowe, cz.2

Post#1 » 9 lis 2018, o 12:29

– Znowu... Znowu... – powtarzała Laura mechanicznie. Dopiero po pierwszym łyku kawy, gdy zaczęła już odnajdywać się w swej codzienności, zrozumiała, że tym razem coś się jednak odmieniło. Po raz pierwszy zamiast szukać dorosłej już córki, cofnęła się w czasie aż do momentu, w którym się z nią rozstała. Od tej chwili ten senny wytwór podświadomości przestał być fantomem, został obdarzony rysami twarzy i zapachem, ciągle jeszcze potrafiła przypomnieć sobie ciężar, który trzymała w ramionach, czuć lepkie łapki na policzkach. A jednak ta mała nie istniała na prawdę i wątpliwe, czy ciąża przyjęłaby tę właśnie postać. To podświadomości Laury znudziło się wyświetlanie wciąż tych samych obrazów i posłużywszy się fantazją, wniosła trochę odmiany w koszmary senne.
– Och, nie... proszę, proszę nie! – szeptała. Ogarniało ją przerażenie na myśl o przeżywaniu całej tej tragedii we snach. Z drugiej strony mogłoby to być nawet ciekawe. I w pewien sposób... uwalniające?
Nie! Dwadzieścia pięć lat temu istniała tylko ciąża, rodzaj choroby, od której przebiegu zależała przyszłość, i którą trzeba było poddać radykalnej kuracji, jeśli nadal miała prowadzić beztroskie życie. Chciała studiować, wolny czas spędzać z Hannesem i z rówieśnikami, a te trochę pieniędzy wydawać tylko na siebie. I tylko za siebie samą ponosić odpowiedzialność. Dlatego właśnie zdecydowała się na aborcję. Urodzenie dziecka i oddanie go do adopcji w ogóle nie wchodziło w rachubę. Musiałaby za to zapłacić o wiele za wysoką cenę: dziewięć miesięcy wykreślonych z życia, ból porodu, zrujnowana figura i kto wie, co jeszcze!
Ale może to właśnie było powodem obecnych koszmarów sennych, że wtedy nawet nie zastanawiała się nad takim rozwiązaniem, odrzuciła je i już. Aborcja nie przysparzała jej dotychczas duchowych cierpień. W każdym razie aż do czasu, gdy zaczęła śnić o tym nigdy nie urodzonym dziecku. Dopiero wtedy.
Rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Podniosła słuchawkę.
– Halo – powiedziała. Było jej wszystko jedno kto i dlaczego chciał z nią rozmawiać, cieszyła się tylko, że oderwano ją od niemiłych rozmyślań.
– Czy mówię z panią Werner? – odezwał się młody kobiecy głos.
– Tak – odpowiedziała Laura krótko.
– Chciałabym... – obcy głos brzmiał niepewnie – chciałabym... z panią... rozmawiać...
– Słucham.
– Nazywam się Nicole Bauer...
Przerwa.
– O co chodzi, pani Bauer?
– Jestem... Ach, wolałabym porozmawiać z panią osobiście. Można?
– Najpierw musi mi pani powiedzieć o co chodzi, pani Bauer.
– Pani Bauer – powtórzył głos w słuchawce jakoś dziwnie znacząco.
– Pani Bauer. Wymawiam źle pani nazwisko? Nie nazywa się pani Bauer, jak rolnik?
– Owszem, nazywam się tak. Ale... Wolałabym z panią porozmawiać osobiście. Proszę.
– Ach – Laura zaczęła się niecierpliwić. – Proszę mi wreszcie powiedzieć, czego pani ode mnie chce.
Cisza.
– Pani Bauer? – Laura potrząsnęła umilkłą słuchawką. – Jest tam pani jeszcze?
– Jestem... – doszedł ją cień głosu.
– No i..?
– Zadzwonię kiedy indziej.
Połączenie zostało przerwane. Laura także odłożyła słuchawkę. Co to było? Wzruszyła ramionami. Jakieś wygłupy? Mało śmieszne. Kim mogła być ta nieśmiała osoba? Przedstawicielką jakiejś firmy? Tak! To mogło być to! Akwizytorka, świeżo po kursie, która próbowała dokonać pierwszej w swej karierze transakcji. No cóż, musi jeszcze dużo ćwiczyć, nieszczęsna. Na pewno już drugi raz tu nie zadzwoni.
No, ale przynajmniej udało jej się, choć nie chcący, wyciągnąć Laurę z psychicznego dołka. Stary upiór został znów pogrzebany w mrokach zapomnienia.

*

Słowa, zamiast stać w ładnym rządku skaczą jedno przez drugie, w górę, w dół. Jak w takich warunkach można czytać? Hop – hop! Dokładnie w tym samym takcie, w jakim mała jeździ butelką po prętach łóżeczka. W tę i z powrotem. Hannes mógłby się z nią czasem pobawić, ale kiedy? Nigdy nie ma go w domu! Dziecko nudzi się, a Laurze brakuje już sił. „Spokój!” wrzeszczy. „Daj mi wreszcie święty spokój!” Mała aż podskakuje przerażona nieoczekiwanym atakiem. Upuszcza butelkę i zwija się ze strachu w kulkę. Wygląda teraz jak ślimak w skorupie. „Co ja zrobiłam?” krzyczy Laura. „Nicole! Nicole! Rozwiń się! Mama cię kocha! Najbardziej na świecie!” Ale ślimak nie porusza się. Nie ma już zaufania do swojej matki. To boli...

Laura wzdycha.
Laura płacze.
Budzik dzwoni.
Prysznic... Łkanie... etc...


Laura poszła na śniadanie do kawiarni. Usiadła przy stoliku z widokiem na ruchliwą ulicę, wyciągnęła kolorowy magazyn. Postanowiła myśleć o wszystkim, byle nie o tych snach. Jeśli już te koszmary muszą ją udręczać, to proszę bardzo, ale tylko w nocy. Inaczej trzeba będzie poszukać fachowej pomocy. Wpuścić kogoś obcego do swojej duszy. Taki terapeuta wprowadziłby tylko chaos i zamieszanie. Rozgrzebałby szafy i komody jej podświadomości, powyciągałby stare, zamknięte akta. I po co? Żeby stwierdzić, że ta aborcja przed laty była błędem?
Nicole... Aż do dzisiejszej nocy córeczka nie miała imienia. Rzeczywiście coś się zaczęło w tych snach zmieniać. Dopiero wczoraj pojęcie córeczka przyjęło postać: wygląd i zapach dziecka. Dziś mała dostała imię. Nicole... Czyż ta akwizytorka nie nazywała się tak? Pani Bauer. Pani Nicole Bauer. Tak, rzeczywiście. Oto, jak pracuje mózg. Nie wysila się. W poszukiwaniu symboli sennych czerpie z magazynu najświeższych wrażeń. Z drugiej strony potrafi też sięgnąć głębiej, dużo głębiej. Tak jak teraz, gdy wyciągnął z lamusa obraz Hannesa. We śnie Hannes nie wystąpił nawet osobiście, ale już ta jedna myśl o nim wystarczyła, aby wspomnienie wydobyć na powierzchnię. Nie widzieli się od ćwierćwieku. Laura nie potrafiłaby już przedstawić jego kompletnej charakterystyki. Do wczoraj. Dziś było inaczej. Dziś pamiętała Hannesa tak, jakby nigdy się nie rozstawali, dziś znała go, czuła go tak samo jak kiedyś. Tak, nawet wspomnienie Paula, który nie żył zaledwie od pięciu lat wydało jej się teraz bledsze niż wspomnienie Hannesa. Jakże to możliwe? Czyżby nie dbała o pamięć ukochanego męża, czyżby nie oglądała często fotografii dokumentujących wspólnie i szczęśliwie przeżyte lata, nie odczytywała jego listów? Dlaczego więc Hannes? Czyżby i ten upiór uwolnił się z pęt by także zacząć ją dręczyć?
Odłożyła czasopismo i dolała sobie kawy. Zapach ten, który czuła co rano, teraz przypomniał jej także Hannesa. Ten pierwszy raz, gdy jedli śniadanie w kawiarni. Uśmiechnęła się rozbawiona, przypomniawszy sobie przyczynę, dla której nie jedli w domu. To było lato, wakacje, jeden z bardzo upalnych dni, gdy przemierzali Getyngę w poszukiwaniu otwartej piekarni. Wreszcie zauważyli, że i inne sklepy były zamknięte, a ulice miasta podejrzanie puste. W poniedziałek! Coraz poważniej zastanawiali się, czy nie przespali przypadkiem jakiejś tajemniczej katastrofy, najazdu kosmitów, czy alarmu bombowego, gdy wreszcie zrozumieli przyczynę zjawiska: to był 17 czerwca, święto narodowe!
Tym nie mniej coś zjeść trzeba było, a ponieważ w poniedziałki spiżarnie i lodówki studentów zieją pustkami, nie pozostało im nic innego, jak przez cały dzień żywić się w lokalach. Śniadanie w kawiarni, na późny obiad wybrali się do leśnej restauracji. Wędrowali przez las, skracając drogę na przełaj, a w rzeczywistości uciekając przed tłumami spacerowiczów. Trochę zabłądzili... Przymknęła oczy i znów poczuła na skórze ciepło słońca, jak wtedy gdy wyszli na małą polankę, pamiętała zapach rozgrzanych ziół, wśród których leżeli, powróciło poczucie czułej miłości i przynależności do Hannesa...
Laura rzuciła okiem na zegarek, szybko zapakowała magazyn i okulary do torby, wyciągnęła portmonetkę i poszła zapłacić. Czuła się już lepiej. O wiele lepiej. Te wspomnienia, wbrew obawom nie sprawiały bólu. Mogła sobie na nie pozwolić.

*
Gdy wieczorem zaparkowała samochód przed domem, zauważyła postać wyłaniającą się z mroku w światło latarni. Młoda kobieta podeszła bliżej i przystanęła.
– Dobry wieczór – powiedziała.
– Dobry wieczór – odpowiedziała Laura, zamknęła samochód i odwróciła się, by odejść.
– To pani jest panią Werner, prawda? – spytała obca.
– Tak, to ja – przyznała Laura i dopiero teraz spojrzała uważniej. – A pani jest panią Bauer – spytała nie zastanawiając się, jak na to wpadła, a gdy tamta kiwnęła głową potakująco, dodała: – Jakoś wydała mi się pani znajoma. Sposób bycia, czy co...
– Nie odważyłam się drugi raz zadzwonić – powiedziała Nicole Bauer trochę bez tchu.
Tego się spodziewałam, pomyślała Laura. W osobistych kontaktach też nie wykazujesz należytej siły przebicia. Za to upór chwalebny jak na akwizytora.
– Więc pani ciągle jeszcze chce ze mną rozmawiać? – spytała przyjaźnie.
Młoda osoba przytaknęła.
– No więc? Słucham.
– Czy nie mogłybyśmy gdzieś... – Nicole Bauer zrobiła bezradny gest.
Tyle czasu to ja nie mam, chciała już odpowiedzieć Laura, ale nagle przypomniała sobie, że owszem, dysponowała dowolną ilością czasu. Poza pracą mogła robić na co miała ochotę, żadne obowiązki ani terminy nie krępowały jej wolności. Wolno jej było decydować o sobie spontanicznie i nie potrzebowała opowiadać się nikomu. Już od pięciu lat.
– No wic dobrze – powiedziała. – Chodźmy na piwo. Tu zaraz za rogiem jest knajpka.
Twarz Nicole rozjaśniła się uśmiechem.
– O, dziękuję – powiedziała. – Ale czy będziemy mogły rozmawiać tam w spokoju?
– Oczywiście – obiecała Laura. – To jest bardzo spokojna knajpka. Dla właściciela pewnie aż nazbyt spokojna, ale dla naszych celów w sam raz.
Ujęła Nicole krótko za łokieć, by nadać jej krokom właściwy kierunek. Bawiło ją to młode i niedoświadczone stworzenie. Poczuła w sobie przypływ wspaniałomyślności i w dobroczynnym tym nastroju postanowiła posłużyć jej za obiekt doświadczalny. Da sobie sprzedać serię kosmetyków, byle nie za drogo.
Zamówiły wino przy barze i z pełnymi kieliszkami powędrowały do ulubionego stolika Laury. Nie rozmawiały jeszcze. Laura, rozluźniona, sączyła powoli wino i przyglądała się Nicole. Ta, wyraźnie zdenerwowana, zastanawiała się nad czymś, pewnie przepowiadała w myślach wyuczone na szkoleniu zdania. Wreszcie odetchnęła głęboko, spojrzała Laurze prosto w oczy i zadała pierwsze pytanie:
– Pani ma na imię Laura?
– Mam.
– A nazwisko panieńskie brzmi Kamper?
– Prawda.
– Urodziła się pani w 1950?
– Dokładnie.
Na tym wyczerpał się zasób pytań Nicole. Przygryzła wargi i milczała.
– Proszę się napić wina – poradziła Laura. Dziewczyna podobała jej się. Pomimo wyraźnej nieśmiałości dzielnie parła do celu. No, na razie daleko nie zaszła...
Nikole zanurzyła usta w winie. Jeden łyk, drugi, pijąc nie spuszczała Laury z oczu. Odstawiła pusty kieliszek na stół.
– No, lepiej teraz? – spytała Laura z uśmiechem. – Nie musi się pani tak denerwować. Jestem gotowa odpowiedzieć na wszystkie pytania i wysłucham wszystkiego, co ma mi pani do powiedzenia. Nie ucieknę.
– Przyniosę sobie jeszcze jedno wino – powiedziała Nicole.
– Proszę.
Nicole wstała.
– Dla pani też?
– Nie, dziękuję – Laura wskazała swój prawie pełny kieliszek. Obserwowała Nicole, gdy ta stała przy barze i składała zamówienie. Miło jej było patrzeć na tę dziewczynę. To chyba z powodu jej imienia, myślała. Skomplikowana sprawa. We śnie jej bezimienna, nieistniejąca córeczka została nazwana imieniem akwizytorki. Teraz z kolei wydawało się, że to akwizytorka nosi imię jej dziecka, przez co ta obca osoba stała się nagle sympatyczna i jakby znajoma.
Nicole wróciła do stolika. Tym razem zaczęła od razu mówić:
– A więc pani jest Laurą Werner, z domu Kamper i ma pani pięćdziesiąt lat?
– Nic się nie zmieniło od momentu, gdy pytała mnie pani o to poprzednio – zgodziła się Laura.
Nicole spojrzała trochę niepewnie. Laura uśmiechnęła się do niej i mrugnęła zachęcająco oczami. Nicole odwzajemniła uśmiech. Po raz pierwszy w jej spojrzeniu pojawiło się rozbawienie. Laura zaśmiała się cicho. Nicole zawtórowała.
– Proszę mi mówić Nicole, proszę...
– Dobrze, Nicole. – To imię rozpływało się w ustach jak krem waniliowy. – Niech pani dalej pyta. Co chce pani jeszcze wiedzieć, Nicole?
– Tylko, Nicole. Proszę mi mówić ty.
To brzmiało już nieomal intymnie. Czy tylko ja tak to odczuwam, czy taki był zamiar Nicole? Co my właściwie robimy? I co ma z tego wyniknąć?
– No więc dobrze, Nicole... Ile ty masz lat?
– Dwadzieścia pięć. Mam dwadzieścia pięć lat.
– I nazywasz się Nicole Bauer, prawda? Masz męża?
– Nie, nie mam męża.
Laura upiła kilka łyków wina, odstawiła kieliszek i zaczęła wodzić palcem po jego brzegu. Nicole także bawiła się swoim kieliszkiem. Nie wyglądało na to, żeby zamierzała sama zadawać pytania, Laura więc powiedziała:
– Chyba zamieniłyśmy się rolami. Ja pytam, a ty mi odpowiadasz. Mamy już wszystko? Wiek, imię, nazwisko. Nazwisko panieńskie w twoim wypadku odpada...
– Kiedyś jednak nazywałam się inaczej – powiedziała nagle Nicole i przestała bawić się pucharkiem.
– Ach tak? – spytała Laura. – Jakie?
Nicole przełknęła. Sucho.
– Kamper – powiedziała i jej usta pozostały wpółotwarte, a oczy spojrzały na Laurę z obawą.
– Co za zbieg okoliczności! – zawołała Laura. Ta dziewczyna stawała się coraz sympatyczniejsza. – Ja też się nazywam... Ach, ty przecież już wiesz... A więc to jest twój sposób na klienta?
– Ja... – Nicole odchrząknęła. – Nie rozumiem. Dlaczego sposób na klienta?
– No, chyba chcesz mi coś sprzedać, Nicole. Jesteś przecież akwizytorką.
– Nie jestem żadną akwizytorką! O mój Boże! Wprowadziłam panią niechcący w błąd! Co ja teraz zrobię?
Laura widziała, że Nicole za chwilę zacznie płakać. Nie rozumiała o co chodzi, i sama też czuła jakiś dziwny niepokój. Ale najważniejsze w tej chwili było to, żeby jakoś pocieszyć tę małą, uspokoić ją. Położyła rękę na napiętej i drżącej dłoni Nicole.
– Dobrze już, dobrze – powiedziała. – Twój zawód nie gra roli. Siedzimy tu sobie, popijamy wino, jest nam miło. O wiele milej nawet, niż gdybyś starała się wmówić mi komplet drogich garnków.
– To prawda! – zgodziła się Nicole z przekonaniem, z jej oczu znikł niepokój, pojawiło się rozbawienie. I znów śmiały się razem, jeszcze szczerzej niż poprzednio. – Pani mnie lubi, prawda? – spytała Nicole, a w jej głosie mieszała się radość ze zdziwieniem.
– Tak, bardzo cię lubię – odpowiedziała Laura także dziwiąc się i ciesząc jednocześnie.
– To dobrze – powiedziała Nicole i teraz ona pochwyciła dłoń Laury. – To jest wspaniale, bo... bo pani... bo ty... bo jesteś moją prawdziwą matką!
Laura zerwała się z miejsca.
Grzmoty! Błyskawice! Trzęsienie ziemi! Czy to świat się walił? Nie, poza nią samą nikt nie był zaniepokojony. To tylko w jej własnej głowie panowała burza i chaos. Co to za grę prowadzi ta kobieta? Skąd mogła wiedzieć?
Nicole stała tuż obok.
– Mamo, uspokój się – mówiła. – Mamo... – spróbowała objąć Laurę.
Laura odepchnęła ją brutalnie. Nie! Nie będzie już słuchać tej kusicielki. Nicole zawiodła ją! Jak mogła!
Chwyciła torebkę i palto, i nie oglądając się już wybiegła na ulicę.

*
Dzisiejszej nocy żadne koszmary nie będą jej dręczyły, bo Laura nie znajdzie snu. Zresztą koszmar był już tu, na jawie! Wylazł z jej mózgu i zmaterializował się. Porzucił więzienia podświadomości i zapanował nad świadomym życiem Laury. Ta Nicole, z którą siedziała w knajpie nie wybiegła za nią na ulicę. Czy ta kobieta w ogóle istniała, czy może też była tylko fantomem jak ta druga Nicole ze snów, to dziecko, ta nie narodzona nigdy córka?
Laura podeszła do okna. Nie padało, ale asfalt lśnił wilgocią w ten mglisty listopadowy wieczór. Jak wtedy... Kiedy właściwie? Jakie wtedy miała na myśli? Dzień aborcji? Czy to było w listopadzie? Nie pamiętała już pogody tamtego dnia. Jedyne obrazy, jakie zakodowały się w jej pamięci ukazywały jasno oświetloną salę zabiegową, niebieską... także jej koszula była niebieska... a potem... potem... Potem dostała zastrzyk i tyle. Nic więcej nie pamiętała. Nie, to wtedy odnosiło się do snów Laury. W snach wtedy było dniem w którym odprowadziła swoją wymyśloną córeczką, Nicole, do Urzędu.
Ulica nadal była pusta. Nikt nie szedł za Laurą. Nicole nie istniała. Laura wymyśliła ją sobie. Żeby ją mieć. Ach, gdyby fakt halucynowania nie był sam w sobie tak niepokojący, mogłaby rozkoszować się tym nierealnym zdarzeniem. Taką, właśnie taką życzyłaby sobie córkę. Tak właśnie mogłoby wyglądać dziecko jej i Hannesa. Niestety to dziecko nie istniało. Szkoda...
A jeśli jednak? A jeśli ta Nicole Bauer istniała naprawdę? Skąd mogła wiedzieć o tej dawnej ciąży, skąd mogła wiedzieć, że Laura tak często ostatnio rozmyślała na ten temat? Skąd wiedziała o sennych koszmarach? Nie można przecież pójść do pierwszej lepszej kobiety, by wmawiać jej, że jest się jej córką. Trzeba najpierw mieć pewność, że trafi się tym oświadczeniem w bolące miejsce. Skąd mogłaby wiedzieć? Kilka osób z dawnego otoczenia pamiętało może jeszcze. Ale o swoich rozterkach, o wyrzutach sumienia i o dręczących snach Laura z nikim nie rozmawiała. Nie prowadziła też pamiętnika, a jeśli nawet mówiła przez sen, to od lat już nie byłoby komu podsłuchiwać takich wyznań.
Nie, dwudziestopięcioletnia Nicole Bauer, urodzona Kamper nie istniała w realnym świecie. To tylko mózg Laury stworzył ją po to, aby przestała się udręczać. Dobrotliwy mózg. Uśmiechnęła się gorzko. Chory mózg.
c.d.n.

Tagi:

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości