Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Marchew wigilijna cz.2 (ostatnia)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Alijar
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 22
Zobacz teksty użytkownika:

Marchew wigilijna cz.2 (ostatnia)

Post#1 » 8 gru 2018, o 20:35

13 grudnia 

Myślę, że podświadomie od samego początku tego chciałam, nie będę więc tu w pamiętniku próbowała temu zaprzeczać. Byłam dziś na bazarze. Wczoraj zostałam w domu i czułam się paskudnie. Więc dziś poszłam. Gdy zobaczyłam marchwiarza, nie zeszłam mu z drogi, poczułam się tylko trochę dziwnie, gdy zmienił kierunek i ruszył w moją stronę. Zresztą nawet gdybym chciała, nie mogłabym go ominąć, akurat w tym miejscu było bardzo wąsko. Zatrzymał się naprzeciw mnie, a potem... Gdy się teraz nad tym zastanawiam, nie potrafię powiedzieć, jak on to zrobił, naprawdę, nie odezwał się, ta jarzyna nie ma kończyn i raczej mnie nie popychał. Ale w jakiś sposób zaproponował mi swoje towarzystwo, kupiłam sobie grzańca i usiedliśmy na ławce. Chyba to przewidywałam, bo tuż przed wyjściem z domu wskoczyłam jeszcze szybko w dodatkowe wełniane majtki. On nic nie pił, no bo jak, a ja zaczęłam mu się zwierzać. Ciekawe, że ten duchowy ekshibicjonizm nie wywołał u mnie moralnego kaca, dziś czuję się dużo lepiej niż ostatnio. Umówiliśmy się znów na jutro. Niesamowite, jak pełna wyrazu potrafi być taka milcząca marchew.  

 

14 grudnia 

Nie jadę w góry. Zamiast tego nadal będę się przebierał i spędzał wieczory na świątecznym jarmarku. Z nią. Mam przeczucie, że powstaje właśnie jakaś historia i choć nie mam pojęcia, jaki obierze kierunek, ufam, że coś z tego będzie. Dziś ledwo znalazłem się na terenie jarmarku, dojrzałem ją. Nawiasem, jestem zupełnie pewny, że nigdy nie myliłem jej z innymi kobietami. Dlaczego, o tym później. No więc, gdy ją zobaczyłem, szła właśnie w moją stronę i choć z daleka musiała zauważyć moją zieloną nać, nie zboczyła z drogi. Na wszelki wypadek zatrzymałem się w takim miejscu, w którym nie mogłaby mnie ominąć. Po obu stronach uliczki stały kioski cieszące się dobrą frekwencją: w jednym sprzedawano piwo, w drugim zupę gulaszową. Tam stanąłem, a ona zatrzymała się tuż przede mną. Udawała zdziwioną, jakby mnie dopiero teraz dostrzegła, ale nie zdradzała zamiaru ucieczki. Potem powiedziała, że chce się napić grzanego wina i zaczęła się powoli koło mnie przeciskać. Poczułem ruch kostiumu, tak się jakoś przekręcał, i zrozumiałem, że to ona go trzyma i życzy sobie, żebym za nią poszedł. Nie będę się zatrzymywał przy nieważnych detalach, w każdym razie wkrótce już siedzieliśmy na ławce, a ona popijając wino otwierała mi swoje serce.  

I tu zaczyna się to coś wyjątkowego. Słuchałem jej i im dłużej jej słuchałem, tym bardziej znajomy wydawał mi się jej głos. Opowiadała ze swojego życia, ale bardzo szybko przestałem zwracać uwagę na treść, wsłuchiwałem się tylko w ten „czarodziejski” głos i było mi po prostu dobrze. Ona, ciągle jeszcze nie mam dla niej imienia, a ona też się nie przedstawiła, porusza coś w mojej duszy, jakieś wspomnienie, albo sen, może marzenie, nie wiem jeszcze... właśnie dlatego jestem pewien, że wtedy, parę dni temu nie pomyliłem jej z innymi kobietami.  

Mam nadzieję, że nie przeziębiła sobie pęcherza, bo ławka była bardzo zimna. Moja marchewka jest ciepło watowana, więc ja nie marznę. Ona powinna była raczej usiąść mi na kolanach.  

 

14 grudnia 

Nie, nie będę się nad tym zastanawiać, dlaczego upieram się spowiadać z mojego życia emocjonalnego pierwszej lepszej jarzynie! Mam taką potrzebę i już. Wolno mi. Nawet jeśli to bardzo smutne mieć taką potrzebę.  

Wczoraj zaczęłam od teraźniejszości i powoli będę się cofała aż do młodości.  

Nie, nie będę się zastanawiać nad tym, dlaczego ten marchwiarz ma potrzebę wysłuchiwania moich wynurzeń.  

 

 

15 grudnia 

Przyszła, więc nie przeziębiła sobie pęcherza. Dziś była cieplej ubrana, bardzo rozsądnie. No i wino trochę ją rozgrzewa. Nie upija się już tak, jak pierwszego wieczoru. Za to ja przyniosłem sobie piersiówkę i poddając się czarowi jej głosu, piłem tak, jak pije się likier, powoli, po kropelce, z rozkoszą. 

Jak w pachnącej kąpieli zanurzałem się w jej głosie i czułem jak warstwa po warstwie spłukiwał coś (co?) z mojej duszy. Miłe uczucie; ciekawe, co odkryje się w samym jądrze? Ona opowiada mi codziennie coś ze swojego życia, ale fakty mnie nie interesują, to, co mnie fascynuje to jej postawa wobec własnych przeżyć, jej doświadczenie w dziedzinie emocjonalnej. Jestem w stanie wszystko rozumieć, chwytam w lot niuanse, to takie jasne i proste, a jednak wygląda na to, że dotąd nie spotkała nikogo, kto by odczuwał podobnie jak ona. Jesteśmy pokrewnymi duszami? 

 

16 grudnia 

Dziś muszę zostać w domu. Mam nadzieję, że pogoda wkrótce się poprawi. Zniosłam ze strychu pudło ze starymi zdjęciami. Z pewnego określonego powodu. Chcę go zobaczyć, Lecha, moją miłość. To jest skutek „marchwiowej kuracji” – wyznaję, że Lech był moją miłością, tą jedyną, prawdziwą. Albo raczej szansą na jedyną, prawdziwą miłość. Szansą, której nie wykorzystałam. 

 

16 grudnia 

Mam pewne podejrzenie, ale jest ono tak niedorzeczne, że sam w nie nie wierzę. Odrzucam je jako myślący logicznie człowiek, natomiast jako pisarz akceptuję je z zachwytem.  

Wiele lat temu poznałem dziewczynę. Nie kobietę. Dziewczynę. Ja sam byłem wówczas chłopakiem. Spodobała mi się, zakochałem się, zostaliśmy parą. Najpierw nie zauważałem tego, co wniosła w moje życie. A było tak, że ona jakby otworzyła dla mnie drzwi prowadzące do świata, jakiego jeszcze nie znałem. To było jak objawienie, świat, w którym ludzie kochali się, rozumieli i szanowali. Krok po kroku wprowadzała mnie w ten świat, uczyła poruszać się w nim, pokazała mi, czym może być miłość, co może sobie dać dwoje kochających. Mam tu na myśli wartości idealne, na polu erotycznym była jeszcze bardzo zielona. Ale i w miłości fizycznej odkrywaliśmy wspólnie obszary, które i dla mnie były nowe. Moja słodka Calineczka... tak ją wtedy nazywałem, była taka delikatna, taka leciutka. 

No, powiem krótko, zanim zatonę w marzeniach – podejrzewam, że to ona. Ta kobieta z jarmarku jest moją Calineczką. Od kiedy widziałem ją ostatni raz, minęło ponad trzydzieści lat, dlatego nie od razu ją rozpoznałem. I także dlatego, że w oczach marchwi wszystko jest zdeformowane, niewyraźne. Ale od samego początku czułem do niej inklinację, wprawdzie nie rozpoznałem w niej Calineczki, ale ją jedną wybrałem z tłumu. To chyba przekonujący dowód? 

A jej głos czarodziejski? 

A fakt, że i ona szuka mojego towarzystwa? 

Niestety właśnie dzisiaj nie możemy się spotkać. Pogoda jest fatalna: najpierw zrobiła się odwilż, potem padało, następnie wszystko zamarzło, a teraz szaleje śnieżyca. Ani kawałek ziemi nie jest równy, na chodnikach wertepy i zaspy, a w każdym wzgórku czai się śliska górka lodowa. Na jezdniach panuje kompletny chaos. Mam dużo czasu, żeby się zastanowić, czy pójść na następne spotkanie z Calineczką jako marchew, czy jako ja.  

 

17 grudnia 

Marchwiarz nie odzywa się nigdy ani słowem. Pewnie nawet nie rozumie sensu tego, co mówię. A ja grzebię się w moim życiu wewnętrznym, nawet nie opowiadam żadnych konkretnych historyjek. Mój maż nazywał to babską sraczką i nie robił tego ze złośliwości. Życie wewnętrzne mężczyzny to jego trawienie i jego pożądliwość; w tym kontekście użycie słowa „sraczka” nie oznacza lekceważenia. Mój mąż był człowiekiem wykształconym, a mężczyzna tkwiący w kostiumie marchwi bez wątpienia nim nie jest. Nie może być też młody, gdyż wtedy nie interesowałby się mną. Ma idiotyczną pracę, pewnie bardzo źle płatną. Widocznie brak mu innych możliwości. (Ciekawe, kto jest jego pracodawcą i co właściwie reklamuje marchew na bożonarodzeniowym bazarze?) Siedząc blisko niego czuję lekki zapach alkoholu, a więc jest on także pijakiem. Ile godzin dziennie musi spędzać na bazarze? Nie wiem. Gdy przychodzę, już tam jest, potem siedzimy ze dwie godziny na ławce, a gdy odchodzę, on wstaje i znów miesza się z tłumem. Prawdopodobnie wypoczywa przy mnie, może nawet ucina sobie drzemkę, a ja łudzę się, że mnie słucha. Rozgniewała mnie myśl, którą właśnie sformułowałam i zapisałam. Czuję się rozczarowana i oszukana. A więc w rzeczywistości nie myślę tak chłodno? Jasne, że nie. Ta marchew pozwala mi marzyć i kurczę blade, potrzebuję tych marzeń. Precz z logiką i rozsądkiem! Nie ważne z jakich powodów marchwiarz przesiaduje ze mną na ławce, dla mnie liczy się tylko to, że on to robi. Osnuję wokół niego swoją własną bajkę i w ten sposób przetrwam święta. Od wczoraj myślę o Lechu. Był jedynym mężczyzną, który kochał we mnie to, co i ja w sobie ceniłam. Mogłam mu wiele dawać i nie stawałam się przez to uboższa, przeciwnie, wzbogacałam się wewnętrznie. On też dawał, obdarowywaliśmy się nawzajem. Siałam, widziałam jak wschodził mój siew, zbierałam plon, który mu mogłam znów ofiarować... Ze wszystkimi mężczyznami po Lechu było inaczej. Waluta, którą starałam się kupić ich przychylność była albo nietrwała, jak moja uroda, albo dla mnie osobiście niewiele warta, jak na przykład moje umiejętności kulinarne.  

 

 

17 grudnia 

Dziś przysłuchiwałem się Calineczce wzruszony i rozbawiony jednocześnie. Zastanawiała się głośno nad marchwiarzem, nad człowiekiem tkwiącym w kostiumie, czyli... nade mną. Calineczka ma mnie za upadłego alkoholika, prosto z rynsztoka, ma jednak zamiar nie zwracać na to uwagi, jeśli nadal będę się wobec niej zachowywał, jak dotychczas, czyli (to już moje uzupełnienie) jeśli nadal będę milczał i nie molestował jej seksualnie. Ponieważ dla bezgłowej i bezrękiej marchwi zarówno mówienie jak i obmacywanie jest praktycznie niemożliwe, więc naszemu związkowi nie zagraża żadne niebezpieczeństwo.  

A teraz najważniejsze: Calineczka mówiła dziś o mnie, o mnie dawnym, o tym chłopaku z jej przeszłości. Nie wymieniła imienia, ona w ogóle nie wymienia imion ani nazwisk, bardzo rozsądnie, na jej miejscu też bym tak robił. No więc nie wymieniła mojego imienia i nie opisywała konkretnych sytuacji, a jednak było jasne, że mówiła o mnie i teraz wiem, że byłem w jej życiu kimś tak samo wyjątkowym, jak ona była wyjątkowa w moim. Jak ładnie to sformułowała: „Siałam, widziałam, jak wschodzi mój siew, zbierałam plon, który mu mogłam znów ofiarować...” 

 

19 grudnia 

Gdy wracałam dziś do domu z bazaru, wyobrażałam sobie, jak by to było spotkać Lecha. Co się z nim działo po tym, jak go tak lekkomyślnie porzuciłam? Krotko: porzuciłam go, bo moje otoczenie go dla mnie nie zaakceptowało. Sposób życia Lecha nie był konwencjonalny, a jego wygląd i sposób bycia szokowały przeciętnego mieszczucha lat sześćdziesiątych. Wróżono mi marną przyszłość u jego boku, a ostrzeżenia te nadchodziły z każdej strony tak zgodnie, że wreszcie sama zaczęłam w nie wierzyć. Skąd miałam ja, młoda, niedoświadczona i naiwna dziewczyna wiedzieć, że to, co nas łączyło było miłością, jaka rzadko komu przypada w udziale? Tak więc porzuciłam go, spaliłam za sobą mosty, wyprowadziłam się daleko, za granicę, wyszłam za mąż. Kim jest teraz Lech? Czy sprawdziły się fatalne prognozy? Czy stoczył się, zmarnował swoje życie? Obecnie, po ponad trzydziestu latach, jestem mądrzejsza. Powinnam była przy nim trwać, wspierać go, bronić przed światem, bo nawet, gdybyśmy w sensie materialnym zostali biedni, to bylibyśmy przynajmniej szczęśliwi.  

Kim jest Lech? Czy jeszcze żyje? Gdzie? Jak? Chyba podświadomie odnajduję Lecha w marchwiarzu. Jak on to robi, że czuję się rozumiana i przytulana, choć ani jego oczu nie widzę, ani głosu nie słyszę, ani nie czuję dotyku jego rąk? 

 

20 grudnia 

No to jestem ciekaw twoich ostatecznych wniosków, Calineczko. Jeśli rzeczywiście odgrywałem w twoim życiu taką wyjątkową rolę i jeśli rzeczywiście uważasz, że zewnętrzność się nie liczy, to powinnaś mnie zaakceptować i przyjąć do swojego życia w postaci tego menela, za którego mnie masz. Żeby podmalować sytuację, przestałem się myć i zmieniać bieliznę. Mam nadzieję, że to czułaś, w środku marchwi było w każdym razie dość duszno. W porównaniu z latami sześćdziesiątymi tolerancja wobec innych stylów życia zrobiła postępy, ale czy rzeczywiście wzięłabyś do siebie takiego śmierdzącego obiboka i broniła go przed światem? I przed swoimi własnymi drobnomieszczańskimi wyobrażeniami? Czy jako rekompensata wystarczyłaby ci moja miłość? Musisz zakładać, że miałem trzydzieści lat, żeby znaleźć się tam, gdzie jestem: jako wypełniacz kostiumu ogromnej marchwi, śmierdzący alkoholem i potem, człowiek tak samotny, że idzie za pierwszą lepszą osobą, która go zagadnęła. Nie masz pojęcia, jak bardzo się mylisz. Gdy tak słucham historii twojego życia, myślę sobie z odrobiną schadenfreude, że los ukarał cię za krzywdę, którą mi wyrządziłaś. Z powodu tej schadenfreude jeszcze trochę poczekam, ale nie za długo, bo tęsknię za tobą, Calineczko. Nasz związek nie poszedł na marne. Twoja ucieczka nie złamała mnie. Przeciwnie. Czas spędzony z tobą i z twoją rodziną dał mi narzędzia, którymi z powodzeniem budowałem potem własne życie. Żadnej kobiety po tobie już aż tak nie kochałem, z żadną nie czułem się już aż tak związany, ale sam byłem i kochany, i upragniony w dużej mierze za wartości, które rozwinąłem dzięki tobie. Teraz, podobnie jak ty, jestem wolny i chcę, żebyśmy odważyli się, zacząć znów od początku. Tym razem dojrzale i prawdziwie. 

 

23 grudnia 

Stał się cud! Drżę tak, że ledwo mogę utrzymać długopis. Naprawdę, coś takiego może się wydarzyć tylko w tym okresie i tylko jako opowiastka bożonarodzeniowa. Wydarzyło się. Mnie. Nam. 

Dziś, gdy znów mówiłam o Lechu, o tym, że zaakceptowałabym go w każdej postaci, marchew przysunęła się do mnie bliżej, pochyliła się do nade mną i usłyszałam szept: „Nie chce cię dłużej dręczyć. To ja, moja słodka Calineczko. Spróbujmy jeszcze raz.” Zerwałam się zaskoczona, ale on mówił spokojnym, przytłumionym przez kostium głosem: „Usiądź przy mnie, Calineczko. Uspokój się. Niech ta wiadomość znajdzie sobie miejsce w twoim sercu. Mamy czas.” Usiadłam więc i teraz to ja słuchałam, a on mówił. Opowiedział mi, że prawie od samego początku mnie rozpoznał i jaki był szczęśliwy, gdy dowiedział się, że go nie zapomniałam. Potem milczeliśmy razem, mogłabym tak spędzić wieczność. Jutro jest Wigilia. Powiedział, że nie musi iść jutro na bazar. Zamiast tego przyjdzie do mnie już bez tego idiotycznego kostiumu. Nazywał mnie Calineczką... 

 

23 grudnia 

Koniec maskarady. Calineczka wie już, kim jestem. Mój zmysł literacki nie pozwolił mi jeszcze pokazać się jej i powiedzieć jej całej prawdy o sobie. Chcę zaaranżować wielki finał, happy end tej opowieści wigilijnej tak, jak by sobie tego życzyli moi czytelnicy. Wczoraj, zanim się rozstaliśmy, Calineczka wsunęła mi przez ustnik zwinięty banknot i powiedziała: „Kup sobie coś do ubrania”. Potem podała mi swój adres i swoje aktualne nazwisko i poprosiła mnie, żebym nacisnął dzwonek dwa razy długo i raz krotko. Cieszę się już na jej zaskoczenie, gdy zajadę swoim BMW ubrany w garnitur od Armaniego, ogolony i bez śladów nałogu wyrytych na twarzy. 

Do jutra, Calineczko... 

 

26 grudnia 

W Wigilię, gdy już się ściemniało, stałam przy oknie i czekałam na Lecha. Pogoda była jak zamówiona na tę okazję – płatki śniegu spływały z nieba gęsto i cicho, widziałam je w żółtym świetle latarni; ulica i chodnik pokrywały się coraz grubszym, białym dywanem. Patrzyłam w napięciu w stronę, z której spodziewałam się Lecha, powinien nadejść od stacji metra. Mimochodem zauważyłam, że jakieś auto zatrzymało się przed moją kamienicą. Wysiadł z niego mężczyzna z bukietem kwiatów i, jak mi się zdawało, z płaszczem przewieszonym przez ramię, i zbliżył się do bramy. Nie przyglądałam mu się, nie zastanawiając się nad tym uznałam go za gościa moich sąsiadów. Nadal wpatrywałam się w gęstniejący mrok. Nagle zaskoczył mnie dźwięk dzwonka przy moich drzwiach – dwa razy długo i raz krotko, dawny sygnał Lecha. 

Pobiegłam do drzwi i otworzyłam je z rozmachem. 

... 

Przede mną stał obcy mężczyzna! 

Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to nie Lech, niektórych cech wyglądu nawet czas nie jest w stanie zmienić. Tysiąc myśli przebiegło mi przez głowę. Co to miało znaczyć? Czego chciał ode mnie ten obcy człowiek? Wykorzystał moje naiwne marzenia, żeby dostać się do mojego mieszkania? Chciał mnie zamordować? Był zboczony? Przyniósł swój kostium... Mężczyzna najwyraźniej zamożny, który w przebraniu marchwi pęta się po świątecznym bazarze musi być zboczony. Jednak najokropniejszą myślą było uświadomienie sobie, że Lech nie powrócił do mojego życia. Stałam jak słup soli, niezdolna odezwać się, aż wreszcie zauważyłam, że i on, ten obcy, stał oniemiały i skonsternowany.  

- Ty nie jesteś Calineczką – powiedział wreszcie, a w jego głosie brzmiało tyle szczerego smutku, że wszystkie tamy puściły i zaczęłam płakać.  

Wziął mnie w ramiona. 

Łkałam coraz rozpaczliwiej. 

Zaprowadził mnie w głąb mieszkania, a ja tylko ryczałam. 

Zamknął za nami drzwi, wszczepiłam się w jego marynarkę i szlochałam bez opamiętania. 

Gładził moje włosy, przemawiał do mnie uspokajająco, tak samo, jak by to zrobił Lech, a ja smarkałam mu w krawat. 

 

styczeń 

To było dwa tygodnie temu. W tej chwili siedzę przy biurku w drewnianej chatce w górach Harzu. Domek należy do mojego Marchwiarza, tu tworzy swoje powieści i opowiadania. To, które czytasz drogi czytelniku, złożyliśmy z naszych zapisków. I to już koniec. Koniec? Nie, początek! Jesteśmy parą w fazie różowosiódmoniebnej... 

A Calineczka i Lech? Wierzymy, że i oni doczekają się swojej wigilijnej opowieści. 

Koniec


Tagi:

Awatar użytkownika
Lew Północy
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 10
Zobacz teksty użytkownika:

Marchew wigilijna cz.2 (ostatnia)

Post#2 » 10 gru 2018, o 07:11

Świetny tekst! :)

Alijar
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 22
Zobacz teksty użytkownika:

Marchew wigilijna cz.2 (ostatnia)

Post#3 » 10 gru 2018, o 09:53

Dziękuję :)

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość