Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Chłopiec i studnia cz.1

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
KrólikKrólikiewicz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 21
Zobacz teksty użytkownika:

Chłopiec i studnia cz.1

Post#1 » 21 kwie 2019, o 10:20

1. 

 

Tamtego wiosennego ranka, kiedy po raz pierwszy spotkałam chłopca – pakowałam akurat ostatnie rzeczy do pudeł, które zaraz miały trafić w ręce przewoźników, którzy, niczym Heron przez Styks, mieli je przetransportować na drugi brzeg mojego życia. Tak właśnie to sobie wyobrażałam, bo ostatnim razem kiedy się tutaj pojawili, byli ubrani w czarne robocze kombinezony, a widok ich, niosiących naszą wysłużoną kanapę, niczym trumnę, przyprawił mnie o ciarki na plecach. 

 

Wyprowadzałam się właśnie z domu, w którym mieszkałam całe życie i tego ranka wszystkie historie, cała moja przeszłość której mury te były świadkami, uderzały – raz po raz – we wrota mojego serca. Wiedziałam, że wyprowadzka to ostatni krok by definitywnie zakończyć ten rozdział mojego życia. Świadomość ta była wyzwalająca, a z drugiej strony wszystko mnie potwornie bolało, bo część mnie wolała żyć wspomnieniami, pozostać w przeszłości – która mimo tego, co się wydarzyło – przynosiła ukojenie, bo była moja, znana, zawierała w sobie dużo części mnie samej. 

 

Siedziałam więc w pustej kuchni, oparta o jedną z szafek, mając przed sobą pudełko, w której znajdowała się jedna miska i jeden komplet sztućców, które miały być moją wyprawką na nowy początek życia. Wszystko inne, kazałam zabrać stąd tydzień wcześniej. Widziałam, jak znika z tego domu cała pamięć jego mieszkańców, jak rzecz po rzeczy dom znów staje się czystą kartką papieru, bo sama wzięłam gumkę i ścierałam, ścierałam, ścierałam – poniekąd czując, jakby ten papier był moją skórą, a gumka nożem.  

Wszystkie rzeczy zebrałam, i zgromadziłam na dole w przedpokoju sama – sama zdejmowałam portrety członków mojej rodziny, które wisiały na klatce schodowej – całując każdy z osobna i wkładając do pudełka z podpisem „wysypisko”, wycierałam wszystkie kurze (i ostatnie fragmenty skórek moich bliskich), zamiatałam blade miejsca na podłodze, które pamiętały stojące tu meble. Wiedziałam, że tylko sama mogę to zrobić, a nigdy w życiu, nie czułam się bardziej sama niż w tamtych chwilach. 

 

Tak więc, tego ranka, korzystałam w pełni z ostatniej okazji na całkowite pogrążenie się we wspomnieniach. Łzy kapały prosto do miski, która wyglądała z dna pudełka. Położyłam się na podłodze, zwinęłam w embrion i objęłam rękami, wbijając palce w plecy, jakby chcąc przytulić moją udręczoną duszę. Moje oczy przypominały małe wodospady. Kiedy zaczynały powoli wysychać, a moje ciało zaczęło się rozpływać (znacie to uczucie, po długiej i intensywnej sesji płaczu?) – zasnęłam, by choć na chwilę odpocząć, odciąć się od rzeczywistości, z którą przyszło mi się mierzyć. Kiedyś w dziwacznych zakamarkach internetu, mignęło mi hasło „Sen jest jak śmierć, bez konieczności popełniania samobójstwa” – a w tej chwili czułam, jakby część mnie umarła i wypłynęła razem z tymi łzami, tworząc na drewnianej posadzce małe jeziorko. 

 

Leżałam tak pewnie z trzy godziny, albo dłużej. Czas jest zjawiskiem pokrętnym i ograniczającym – zamykając ludzi w sztucznych, iluzorycznych ramach, a jak wiemy – jest on bardzo względny i z łatwością dostosowuje się do nas samych. W każdym razie, czułam się jakbym zasnęła na tej podłodze w ubiegłym stuleciu, i obudziła się w zupełnie innym miejscu w historii. Przez chwilę leżałam, patrząc się w sufit i myśląc o tym, jak ciekawie by było, gdyby się okazało, że przespałam bite 200 lat i wszystko, poza tym domem i mną, zmieniło się nie do poznania. Szczerze mówiąc, ucieszyło by mnie to – przecież pragnęłam zacząć życie od początku, a jest możliwy lepszy inny początek niż nowa epoka? 

 

Z moich rozmyślań wyrwał mnie dźwięk dzwonka. „Czy to w mojej głowie?” – wydawało mi się mało prawdopodobne, by ktoś rzeczywiście miał złożyć wizytę w tym domu. Ja byłam już wymeldowana, a potencjalnych kupców spodziewałam się dopiero po ogłoszeniu chęci sprzedaży, a o ile jeszcze ufałam mojemu wymęczonemu umysłowi – jeszcze nigdzie tego nie ogłaszałam. 

 

Czekałam więc, na znak (a raczej jego brak), że ten dźwięk był tylko wytworem w mojej głowie. Po chwili usłyszałam tupanie i nieznośne „tiiing tiiing”, które kojarzyło mi się z niezliczoną ilością gości, który często przepływali, niczym wielkie ławice ryb w czasach świetności domostwa. Jako nieśmiałe i przebywające zawsze w swoim świecie dziecko, goście i obcy ludzie napawali mnie dużą dawką niepokoju. Teraz, kiedy byłam już troszkę większym dzieckiem, niewiele się zmieniło. Dawka niepokoju stała się zaledwie „akceptowalna” i jakoś mogłam z nią żyć. 

 

Podniosłam się i chwiejnym krokiem podeszłam do drzwi. Przystanęłam, nadal wydawało mi się, że być może wcale się nie obudziłam, i to co się teraz dzieje to po prostu jakiś sen, bardzo pokręcony, z gatunku tych, pokazujących najciekawsze humorystyczne wstawki naszej podświadomości. 

 

Do szyby z boku w drzwiach (moja mama bardzo pragnęła, by wejście do domu wyglądało jak z tych dawnych, amerykańskich filmów – z gankiem i oszklonymi po bokach białymi drzwiami, z gałką zamiast klamki) przyciśnięta była twarz. Twarz należała do starszego mężczyzny, z białymi włosami i ładnie ostrzyżoną, białą brodą. W oczy rzucił mi się (nie dosłownie – wolę wytłumaczyć, bo we śnie może się zdarzyć wszystko) żarówiasty kapelusz przeciwdeszczowy. No, ciężko było go nie zauważyć. 

 

Kiedy mężczyzna mnie spostrzegł, oderwał twarz od szyby, uśmiechnął się i stanął na baczność, czekając, aż mu otworzę. Zdecydowanie nie byłam w nastroju do pogawędek z dziwnie wyglądającymi osobistościami, ale wyuczone „robienie dobrze” każdemu (poza sobą), wzięło górę i chcąc, nie chcąc - przekręciłam górny zamek. Pomyślałam jeszcze w nadziei, że człowiek pewnie pomylił drzwi, zapomniał numeru domu – wskażę mu tylko drogę i sobie pójdzie. Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo mogę się mylić. 

 

Chwyciłam za gałkę i otworzyłam drzwi na oścież. Podmuch zimowych ostatków, które pozostały w powietrzu buchnął mi w twarz, sprawiając, że natychmiastowo pożałowałam mojej nadmiernej dobroci . Musiałam zmrużyć na chwilę oczy, a kiedy je otworzyłam, ukazał się przede mną, ów dziwaczny jegomość. 

 

Na początku dostrzegłam jedynie żółtą plamę, w której był skąpany. Poprawiłam okulary – okazało się, że w komplecie do kapelusza, ma na sobie również żółty płaszcz przeciwdeszczowy, który skojarzył mi się ze starymi filmami o marynarzach. Był niziutki i szczupły, więc wyglądał jakby tonął w obszerności swojego odzienia. Twarz miał przyjazną - jego oczy były cudownie błękitne, jak to morze, na którym go widziałam w moich myślach, a uśmiech był promienny niczym słońce. Kiedy podniósł dłoń, w geście powitania, zauważyłam, że ma tylko dwa palce – kciuk i wskazujący. Hm, może utracił je w walce, z jakimś groźnym merlinem? 

 

Staliśmy tak oboje, w oczekiwaniu aż to drugie się odezwie. W końcu on podjął się wyzwania przerwania tej cichej pustki, która między nami zawisła. Odchrząknął i głębokim, lekko zachrypniętym głosem zapytał: 

 

-Czy to Pani jest tą pisarką?  

 

* 

 

Pytanie na chwilę wytrąciło mnie z równowagi. Jeżeli bym się czegokolwiek spodziewała, w dzień taki jak ten, to zdecydowanie nie tego. Wybuch trzeciej wojny światowej, apokalipsa, żaby spadające z nieba, bankructwo MacDonaldów – wszystko, tylko nie faceta w rybackim płaszczu, stojącego na progu domu, z którego zaraz miałam się wynieść nie wiadomo dokąd, pytającego mnie czy jestem TĄ pisarką. 

 

-Yyy...No jestem pisarką, ale nie wiem czy TĄ - bąknęłam. Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej. W tym żółtym płaszczu wyglądał jak ucieleśnione słońce, które swoimi promieniami i nieskończonym szczęściem, spalało wszystko i wszystkich dookoła. Tym wszystkim, w ów przypadku, byłam ja. 

 

-Ta czy tamta, jesteś idealna, perfekcyjna, bellisima - powiedział, wycierając buty w wycieraczkę z wytartym napisem „Dom, słodki dom”. – Wchodzę. 

 

Powiedziawszy to, przekroczył próg, przecisnął się obok mnie w wąskim korytarzyku, i powędrował do pustego pomieszczenia, które kiedyś było obleganym przez artystów salonem. Stałam jak wryta. Przez myśl przeszło mi wezwanie policji, bo skąd miałam wiedzieć, co ów dziwny człowiek miał zamiar zrobić? Ale wiedziałam, że to co podpowiada mi mój umysł, nie zawsze jest najlepszym wyborem. Tak jak wtedy, w tamten dzień. Kiedy posłuchałam znowu umysłu, zamiast być wierna przeczuciom. 

 

Pierwsze wrażenie jakie we mnie wywołał, było dziwaczne i zaskakujące, ale budzące zaciekawienie, dlatego odrzuciłam wytwory mojego mózgu, które ostatnimi czasy stale mnie męczyły, i ruszyłam do salonu za nim. Tłumaczyłam sobie jeszcze, że przyda mi się jakaś odskocznia, oderwanie od tego całego wyprowadzkowego chaosu, który sobie zgotowałam. 

 

Mój gość najwyraźniej nie potrzebował zachęty do rozgoszczenia się. Kiedy weszłam do salonu - po przedarciu się przez drugą część przedpokoju, gdzie składowałam pudła z rzeczami „do zabrania”- ujrzałam go, siedzącego na samym środeczku, z nogami skrzyżowanymi, jakby był jakimś awangardowym joginem. Nie rozebrał się, ale zauważyłam, że ułożył wokół siebie parę drobnych przedmiotów, które zapewne powyjmował z przepastnych kieszeni płaszcza. Był tam pęk kluczy, błyszczący kamień, poduszeczka krawiecka w kształcie jeża, z wbitymi w nią kilkoma igłami oraz mały, brudny notes, który wyglądał, jakby coś go zjadło i wypluło. 

 

Człowiek siedział do mnie tyłem, więc miałam chwilkę na przetrawienie sytuacji i przyjrzenie się tej osobliwej osobistości. Większość fotografów dałoby się zabić, za możliwość uchwycenia takiej sceny jak ta – człowiek który przypominał ucieleśnione słońce, siedział pośrodku pustego salonu, a wokół niego rozłożone były tajemnicze artefakty, jakby był w trakcie jakiegoś magicznego rytuału. Nagroda w World Press Photo gwarantowana. Do tego jakiś inteligentny tytuł, sława i chwała przez całe życie jak w banku. 

 

Mój gość, najwyraźniej przez cały czas wiedział, że stoję za nim, bo po chwili, nie odwracając się do mnie wykrzyknął: 

-Trzeba nam tutaj sprawić jakieś miejsce do wypoczynku, wielofunkcyjne najlepiej, i wygodne! Potrójne W! Ha! – klepnął trzy razy w podłogę swoją „prawie” bezpalczastą ręką. -Nie możemy tak przez cały czas siedzieć na podłodze, kiedy musimy latać, razem z naszymi opowieściami! I to szybciutko, pronto! 

 

Przemaszerowałam przez pokój, starannie omijając wystawkę artefaktów i stanęłam tuż przed nim. Podniósł wzrok i spojrzał mi prosto w twarz, przeszywając na wskroś swoimi nieprawdopodobnie błękitnymi oczami. 

 

- O, z tej strony też dobrze wyglądasz – powiedział i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Jego twarz wyglądała, jakby była poskładana z rozmaitych kawałków, jak pomieszane puzzle. Oczy niemowlaka, nos jakby krasnoluda, skóra pomarszczona jak pergamin, która pamiętała najsroższe wiatry i mrozy, i ten uśmiech - śnieżnobiały uśmiech prosto z Hollywood. Człowiek ten, był dla mnie jak okaz, jakby był zwierzęciem, na pewno znalazł by się na liście zagrożonych gatunków, jako ostatni przedstawiciel Słonecznus Dziwakus. 

 

Zignorowałam jego wariacką wersję komplementu i przeszłam do tego, do czego powinnam była przejść od początku: 

 

-Proszę na chwilę odłożyć żarty na bok. Niech Pan mi powie, o co panu chodzi? Czy aby nie pomylił pan adresów? Bo wie pan, towarzystwo cyrkowe znajduje się kilka ulic dalej, mogę pokazać – Wiedziałam, że nie pomylił adresów, wiedziałam że był tam, gdzie chciał się znaleźć, ale mimo to bawiło mnie odgrywanie tej gry, niczym bohaterka jednej z powieści, które dawno temu miałam okazję pisać. Na chwilę mogłam się oderwać, od pogrążania się w czeluściach przeszłości, co wcale nie przynosiło wiele pożytku. -I dlaczego wchodzi pan do cudzego domu, jakby był pańską własnością i świadomie zaburza spokój jego mieszkańców? 

 

Mężczyzna położył się na plecach, przesuwając swoje drobiazgi tak, że leżały teraz równolegle do niego. Założył nogę na nogę, jakby leżał na bialuśkim piasku jednej z plaż na Bahamach i odpowiedział: 

 

-Po pierwsze, Pan jest tylko jeden – wskazał przy tym swoją „prawie” bezpalczastą ręką na górę, kiwając potakująco głową. (Przez moment przeszła mi myśl, że facet obciął sobie palce tylko po to, by odegrać tą surrealistyczną scenę, wyglądało to komicznie.) – Secundo, właśnie mi nie chodzi, mi leży! – zachichotał, zakrywając usta dłonią i zaraz powracając do wyliczania. – Po trzecie, w towarzystwie byłem dziś rano. Spotkałem Edgara, tego od węży i Edmunda, który w dawnych czasach na każdym występie przecinał się na pół. Robił to przez większość swojego życia, i nadal jest w jednym kawałku! Uwierzyłabyś? 

 

Milczałam, stojąc z założonymi rękoma. Kiedy domyślił się, że nie doczeka się odpowiedzi, kontynuował: 

 

-Po trzecie i trzy czwarte – nie zaburzyłem żadnego spokoju, bo go tu nie było. Teraz za to – jest przyjemnie, jak na działce u wujka Perry’ego. – rozłożył ręce, jakby miał ochotę stworzyć aniołka w niewidzialnym śniegu. – Zmieniła się atmosfera w błogosferę. A pod koniec trójki, przy zderzeniu z czwórką stoi pytanie: Jakich mieszkańców? Widzę tylko jedną smutną mieszkankę w pustym mieszkaniu, a raczej domiankę w pustym domu. 

 

Jak on ma czelność tak mówić?! Wszystko zaczęło się we mnie buzować. Zaczęłam się trząść i nie mogłam też opanować potoku łez, który zaczął wypływać, i wypływać, i wypływać, a ja wyobrażałam sobie, że tonę w tym dzikim potoku. Zapewne tak naprawdę było to kilka kropel, ale poczucie poniżenia sprawiło, że moja wizja się zwielokrotniła. Człowiek podniósł się z powrotem do poprzedniej pozycji, i wyglądał jak by chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ja natychmiast powstrzymałam go machnięciem ręki, wyrażającej nieme „stop”. 

 

- Proszę wyjść. Naprawdę, nie mam teraz ochoty i czasu na zajmowanie się takimi wariatami jak pan – słowa te nie przyszły mi łatwo, ale byłam szczerze wkurzona i chciałam dać temu upust. – Chyba pamięta pan, gdzie są drzwi. 

 

-Nie zapominam tak pięknych chwil w moim życiu – wstał i wyciągnął tą dziwną rękę w moim kierunku. Nie uścisnęłam jej. Stałam z rękoma skrzyżowanymi na piersi, z wymęczoną twarzą i w przydługim swetrze, w który wcześniej wycierałam nos. Obraz nędzy i rozpaczy, kontra człowiek-słońce. Fenomenalna gra kontrastów, jak teraz na to wszystko patrzę. 

 

Po braku reakcji z mojej strony, uznał, że to już czas. Schylił się i zaczął zbierać swoje rzeczy z podłogi i wpychać je do kieszeni płaszcza. Kiedy już skończył, powoli poczłapał w stronę drzwi, znowu przeciskając się obok wieży pudeł w przedpokoju, które wyglądały jak kartonowe miasta, które budowałam w dzieciństwie. Otworzył sobie drzwi i nie oglądając się na mnie, zniknął w wieczornej ciemności miasteczka 

 

Poszłam za nim, potykając się o jakieś rzeczy i zamknęłam drzwi na zasuwkę. Oparta o drzwi, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ten człowiek przyszedł akurat do mnie? Dlaczego w takiej chwili jak ta? Nie wierzyłam w przypadki, dlatego tym bardziej chciałam dojść, co sprawiło, że przyciągnęłam takiego człowieka do swojego życia. Może nie powinnam była go tak szybko wyganiać, tak naprawdę to nie powiedział nic złego - to nie jego wina, że nawet takie słowa, delikatne wspomnienie o mojej rodzinie wywołuje aż takie emocje, nawet sama do końca nie wiem dlaczego. Wiem za to, że sobie z tym nie radzę, próbuję cały czas sobie w mówić, że wyprowadzka to będzie ten ostatni krok, ostatni rozdział, a potem zacznę życie od nowa. Pytanie do mnie: Czy rzeczywiście pozwolę sobie rozpocząć życie od nowa?  

Miał dla mnie jakieś zlecenie pisarskie. Nie pisałam już tak długo... Już zapomniałam, jaką przyjemność, jaką radość, dawał mi dźwięk stukania w klawiaturę mojego wysłużonego komputera i widok czarnych literek, niczym mrówek zapełniających białe przestrzenie nowych stron. Przez te ostatnie trzy lata, nie robiłam nic dla przyjemności, wyrzekłam się wszelkich dobrych rzeczy, które kiedyś dawały mi energię do życia. Przez ten czas moja egzystencja polegała na snuciu się z kąta w kąt, tworzenia niewielkich powodzi z moich łez, wyrzucaniu rzeczy z domu i spaniu. 

 

Podniosłam się z ziemi, ominęłam mój kartonowy Nowy York z mostem Brooklyn Bridge utworzonym z rzuconego kapcia i zaczęłam wspinać się po schodach na górę. Coś jednak przykuło mój wzrok i kazało się odwrócić. Zrobiłam tak, jak podpowiadało przeczucie. Od razu dostrzegłam przedmiot leżący na środku podłogi w salonie. Założyłam okulary, które zwykle nosiłam na czubku głowy jak niewygodną opaskę i sprawdziłam czy wzrok mnie nie myli. Rzeczywiście, coś tam leżało. 

 

Powoli zeszłam ze schodów i podeszłam do ów przedmiotu. Był to błyszczący kamień, należący do mężczyzny. Byłam przekonana, że zabrał wszystko ze sobą. Przecież, jakby coś mu wypadło, czy coś zostawił, zauważyłabym to, bo zostałam dłużej w pokoju. Zaniepokoiłam się. Mogło to oznaczać, że jest ze mną naprawdę źle, bo może wcale bym tego nie zauważyła. Może w ogóle wymyśliłam sobie całą dzisiejszą sytuację, może mój umysł tak próbuje sobie poradzić z cierpieniem.  

 

Odgoniłam wszystkie myśli machnięciem ręki, jak natrętne muchy. Schyliłam się i podniosłam kamień z ziemi. Był zadziwiająco materialny, jak na wytwór mojej wyobraźni - bardzo miękki w dotyku, gładki i miły, ale ciążący w ręce. W głównej mierze czarny, ale jak ustawiło się go pod odpowiednim kątem, widać było przebłyskującą zieleń. Wyglądał jak małe jezioro, w którego głębinach znaleźć można wiele skarbów. 

 

Poczułam ochotę żeby go wyrzucić, niezależnie od jego piękna. Jeżeli dzisiejsze spotkanie z człowiekiem w płaszczu, było prawdziwe, to nie chciałam tutaj mieć jego rzeczy. Nie lubiłam prezentów, nie lubiłam mieć wokół siebie przedmiotów należących do kogoś, bo zawsze czułam się tak, jakby ten ktoś był cały czas ze mną. A dodatkowe niepokoje w postaci wyobrażeń, że ten człowiek jest cały czas tutaj w domu, nie były mi potrzebne. 

 

Wyobrażenie sobie faceta w kącie mojej sypialni, podczas gdy ja smacznie śpię, skutecznie zmotywowało mnie do podejścia do okna. Otworzyłam je, i cisnęłam kamieniem w ciemność. Usłyszałam plusk. Musiałam trafić do oczka wodnego w ogródku sąsiada. No i pięknie. Kamień trafił tam, gdzie jego miejsce. A teraz moja kolej – zmęczenie podpowiadało, że moje miejsce znajduje się dokładnie w ciepłym łóżku. 

 

Część następna

Dla mnie KKK był zawsze Króliczym Klubem Książki.

Tagi:

Kawka
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 858
Zobacz teksty użytkownika:

Prawdziwy tytuł kiedyś przyjdzie cz.1

Post#2 » 21 kwie 2019, o 20:35

Unikaj powtórzeń jak np w pierwszym zdaniu "które", "którzy". Są też literówki np. Heron zamiast Haron czy "niosiących" zamiast niosących, do "ów przedmiotu" zamiast do owego przedmiotu. No i interpunkcja pozostawia wiele do życzenia.  

Całość zapowiada się ciekawie. Jeżeli doszlifujesz będzie zgrabny tekścik :)


Awatar użytkownika
KrólikKrólikiewicz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 21
Zobacz teksty użytkownika:

Prawdziwy tytuł kiedyś przyjdzie cz.1

Post#3 » 21 kwie 2019, o 21:29

Kawka pisze:Unikaj powtórzeń jak np w pierwszym zdaniu "które", "którzy". Są też literówki np. Heron zamiast Haron czy "niosiących" zamiast niosących, do "ów przedmiotu" zamiast do owego przedmiotu. No i interpunkcja pozostawia wiele do życzenia.  

Całość zapowiada się ciekawie. Jeżeli doszlifujesz będzie zgrabny tekścik :)

 

Dziękuję bardzo za Twój głos, wiele dla mnie znaczy. Pomagasz mi stać się lepszym Królikiem Książkowym. Jutro przycupnę i przeredaguję! :-D

Dla mnie KKK był zawsze Króliczym Klubem Książki.

Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5882
Zobacz teksty użytkownika:

Chłopiec i studnia cz.1

Post#4 » 23 kwie 2019, o 09:51

Masz całą plejadę różnorakich błędów, w zasadzie tekst jest bardzo zaniedbany pod tym względem, ale jest coś przyjemnego w twoim stylu, co pozwala czytać w zasadzie z przyjemnością mimo wielu różnych potknięć. Niekoniecznie treść leży w moim czytelniczym guście, wiec na dłuższa metę prawdopodobnie nie znajdę tu wiele dla siebie, ale jest tu odczuwalny przyjemny, swojski klimat, wiec gdyby tylko dopracować, a sam tekst nie straci w dalszych partiach (bo, wiadomo, to tylko początek, różnie może być), to pewnie trafi w gust wielu osób. Ten fragment jest obiecujący.  

 

Zapis dialogów razi oczy, proponowałabym zajrzeć do poradnika, który mam podlinkowany w sygnaturze. 

 

Parę przykładów błędów: 

 

Tamtego wiosennego ranka, kiedy po raz pierwszy spotkałam chłopca – pakowałam akurat ostatnie rzeczy do pudeł, które zaraz miały trafić w ręce przewoźników, którzy, niczym Heron przez Styks, mieli je przetransportować na drugi brzeg mojego życia.  

które, którzy. 

 

Wyprowadzałam się właśnie z domu, w którym mieszkałam całe życie i tego ranka wszystkie historie, cała moja przeszłość której mury te były świadkami, uderzały – raz po raz – we wrota mojego serca. Wiedziałam, że wyprowadzka to ostatni krok by definitywnie zakończyć ten rozdział mojego życia. Świadomość ta była wyzwalająca, a z drugiej strony wszystko mnie potwornie bolało, bo część mnie wolała żyć wspomnieniami, pozostać w przeszłości – która mimo tego, co się wydarzyło – przynosiła ukojenie, bo była moja, znana, zawierała w sobie dużo części mnie samej.
 

w którym, której, która 

wyprowadzałam, wyprowadzka 

przeszłość, przeszłości  

Plus dużo zaimków. 

 

Łzy kapały prosto do miski, która wyglądała z dna pudełka. Położyłam się na podłodze, zwinęłam w embrion i objęłam rękami, wbijając palce w plecy, jakby chcąc przytulić moją udręczoną duszę. Moje oczy przypominały małe wodospady. Kiedy zaczynały powoli wysychać, a moje ciało zaczęło się rozpływać (znacie to uczucie, po długiej i intensywnej sesji płaczu?) – zasnęłam, by choć na chwilę odpocząć, odciąć się od rzeczywistości, z którą przyszło mi się mierzyć.
 

która, z którą 

moją, moje, moje 

 

Przez chwilę leżałam, patrząc się w sufit i myśląc o tym, jak ciekawie by było, gdyby się okazało, że przespałam bite 200 lat i wszystko, poza tym domem i mną, zmieniło się nie do poznania.  

Liczby zapisujemy słownie. 

 

Wybuch trzeciej wojny światowej, apokalipsa, żaby spadające z nieba, bankructwo MacDonaldów – wszystko, tylko nie faceta w rybackim płaszczu, stojącego na progu domu, z którego zaraz miałam się wynieść nie wiadomo dokąd, pytającego mnie czy jestem TĄ pisarką. 

Nie wiem, czy miałaś na myśli jakąś rodzinę, czy sieć restauracji, ale jeżeli sieć, to McDonaldsów. 

 

 

Plus, proszę zmienić tytuł wątku na tytuł tekstu, nawet jeżeli będzie tylko roboczy. Wszystko lepsze od beztytułowców, daje przynajmniej jakąś informację o tekście, a dodatkowo obecny nie jest zgodny z zasadami forum.

Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany! 

 

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz  

 

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Awatar użytkownika
KrólikKrólikiewicz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 21
Zobacz teksty użytkownika:

Chłopiec i studnia cz.1

Post#5 » 23 kwie 2019, o 19:49

Dziękuję Camenne! Poczytam, popracuję, przeredaguję :)
Dla mnie KKK był zawsze Króliczym Klubem Książki.

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości