Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Chłopiec i studnia cz.2

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
KrólikKrólikiewicz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 21
Zobacz teksty użytkownika:

Chłopiec i studnia cz.2

Post#1 » 27 kwie 2019, o 09:05

Część pierwsza 

 

2. 

 

Widziałam czerwień. Drzwi w czerwieni, czerwień i pomarańcz rozlewające się na cały świat. Obejmujące. Zatapiające. Wszechmocne. Podeszłam do tych drzwi i złapałam za klamkę. Była ona rozgrzana do czerwoności, paliła mnie w rękę - moja skóra kolorem dopasowała się do wszechobecnej czerwoności i pokryły ją bąble. 

Nie czułam bólu, więc z całą dostępną mi siłą napierałam na klamkę, która coraz bardziej mi się opierała. W końcu udało mi się, usłyszałam cichy chrzęst zasuwki wypadającej z zamka, i z całego rozpędu wpadłam do środka. 

 

Dookoła mnie była tylko ciemność. Jedyne światło w kolorze czerwieni padało jeszcze z lekko uchylonych drzwi, lecz kiedy się odwróciłam w ich kierunku, natychmiast się zatrzasnęły. Zostałam wchłonięta przez pustkę, stałam się tą bezgraniczną czarną dziurą bez konturów, bez końca. 

 

Przez chwilę nie było nic, rozpłynęłam się w tej nicości. Dryfowałam w niebycie bardzo długo. W pewnym momencie tego mojego nie-bycia, spostrzegłam, że z nicości zaczyna powstawać coś. Powoli, stopniowo zaczął materializować się błysk, i z nim samym, ja także powstałam od początku. Błysk zaczął być coraz silniejszy, zaczął istnieć coraz bardziej i bardziej, aż w końcu wchłonął w siebie całą pustkę. Błysk pochodził z kamienia, którego zaledwie chwilę wcześniej wyrzuciłam do stawu. Kiedy już odzyskałam moje ciało, zbliżyłam się do niego. Przyciągał mnie swoim szmaragdowo-zielonym odcieniem, przyciągał gładkością i głębią. Kiedy wyciągnęłam rękę, żeby go dotknąć, poświata wokół mnie urosła w siłę i zaczęła się mienić jeszcze mocniej, niczym zorza polarna. Kiedy czubek mojego palca musnął delikatną powierzchnię, poczułam dziwne uczucie w ciele, jakbym zaczęła wciągać samą siebie do środka. 

Jednocześnie wciągałam sama siebie, i byłam wciągana przez kamień, i było mnie coraz mniej, coraz mniej i mniej... 

 

Obudziłam się, zlana potem, który spływał stróżkami po rozgrzanej skórze. Nie było we mnie lęku, raczej zadziwienie. Nic mi się nie śniło od czasu... Od dawna. 

Leżałam bez ruchu, na starym materacu, trzęsąc się z zimna. W tym pustym, nijakim pokoju o którym mogłabym twierdzić, że niewiele różnił się od miejsca z mojego snu. Na suficie malowały się pęknięcia – nikła siatka drobnych rysek, połączonych ze sobą, ciągnących od jednej ściany do drugiej. W niektórych miejscach poodpadały warstwy farby, odsłaniając surowość tynku. Bardzo wyraźnie widziałam siebie w tym suficie. Zadziwiające, w jak wielu rzeczach dookoła nas, można dostrzec swoje odbicie. 

 

Rano, zwlokłam się półprzytomnie, żeby napić się herbaty. Weszłam do kuchni, w której, poza meblami pozostał tylko czajnik, moje pudełko z miską, kubkiem i kompletem sztućców oraz jedno krzesło. Większa część mojego dobytku. 

Wstawiłam wodę do gotowania, i przysunęłam sobie krzesło do okna, z którego rozciągał się widok na pola, i las w oddali. Moja rodzina wybrała właśnie to miejsce, ze względu na to, że w naszej mieścinie uchodziło za dzielnicę ekskluzywną, bogatą, a jednocześnie było położone w bliskim otoczeniu natury. To był kompromis pomiędzy rodzicami – mama potrzebowała ludzi, gwaru i hucznych podwieczorków, a tata pragnął tylko lasu, obserwowania ptaków i dźwięków trzaskającego ognia. 

Dzień moich 17 urodzin, w którym mój brat, po wielogodzinnych poszukiwaniach na mapie i na różnych portalach ogłoszeniowych, znalazł ów miejsce, był najszczęśliwszym dniem dla całej naszej rodziny. Wszyscy mieliśmy już dość 2 pokojowego mieszkania na 8 piętrze, gdzie każdy wchodził każdemu na głowę. 

Ten dom był dla nas wszystkich spełnieniem marzeń, nowym oddechem. Pierwszym oddechem – pamiętam, kiedy przekroczyliśmy po raz pierwszy próg tego domu, każdy z naręczem walizek i pakunków. Nie mogliśmy w to uwierzyć, w całe nasze szczęście - rzuciliśmy wszystko na podłogę (naładowana walizka mamy nie wytrzymała, i z hukiem wyrzuciła z siebie całą swoją zawartość, obsypując nas deszczem różowo-falbaniastych kobiecych fatałaszków) i oddaliśmy się szczęściu. 

-To jest naaaasz doooom!- wrzeszczał mój brat, zbierając z podłogi ubrania mamy i wyrzucając je w powietrze niczym konfetti. Mama normalnie byłaby wściekła, widząc takie poczynania względem swoich ubrań, ale w ten dzień wszystko było po prostu idealne. Najbardziej wzruszył mnie widok taty – taty, zawsze ubranego elegancko, z włosami zaczesanymi do tyłu i okularami-połówkami, które wydobywały jego wybitną inteligencję na zewnątrz - który zwinął się przy drzwiach w kłębek i zaczął płakać. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie widziałam go płaczącego. 

Tego dnia wszyscy pokazaliśmy swoje prawdziwe oblicza. Ten dom naprawdę był jak pierwszy oddech – oddech pełen nadziei, że kolejne dni przyniosą tylko jeszcze więcej radości, że będzie to nasza ostoja, przynosząca ukojenie pośród zamętu dzisiejszego świata. I przez jakiś czas, rzeczywiście tak było.  

 

Ze wspomnień wyrwał mnie dźwięk gotującej się wody. Wstałam powoli z krzesła, i wyłączyłam kuchenkę. Kiedy zalewałam herbatę, usłyszałam huk. Jakby tłukącą się szybę. 

Przez chwilę stałam jak sparaliżowana, po czym otrząsnęłam się i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby mi się obronić przed ewentualnym napastnikiem. Najlogiczniejszym rozwiązaniem w tej chwili okazał się czajnik, z jeszcze gorącą wodą w środku. Chwyciłam więc za drewnianą rączkę i uchyliłam drzwi kuchni. Rozejrzałam się. Na pierwszy rzut oka wszystko było po staremu, nie wyczuwałam żadnej obcej obecności w domu. 

Pokrzepiona zdaniem mojej intuicji, wyszłam z kuchni z troszkę większą pewnością. Przecież nie musiał to być dźwięk z tego domu, może to u sąsiada jakiś ptak wleciał w szybę? 

Przeszłam parę kroków w stronę salonu i stanęłam jak wryta, jednocześnie słysząc swój własny głos, jakby z oddali. Był to wrzask bólu, bo z wrażenia na chwilę straciłam czucie i czajnik wysunął mi się z ręki, rozbryzgując trochę wody na mojej drugiej dłoni. Natychmiast zaczęła się ona pokrywać pęcherzami, takimi jak te z mojego snu. Zapomniałam jednak szybko o bólu, bo całą moją uwagę przykuła rozbita szyba w oknie i przedmiot leżący na samym środku salonu.  

Błyszczący, ciemno-zielony kamień należący do człowieka w płaszczu.  

 

* 

 

Nie wiedziałam, co mam zrobić. Stałam, opierając się o framugę drzwi i wpatrując się w ten zmaterializowany skrawek tajemnicy, leżący na podłodze w moim rodzinnym domu, w miejscu które kiedyś pokrywał piękny, perski dywan. Kiedy po trzech latach kompletnego przestoju miałam wreszcie opuścić to miejsce - po trzech latach kompletnej pustki i martwoty, ale też względnego spokoju, coś się zaczynało dziać, to miejsce znów zaczynało żyć, chociaż było to życie inne niż to malujące się w mojej pamięci. Kiedyś pełne spotkań towarzyskich, wernisaży i rodzinnych kolacji, teraz malujące się pod znakiem żółtych płaszczów przeciwdeszczowych, błyszczących kamieni i wybitych szyb. Ciekawy przeskok w przestrzeni. 

 

Sam fakt, że kamień znowu leżał na środku pokoju zdumiał mnie bardziej, niż to, jak on mógł się tam znaleźć. Byłam święcie przekonana, że wylądował na dnie stawu pana Dawsona. W mojej pamięci rozległ się chlupot, który usłyszałam tamtego wieczoru. Czy mogłam go sobie wymyślić, żeby poczuć się bezpieczniej, oddzielona taflą wody od wspomnienia o facecie w płaszczu? Czy istniała możliwość, że do tej pory całkiem niezłośliwy, milusieńki pan Dawson dojrzał przez okno mnie samą, rzucającą przez okno kamień który wylądował na jego trawniku, i postanowił oddać mi go w sposób mniej milusieńki? Albo, co było możliwością zdecydowanie mniej przyjemną, może facet w płaszczu z niewiadomych przyczyn obserwuje każdy mój krok, i rzeczywiście – kamień wpadł do stawu, ale ów mężczyzna był tak zdeterminowany, że zanurkował, wyłowił kamień, i wrzucił mi go z powrotem do pokoju, jako ostrzeżenie?  

 

Mój umysł, przez ostatnie lata, poprzez brak konstruktywnego zajęcia, wytworzył sobie swoje własne – wymyślanie najróżniejszych możliwych scenariuszy i wkręcanie się w nie. W tej chwili wiedziałam, że jeżeli się czymś nie zajmę, to znowu wpadnę w kolejny atak paniki - bo o ile rozważanie i ogólnie pojęte korzystanie z możliwości, jakie daje mózg może być przydatne, to zostawienie umysłu samopas, i pozwolenie mu na pokazanie swoich możliwości, bez kontrolowania ich prowadzi do zguby. 

Wiem co mówię, rozszalały umysł ma moc huraganów, jest zdolny wyrywać drzewa z korzeniami i ogólnie doprowadzić człowieka do skrajnego wycieńczenia. Najgorzej jest, jeżeli nie posiada wszystkich informacji i nie może dojść do jakiegokolwiek wniosku. Wtedy następuje burza domysłów, powódź wyobrażeń i niezliczone erupcje pytań, na które brakuje odpowiedzi. A jeżeli złapiesz się któregoś z tych sprytnych wytworów umysłu, to możesz wkręcić się bez reszty i pozostać w tym dziwnym świecie, wyglądającym z pozoru jak olbrzymi dom, z nieskończoną liczbą pokoi, przestrzeni i powierzchni. Lecz kiedy, na chwile wyrwany z zamyślenia, zaczynasz się przyglądać temu domowi, okazuje się, że drzwi nie mają klamek, a w oknach zamocowane są kraty.  

 

Wiedziałam, że muszę po prostu wyjść. Dokądkolwiek. Gdziekolwiek, byleby wyjść z tego domu i z mojego umysłu. Rozproszyć się, rozerwać. Zająć się czymkolwiek, co nie miałoby związku z czarno-zielonym kamieniem, leżącym w salonie. Wiedziałam, że przez to, kamień magicznie nie zniknie a szyba w oknie nie wróci z powrotem na miejsce, ale było to najlepsze, co mogłam w tej chwili zrobić. 

Złapałam za płaszcz wiszący na poręczy schodów, zarzuciłam go na siebie i wyszłam, zostawiając całą tajemnice i wszystkie rozważania za sobą. 

 

Dodano po 3 minutach 38 sekundach: 

Peeska. Tytuł jest bardzo roboczy, czuję, że adekwatny i doskonały przyjdzie podczas pisania ostatniej strony tej opowieści. 

Ale jakby ktoś z was podczas czytania miał przebłysk i dostał tytuł idealny, dajcie znać. ;)

Dla mnie KKK był zawsze Króliczym Klubem Książki.

Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości