Alchemia

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Kawka
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 820
Zobacz teksty użytkownika:

Alchemia

Post#1 » 12 maja 2019, o 22:02

Gdy miałem 5 lat ukradłem scyzoryk. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Może dlatego, że był w kolorze kości słoniowej. Nie nacieszyłem się nim. Obawiałem się, że mama znajdzie więc wyrzuciłem. Pan Władysław nie chował niczego przede mną. Nawet nie posądził o kradzież. Wyglądał on jakoś dziwnie, żałośnie. Nie miał na twarzy ani jednego włoska. Nosił włóczkową czapkę z pomponem. Pewnego dnia zniknął. Nigdy więcej go nie zobaczyłem. Niczego też już nie ukradłem i było zwyczajnie. Dom. Kościół. Szkoła. Nie miałem przyjaciół. Dziewczyn też nie. Tylko jesienią, gdy widziałem na jezdni gałąź z trzepoczącymi liśćmi, wiedziałem, że to potrącony ptak. Usiłuje poderwać się, lecz przykuty do asfaltu, nie daje rady. Byłem tym ptakiem.
W liceum szalał Wodziński oraz jego banda. Zwano ich Wodór i Reszta Kwasowa. Doktorostwu Wodzińskim było obojętne, co synalek porabia. Ważne, aby przynosił świadectwo z czerwonym paskiem. “Reszciaki” złapali mnie kiedyś. Zawlekli do toalety, wcisnęli głowę do sedesu. Wykręcili ręce. Dusiłem się i wtedy Wodór rzekł:
– Będziesz odrabiał za mnie polski!
Odrabiałem. Samych wypracowań napisałem ze trzysta. Nie wiem jak zdał maturę. Może Wodzińscy zapłacili? Widywałem ich od czasu do czasu. Ona wyszminkowana, wysoka brunetka ze złotą bransoletką na przegubie dłoni, on pachnący dobrą wodą po goleniu, gburowaty i zawsze jakby z kaburą pod marynarką.
Nagle umarł ojciec. Matka załamała się nerwowo. Siedziała tylko z rękami założonymi na piersiach. Poszedłem do Wodzińskiego. Bardziej interesował się fiołkiem alpejskim, który wręczyła mu wdzięczna pacjentka niż mną. Nie wziął mlecznej czekolady. Wypisał jedynie receptę. Skąd mogłem wiedzieć, że to psychotropy? Nauczycielskiej emerytury mamy z trudem wystarczało do pierwszego. Dorywczo rozkładałem towary na półkach w marketach. O studiach przestałem marzyć. Któregoś dnia zajrzałem do szafy. Czy pod bielizną lub w kieszeniach starych ubrań znajdę jakieś oszczędności? Dogrzebałem się do wyblakłej koperty. To od ciotki Emilii z Florydy oraz… ten dollars. Matczysko schowało na czarną godzinę. Postanowiłem być operatywny. Napisałem i wysłałem list.
– Oby tylko ciotka nie zmieniła adresu! – mówiłem stawiając przed matką filiżankę herbaty i talerzyk z rogalikiem posmarowanym sztucznym miodem.
I w mgnieniu oka wszystko zaczęło dziać się jak we śnie. Niczym fura z kartoflami wjechała ciotka Emilia. Kazała zwracać się do siebie per Emily.
– Hello dear! Okay! Realy, realy good! – leciało jak z automatu.
Ciotka rozłożyła we wszystkich pokojach kapelusze a’la Alexis Colby, rozwiesiła na poręczach krzeseł garsonki, a następnie zakręciła się tu i tam. Wkrótce zapędziła mnie do porządkowania budynku gospodarczego. Wyniosłem rupieci, deski, młotki i gwoździe ojca. Budynek był w dobrym stanie. Pod dyktando Emily pomalowałem ściany oraz sufit na biało, zielono i czerwono. Efekt pozytywnie mnie zaskoczył. Nie wiem skąd pojawiły się: piecyk, mikser, nożyczki do krojenia i podawania pizzy czy okrągłe blaszki. Z domu przyniosłem dwa stoliki, cztery krzesełka, ścierki, fartuszki, serwetki. Ciotka mieląc pośladkami w przyciasnych dżinsach i strojąc minki w urzędach pomogła otworzyć pizzerię. Zorganizowała też spotkanie z Aleksandrą – daleką krewniaczką.
– Well! Miss Alexandra! Dziewczyna jak malowanie. Realy, realy good! Panna z dobrego domu. Okay! Spódniczka za kolanko – perorowała. – Wierz tylko, a potężne siły przyjdą ci z pomocą.
– Żeń się, żeń – powtarzała coraz bardziej bezbarwnie matka.
– Well! A ty, Franka, młodym nie zawalaj! – skrzeczała ciotka. – Do domu pogodnej starości. Dear, to jest wielka sprawa dać młodym swobodę. Realy, realy good!
Klamka zapadła. Matka i Emilia z domu, Aleksandra do domu. Zatrudniłem kelnera. Klienci chwalili lokal oraz wyroby. Zaczynaliśmy wychodzić na prostą. Po pierworodnym Filipku pojawiły się trojaczki: Anielka, Adelka i Agatka. Gdy pojechałem po nie do szpitala, kelner zabrał dzienny utarg, pizzerię zostawił pod opieką św. Antoniego a sam zniknął. Szczęście, że nic więcej nie zginęło. Nie powiedziałem ani matce, ani żonie. Postanowiłem samodzielnie wiązać koniec z końcem. Nocami pisałem pracę magisterską dziewczynie, którą tymczasowo zatrudniłem. XXI wiek przywitaliśmy z Marcinkiem. Dzieci należało karmić, ubierać, leczyć, kształcić. Jeno cierń i nędze. Pewnego dnia, gdy w pizzerii była także Aleksandra, z nieba spadł Wodór.
– Oho, przyszedł koleś z ogólniaka! Pewnie po dawnej znajomości chce wkręcić się na kelnera – szepnąłem do żony, która jedną ręką kołysała wózek a drugą myła umywalkę. A on wziął mnie pod ramię, odprowadził na bok w mojej własnej pizzerii i powiedział z przejęciem:
– Matka umarła.
– Ja ci jej z grobu nie podniosę – mruknąłem pod nosem.
– Dopóty ojciec nie przepisze mi majątku, dopóki nie przyniosę habilitacji – Wodór potarł znacząco kieszeń lekkiego brązowego płaszcza o sportowym kroju. – Pomożesz?
– No jak to? Mam przecież tylko maturę i żadnych znajomości.
– Hmm… – przyjął łaskawie do wiadomości moje wytłumaczenie. A po namyśle rzekł:
– Gadasz! Zrobisz mnie najpierw inżynierem, później magistrem, i te pe… i te de...
– Jak to, zrobię cię?! Przecież ja nie mam niebieskiego pojęcia o inżynierii – broniłem się racjonalnie. – Odrabiałem za ciebie jedynie polski. Pozostałymi przedmiotami zajmowały się dziewczyny, pamiętasz?
– Dobra, trzeba się ograniczać, nie żądać wszystkiego naraz. Powiem ojcu, że złożę papiery na filologię polską. Z tej łupiny pewnie mało wyciągasz?! – Wodór błysnął zębami jak z reklamy. – I w dodatku taki pater familias. Pogratulować!
Milczałem. Kiwałem tylko głową jak koń ciągnący pod górę wóz wyładowany sianem.
– Masz zaliczkę – kontynuował. – A tu na Internet, słowniki, encyklopedie, kompendia oraz wszystko inne. Polszczyzna musi być poprawna i piękna. No to znikam, ty działaj...
Rozejrzałem się zanim schowałem pieniądze. Tak! Rzeczywiście łupina. Trzeba zatrudnić na stałe kelnera. Może dwóch. Spojrzałem na żonę. Smyrgała mokrą ścierką po stoliku i zbierała resztki jedzenia. Pomizerniała a powinna oszczędzać się. Znów przy nadziei. Tym razem bliźniacy.
– Przyszedł tylko pogadać – uspokoiłem ją, gdy i ona spojrzała na mnie.
Dopiero, kiedy dzieci zasnęły opowiedziałem jej, co zaszło. Wyciągnąłem pieniądze. Przeliczyliśmy. Nawet bałem się myśleć, ile ich jest. Aleksandra przygryzła najpierw wargi i dopiero po chwili rzekła:
– Wiesz, Marku! Myślę, że musimy kupić pianino dla dziewczynek. Chodzą do szkoły muzycznej, niechaj ćwiczą. Filipka powinniśmy wysłać na kolonie nad morze, bo ta jego chrypka to przecież stały punkt programu. Muszę też wziąć się za siebie, kupić lepsze kosmetyki i nowe ciuszki. Słyszałam od Gochy, że już mnie obmawiają.
– Więc?
– Więc idzie o naszą przyszłość, dosłownie i w przenośni.
– Czy dam radę?
– Dasz!
– A pizzeria? A dzieci?
– Coś wymyślimy.
Pomilczeliśmy. Aleksandra poszła do toalety, a ja włożyłem dres, czapkę i stare reeboki, żeby pobiegać nad jeziorem. Spała już, gdy wróciłem.
– Wymyślimy coś – szepnąłem kładąc się obok. Firanka przepuszczała światło latarni ulicznej. Nie mogłem zasnąć. Słuchałem jak budzik w dawnym pokoju matki dzieli czas na maleńkie wiórki. W końcu uświadomiłem sobie, że boli mnie głowa. Usiadłem. Łokcie oparłem na kolanach. Tak minęła noc.
Zanurzyłem się w tę edukację. Narodziny językoznawcy – jakże cudowne opowiadanie napisał Włodzimierz Lidzin, a tu masz babo placek. Ledwie kończyłem pisać jedną pracę zaliczeniową, Wodór podrzucał mi kolejny temat. Jednak układ był uczciwy – ja pisałem, on płacił. Nawet więcej niż chciałem. Zaczęło wystarczać. Nabyliśmy pianino, rowerek oraz konika na biegunach. Oficjalnie – ja i on – zostaliśmy wspólnikami. Nikogo nie zastanawiały nasze konferencje za zamkniętymi drzwiami. Żona dziwiła się, że Wodór nie kupi sobie papierów na stadionie, tylko tak uczciwie – krok po kroku – pnie się pod górkę.
– Zajdziesz, ty Wodorze na chemię – mawiałem. Aleksandra trapiła się, że życzę koledze raka, a to już prawie magister. Jeszcze tylko jeden paragraf i kolejny rozdział.
– A mieszkanie trzeba znaleźć większe, bo dzieci rosną. Alek i Walek mają już prawie po trzy latka!
Znalazł się domek jednorodzinny z ogrodem, przed domem zaś cadillak. Klimatyzowany.
– Jest twój – oznajmił Wodór, gdy podniosłem słuchawkę.
Szczęściarz. W czerwcu obronił się. Od razu złożył papiery na studia doktoranckie.
– Ach, ta dzisiejsza technika! – zachwycała się Aleksandra. – Niewielki aparacik do ucha. Ty sobie siedzisz w toalecie i mówisz, a on powtarza za tobą jak za panią matką. A ci profesorowie myślą, że on tak wszystko śpiewa jak z nut...
– Ciiii! Gosposia na horyzoncie – przywołałem żonę do porządku. – A swoją drogą cóż takiego ten stary Wodziński posiada, że Wodorowi aż tak bardzo zależy? – zachodziłem w głowę.
– Pewnie kocha ojca – przesądziła sprawę Aleksandra. Może Marcinek pojechałby do Hiszpanii. Niech zobaczy w końcu tę swoją Barcę.
No i pojechał z wujaszkiem Wodorem, który – jak się okazało miał coś do załatwienia w Barcelonie. Gdy wrócili, synek pochwalił się oryginalną koszulką, prezentem od wujka i kazał tytułować się “don Juan”. Ot... beztroskie dzieciństwo.
Podczas rozmowy kwalifikacyjnej Wodór kręcił, że bardzo interesuje go alfabet łaciński. Kręć! Kręć! Trojaczki trzeba wozić na Bielany do okulisty. Kochane córeńki. Sama radość oraz duma mamy i taty. Zdwoiłem siły. Wodór brylował. Publikował. Referował. Stawiał hipotezy, obalał inne.
– Wujcio jest słynniejszy niż profesor Markowski – cieszył się nasz don Juan. Filip marszczył tylko nos, lecz i on nie gardził gadżetami, które podsuwał mu Wodór. Inni mają to i on. Skąd ojcowie tych innych biorą na to wszystko? Czyżby też bawili się w E = mc2? Zacząłem pławić się w tym abecadle. Do pizzerii chodziła już tylko Aleksandra.
– Dziećmi zajmuje się opiekunka, a mąż leczy kręgosłup – tłumaczyła. A mi śnił się konsonantyzm.
Któregoś dnia, gdy byłem w ogrodzie usłyszałem kłótnię dziewczynek:
– Lizuska! Donosicielka! – wrzeszczała Agata.
– Zamknij się! – krzyczała niespodziewanie osto Aniela.
– Sama się zamknij! – wtórowała Ada.
– Lizus! Kapuś! Lizus! Kapuś! – bliźniacy dolewali oliwy do ognia.
– Ty, świnio morska!
– Święte krówsko!
– Sucha szkapa!
– Widziałaś się w lusterku!
Wszedłem w momencie, gdy opiekunka próbowała rozdzielić ciągnące się za włosy Adelę oraz Anielę, które w dodatku Agata okładała pięściami. Kazałem chłopcom zanieść warzywa do kuchni. Złapałem Adę. Wyrywała się, wierzchała nogami, lecz udało się mi wtłoczyć ją do łazienki.
– Zabieraj te brudne łapska! – zawyła moja córka.
Nie zwróciłem na to uwagi. Przez ułamek sekundy poczułem się tak jak wtedy, gdy to mnie wciągnięto do toalety.
– O co chodzi? – indagowałem dziewczynkę. – Nie tak was wychowujemy!
– Nie tak! – powtórzyła wytrzeszczając niebieskie oczy.
– Nie tak… – powiedziałem niepewnie.
– Ta małpa Agata chce lecieć z ozorem do Nurkowskiej i wygadać, że to nie ja zagrałam na zaliczenie presto alla tedesca Beethovena, lecz Aniela – wyrecytowała jednym tchem.
Usiadłem na brzegu wanny. Przyjrzałem się córce. Stała z trzęsącymi się jeszcze kolanami.
– Co sugerujesz?
– Więc to teraz ja jestem od sugerowania? – rzuciła bezczelnie. – W fałszu urodziłyśmy się, w kłamstwie żyjemy i pomrzemy w fałszu.
– Co?
– Te jednakowe bluzeczki, majteczki, torebeczki, okularki. Dobrze, że mam choć pół dioptrii więcej niż one i tym się wyróżniam! I ty twierdzisz, że nie tak nas wychowujecie. Pewnie, że nie tak – atakowała.
– Co takiego? – nadal nie mogłem zrozumieć.
– A to, że ja nie nawidzę tych lekcji w szkole muzycznej, a wy ubzduraliście sobie, że jako trojaczka muszę być traktowana tak jak siostry! – wyrzuciła z siebie. – Tak ma być jak chcą rodzice. A co ja chcę to nigdy nie liczyło się. Potrzebuję indywidualizmu! Swojego stylu! Nowych ubrań i dodatków, które mnie wyróżnią.
Schowałem głowę w dłonie; więc brak własnego stylu, to życie w kłamstwie.
– Lady Gaga zostawiła pianino dla estrady. Wujek mówi, że pianino teraz to nie przyszłość.
Wyszedłem z łazienki. Gdzie oni są? Aha, nadal w hallu. Aniela i Agata siedziały na poręczach nowego fotela z chrzęszczącej skóry plecami do siebie. Na środku stała opiekunka. Obiema dłońmi trzymała pasek jaskrawoczerwonych spodni. Wyraźnie była zażenowana. Alek i Walek nurkowali pod stołem oraz krzesełkami szukając jej guzika, który odpadł podczas całego zamieszania.
– Pani Ewo, proszę zabrać dziewczyny i jechać z nimi do babci – zakomenderowałem.
– Znowu... – syknęła Agata.
– Obłudna to ty nie jesteś – ripostowała Aniela.
– A co z chłopcami? – zapytała rzeczowo opiekunka. – Jak możecie? – to z kolei było do dziewczyn. – Szykujcie się. Za chwilę do was dołączę.
– Filip, Marcin, zajmiecie się Alkiem i Walkiem – rozwiązywałem kolejne problemy nie zwarzając na protesty córek.
– Tatku, ja mam sprawdzian – wołał Filip. – Nie chcę tych barbarzyńców.
– Tato, litości – błagał Marcin.
– Alek do Marcina, Walek do Filipa! – stałem się nieustępliwy. – I ani mru, mru. Przewidujemy zmiany w pizzeri. Muszę przygotować kosztorys oraz kilka porównywalnych ofert. Jutro przyjedzie wujek i zdecydujemy się na coś.
Wszedłem do kuchni. Gospodyni drobna jak figurynka niewzruszenie kroiła warzywa. Zagotowałem wodę. Zaparzyłem earl grey tea. Upiłem kilka łyków. Gospodyni w milczeniu zaczęła szczękać garnkami. Zabrałem szklankę z resztą herbaty i podreptałem do swojego gabinetu. Hej ho, hej ho, do pracy by się szło… Siadłem za biurkiem, lecz nie chciało się mi nic robić. Patrzyłem przez okno na niespokojne wierzchołki grusz w ogrodzie. Spoglądałem w dal ponad dachami miasteczka i rozmyślałem o tym, czy zdecydowałem słusznie. Co będzie, gdy Wodór uzyska tę habilitację? Skąd będziemy brać pieniądze? Te od Wodora Aleksandra wtyka niedbale do torebki. Przyzwyczaiła się szastać na prawo i lewo. Dzieci potrzebują coraz to więcej. Jak im powiedzieć, że musimy zacząć oszczędzać?
Wodór zaliczył wszystko i otworzył przewód doktorski. Po dziewięciu miesiącach zaniósł gotową rozprawę. Kilkanaście poprawek to więcej pieniędzy. Chociaż te udało się mi schować do koperty ciotki. Nadszedł ten wielki dzień. Obrona. Jednak. Drań. Znowu pojechaliśmy z Aleksandrą do Warszawy. W bagażniku jak zwykle aparatura. Weszliśmy. Wodór stał w towarzystwie ojca.
– Bretoński jest językiem p-celtyckim – wyjaśniał staremu, który stał z rękami w kieszeniach spodni. – Uznany został przez państwo francuskie za tzw. język regionalny. Posiada 4 najważniejsze dialekty: konrwelski, leoński, treguirski i galijski.
– Nie galijski tylko wanetejski upowszechniony niegdyś w okolicach Vannes i mający najwięcej cech wspólnych z pobliskimi dialektami języka francuskiego – sprostowałem podając rękę najpierw lekarzowi, później wspólnikowi.
– Co tu robisz? – udał zdziwienie.
– Przywiozłem żonę, no i chcę ci życzyć powodzenia.
Odwróciłem się na pięcie. Aleksandra nienaturalnie ożywiona rozmową z oczekującymi maskowała niepokój.
Pocałowałem ją w policzek i powiedziałem, że przyjadę po nią, gdy pozałatwiam sprawy na Mokotowie oraz na Ursynowie. Wyszedłem głównymi drzwiami. Szybko wyciągnęłem pakunek z bagażnika i wszedłem boczną furtką. Udałem się do toalety. Na sedes położyłem jasiek. Usiadłem wygodnie. Sprawdziłem zasięg. Następnie zdjąłem okulary i przetarłem szkła białą irchą.
– Skąd on ma te pieniądze? – pomyślałem niewiadomo, który już raz. – Skup się, staruszku, skup! – dodawałem sobie animuszu.
Zebrali się profesorowie. Doktorant coś podpisuje. Gwarno. Ktoś roześmiał się. Nie odróżniam poszczególnych głosów. Siadają wreszcie. Przewodniczący komisji doktorskiej przedstawia oraz wita wszystkich. Teraz promotor prezentuje życiorys naukowy Wodora. Co osiągnąłem, to baran ma. Wodór referuje główne założenia i wyniki dysertacji. Zająknął się, a przecież napisałem mu krótko, jasno i na temat. Aha! Pewnie wyuczył się na pamięć, żeby wywrzeć lepsze wrażenie. Niech ta kaźń kończy się jak najszybciej. Jeszcze tylko orzeczenia dwóch recenzentów, do których Wodór powinien się ustosunkować. Na szczęście promotor dał mu te recenzje, więc opracowałem odpowiedzi na stawiane zarzuty. Oby tylko nie zapomniał tych notatek. Ma. Idzie nam jak z płatka. Oto przewodniczący zarządza dyskusję publiczną, co oznacza, że muszę wkroczyć do akcji. Oby tylko nikt nie wszedł do toalety. Któryś z profesorów chce sprawdzić czy doktorant wie, kto wprowadził do alfabetu łacińskiego literę “g”.
– Plutarch dowodzi, że wynalazcą litery “g”, graficznego wariantu litery “c” jest wyzwoleniec Spurius Carvilius Ruga lub Rufa – powiedziałem.
Powtórzył i dodał sam od siebie, że miało to miejsce pod koniec III wieku naszej ery.
– Do alfabetu wprowadził ją cenzor Appiusz Klaudiusz Ślepy.
Uzupełnił swoją wypowiedź. Ktoś wszedł do toalety. Zamarłem. Tymczasem inny uczony zapytał o genezę błędów ortograficznych.
Świeżo upieczony doktorek zjawił się nazajutrz. Nawet nie podziękował. Wręczył forsę i kazał brać się za pisanie artykułów. Dużo! Jak najwięcej. On musi teraz wyjechać i po prostu zniknąć.
– Wyjeżdżasz w celach naukowych? – próbowałem żartować. – Ośmielam się wątpić!
– Przymknij się! – warknął. – Rób swoje i nic ci do mnie.
Minęło kilkanaście beztroskich dni. Zaczęliśmy planować, dokąd wyjedziemy na Święta Bożego Narodzenia. Od wtorku w mediach trąbią od rana, że policja w Stanach rozbiła groźną siatkę przestępczą. Zajmowali się między innymi pornografią dziecięcą, handlem bronią i sam już nie wiem, czym jeszcze. Mieli agendy na całym świecie. Kto by pomyślał, że nawet w Polsce. Wiadomość z ostatniej chwili. Wśród zatrzymanych samodzielny pracownik naukowy dr Izydor Dionizy W. Potem, jak z worka, posypały się informacje o innych aferach. Cała Reszta Kwasowa umoczona. Jeszcze niedawno byli silni jak ogon małpy. Tak mówi się w Ameryce Łacińskiej. Korynt zrobili z mojego miasta. Żona była pewna, że ktoś nas śledzi.
– Czy nasze dzieci są na tych zdjęciach? – pytała bojaźliwie.
– Wodór zabierał przecież Alka i Walka do wesołego miasteczka.
– Anielę, Adelę i Agatę woził na jakieś imprezy charytatywne do Lublina.
– Adelę i Filipa na badania do Esbjerg w Danii.
– Marcin był z nim w Hiszpanii.
– Wszystkim dzieciakom kupił zegarki i aparaty fotograficzne. Każdy z GPS-em – wyliczaliśmy.
– Nie wpłacał pieniędzy na konto, więc pizzeria nie może być pralnią.
– Może tak, może nie.
– I co my teraz zrobimy?!
Aleksandra zaplanowała rozwód. Zabrać całą siódemkę i wiać jak najdalej.
– Co ze mną? – pytałem samego siebie.
– Dzwoń do Wodora! – zadecydowała żona. – Przecież wyszedł za kaucją. Dowiedz się, czy wiedzą o tej jego edukacji i o naszym w niej udziale...
Wodór nie odbierał. Jego znajomi powtarzali jak jeden mąż: “Ja nic nie wiem”.
– Ignoranci, cha, cha! Ukończyli renomowane uczelnie, o których ja mogłem jedynie pomarzyć. Czy to rzeczywiście brak wiedzy? Może raczej brak dobrej woli? Przecież zostałem wmanipulowany. I po co? Po to, żeby zatrudnić gosposię czy opiekunkę, żeby na stole pojawiły się francuskie sery i wina. I kijki. Stoją teraz w kącie. Aleksandra zostawiła wychodząc w pośpiechu. A czy ja byłem przynajmniej tak samo ważny jak nordic walking? Czy mam pisać do Strasburga? Czy ktoś jeszcze na tym świecie broni praw biednego człowieka. No i po co te idiotyczne slogany: Po pierwsze człowiek, Człowiek jest najważniejszy, Bo liczy się człowiek. Zresztą kogóż ja oskarżam, przed kim i dlaczego? Człowiek człowiekowi już dawno temu przyjadł się i znudził. Człowiek człowieka już dawno temu wycisnął jak cytrynę i wygwizdał.
– Ha, cóż ja z tym człowiekiem? Sam przecież wolałem nie słyszeć, gdy ludzie powtarzali: Z takimi łokciami nie sztuka się dorobić.
W końcu poszedłem do starego Wodzińskiego. Siedział w fotelu z cielęcej skóry. Palił cygaro.
– To ja pisałem Izydorowi te wszystkie prace – zagaiłem.
– Wiem – rzekł tylko.
– Gdzie on jest?
– Nie wiem.
– Co mam teraz robić?
– Trzymaj się z daleka i przestań mnie nachodzić.
Odwiedziłem matkę.
– Lawirant. Stary pryk. Nic nie wie, a przecież czuje, że śmierdzi. Synalka habilitowanego zachciało się. A ja mam pętlę wokół szyi – wyrzucałem z siebie chodząc w kółko.
– Co, synku? – matka patrzyła nienaturalnie rozszerzonymi, jakby nieobecnymi oczami.
– Biblijny Kohelet narzekał, że na tysiąc znalazł jednego mężczyznę. Szczęściarz. Ja nie znalazłem żadnego, który pomógłby.
W końcu wszystko ucichło. A może to tylko cisza przed burzą? Może burza będzie w szklance wody. Z hotelu Hilton zadzwoniła Aleksandra. Zdrowi. Chłopcy zajęli się archeologią. Kupiliśmy Journal of Humen Evolution. Zainteresował ich neandertalczyk. Chyba pojadą do Iraku, do Szanidar oglądać jaskinię. Przez Internet szukają profesora Trinkausa. To jednak nic pewnego, bo dziewczynki wolą lecieć do Nowego Jorku. Chcą zobaczyć lady Gagę.
– I pamiętaj, że mamy teraz oddzielne konta. Nie pomyl się! – kończyła.
List od niejakiej Rachel Jablonsky z Orlando informował o śmierci ciotki Emilii, o rozrzuceniu jej prochów nad plażą na wyspie Bahia Honda, o zapisaniu całego spadku właścicielowi Pierogi Polish Market. O tym, że wszystko przepadło. Czy ktoś mnie śledził? Iluzje budowane na urojeniach. Przecież jestem tylko rozwiedzionym, leczącym kręgosłup właścicielem pizzerii. Mam jeszcze na chleb, lecz skąd tu brać na alimenty?

Tagi:

Kawka
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 820
Zobacz teksty użytkownika:

Alchemia

Post#2 » 12 maja 2019, o 22:03

No i jest. Nie wiem, dlaczego nie można zrobić akapitów?

Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5783
Zobacz teksty użytkownika:

Alchemia

Post#3 » 13 maja 2019, o 19:46

Kawka pisze:No i jest. Nie wiem, dlaczego nie można zrobić akapitów?

Wyjaśnienie, jak wstawić akapity, znajdziesz w poradniku, który znajduje się w mojej sygnaturce, a żeby nie szukać, tutaj: viewtopic.php?p=34608 ;)
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

Kawka
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 820
Zobacz teksty użytkownika:

Alchemia

Post#4 » 13 maja 2019, o 20:00

Dzięki, Camenne.

Irys
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 281
Zobacz teksty użytkownika:

Alchemia

Post#5 » 8 lip 2019, o 22:14

Fajne opowiadanie, no i wbrew pozorom bardzo życiowe.

Kawka
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 820
Zobacz teksty użytkownika:

Alchemia

Post#6 » 9 lip 2019, o 19:35

Dziękuję, że przeczytałeś i cieszę się, że się podobało :)

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości