Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Czarownice w Świętokrzyskiem raz do roku Cz. 2

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Mszczuj
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 243
Zobacz teksty użytkownika:

Czarownice w Świętokrzyskiem raz do roku Cz. 2

Post#1 » 26 maja 2019, o 21:54

Słowo wstępu: Wrzuciłem do miniaturek przedwczoraj miniaturkę o czarownicach i to jest jej kontynuacja. Dlatego w tytule jest Cz. 2 a nie Cz. 1. Przyłożyłem się tym razem do korygowania baboli, więc powinno czytać się łatwiej, ale będę wdzięczny jeśli ktoś coś wytknie. Ogólnie pojęta krytyka fabuły, stylu i całokształtu spotka się z moją wielką, dozgonną wdzięcznością. Miłej lektury. 

 

 

Jędrek wyszedł z komórki i dżentelmeńskim gestem pomógł córce młynarza przekroczyć leżące na podłodze wiaderko. Poprowadził dziewczynę za rękę przez opustoszałą kuchnię do tylnego wyjścia. Dał jej buziaka na drogę, pożegnali się szeptem i młynareczka wyskoczyła przez uchylone drzwi w księżycową noc. Jędrek wrócił na salę. 

Wszyscy biesiadnicy wpatrywali się w milczeniu we frontowe drzwi. Gorzałka jakby wyparowała im z głów. Na ponurych twarzach rysowało się napięcie i ciche przerażenie. Stefan Świniopas jako jedyny klęczał przyklejony do okiennego parapetu, wyglądał na zewnątrz i zdawał reszcie relację z tego, co widzi. 

- Wsiadają na miotły – krzyknął. 

- A wilki? – padło pytanie z izby. 

- Ani drgną. Czarownice odleciały. Czort chyba rzucał na nie klątwy. Nie słychać dobrze z takiego daleka o czym gadają, ale zdaje się, że się pokłócili. 

- Jaki tam czort – odezwał się przybysz o potarganych włosach. – Pewno przybłęda jakiś… 

- Panie szanowny, przybłęda, którego wilki się boją, to czort istny a nie przybłęda. Albo cygański kuglarz z jarmarku. Innej możliwości nie ma. 

- Idzie tu! 

Gawiedź poruszyła się niespokojnie na krzesłach i ławach. Jędrek pozostał przy drzwiach do kuchni, nie bardzo wiedząc co powinien robić. Ktoś zapukał kołatką. 

- Kto tam? – zawołał karczmarz łamiącym się głosem. 

- Strudzony wędrowiec. Wpuście gospodarzu, gorzałki i strawy mi trzeba. Noc paskudnie chłodna a ja od trzech dni w drodze. 

- Dzisiaj gospoda zamknięta. – Głos karczmarza stawał się coraz wyższy i mniej pewny. 

- Jak to zamknięta, a kto konia uwiązał przed wejściem? Nie goście jacyś? 

- To mój koń. Ja uwiązałem, idźcie już sobie, nic tu po was. 

- Coście tacy niegościnni? Toć ja w dobrych zamiarach, z dobrymi manierami, a wy mnie chcecie odprawić na głodnego w zimną noc? Otwórzcież gospodarzu, gorzałki się napiję i sobie pójdę. Tu dobry mój przyjaciel u was dzisiaj biesiaduje. 

Uwaga gawiedzi przeniosła się z gadających drzwi na nocnego przybysza. Ten wybałuszył oczy i postąpił krok w stronę kuchni. 

- Nie jesteście, szanowny panie zrządzeniem losu, cyganem? – zawołał karczmarz do biesa. 

- Co? 

- Kuglarstwem się nie paracie, drogi podróżniku? 

- Prawie nigdy, prosty ze mnie handlarz. Wpuście mnie. 

Karczmarz odwrócił głowę w stronę gości i wypowiedział bezgłośnie „diabeł”. 

- A jakże zwą tego waszego przyjaciela, jeśli można spytać? 

- Zwą go hrabia Mościcki. 

Nieznajomy pokręcił głową wpatrując się błagalnie w karczmarza. Grubas podjął w głowie decyzję i odezwał się, tym razem bardziej zdecydowanym tonem. 

- Nie ma tutaj takiego! 

- Trzeci raz mnie okłamałeś tego wieczoru Zbigniewie. - Głos czarta zabrzmiał tym razem głośno i donośnie, zupełnie jakby ten stał na środku izby i krzyczał na zebranych. - Chcesz się za tego nędznika w piekle smażyć? Otwieraj! 

Hrabia rzucił się w stronę drzwi do kuchni. Jędrek, nie wiedzieć czemu złapał go za kołnierz płaszcza. Ciało szlachcica było w opłakanym stanie, nie ważyło więcej niż worek ziemniaków. Młodzieniec uniósł go nad ziemię i postawił przed sobą jak marionetkę, nie luzując chwytu na kołnierzu. 

Karczmarz zaniemówił widząc nieudaną próbę ucieczki. Zdezorientowany rozglądał się po zebranych, szukając podpowiedzi w gestii: co czynić? 

- Otwórz, niech go sobie weźmie – powiedział Jędrek. 

- To nie po bożemu oddać gościa diabłu. 

- Jaki tam z niego gość, włóczykij jakiś. 

- Tamten powiada, że hrabia. Szlachcica tym bardziej nie przystoi wydawać na zatracenie. 

- Hrabia na papierze, w głębi duszy to straszny prostak – wtrącił się głos zza drzwi. 

- Oddasz go i sobie pójdzie. 

Karczmarz popatrzył obrażonym wzrokiem na Jędrka. Brakowało mu argumentów. Odsunął skobelek. 

- Gorzałka, Zbyniu. – Mefistofeles wszedł do karczmy paradnym krokiem. - O jest mój przyjaciel. Brawo Jędrek, dobrze, że go złapałeś. Nie to żeby dał radę wymknąć się tylnym wyjściem, chałupa jest otoczona jak pałac królewski murem i fosą. Ale oszczędzi nam to ganiania po izbie. Siadaj waść. Zbyszek gdzie ta wódka? 

Jędrek rzucił okiem za okno. Uzmysłowił sobie, że na wychodzących z karczmy czatuje sfora wilków i przypomniał sobie o Adelajdzie. Krew odpłynęła mu z twarzy. 

- Pan Mościcki – zaczął bies i wskazał na krzesło po drugiej stronie stołu, za którym sam się usadowił. - Usadź go tutaj naprzeciwko mnie. O tak. Dobry wieczór panie hrabio. 

Hrabia wpatrywał się gdzieś pod stół. Nie mógł albo nie chciał podnosić wzroku. 

- Pora chyba na spłatę pańskiej części umowy. Czyż nie? 

- Chyba pora – odparł Mościcki grobowym głosem, nadal wpatrując się w podłogę. 

- Zapraszam zatem. 

Bies wstał, przeszedł przez izbę odprowadzony nieufnymi spojrzeniami i otworzył drzwi do kuchni. Na obecnych wylał się smród siarki i kłęby gryzącego dym. Nie takiego, którego pełno było w karczmie. Dymu włażący do oczu, gryzącego w gardła i zatykającego płuca. Łuczywa, lampy i palenisko zgasły a izbę zalała czerwona poświata. 

Mefistofeles zasugerował Jędrkowi gestem, żeby ten zbliżył się do niego z włodarzem Mościckim. 

Słysząc jak hrabia bełkocze coś w rodzaju przeprosin za swoje grzeszne życie, Jędrek zaciągnął go pod same wrota piekieł. Diabeł mruknął pod nosem „no… do piekła” i sprzedał szlachcicowi kopniaka w tyłek, tak że ten wpadł przez próg kuchni na drugą stronę. I tyle go widzieli. Czart zatrzasnął drzwi. 

Źródła światła w izbie zapłonęły na nowo przyjemnym, jasno-pomarańczowym ogniem. Nie jeden biesiadnik miał na spodniach mokrą plamę. 

- Wezmę flaszkę na drogę. Bo jak widzę nalewanie idzie ci nieco topornie. – Kąśliwa uwaga i wesołe spojrzenie spod czapki z piórkiem kazało karczmarzowi ocknąć się z letargu. Szybko wbiegł za szynk i sięgnął spod niego butelkę samogonu, którą podał diabłu.  

– Dziękuję za pomoc Jędrek. – powiedział wychodząc Mefistofelses - Wynagrodzę ci to w dzieciach. Żegnajcie hołoto. – Machnął ręką w stronę reszty gości. 

Wilki podniosły się spokojnie i oddaliły się w stronę lasu, ale długo jeszcze nikt nie ważył się wyjść z karczmy. 

 

Ranek zastał Adelajdę leżącą bezwładnie na stopniach pod drzwiami do karczemnej kuchni. Rosa już prawie zniknęła. Odziana w zwiewną kieckę córka młynarza podniosła się trzęsąc się z zimna. Ostatnią rzeczą jaką pamiętała z poprzedniego wieczoru były dziesiątki wilków warujących pod drzwiami, przez które się wymykała. Pamiętała jak spogląda na ogromne, przerażające pyski i jak upada na ziemię pogrążając się w czarną nicość. 

Ruszyła szybkim krokiem w stronę domu. Szła polami okalającymi wioskę, żeby uniknąć wścibskich spojrzeń sąsiadów. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebowała po takiej nocy byłaby opinia pannicy, która nie sypia w domu. Poraniła sobie stopy na ściernisku. Wpadła do domu i natychmiast natknęła się na matkę. Spuściła głowę oczekując litanii na temat wracania nad ranem i szlajania się po nocach. 

Ta jednak nie nastąpiła. Stara kobieta przylgnęła pulchnym ciałem do swojej jedynej córki i ścisnęła ją z całej siły. Po policzkach popłynęły łzy. 

- Gdzieś ty była, córciu? 

- Na dworzu… 

- A wilki? Myśleliśmy z ojcem, żeś zjedzona. 

- Omdlałam na widok bestii i zostawiły mnie w spokoju. 

Matka uśmiechnęła się szeroko przez łzy. 

- Antek! – wykrzyknęła w stronę klatki schodowej. – Antek Adelajda wróciła! Żyje! Zemdlała tylko! 

Po kręconych schodach, niezgrabnie zgramolił się młynarz. Równie szybko co żona zalał się łzami szczęścia. 

- Moja żabcia, mój cukiereczek… Córcia żyje! – Załkał wtulony w zakłopotaną Adelajdę. 

- Ojcze, matko, za pozwoleniem, chciałabym się położyć, strasznie jestem znużona tym całym zamieszaniem. Pójdę do swojego pokoju. 

- Oczywiście, idź idź. Odpoczywaj sobie. Upieczemy z mamą ciasto i całą tacę cynamonowych bułeczek z okazji twojego powrotu.  

Adelajda wbiegła po schodach na drugie piętro i wąskim przejściem przedostała się do swojej „komnaty”. Dom młynarza i jego rodziny opierał się o drewniany młyn, tak jak pijany opiera się o trzeźwego przyjaciela, wracając nocą z karczmy. Pokój Adelajdy wyrastał w lewo i nieco w górę w stosunku do reszty gmachu. Kilka zbitych w większą bryłę pokoi tworzyło tak zwane drugie piętro. Stało ono na suficie pierwszego piętra, które powierzchniowo było mniejsze niż drugie. Nie jeden przechodzień dziwił się, jak to w ogóle możliwe, że dom się nie wali. Parter był rozległy i nieregularny, jak konstrukcja z papieru stworzona przez kogoś, kto o składaniu papieru ma marne pojęcie. Przez lata młynarz dobudowywał do parteru kolejne pomieszczenia chcąc podnieść standard życia swojej rodziny. Mieli na tym poziomie cztery łazienki, dwie jadalnie i pięć sypialni, trzy z nich tak małe, że spać mogła w nich tylko jedna osoba. 

Do urządzenia pokoju jedynej córki młynarza użyto najwyższej jakości materiałów. Nad wyścielonym atłasową pościelą łóżkiem wisiał jedwabny baldachim. Z miedzianego karnisza zwisały delikatne firanki i zasłonki, a okiennice za oknem miały wycięcie w kształcie fikuśnego kwiatka. 

Meble były z dębowego drewna, impregnowane lakierem przywiezionym z odległych krain. Na podłodze leżał puszysty, różowy dywan. Pasował kolorem do zasłonek, pościeli i baldachimu. 

Adelajda usiadła ciężko przed toaletką z lusterkiem. Spojrzała w swoje zmęczone odbicie. Trudno było jej uwierzyć, że w osiemnastym roku życia można mieć takie wyraźne worki pod oczami. Jednocześnie nie narzekała na brak powodzenia u chłopców, więc chyba nie odbierały jej twarzy uroku. Gdyby się uprzeć, można by twierdzić, że ślepia ma lekko „wyłupiaste”. Wywaliła język na brodę i powiedziała głośno: „Eeee…”. Język biały, usta popękane. Twarz brudna od leżenia na schodach. 

- MAMO! – wrzasnęła ile sił w płucach. 

Chwilę później za drzwiami rozległy się odgłosy wspinaczki po schodach i pukanie. Podeszła do drzwi i uchyliła je tylko na tyle, żeby spojrzeć na rodzicielkę jednym okiem. 

- Zrobisz mi kąpiel? – zapytała najsłodszym głosem na jaki było ją stać. 

- Oczywiście kochanie. Jak ci się odpoczywa? Czegoś jeszcze ci potrzeba? 

- Nie, tylko kąpiel. 

Zamknęła drzwi i wróciła na swoje stanowisko przy lustrze. Przypomniała sobie igraszki z pijanym Jędrkiem, przypomniała sobie moment, w którym straciła przytomność. Przypomniała sobie jak szybowała ponad wioską, chłostana po twarzy nocnym powietrzem. To ostatnie musiało jej się przyśnić. Zapatrzyła się w obraz nad lustrem. 

Przedstawiał wąsatego jegomościa w zielonym kubraku, z martwym lisem na ramionach i szablą u pasa. Sławny Mściwój z Zacierów, siódma woda po kisielu od strony ojca. Najbardziej znany fechmistrz po tej stronie Świętego Krzyża. Uwielbiała na niego patrzeć. 

Znowu pukanie do drzwi. Otworzyła, ale na zewnątrz nikogo nie było. Tym razem musiało jej się wydawać. Nie zdążyła wrócić na stołek przed lustrem, gdy pukanie rozległo się ponownie. Wytężyła słuch. Dźwięk nie dobiegał od strony drzwi, jak wcześniej przypuszczała, tylko od zamkniętej okiennicy. I wtórowało mu stłumione „Halo! Jest tu kto?”. Podbiegła do okna i otwarła je na oścież. Za oknem, na zawieszonej w powietrzu miotle, siedziała odziana w stare szmaty i szpiczasty kapelusz młoda osóbka. Uśmiechnęła się od ucha do ucha na widok córki młynarza. 

- Dzień dobry! Jak się czujesz? Wszystko w porządku? 

- Czaa… Cza… Czarownica – wyjąkała Adelajda w odpowiedzi. Zrobiła krok w tył i potknęła się o fałd dywanu. Upadła na plecy. 

- Pozwolisz, że sobie wejdę do środka? Nie wolno mi latać na miotle w dziennym świetle, to bardzo źle widziane w środowisku czarno-magicznym. – Wiedźma przełożyła przez parapet obie nogi i wskoczyła do pokoju. - Ale tu pięknie! Wszystko masz na różowo! Jak ja ci zazdroszczę, u mnie w chatce wszędzie tylko szaro i zielono. I zero ozdób, nie to co tutaj, falbanki, firanki, co ja bym dała, żeby takie sobie powiesić u siebie. Co to za wąsacz? 

Adelajda podniosła się i stanęła na baczność jakby chcąc ukryć zakłopotanie upadkiem. 

- Mś… Mś… Mściwój z Zacierów. 

- To on? Tak wygląda? Cudny! Wiele razy słyszałam jego imię w pieśniach, ale mało się interesuję szermierką, to też nie wiedziałam, że tak wygląda. Co za wąs! Chyba trochę go przerysowali. Nie wiesz czy na żywo też jest taki bujny? 

- Eee… Nie wiem. To znaczy spotkałam go raz przy okazji jarmarku… To znaczy tato sprzedawał mu mąkę na jarmarku... A my jesteśmy tak jakby spokrewnieni… 

- Jesteście spokrewnieni? – Czarownica rozsiadła się na stołku przed lustrem, przodem do córki młynarza i tyłem do Mściwoja. – A twój tato też ma takiego wąsa? 

- COŚ SIĘ STAŁO CÓRCIU? – Matczyny głos dobiegał z pierwszego piętra. 

Adelajda spojrzała podejrzliwie na wiedźmę, potem na drzwi, a na koniec na Mściwoja. Stanęła przed dylematem, przed którym stawała już w przeszłości: Powiedzieć matce prawdę, czy pozwolić interesującemu biegowi zdarzeń trwać trochę dłużej? 

- NIC MI NIE JEST MAMO! 

Nasłuchiwały przez chwilę, czy ktoś nie gramoli się po schodach. 

- Esmeralda – rzekła młoda wiedźma i wyciągnęła w stronę córki młynarza prawą rękę. 

- Adelajda – usłyszała w odpowiedzi. Uścisnęły sobie dłoń. 

- Możesz mi też mówić Leśna. To moje drugie imię, które przyjęłam sobie gdy zaczęłam parać się czarną magią. Miło mi cię poznać. 

Adelajda usiadła na skraju łóżka. 

- Jesteś czarownicą, prawda? 

- Tak, dlatego noszę szpiczasty kapelusz z rondem. – Esmeralda wskazała palcem na swoje nakrycie głowy. – Po tym poznasz czarownicę. 

- I po tym, że lata na miotle… 

- Po tym też. Ale nie w biały dzień tak jak teraz. To naprawdę ryzykowna sprawa, tak sobie przylecieć do ciebie w środku dnia. Musiałam rozdzielić się z moją towarzyszką podróży pod pretekstem bólu brzucha i przylecieć teraz, bo nocą będę musiała gnać jak tylko szybko miotła poniesie na Łysą Górę. Nie mogę się spóźnić, to mój pierwszy wiec. 

Widząc nic nie rozumiejące spojrzenie Adelajdy, młoda czarownica uśmiechnęła się szeroko. 

- Co ja gadam. Zastanawiasz się pewnie co tu robię. Otóż możesz tego nie pamiętać, ale spotkałyśmy się już wcześniej. – Zrobiła pauzę, w której jej rozmówczyni mogła potwierdzić, lub zaprzeczyć, ale odpowiedziało jej milczenie, więc postanowiła kontynuować. – Wczoraj wieczorem wychodziłaś z karczmy, tu niedaleko na skraju wioski. Tak się złożyło, że akurat wraz z moją mentorką, nauczycielką i drogą przyjaciółką, której imienia nie przytoczę, bo wściekłaby się gdyby się dowiedziała, że o niej rozmawiam z obcymi… I trzeba ci wiedzieć, że w dociekaniu prawdy, nie ma ona sobie równych. Zawsze wie o czym, z kim rozmawiam i zawsze, choćby najbardziej skrywany sekret, jest dla niej oczywistą prawdą, łatwą do wyczytania w moich oczach. Jak w książce, albo w kryształowej kuli. Możliwe, że posiadła jakiś sekretny sposób na podsłuchiwanie mnie, może używa do tego jakiejś magicznej lalki, albo innego urządzenia. Jeśli słucha właśnie teraz, to pewnie wścieka się, że ciągle o niej z tobą rozmawiam, pomimo, że powinnam przestać dawno temu. 

- Przepraszam. Nie mam pojęcia o czym teraz mówisz. Spotkałyśmy się? 

- Ach tak, przepraszam. Odbiegłam od tematu. Wymykałaś się tylnym wyjściem z knajpy, wczoraj około północy. Tak się składa, że akurat wznosiłyśmy się z moją przyjaciółką do lotu. Ujrzałam twoją nieciekawą sytuację, i pomyślałam, że ci pomogę, bo pewnikiem zjedzą cię wilki, o mało co się o jednego nie potknęłaś. Zanurkowałam, chwyciłam cię w pół, przewiesiłam przez miotłę, co nie było łatwe bo okazałaś się cięższa niż oczekiwałam, i uniosłyśmy się razem w górę, ponad krwiożercze bestie panujące na dole. 

- Nie pamiętam tego. 

- To zrozumiałe. Słuchaj dalej. Matylda się wściekła… Niech to wszystkie diabły! Wygadałam jej imię. Teraz mi się dostanie. W każdym razie Matylda podleciała do nas a ty zaczęłaś krzyczeć z przerażenia i wiercić się tak, że o mały włos obie nie spadłybyśmy na połamanie karku. Musiałam próbować utrzymywać nas na miotle i jednocześnie tłumaczyć się ze swojego zachowania przed Matyldą. 

Adelajda wpatrywała się w Esmeraldę z lekko otwartymi ustami. Urywki sennych wspomnień z tego wieczoru pasowały do opowieści wiedźmy, ale były tak daleko za mgłą, tak nierealne, że wciąż nie wiedziała czy wierzyć w tę całą opowieść, czy nie. Pamiętała za to wyraźnie wilki. I że zapadła w sen. 

Rozległo się pukanie do drzwi. Ktoś nacisnął na klamkę i drzwi zaczęły się powoli otwierać. Córka młynarza pisnęła jak oparzona, a czarownica rzuciła się pod łóżko. 

- Adelciu… – słodki głos żony młynarza zwiastował rychłe pojawienie się reszty jej osoby. Wściubiła przez uchylone drzwi najpierw tylko nos, a potem całą głowę. Miała na ustach dobroduszny uśmiech. – Z kim rozmawiasz? 

- Z nikim. Z Mściwojem. Czego chcesz? 

- Kąpiel gotowa. Dorzucić ci trochę musującego proszku od szarlatana? 

- Nie trzeba, zaraz zejdę na dół. 

- Na pewno? Przecież lubisz musującą kąpiel, odprężysz się lepiej po tej strasznej nocy. 

Adelajda poczuła jak czerwienią jej się uszy. 

- Nie, dziękuję, matko. Wyjdź proszę. 

- A co to za miotła? – Matka skierowała wzrok na opartą o ścianę miotłę Esmeraldy i weszła do pokoju, żeby bliżej ją zbadać. – Piękna robota, witki docięte równiutko jak od metra krawieckiego… 

- To? Taka tam miotła. Pożyczyłam z piekarni, żeby sobie pozamiatać. 

- Toż mogłaś pożyczyć od ojca z młyna. Po co fatygować piekarzową? Córuniu, czemu ty się wstydzisz od nas brać, a od innych tak chętnie pożyczasz? To bardzo zły zwyczaj. – Kochająca matula usiadła na łóżku obok córki i objęła ją czule. Łóżko zatrzeszczało niebezpiecznie nad głową Esmeraldy. – Co my się z tobą mamy, cukiereczku… Chcę, żebyś wiedziała, że cokolwiek będzie się działo, cokolwiek byłoby ci potrzeba… 

- Mamo… 

- Zawsze możesz z tym przyjść do mnie albo do ojca. Jesteś największym błogosławieństwem, jakie nas spotkało. 

- Mamo przestań, idź już sobie, zaraz przyjdę się wykąpać. 

Młynarzowa popatrzyła z zatroskaniem na córkę. Przyłożyła jej dłoń do czoła, żeby sprawdzić czy ma gorączkę. 

- Masz wypieki na twarzy. Pewnie jesteś niezdrowa. Zejdź jak najszybciej, zrobię ci herbaty. 

Wyszła zamykając za sobą drzwi. Esmeralda wygramoliła się spod łóżka. 

- Jestem pod wrażeniem – zaczęła, ale Adelajda przerwała jej w pół zdania. 

- Daruj sobie. Wystarczy, że muszę przez to przechodzić każdego dnia. 

- Co? Ależ nie! Wcale nie miałam zamiaru się z ciebie nabijać. W ogóle uważam, że to super mieć takie wsparcie ze strony rodziców. Ja nie miałam go prawie wcale. Ojciec leżał pijany, a matka… W sumie matka przez większość czasu też leżała pijana. 

Córka młynarza wlepiła w młodą czarownicę swoje lekko wyłupiaste oczy. Coś jej mówiło, że należy zmienić temat. 

- No i co było dalej? Wisiałam na miotle, krzyczałam w niebogłosy, Marlena chciała zamienić mnie w żabę. Dobrze pamiętam? 

Esmeralda uśmiechnęła się szeroko prezentując ogromną szczerbę pomiędzy górnymi jedynkami. Adelajda dopiero teraz zwróciła uwagę na dziwaczną urodę swojej rozmówczyni. Nie podobną do nikogo, kogo spotkała wcześniej. Rude włosy, piegi, szczerba pomiędzy białymi jak śnieg zębami. Do tego wesołe spojrzenie w ogóle nie wyłupiastych oczu koloru zielonego. 

- Nie, nie! Źle pamiętasz. Wcale nie chciała cię zmienić w żabę. I nazywa się Matylda, nie Marlena. A to dobre… Marlena! W każdym razie w ostatniej chwili wpadłam na to, co należy zrobić. Odłożyłam cię na miejsce - zgodnie z przykazaniem Matyldy, ale tuż przed lądowaniem, zamieniłam cię w kamień. 

Zapadło milczenie. Esmeralda uśmiechała się nadal, jakby oczekując, że jej słuchaczka zacznie bić brawo. 

- Że co? 

- Zamieniłam cię w kamień, zanim zrzuciłam cię z miotły. Ale tylko do rana. Miej na uwadze, że nie miałam zamiaru zrobić ci krzywdy. Wiedziałam jednak, że gdybym odłożyła cię żywą, wilki rozszarpałyby cię na strzępy. Nawet śpiącą albo nie przytomną, wilki znane są z tego, że nie pogardzą padliną, a te wyglądały na dosyć wychudzone. Tak więc pozostawało zamienić cię w kamień, kamienia nie przełknie żaden wilk. 

- Ale czy to jest bezpieczne? 

- Właśnie w tej sprawie przybywam. Czy nie zauważyłaś przypadkiem, że brakuje ci którejś części ciała? Może być niewielka, może nie masz palca u nogi albo ucha… Nie, uszy masz… 

Esmeralda wstała ze stołka i podeszła do Adelajdy w celu bliższego zbadania jej ciała. 

- Rozumiesz, że nie mogłam odłożyć cię ostrożnie na ziemię przed zamianą w kamień. Sama potwornie boję się wilków. Zamieniłam cię na miotle, a potem sama (stałaś się strasznie ciężka) zsunęłaś się na ziemię i spadłaś na kamienne schodki, z wysokości kilkunastu łokci. 

Adelajda uniosła brwi po tym jak obraz tej sceny odtworzył jej się w głowie. 

- Co proszę? 

- Tak? 

- Upuściłaś mnie z wysokości kilkunastu łokci na bruk? Pytasz czy mam jeszcze uszy? Mogła mi odpaść głowa ty kretynko! 

- Ojej, nie denerwuj się. Wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem. Ale nic cię nie boli, i nic ci nie odpadło, prawda? No to po kłopocie. Cieszę się, że zaklęcie zadziałało tak jak powinno. Pierwszy raz zamieniałam kogoś w kamień. 

- A co gdyby nie zadziałało? Zostałabym kamieniem na zawsze? 

- Dobre pytanie. Widzisz, czarna magia bywa bardzo kapryśna, czasami efekt nieudanego zaklęcia jest całkowicie odwrotny niż zamierzony. W tym wypadku mogłabyś na przykład zamienić się w stertę pierza albo dmuchawiec. Albo ziemniaka. Myślisz, że ziemniak to odwrotność kamienia? 

Adelajda zastanawiała się czy to jest moment, w którym powinna zawołać rodziców. Walczyła przez chwilę z chęcią wszczęcia alarmu, mając na uwadze pytania, cisnące jej się na usta. Rudowłosa wiedźma szukała nadal odwrotności kamienia. 

- Ńeimak. Jest coś takiego? Co to może być? Brzmi trochę jak ziemniak. A ziemniak od tyłu to Kainmeiz, trochę jak kamień. Masz kartkę i pióro, chciałabym z tego zrobić notatkę i przedstawić to zagadnienie na soborze… 

- Czy ja byłam martwa? – Adelajda wyrwała się z pierwszym pytaniem jakie chodziło jej po głowie. 

- Dobre pytanie. Odpowiem na nie w taki sposób: Żywa na pewno nie byłaś. 

- TY WIEDŹMO! ZABIŁAŚ MNIE! 

- Spokojnie, spokojnie. – Esmeralda przyskoczyła do wściekłej jak osa córki młynarza i zakryła jej ręką usta. 

- Zostaw mnie! Jesteś podła! 

- Przestań, wcale cię nie zabiłam, patrząc na to z perspektywy czasu. W końcu żyjesz, nic ci nie jest, prawda? Nie możliwe jest zabić kogoś tak, żeby dalej żył. To wbrew zasadom. Po prostu byłaś do rana kamieniem, nikt nawet nie zauważył. Jakby nie patrzeć, uratowałam cię przed wilkami. 

- Wynocha! Wynocha z mojego pokoju! MAMO! TATO! WIEDŹMA! 

Esmeralda pokręciła głową zrezygnowaniem i podeszła do opartego o ścianę środka lokomocji. 

- Nie zechciałabyś wystąpić dla mnie na soborze jako przykład udanej zamiany ciała w kamień i z powrotem? 

- Bijcie na alarm! Szykujcie stos! Wiedźma w moim pokoju! 

Czarownica z gracją wyrzuciła za okno miotłę i wskoczyła na nią jednym susem, nie dotykając nawet parapetu. Adelajda wypadła na korytarz. Po schodach z dołu tak szybko jak tylko mógł, wchodził młynarz z miedzianym rondlem w dłoni, bojowo uniesionym nad głowę. 

- Wiedźma? Gdzie córciu? 

Szybkie spojrzenie za siebie uświadomiło ją, że Esmeralda już zniknęła. 

- Wydawało mi się tato. Pójdę na dół wziąć kąpiel. 

- Wydawało ci się? Jak to córciu? Źle się czujesz? Może uderzyłaś się w głowę jak mdlałaś? 

- Chyba tak. 

Schodząc po schodach córka młynarza policzyła swoje palce u rąk i nóg. Żadnego nie brakowało. Pomacała się też po tyłku. Szkoda by było, gdyby od upadku odpadł jej jeden z pośladków. Oba były na miejscu.


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości