Zakładki - jak działa forumowa opcja dodawania zakładek. Zapisz tekst na liście i przeczytaj później!

Noc Świętojańska - event w odsłonie poetyckiej i prozatorskiej. Zachęcamy do wzięcia udziału!

"Droga do piekła" część 2

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Pattie
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 2
Zobacz teksty użytkownika:

"Droga do piekła" część 2

Post#1 » 11 cze 2019, o 22:26

[czesc-pierwsza]http://artefakty.pl/viewtopic.php?f=122&t=7396
[/czesc-pierwsza]
ROZDZIAŁ 2

Śniadanie odbyło się w zabieganej i dość… głośnej atmosferze.
- Ale ja chcę!
- Rick nic się nie stanie, jeśli raz opuścisz zajęcia – Debbie powoli traciła cierpliwość do rozzłoszczonego synka. Ciężko jej się dziwić skoro w tym samym czasie dyskutowała z nim, biegała po całym domu w poszukiwaniu bluzki do pracy oraz przygotowywała śniadanie.
- Ale czemu?!
Kobieta w końcu zatrzymała się i posłała małemu spojrzenie, które zapewne miało być ostatnim ostrzeżeniem.
- Ile razy mam ci tłumaczyć? Tata nie wróci do tego czasu, a ja też nie zdążę cię odprowadzić. Za chwilę wychodzę.
- Kiedy ja już wiele razy sam tam chodziłem!
- Ale już nie będziesz!
W nawałnicy krzyków spokojny głos Opheli wydał się niezwykle cichy. - Ja mogę go odprowadzić.
Debbie zmierzyła ją powątpiewającym wzrokiem, jednak Rick zdążył już wznieść okrzyk zwycięstwa. W końcu z ust ciotki wydobyło się pełne rezygnacji westchnięcie. - Dobra, niech tak będzie.
Zaraz po skończonym śniadaniu ruszyli we dwójkę w stronę jeziora, na którym odbywały się zajęcia dziecięcej drużyny hokejowej. Większą część drogi przemierzyli przez gęsty, jasny od śniegu las. Całe szczęście, poprzedniego dnia Janney zaprowadziła blondynkę do prawdopodobnie jedynego sklepu odzieżowego w mieście, gdzie ta kupiła kozaki i kurtkę z prawdziwego zdarzenia.
Kiedy tylko zaczęli zbliżać się do celu wędrówki, do ich uszu dotarły wesołe piski i śmiechy. - Oddaj! Daj, daj, daj!
Gdy przysłaniające widok, gęste drzewa rozrzedziły się, dziewczyna ujrzała zbitą grupkę dzieciaków goniących roześmianego do rozpuku chłopaka. Ten trzymał ręce kask jednego z małych hokeistów i pozwalał malcom się gonić. Przeszczęśliwe dzieci otaczały swój cel, skacząc na niego i uwieszając się na jego rękach. Mimo wszelkich wysiłków kask wciąż pozostawał daleko poza zasięgiem ich krótkich rączek. W końcu, dzięki śliskiej ziemi, chłopcom udało się przewrócić szatyna, który upadł w śnieg i zaraz został przygnieciony przez swoich oprawców.
- Ja na twoim miejscu bym się poddała – chłopak zaskoczony obcym głosem, zadarł głowę do góry. Ta chwila nieuwagi pozwoliła dzieciakom wyrwać przedmiot z jego rąk.
Szatyn posłał jej urażone spojrzenie. - Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna.
Ophelia już prawie uwierzyła, że chłopak mówi poważnie, gdy zwróciła uwagę na nieziemsko czarne, rozbawione oczy. W tym też momencie zdała sobie sprawę, że zna to spojrzenie.
- Nie użalaj się już nad sobą i tak by z tobą wygrały – mówiąc to, wyciągnęła do niego pomocną dłoń, z której z chęcią skorzystał, podnosząc się na nogi. Gdy już stanął o własnych siłach, zamiast ją puścić, pokiwał delikatnie ich złączonymi rękoma.
- Randy.
- Ophelia – dziewczyna miała wrażenie, że wypowiedziała swoje imię o wiele za wolno, jednak te niecodzienne oczy w połączeniu z uśmiechem, jakby stworzonym do łamania kobiecych serc, całkowicie pochłonęły jej uwagę. Kiedy tylko jego zwykły uśmiech zmienił się w rozbawienie, blondynka zdała sobie sprawę, że teraz już tylko ona kołysze ich dłońmi i gapi się na nieznajomego. Szybko odsunęła się o krok i wbiła wzrok w swoje buty, licząc, że jej zaczerwienione od zimna policzki ukryją żenujący rumieniec.
- Jesteś tą nową koleżanką Janney. Jeśli chcesz, to dziś wieczorem wychodzimy się rozerwać. Mogłabyś wpaść.
Dziewczyna pokiwała głową, usilnie starając się nie robić tego zbyt entuzjastycznie.
- Pewnie. Czemu by nie? Gdzie się spotykacie?
- Ach, tak. Czekaj… - Chłopak wyciągnął coś z wewnętrznej kieszeni kurtki, po czym bez pytania sięgnął po jej rękę. Zaskoczona Ophelia pozwoliła podciągnąć sobie rękaw kurtki niemal do łokcia. Zanim się zorientowała, Randy zapisał jej adres markerem na przedramieniu.
- Jeżeli ten pisak jest permanentny, to uduszę cię podczas snu, zdajesz sobie z tego sprawę? - Ku jej zdziwieniu szatyn posłał jej niemal zachwycone spojrzenie.
- Minęło pięć minut, a ty już chcesz się ze mną przespać? Dziewczyny z południa faktycznie są nowoczesne.
Z braku lepszej riposty dziewczyna wzniosła jedynie oczy do nieba i ruszyła w kierunku domu. Całe szczęście zajęcia Ricka miały trwać na tyle długo, że nie musiała czekać na niego na miejscu. - Do zobaczenia wieczorem.
- Do zobaczenia, Ophelio.

***

Wuj Carl nie był zachwycony, wizją jej wieczornego wyjścia, jednak po wielu obietnicach wczesnego powrotu w końcu się zgodził. W ugłaskaniu go pomogła też Debbie, która najwidoczniej była zachwycona, że Ophelia tak szybko zaczęła się asymilować z otoczeniem.
Punkt osiemnasta dziewczyna zapukała do drzwi niewielkiego, zadbanego domu, bardzo podobnego do tego, w którym sama od niedawna mieszkała. Otworzyła jej dziewczyna w grubych, kasztanowych włosach i okrągłej buzi.
- Oh, hej. Ophi, tak? Jestem Lara – dziewczyna wpuściła ją do środka. Na wytartej, brązowej kanapie siedział Jack, Randy i Ed z Janney na kolanach. Na ławie przed nimi stało kilkanaście butelek piwa, w tym niektóre już puste, pełna popielniczka i miska z chrupkami. Powietrze było aż gęste od dymu z papierosów. Mimo wszelkich starań, blondynka nie wytrzymała bez cichego odchrząknięcia. Szybko zajęła miejsce na szerokiej pufie, obok fotela, na którym rozsiadła się Lara. Janney od razu podała jej butelkę z alkoholem. Na pewno chciała być miła, jednak nie zdawała sobie sprawy, przed jakim wyzwaniem stawia nową. Ophelia pociągnęła łyk piwa, przy czym lekko się skrzywiła. Misja się nie powiodła, wszyscy zauważyli. Przez pomieszczenie przeszła salwa śmiechu. Pierwsza wzięła głos Janney. - Myślałam, że bogate dzieciaki nic innego nie robią, tylko ostro imprezują!
Blondynka z każdym słowem czuła się tylko bardziej zażenowana. Nie dość, że była najmłodsza z grupy, to jeszcze wychodziła na idealnie grzeczną cnotkę.
- Zbuntowani nastolatkowie imprezujący na jachtach to raczej bardzo popularny mit.
- Chwila, chwila! - Zawołał Jack, włączając się do rozmowy, która szła (choć do tej pory Ophelia nie zdawała sobie sprawy, że to możliwe) w coraz gorszym kierunku. - Ty serio jesteś bogata?
- Raczej moi rodzice, ale tak…
- To, czemu przyjechałaś tutaj? Mieliście tak złe relacje, że wolałaś…
- Jackie -Randy ostro przerwał koledze, jednak gdy tylko ten zamilkł, jego głos natychmiast wrócił do łagodnego tonu. - Nie zanudzaj naszej nowej przyjaciółki. Nie słyszałeś, że jeszcze nigdy się nie wybawiła?
Randy przysunął jej butelkę trochę bliżej w jej stronę i mrugnął porozumiewawczo.
Ophelia wzięła kolejny łyk trunku, tym razem kontrolując swoją mimikę, po czym posłała chłopakowi uśmiech mówiący wielkie „DZIĘKUJĘ”.
Dziewczyna nie pamiętała, kiedy ostatnio tak dobrze się bawiła. Uczucie towarzyszące lekkim zawrotom głowy sprawiało, że każde zajęcie było niesamowitą atrakcją. Plotkowanie o ludziach, których wcale nie kojarzyła? Czemu by nie? Dzielenie się okropnymi żartami, które im stawały się słabsze, tym były śmieszniejsze? Oczywiście! Wymienianie się upokarzającymi historiami z dzieciństwa? Co mogłoby być lepsze?! W pewnym momencie jednak ich wesołą dyskusję przerwał wystraszony głos Lary. - Kurwa, jest już dwudziesta druga.
Wszystkie oczy automatycznie powędrowały w stronę Opheli, która natychmiast wstała. - Carl przecież nie wścieknie się o pięć minut… Jak teraz pobiegnę, to nie będzie tak źle – mimo swoich tłumaczeń, dziewczyna czuła jak jej dłonie stają się coraz wilgotniejsze. Jak mogła do tego dopuścić? Po tylu obietnicach, że wróci na czas. Ku swojemu zdziwieniu, dostrzegła, że Randy narzucił już na siebie kurtkę i otworzył przed nią drzwi.
- Chodź, zaprowadzę cię skrótem.
Nadążenie za szybkim krokiem szatyna, w gęstym lesie pokrytym śniegiem, nawet na trzeźwo byłoby trudne. W tamtym momencie było to dla dziewczyny niemal niemożliwe. Chłopak śmiejąc się, chwycił ją za dłoń i pociągnął za sobą. Gdy tylko wybiegli z lasu, Randy gwałtownie się zatrzymał, przez co nastolatka wpadła na jego plecy. Po chwili zrozumiała. Sto metrów dalej, na ganku domu stał szeryf, świecąc na nich latarką. Chłopak szybko puścił jej rękę. Wyszli naprzeciw zmierzającego w ich stronę w zaskakująco szybkim tempie Carla.
- A więc na tyle się zdały twoje obietnice, Ophelio? Czy ty nie rozumiesz, że twoja ciocia i ja jesteśmy teraz za ciebie odpowiedzialni? To twoje pierwsze wyjście, a ty już burzysz nasze zaufanie, którego nawet jeszcze nie zdążyłaś zbudować!
- To tylko dziesięć minut… - Mężczyzna zdawał się nie słyszeć tłumaczeń bratanicy. Zamiast tego wskazał palcem, na stojącego tuż przed nim Randy’ego.
- Z tobą już chyba rozmawiałem, prawda? Miałeś się nie zbliżać do mnie ani mojej rodziny. - Nie czekając na odpowiedź, szeryf położył dłoń na plecach Ophelii i poprowadził ją w kierunku domu.
Kiedy tylko weszli do środka, kazał dziewczynie usiąść przy stole. Sam stanął naprzeciwko. Ważąc w myślach słowa, potarł nerwowo ręką po jednodniowym zaroście.
- Nie będę już prawił ci kazania, o tym, że śmierdzisz piwem i fajkami. Rozumiem, sam kiedyś byłem nastolatkiem, ale w jednej sprawie musisz mnie wysłuchać. Ten chłopak jest niebezpieczny, powinnaś unikać go jak ognia. Zapamiętaj moje słowa, Ophi.
Wuj spojrzał z litością na jej twarz wyrażającą całkowite niezrozumienie.
- Idź już spać, porozmawiamy rano.
Następnego dnia jednak Ophelia wciąż nie była w stanie pojąć zachowania Carla. Randy wydawał się najmilszym chłopakiem, jakiego dziewczyna kiedykolwiek spotkała, a na takie zachowanie musiałby zdecydowanie porządnie sobie zasłużyć. Szeryf nie był skory do wyjaśnień, więc dziewczyna poszła po śniadaniu do sklepiku, w którym pracowała Janney.
Dziewczyna słuchała jej opowieści z szeroko otwartymi oczami. - Naprawdę, aż tak na niego naskoczył?
- Dokładnie tak. Był strasznie wściekły!
Janney pochyliła się nad ladą i zniżyła głos do szeptu. - Wiesz, Randy miał już kilka niesnasek z policją. Zazwyczaj jest taki, jak ty go znasz – zabawny, niezwykle miły i czarujący, ale gdy ktoś zajdzie mu za skórę, bywa okropny. Jego matka też, póki żyła narobiła mu pod górę u szeryfa. Mimo wszystko nie spodziewałabym się, że będzie miał do niego takie podejście. W końcu nie zrobił nic szczególnie złego.
- Niepotrzebnie się przejmuję. Pewnie po prostu za nim nie przepada, a to, że ja go rozzłościłam, przelało czarę.
Janney pokiwała głową z aprobatą. - Dokładnie.
Po chwili milczenia twarz brunetki rozpromieniła się w szerokim uśmiechu. - Mam nadzieję, że nie dostałaś szlabanu czy coś? Jutro przyjeżdża do nas festyn, to taka doroczna i jedyna atrakcja miasteczka. Bóg wie czemu organizują to akurat w tej dziurze, chyba tylko, dlatego że jest tutaj całe mnóstwo miejsca na namioty. - Ophelia doskonale wiedziała, o czym mówi brunetka. W ostatnim czasie Rick nie mówił o niczym poza tym festynem. Dziewczyna wiedziała o tej tradycji miasteczka już zdecydowanie więcej niż kiedykolwiek, by chciała.
- Spokojnie. Będę na pewno.

***

To było wręcz niewiarygodne, jak bardzo może zmienić się miasteczko w ciągu dwóch dni. Wcześniej opustoszała oraz zimna w dosłownym i przenośnym znaczeniu okolica, przemieniła się w kolorowe miejsce pełne ludzi. Barwne namioty, rozmaite karuzele oraz ciężarówki z jedzeniem zapełniły całą przestrzeń. Nawet pogoda zdawała się chcieć ocieplić wizerunek miasteczka. Dzień festynu był najcieplejszym dniem tego roku. Co prawda wciąż było zimno, jednak temperatura wreszcie wzrosła ponad zero stopni Celsjusza. Ku euforii młodych, na terenie imprezy została nawet odwołana godzina policyjna, jednak Ophelia nie mogła cieszyć się tym przywilejem. Po ostatniej awanturze Carl zgodził się, aby poszła na festyn, tylko jeśli cały czas spędzi z nimi. Dziewczyna nie miała ochoty już kłócić się o to z wujem, zwłaszcza że gdy tego południa wrócił z pracy, był niewątpliwie przybity. W końcu dla niej jako mieszkanki Florydy festyn nie był żadnym przeżyciem. Zresztą w tym przekonaniu blondynka nie była odosobniona. Carl przez cały czas był niewiarygodnie spięty, praktycznie się do nich nie odzywał. Co jakiś czas tylko podchodził do obcych dla dziewczyny ludzi i szeptał z nimi potajemnie. Ophelię bardzo zastanawiały zmartwione miny jego rozmówców. Gdy wuj akurat rozmawiał z wąsatym staruszkiem, a ciocia i Rick odeszli oglądać karuzelę, dziewczyna spróbowała podsłuchać mężczyzn. Na twarzy obcego malowało się niedowierzanie, które szybko przemieniło się w obrzydzenie, a na sam koniec złość
- Tutaj jesteś! - Blondynka niemal podskoczyła, słysząc nagle głos Janney za plecami. Miała ochotę ją strzelić, przez jej okrzyki nie usłyszała zupełnie nic z podejrzanej rozmowy. Mężczyźni odeszli dwa kroki dalej, więc Ophelia skupiła uwagę na koleżance. - Na pewno nie możesz urwać się ani na chwilę? Wszyscy jesteśmy cały czas w namiocie, jakieś sto metrów dalej. Potańcówka jest raczej żenująca, ale przynajmniej jest śmiesznie.
Dziewczyna pokręciła powoli głową. - Wuj w życiu się na to nie zgodzi, cały czas jest na mnie zły.
Janney spojrzała na nią rozczarowana. Już miała odejść, kiedy podeszła do nich Debbie.
- Idź – ciotka uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo. - Będę cię kryła, ale tylko na pół godzinki.
Blondynka spojrzała zszokowana na Debbie, za to brunetka od razu przytuliła ją, zachwycona. - Jest pani wielka, szeryfowo!
Dziewczyna złapała nastolatkę za rękę i szybko pociągnęła ją w stronę największego namiotu. W środku było tak gorąco od tłoczących się ludzi, w większości w dodatku pijanych, że otworzono niewielką szatnię na kurtki. Po rozebraniu się brunetka zaprowadziła ją przez tłok, prosto do jej roześmianej grupki znajomych. Opheli zaparło dech w piersi. Randy zwyczajnie nie mógł wyglądać piękniej. Jasna koszula w perfekcyjnym nieładzie układała się na jego smukłym ciele. Dopiero co odgarnął ciemnobrązowe włosy z twarzy, odsłaniając niewiarygodnie czarne oczy, błyszczące nad zniewalającym uśmiechem. Dziewczyna natychmiast pożałowała, że nie zadbała bardziej o swój dzisiejszy wygląd.
Z zamyślenia wyrwał ją okrzyk Janney, próbującej przebić się przez hałaśliwą muzykę. - Musimy się spieszyć, Ophi dostała wizę tylko po pół godziny!
- No to nie ma na co czekać! - Odkrzyknął jej Eddie, jednym haustem skończył swoje piwo, po czym zaciągnął brunetkę na parkiet.
- Tańczysz? - Ophelia natychmiast chwyciła wyciągniętą dłoń Randy’ego. Muzyka była tak żywa i energiczna, że dziewczyna już po chwili była zasapana. Jej policzki zrobiły się piekielnie czerwone od wysiłku i zawstydzenia swoimi tanecznymi umiejętnościami. Chociaż chłopak nadrabiał jej braki, blondynka co chwila się potykała, lub wypadała z jego objęć podczas piruetów. Szatynowi wydawało się jednak w ogóle to nie przeszkadzać. Co prawda, przez cały czas śmiał się z partnerki, jednak coś w jego spojrzeniu było tak kojącego, że dziewczyna już po chwili do niego dołączyła. Z pewnością byli najgłupiej wyglądającą parą na całym parkiecie, tańczącą jak skończone łamagi i śmiejącą się z siebie niemal do łez. Po dwóch piosenkach obojgu już brakło tchu.
- Chodź – wyczytała z ruch jego warg. Randy wyciągnął dziewczynę ze zdecydowanie zbyt głośnego wnętrza namiotu. Zimne powietrze było w tym momencie niezwykle kojące. Chłopak odszedł kilka kroków w ciemność i oparł się plecami o ciężarówkę stojącą na uboczu. Byli zupełnie sami w tym przepięknym, nocnym otoczeniu, a do ich uszu docierało tylko zduszony rumor odległego festynu. Ophelia poszła w ślady za swoim towarzyszem. Obracając głowę w bok, widziała profil chłopaka, lekko zasłonięty przez parę wydobywającą się z jego ust. Przyglądał się niezliczonym gwiazdom swoimi oczami, równie czarnymi, jak niebo, na którym błyszczały białe punkciki. Dopiero po chwili dziewczyna zdała sobie sprawę, że ich dłonie wciąż pozostawały splecione. Randy odwrócił się i utkwił w niej swoje mroczne spojrzenie.
- Jesteś wyjątkowo piękna.
Ophelia przez chwilę wpatrywała się w niego oniemiała, jednak zanim zdążyła choćby pomyśleć, co mogłaby odpowiedzieć, poczuła na ustach ciepłe wargi szatyna. Wtedy nie musiała już myśleć, zadziałał instynkt. Nie liczyło się już nic na świecie wykraczającego poza ich fizyczność. Mimo że Randy był zaskakująco delikatny i powolny, pocałunek całkowicie pochłonął blondynkę. Po zdecydowanie za krótkim czasie chłopak odsunął się od dziewczyny. Zanim ta zdążyła otworzyć oczy, usłyszała jego szept. - Zdaje się, że kończy się twój czas. Lepiej wracajmy.
Mimo ogromnej niechęci Ophelia podążyła za nim z powrotem do namiotu. Ledwie zdążyli przekroczyć próg, a naskoczyła na nich postać szeryfa. Nawet w tak hałaśliwym wnętrzu jego głos wydawał się być głośny.
- Naprawdę straciłem już cierpliwość! - Carl chwycił ją za ramię i zaskakująco brutalnie odciągnął od chłopaka. Randy natychmiast zrobił krok w jego stronę. Wyraz jego twarzy zrobił się tak inny niż zwykle, że niemal zmienił wygląd szatyna. Czarujący uśmiech został zastąpiony przez niecierpliwy grymas, a oczy, o ile to możliwe, stały się jeszcze ciemniejsze.
- Lepiej niech się pan uspokoi, szeryfie – na te słowa Carl zrobił minę, jakby miał wybuchnąć z wściekłości.
- O traktowaniu kobiet porozmawiamy jutro, ale nie moim, tylko twoim. – jego oczy zwęziły się, tworząc dwie cienkie szparki. - Znaleźliśmy ją.
Ophelia ledwie zdążyła zerknąć na twarz Randy’ego, zanim wuj wyprowadził ją z namiotu. Obraz ten prześladował ją przez całą drogę powrotną. Jego zdruzgotany, przestraszony wyraz pozostał na jego twarzy ledwie na ułamek sekundy, zanim się nie opanował, co jeszcze bardziej martwiło dziewczynę. O co chodziło? O czym rozmawiali? Odpowiedzi na te pytania Ophelia domyśliła się dopiero następnego dnia rano, jednak zamiast ulgi nadeszła wewnętrzna lawina emocji. Nagłówek gazety głosił: „Znaleziono ciało zamordowanej Sary Green”.

Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość