Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Sny o Ninie #3

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Hollow
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 21
Zobacz teksty użytkownika:

Sny o Ninie #3

Post#1 » 14 lip 2019, o 07:47

Rozdział 4 

 

Kolejny dzień był wolny od zajęć, co bardzo sprzyjało Arturowi, ponieważ obudził się z potwornym bólem głowy. Gniecenie i szarpanie w czaszce oślepiało, wykrzywiało twarz i utrudniało jakikolwiek ruch z pozycji leżącej. Zaciskając zęby, z cichym sykiem chłopak poszedł do łazienki umyć zęby. Białą pianę z pasty do zębów brudziła czerwień krwi, tworząc mięsisty róż. Młodzieniec tłumaczył to podrażnionymi dziąsłami, bo przecież sny nie mogły wpływać na jawę. Nie miał zresztą sił na zastanawianie się, ponieważ ból głowy skutecznie zaburzał mu myśli. Artur w końcu zebrał się w sobie i postanowił wyjść po tabletki przeciwbólowe, żeby jakoś przetrwać niezaplanowany dzień.  

Apteka znajdowała się za łukowatym przejściem pod łącznikiem pomiędzy przeludnionym supermarketem, a opustoszałym biurowcem. Przed sklepem, jak zwykle, skulone w kucki kasjerki paliły tanie papierosy, rozprawiając o chujowej pogodzie, szefie – skurwysynie i klientach – debilach. W brudnych kałużach ich twarze przypominały groteskowe, rozmyte maski pracowitych gnomów. Artur czuł bardzo głęboki niesmak mijając takie osoby. Zdawał sobie sprawę, że okoliczności losu nie zawsze umożliwiają dobrą edukację. Szanował też każdy objaw pracowitości i był daleki od pogardzania jakimkolwiek zawodem. Do szału doprowadzała go jednak świadomość, że ci pozbawieni perspektyw, bezmyślni ludzie, byli o wiele szczęśliwsi od niego. Żmudne wiązanie końca z końcem, polowanie na promocje, aby skromna pensja nie stopniała zbyt szybko, desperackie szukanie wymówek do wieczornego wyjścia z domu, jak najdalej od pijanego męża – wszystko to skutecznie zabijało w człowieku refleksję. Kasjerki nie przejmowały się sensem ludzkiego życia, nie miały potrzeby zrozumienia czegokolwiek, oprócz mechanizmu wydłużania paznokci akrylem i z pewnością nie odczuwały tego przemożnego, paraliżującego bólu kreatywności. Artur wielokrotnie kwestionował słuszność powstania w istocie ludzkiej zmysłu twórczego. Wzbogacanie świata w coś zupełnie nowego, posiadanie analitycznego, spostrzegawczego umysłu oraz pozbawionych klapek oczu, niosło za sobą przekleństwo ciągłego smutku. Umiejętność dostrzegania wad i nieskończonej ułomności rodzaju ludzkiego, skutkująca głęboką pogardą i niechęcią, kontrastowała z potężną potrzebą dzielenia się sobą z tymi właśnie dumnymi i ograniczonymi ludźmi. Chęć bycia zrozumianym i wysłuchanym zawsze zderzała się z głuchotą i brakiem zrozumienia. - Myślenie zabija. – pomyślał Artur, wchodząc do pachnącej, jak wszystkie inne, apteki. 

Uzbrojony w paracetamol chłopak udał się w drogę powrotną, zapalając papierosa. Niewielkie pudełko samą obecnością w jego kieszeni, zdawało się ukoić nieco ból głowy. Artur uśmiechnął się lekko, krusząc swoją typową maskę, którą ubierał podczas przechadzek po mieście – wieczny grymas złości i niezadowolenia. Młodzieniec podejrzewał, że ten właśnie wyraz twarzy uchronił go wielokrotnie przed zaczepkami kiboli, meneli i wszelkiego innego robactwa, zamieszkującego nocą łódzkie bramy i podwórka, obok których przechodził wracając z pubów, klubów i domówek. Artur czasami obawiał się, że czeka go alkoholizm. Strach nasilał się, kiedy chłopak uświadamiał sobie, że jego najszczęśliwsze wspomnienia łączyły się nierozerwalnie z alkoholem. Wszystkie, oprócz tych związanych z Nią… Student nagle przypomniał sobie wczorajszy sen, którego wizja przebiła się przez kurtynę bólu w jego mózgu. Jak Ona mogła go potrzebować? Przecież mimo najdzikszych pragnień metafizyki i paranormalności, pozostawała wytworem jego umysłu. Łudząco realnym, zbawiennie ciepłym, ale jednak tworem dręczonych poczuciem straty i zagubienia neuronów. - Czy ja w końcu do reszty wariuję? – Zapytał siebie w myślach Artur. Wtem, za jednym z ogrodzeń przy ulicy prowadzącej do osiedla młodzieńca, dostrzegł on ciemny kształt. W smoliście czarnym kłębku świeciły się jedynie dwa żółte punkty. Chłopak zatrzymał się. Kot przypominał tego ze snu tak bardzo, że Artur zadrżał. Rozejrzał się powoli, chcąc upewnić się, że już nie śni. Samochody jeździły po ulicach. W oddali wyła syrena karetki lub radiowozu. Ludzie spieszyli do swoich spraw. To nie był sen. Chłopak przykucnął, wpatrując się w zwierzę, które spojrzało mu w oczy.  

- Kici, kici. – Szepnął niepewnie Artur, wyciągając dłoń. Kot przeciągnął się i ziewnął, po czym miękkim krokiem podszedł do krat ogrodzenia, przecisnął się pomiędzy nimi i położył łepek na ręku studenta. Chłopak pogłaskał zwierzaka. Przyjemny dotyk uspokajał, prostował myśli, a wibrujące mruczenie miało w sobie nawet coś, co można było nazwać przyjemnością. Artur wstał i skierował się w stronę osiedla, oglądając się za siebie. Kot szedł za nim. 

- Czy tak zdobywa się kota? – Mruknął do siebie. – Gdyby wszystko było tak proste… 

Kot podążał za Arturem do furtki i klatki schodowej, a następnie do windy oraz mieszkania. Chłopak nie zamierzał go przegonić. Rodzice i znajomi wielokrotnie zachęcali go do kupienia lub zaadaptowania czworonożnego towarzysza. W tamtej chwili ich sugestie wydawały się tak słuszne, jak jeszcze nigdy dotąd. Kocur leżał wygodnie na kanapie, kiedy młodzieniec nalewał mu mleka do jednej miseczki i kroił kiełbasę, którą wrzucił do drugiej. Zwierzak najwyraźniej nie był głodny, bo posiłek nie zainteresował go ani trochę. Za to kiedy Artur wszedł do salonu i usiadł na kanapie, kot wlepił w niego żółte ślepia. 

- Co? – Zapytał idiotycznie Artur. – Chcesz się przytulić? – Powiedział, wyciągając ramię w zapraszającym geście. Zwierzak przyjął ofertę i ostrożnie umościł się na kolanach chłopaka, mrucząc przy tym entuzjastycznie. Student zaczął głaskać kocura, uśmiechając się głupawo. Czuł się nieco zakłopotany obecnością innego żywego stworzenia w swoim mieszkaniu. Zakłopotany, ale w pewien sposób również zadowolony i spokojny. 

- Potrzebne ci imię. – Powiedział. Kot uniósł łepek i spojrzał na swojego nowego gospodarza. Koty przecież nie mają właścicieli, a tylko gospodarzy. – Może… Może Jafar? – Zwierzak odwrócił głowę, jakby rozczarowany. – No co? Przecież jesteś czarny. – Usprawiedliwił się Artur, zdając sobie jednocześnie sprawę z ubóstwa humorystycznego tego żartu. – Więc może Fryderyk? – Brak reakcji kota świadczył chyba o nieznajomości osoby i filozofii Nietzschego. – Ciężko cię zadowolić. – Westchnął chłopak i odchylił się na oparciu, przymykając oczy. Przestał przy tym głaskać kota, który wyraźnie niezadowolony, wbił mu lekko pazurki w udo, w ponaglającym geście. – Wiem! – Odezwał się zadowolony młodzieniec. – Nazwę cię Ból! – Kocur spojrzał Arturowi w oczy, zamiauczał i ułożył się wygodniej. – Dobrze. Niech będzie Ból. – Uśmiechnął się chłopak, głaszcząc śpiący na jego kolanach Ból. 

 

Rozdział 5 

 

Artur jechał zatłoczonym tramwajem, otoczony zobojętniałym tłumem. Trzymał się kurczowo żółtej poręczy pod sufitem, jakby była jedynym elementem, który zapobiegał utonięciu w cuchnącym gardle tej pospolitej tłuszczy. Przystanek, na którym wysiadał zdał mu się wybawieniem. Świeże powietrze, jeżeli można było o takim mówić w Łodzi, owiało jego twarz, zabierając ze sobą odór trosk, który skraplał się z oddechów podróżujących. Chłopak był przed Manufakturą, do której udał się celem oddania krwi w czerwonym autobusie, nazwanym równie profesjonalnie, co pretensjonalnie, „Mobilnym punktem poboru”. Artur regularnie, co sześć miesięcy oddawał krew. Miało to swoje zalety. Opakowanie pysznych czekolad, czasami baton, napój energetyczny lub nawet ręcznik stanowiły wspaniałą rekompensatę za utracony płyn ustrojowy. Student starał się oddawać swojemu rytuałowi w dniach, w których przypadały imprezy. Dzięki osłabieniu, alkohol szybciej uderzał do głowy, co dawało sporą oszczędność. Dzisiaj wieczorem jego grupa dziekańska była umówiona na wspólną zabawę w klubie, który znajdował się w budynku akademika. Imprezy w środku tygodnia przestały kogokolwiek dziwić już w połowie pierwszego roku studiów. Termin był zatem idealny. Artur szedł szybkim krokiem, zbliżając się do autobusu. Dość wczesna godzina skutecznie zapobiegła długiemu oczekiwaniu w kolejce. Młodzieniec wziął formularz od mężczyzny siedzącego na miejscu kierowcy, odszedł kilka kroków i usiadł na ławce, zabierając się do wypełniania dokumentu. Chłopak oddawał krew z jeszcze jednego powodu, o którym nikomu nie wspominał. Lubił wierzyć w to, że płyn, który sączył się z jego żyły do plastikowego woreczka zawierał w sobie esencję jego smutku, jakiś tajemniczy związek chemiczny odpowiedzialny za całą mizantropię, bezsens i wewnętrzną pustkę. Artur zakreślał kolejne kwadraty na kartce papieru czując znajome podniecenie. Pospiesznie podpisał dokument i wrócił do autobusu. Mężczyzna przyjął pismo i przekazał ochotnika w ręce pielęgniarki, która z profesjonalną, wypraną z uczuć twarzą pobrała od niego próbkę krwi. Student rozglądał się po wnętrzu pojazdu. Na dwóch wygodnych fotelach do pobrań siedziały blade jak świeży śnieg młode kobiety. Czuwające przy nich członkinie wampirycznego personelu wywracały oczami i ukradkiem podśmiewały się z mdlejących dawczyń. Artur już dawno zauważył, że cudza słabość, nawet usprawiedliwiona, napawa ludzi silnych politowaniem, a nawet pewną odrazą. Uczucie wyższości, na jakimkolwiek polu, zawsze dodaje nam animuszu, chociaż najczęściej staramy się to ukryć, oszukać siebie samych i zatuszować własną próżność. Wynik badania próbki Artura był pomyślny, więc chłopak przeszedł do ciasnego pomieszczenia, stanowiącego gabinet lekarski, przyciskając gazik do zgięcia łokciowego. Młoda pani doktor powitała go szczerym uśmiechem i rozpoczęła wywiad, zakładając mu jednocześnie rękaw ciśnieniomierza. 

- To pana pierwszy raz? – Zapytała z entuzjazmem w głosie, świadczącym o dopiero ukradkiem zbliżającym się wypaleniu zawodowym i rozczarowaniem polską ochroną zdrowia. 

- Nie, oddaję co pół roku od osiemnastki. – Odpowiedział student, karcąc się jednocześnie za dumę w swoim głosie. Nie robił przecież tego dla potrzebujących, ale dla własnej ulgi. 

- No proszę. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej lekarka. – Szkoda, że więcej młodych ludzi nie jest takich jak pan. 

Artur spojrzał na notującą kobietę z politowaniem. Gdyby tylko wiedziała, jaki jest naprawdę, wyrzuciłaby go z autobusu, posyłając kopniaka i siarczyste przekleństwo na drogę do piekła. Następnie pewnie poprosiłaby kierowcę o papierosa, rozpoczynając tym samym dożywotnią batalię między swoim własnym idealizmem, a nieubłaganą rzeczywistością. 

- Skoro jest pan stałym klientem, nie będę pana długo męczyć. – Zaśmiała się doktor. – Ciśnienie delikatnie podwyższone. Stresuje się pan jeszcze? 

- Nie. Zawsze tak mam przed oddawaniem. Nie wiem z czym to się wiąże. – Odparł krótko młodzieniec. 

- Cóż, na fizjologię nic się nie poradzi. Nie zatrzymuję dłużej i zapraszam na fotel. – Podsumowała lekarka. 

- Dziękuję. – Odpowiedział uśmiechem Artur. Chłopak przeniósł się na krzesło czekając, aż pielęgniarki podniosą pozieleniałą już krwiodawczynię i przeprowadzą ją na siedzisko przy drzwiach autobusu, na którym miała chwilę ochłonąć. 

- Zapraszam. – Usłyszał w swoją stronę student, na co poderwał się ochoczo i zajął miejsce na wygodnym fotelu. – Które ramię? – Zapytała pielęgniarka. 

- Lewe. – Powiedział bez zastanowienia Artur i zaczął podwijać rękaw bluzki. Zobaczył wtedy bliznę na nadgarstku, o której kompletnie zapomniał, co jeszcze mu się nie zdarzyło. Zmieszany chłopak zsunął materiał, naciągając go nisko i przytrzymując w zaciśniętej pięści. – Właściwie to pomyślałem, że tym razem może jednak prawe. – Poprawił się, posyłając uzbrojonej w igłę kobiecie rozbrajający uśmiech. 

- Jak pan woli. – Odpowiedziała beznamiętnie wampirzyca. – No to zdrowaś Maryjo… - Wyrecytowała pielęgniarka, wkłuwając igłę w żyłę młodzieńca. – …I jest. W razie, gdyby się pan źle czuł, proszę mówić. - Artur czuł się cudownie. Patrzył na strumień tej samej, najwspanialszej czerwieni, w której zakochał się dawno temu. Obserwował napełniający się powoli woreczek wyobrażając sobie wszystkich pacjentów, którym jego krew pomoże lub uratuje życie. Leżał wraz z nimi na szpitalnych łóżkach odurzony lekami przeciwbólowymi, dziękując swojemu bezimiennemu wybawicielowi. Był wraz z nimi, kiedy trucizna z jego żył zaczynała infekować ich serca i umysły. Poczucie bezsensu we wszystkim, czemu sens nadać się chciało, beznadzieja życia, marność ludzkiego rodzaju, cierpienie, ból, smutek i złość, ta gotująca się, rozlewająca palącym kisielem złość. Wszystko to wypływało z niego, mając zanieść ocalenie (komu?) i zagładę (komu?). Artur podejrzewał, że gdzieś za tym iście szatańskim zachowaniem kryło się jego łkające pragnienie bycia zrozumianym. Chłopak nie chciał być na świecie jedynym, który borykał się z takimi trudnościami. Infekując innych swoim zepsuciem, gdzieś tam na Widzewie, Bałutach lub Polesiu, a może nawet na Stokach lub Chojnach, tworzył sobie towarzysza niedoli. Jeszcze jedno poszarzałe życie, jeszcze jedna zdruzgotana dusza… Student bardzo rzadko łudził się, że jego krew naprawdę ma moc przekazywania jego uczuć. Jeszcze rzadziej wierzył w to, że w końcu znajdzie się ktoś, kto dostrzeże rozwiązanie dla wszystkich jego trosk, że pewnego dnia spotka biorcę swojego zepsucia, a ten poda mu receptę, jakieś remedium, które odmieni jego żałosne życie. 

- Niestety, ma pan za niską hemoglobinę. Nie może pan oddać krwi. – Skrzeczący głos pielęgniarki wyrwał Artura z transu. Chłopak spojrzał w jej stronę i uchwycił plecy odrzuconego dawcy. Student wyjrzał przez okno. Młody mężczyzna wyszedł z autobusu i odetchnął głęboko dwa razy, po czym uśmiechnął się i wszedł do centrum handlowego. Wyraźna ulga niedoszłego krwiodawcy, ten mimowolny gest utwierdził Artura w jego pesymizmie.  

- Nie możemy wierzyć w altruizm, jeżeli uniknięcie ukłucia sprawia nam większą radość niż uratowanie życia. – Szepnął student. 

Wchodzącego do mieszkania młodzieńca powitał Ból. Kot siedział w przedpokoju, przyglądając się ciekawie swojemu gospodarzowi. 

- Witam. – Powiedział ciepło Artur. – Byłeś grzeczny? – Zapytał głupkowato. Zwierzak zatrząsł uszami i poszedł do salonu, zostawiając pytanie bez odpowiedzi. Chłopak zdjął buty i kurtkę, po czym położył w kuchni pudełko z czekoladami, wyjmując z niego dwie tabliczki. Mimochodem zauważył, że miseczki z jedzeniem dla Bólu pozostały nietknięte. Kot pewnie nadal czuł się trochę obco, co odbierało mu apetyt. Student rzucił słodycze na łóżko w sypialni i zrobił mały obchód mieszkania, w poszukiwaniu śladów pazurów na meblach. Pobieżnie obejrzał sofę i fotel, drzwiczki szafek i firanki. Ból obserwował go żółtymi oczami, jakby z politowaniem.  

- Masz mnie za głupka? – Zapytał chłopak. – Dobra. Uznaję, że jesteś dobrze wychowany i nie zniżasz się do poziomu drapania mebli, jak pospolite koty. – Ból miauknął, pewnie zgadzając się ze spostrzeżeniem. Zadowolony Artur wrócił do sypialni i podniósł oparcie łóżka, ustawiając je w pozycji do oglądania filmów na monitorze komputera. Uruchomiwszy maszynę, wybrał w Internecie jedno z dzieł reżyserii Paolo Sorrentino i położył się, zabierając się jednocześnie za pierwszą czekoladę. Do czasu wyjścia na imprezę w akademiku miał jeszcze cztery godziny. W międzyczasie dołączył do niego Ból, który położył się po lewej stronie młodzieńca, spoglądając ukradkiem na jego lewą dłoń. Artur zrozumiał aluzję i zaczął głaskać kota, który mruczał przez chwilę, a następnie zasnął. 

Student otworzył oczy. Za oknem było już ciemno. Ból nadal spał pod jego dłonią. Opakowania po czekoladach leżały na jego piersi. Monitor był czarny, głośniki milczały. Artur skonstatował, że musiał zasnąć w trakcie seansu. Spojrzał na zegar na ekranie telefonu. Do imprezy pozostała jedna godzina. Chłopak wstał z łóżka, ziewnął i przeciągnął się. Spokojnie włączył muzykę, która miała akompaniować mu przy przygotowaniach. Album „Pure Comedy” zaczął traktować o psującym ludzi kapitalizmie, potrzebie nadmiernej konsumpcji i okrucieństwie stworzyciela tej wiecznej farsy. Młodzieniec zdjął koszulkę i przeszedł do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Artur spojrzał na siebie w lustrze. Nie widząc niczego, czym mógłby się zachwycić, sięgnął po szczoteczkę do zębów, jednak w połowie ruchu odwrócił dłoń i spojrzał na różową linię na jego nadgarstku. Blizna zagoiła się niezbyt ładnie. Była przerośnięta, z dwoma prostopadłymi śladami po szwach, po każdej stronie. Przy ćwiczeniach na siłowni lub noszeniu zakupów tkanka siniała brzydko. Czasami także swędziała. Swędziała, kiedy myślał o… 

- Jak mam na imię? – Usłyszał Artur za swoimi plecami. Chłopak nie mógł się odwrócić. Chciał to zrobić z całych sił, ale jego ciało nie było zdolne do ruchu, albo było zdolne, lecz wyraźnie go nie słuchało. Chłopak uniósł wzrok. W lustrze zobaczył Ból. Kot siedział na koszu z brudnymi ubraniami. – Jak mam na imię? – Powtórzyło zwierzę. Artur nie wierzył w to, co się działo. Kot wyraźnie poruszał pyskiem, przemawiając do niego głosem młodego chłopca, co jedynie dodawało całej sytuacji grozy. Chłopak nie potrafił wykrztusić z siebie słowa. Głos wiązł mu nie w gardle, ale gdzieś nawet niżej, w samym środku przerażonych trzewi. – Jak mam na imię?! – Zapytał ponownie Ból, przebierając przednimi łapkami. Był wyraźnie zirytowany milczeniem studenta. Artur nie miał pojęcia dlaczego, ale był absolutnie pewien, że musi odpowiedzieć. Musiał dać odpowiedź teraz, w tym momencie, bo inaczej stanie się coś bardzo złego, czego nie potrafił wyrazić. – JAK MAM NA IMIĘ?! – Wrzasnął kot, sycząc przy tym i prychając. Młodzieniec włożył do ust palec wskazujący prawej ręki. Przez moment wahał się, jednak poczuł zaciskające się na nim zęby. Chłopak zwiększał nacisk, walcząc z mdłościami i przeszywającym bólem. W końcu zazgrzytała kość. Artur nie ustąpił. Gryzł dalej, czując trące o siebie z obrzydliwym chrzęstem powierzchnie, przytrzymując się krawędzi szafki. Krew zalewała mu wargi ciepłymi strużkami. Po długiej jak wieczność chwili, paliczek trzasnął. Student wypluł opuszkę, która wylądowała pomiędzy czerwonymi plamami na bielącej się umywalce. Następnie uniósł drżącą dłoń i zaczął bazgrać piekącym kikutem po lustrze. Kiedy na tafli pojawiło okropne, ociekające lejącą się czerwienią słowo „ból”, Artur opuścił rękę i wziął kilka głębokich wdechów. 

- Jak mam na imię? – Usłyszał ponownie młodzieniec. Ponowne pytanie ścięłoby go z nóg i doprowadziło do łez, ale chłopak był jak w transie. Wiedział co musi zrobić i nie miał opcji ratunku. Zdezorientowany, chcąc ponownie napisać imię kota na lustrze zorientował się, że z okaleczonego palca przestała lecieć krew. Artur spojrzał na odbicie zwierzęcia, w którego jadowitych oczach nie było żadnego śladu współczucia, a jedynie bezlitosne oczekiwanie. Student włożył do ust środkowy palec, który drżąc, obijał się o jego zakrwawione zęby. Ugryzł mocno, zdecydowanie, jednak nie dość mocno. Kość zaprotestowała żałosnym jęknięciem, ale nie ustąpiła. Zrozpaczony młodzieniec zacisnął mocniej usta, szarpiąc przy tym dłonią. Krople krwi kapały dookoła groteskową fontanną. Artur przypominał obłąkany zraszacz do trawy, której właściciel stwierdził, że rośliny potrzebują do wzrostu żelaza, najlepiej pochodzenia ludzkiego. Torturowany paliczek przegrał walkę i chłopak wypluł kolejny palec do umywalki. Targany konwulsjami, drżący od przerażenia i bólu, student ponownie napisał na lustrze słowo „Ból”, tym razem z wielkiej litery. 

- Jak mam na imię? – Powtórzył kot. Artur gapił się w oczy zwierzęcia, szukając wskazówki lub odpowiedzi. Czuł się jak zając, który zatrzymał się na środku jezdni, wpatrzony w reflektory pędzącego samochodu. Chłopak potrząsnął głową, zachwiał się i spojrzał ponownie na kota. – Jak mam na imię? – Student uniósł okaleczoną rękę. Po chwili warknął, zaskrzeczał i walnął pięścią w lustro, które zakwitło pajęczyną pęknięć. Młodzieniec zaczął szamotać się przy umywalce, rozmazując krew na gładkiej tafli, rozrzucając przybory toaletowe i rozlewając mydło. Chłopak w dalszym ciągu nie mógł krzyczeć ani wyartykułować żadnego słowa. Z jego ust wydobywały się jedynie niezrozumiałe jęki i gulgoty. W końcu, wycieńczony, Artur osunął się na kolana. 

- Dobrze. – Usłyszał za sobą. Student podniósł wzrok do lustra, które bardziej przypominało teraz płótno szaleńca. Odciski trójpalczastej dłoni, niewyraźne i urywane smugi czerwieni, pęknięcia oraz zbłąkane krople tworzyły makabryczny obraz, zlewający się w powykręcany, schorzały napis „b ó l”. – Słowa nie mają żadnej wartości, dopóki nie nada się im znaczenia. Jeżeli to miałeś na myśli, nadając mi imię Ból, będę je nosił z radością. – Artur w końcu mógł odwrócić głowę. Spojrzał na czarnego kota, którego pyszczek wykrzywiał szeroki od ucha do ucha, przerażająco biały uśmiech. 

Artur zerwał się z łóżka, budząc przy tym Ból, który ziewnął i przeciągnął grzbiet. Zdyszany, zlany potem student spojrzał na kota, szukając w jego oczach tego jadowitego, żółtego okrucieństwa, którego stał się ofiarą w łazience. Zwierzę patrzyło na niego zupełnie normalnie. Chłopak odruchowo złapał się za palce prawej dłoni. Wszystkie były na swoim miejscu. Monitor był czarny, głośniki milczały. Za oknem było już ciemno. Młodzieniec spojrzał na zegar na ekranie telefonu. Do imprezy pozostała jedna godzina. Artur usiadł z powrotem na materacu. Po sekundzie wahania wyciągnął dłoń i pogłaskał kota po puchatym łebku.  

- Muszę się napić. – Stwierdził student. Ból zamruczał, zgadzając się z tym stwierdzeniem.


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości