Zachęcamy do czytania naszych poradników!

Zamieć nad Irifroy

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Deuter
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 2
Zobacz teksty użytkownika:

Zamieć nad Irifroy

Post#1 » 16 lip 2019, o 01:21

Eshu Gaöithe podobno (zupełnie na pewno!) nie ma w zwyczaju snuć bajek, które nie są wesołe, ale zrobi dziś dla was wyjątek. To wielki ewenement, jest czego posłuchać!  

Usiądźcie w kręgu wokół niego. Ciaśniej! Na litość boską, ta polana nie jest wystaczajaco duża, żebyście się wszyscy pomieścili w ten sposób... poza tym on nie zamierza krzyczeć. 

 

Bajki najlepiej opowiada się szeptem... 

 

* * * * * * 

 

– ... to zawsze się tak zaczyna. Wróżka zrodzona z uśmiechu, dobrej myśli, ciepłego słowa. Wróżki potrzebują ludzi. To dzięki nim powstają. Nie żyją jednak z nimi. Ludziom może i zdarza się sporadycznie zrobić coś prawdziwie miłosiernego, czy zwyczajnie serdecznego. Jednak w głębi tacy nie są, to nie leży w ich naturze. Musisz wiedzieć, Medic, że ludzie są zwyczajnie źli... Albo nie. „Źli" to nie jest odpowiednie słowo. Każdy człowiek jest dobry, zło bierze się z głupoty. Nie ma więc ludzi dobrych i złych – są ludzie dobrzy i głupi. 

Czy ja jestem wróżką? – zaśmiała się – to raczej temat na inną noc. 

W takim razie – wracając – gdzie mieszkają wróżki? Powiem ci. Wróżki mieszkają w lasach – w starych dziuplach, we mchu, w kwiatach i w futrze zwierząt... Jakie są wróżki? Wróżki są różne, Medic. Niektóre kochają zachodzące słońce. Inne uwielbiają tańczyć ze spadającymi liśćmi, bawić się ze zwierzętami lub ganiać się pomiędzy wysokimi, sucho szeleszczącymi trawami. A czy są jakieś poważne wróżki – takie, które jak twój tata całymi dniami siedzą nad jakimiś papierami? Oczywiście! Cała masa! A wróżki, które nie potrafią latać? Zdarzają się i takie! ... Och, ale masz zęby. No, już nie mów, że nie jesteś zmęczona. Przecież widziałam, jak ziewałaś… 

 

* * * * * * 

 

– Zapraszam. 

Dziewczynka weszła do gabinetu vidama Marxa de Beauharnais. Ostrożnie minęła stertę papierów pod ścianą i usiadła w miękkim fotelu naprzeciw ojca. Nie sięgała nogami podłogi, więc uznała, że rozsądnie będzie nimi pomajtać. Pomajtała. 

Jej tata był człowiekiem przed czterdziestką. Ubierał się w eleganckie surduty, wypucowane na połysk buty i wyprasowane koszule. Jego twarz wiecznie wyrażała zmęczenie, ale nigdy znudzenie. Nie, gdy rozmawiał z Medicrios. 

Dłonie miał suche i całe w bliznach. Zanim został vidamem, trudnił się każdą pracą, byleby jego córka i żona mogły żyć w dostatku. Potem życie potoczyło się inaczej, niż toczyło się wcześniej, ponownie zmuszając Marxa do ciężkiej pracy – już nie fizycznej, ale papierkowej. Teraz całymi dniami ślęczał nad grafikami, listami płac, ważnymi aktami i teczkami. Dziewczynka bardzo nie lubiła tego oblicza taty, które ukazywało się przy pracy – burkliwego lub milczącego, zapatrzonego w tabele, rzędy liter i cyfr młodego jeszcze mężczyzny z oczami i dłońmi starca. Dlatego ze wszystkich sił starała się ubarwiać jego życie i odciągać go od tych dokumentów... co często jej się udawało. 

Okręciła się na fotelu, po czym położyła rączki na kolanach i podniosła wzrok, uśmiechając się. Marx kończył właśnie wypełniać jakąś rubrykę. Pisał niezbyt dużymi i mało czytelnymi dla niej literami, używając czarnego atramentu. Czerń to kolor żałobny, przypomniała sobie Medicrios. Tata pisze na czarno od śmierci mamy. 

– Zaczekaj minutę, Medic. 

Dziewczynka oderwała wzrok od pióra ojca i przeniosła go na ściany jego gabinetu. Na jednej z półek stał pięknie zdobiony globus, któremu uwielbiała się przyglądać. Obok wisiała malowana z zachowaniem najmniejszych szczegółów mapa Irifroy, kawałek dalej wykonana w tym samym stylu mapa całego kontynentu i w końcu mapa świata. Inną ścianę zdobił gobelin z herbem rodu Beauharnais – srebrną podwójną lilią w czerwonym polu ze złotym pierścieniem i siedmiorgiem pawich piór w klejnocie. 

W końcu Marx uniósł głowę i z uśmiechem spojrzał na córkę. 

– Słucham pani. 

Dziewczynka zachichotała. 

– Nie chciałam przeszkadzać, tylko pani Tymida powiedziała, że jeśli mam ochotę wyjść na podwórko, by się pobawić, to mam zapytać ciebie, czy mogę bez niej. Bo ją bolą plecy i nie może pójść ze mną, a mi nie chciała pozwolić samej, w kółko tylko powtarzała, że powinnam przyjść do ciebie, bo ty mi ten pomysł z głowy wybijesz. 

Marx umoczył pióro w atramencie, schylił się nad jakimś dokumentem i zaczął pisać. 

– Z tym – podjęła – że ja wcale nie chcę, żebyś ty mi ten pomysł wybijał z głowy. Takie wybijanie musi być nieprzyjemne, a ja naprawdę chcę się tylko trochę pobawić na zewnątrz. I będę grzeczna, obiecuję! 

Mężczyzna podniósł głowę znad papieru i zlustrował córkę spojrzeniem. Medicrios była ładną dziewczynką o jasnych lokach, niebieskich oczach i różowych usteczkach, słowem: miała twarz anioła. To było po prostu maleństwo, które należało uszczęśliwiać i chronić od wszelkiego zła, zarówno za czasu jej dzieciństwa, jak i dorosłości. Człowiek, widząc ją, sam miał ochotę objąć ją ramionami i otoczyć opieką. 

Dlatego właśnie w tym momencie w jego głowie walczyły ze sobą pragnienie dania jej szczęścia oraz troska. 

– Tylko na dziedzińcu, Medic. 

 

* * * * * * 

 

Z początku istotnie, bawiła się tylko na dziedzińcu. Ale potem odkryła drewnianą furtkę za sadem. Gdy się przez nią przeszło, trafiało się na ładną łąkę z mokradłami po lewej i lasem po prawej stronie. Każdego dnia bawiła się odrobinę dalej. Bo zawsze to było przecież „tylko odrobinę dalej, niż wczoraj". W czymże miałby więc leżeć problem? 

 

* * * * * * 

 

Tymida usiadła w bogato zdobionym fotelu w jadalni. Przyniosła ze sobą filiżankę herbaty i zestaw do cerowania. Fea, która gotowała akurat obiad, usłyszawszy kroki w sąsiednim pomieszczeniu, wyjrzała z kuchni. Zdziwiona widokiem opiekunki, uniosła wysoko brwi i weszła do pokoju. Wytarła dłonie o trochę poplamiony fartuch. 

– Medicrios czyta? 

– Nie. 

– Śpi? 

– Bawi się na podwórzu. 

Kucharka uniosła brwi jeszcze wyżej i usiadła w fotelu obok. 

– Sama? 

– Marx jej pozwolił, to niech sam teraz pilnuje. Ja już powiedziałam, bolą mnie plecy, nie będę z nią kwiatków zrywać… 

– I nie kazał ci spojrzeć na nią przez okno co jakiś czas? Nic? Przecież ona miewa takie głupie pomysły… 

– Nic jej nie będzie – rzuciła Tymida, sięgając po igłę i nitkę oraz jedną ze swoich sukien, którą ostatnio niechcący rozdarła. 

 

* * * * * * 

 

Spojrzała w dół, na ubłocone kozaczki. Płaszczyk, którym otuliła ją przed wyjściem Tymida, zrzuciła już dawno, wisiał teraz na niskiej gałązce drzewa. Medicrios zupełnie nie rozumiała, dlaczego miałaby być tak grubo ubrana, kiedy w tym lesie było tak ciepło! 

Tata się zezłości, jeśli zniszczę buty – pomyślała i ściągnęła je z nóżek. Stała boso na bujnej, ślicznej trawie. Ubrana była tylko w swoją zieloną sukieneczkę, a jasne loki okalały jej twarz, tworząc po prostu prześliczny obraz. Gdyby ktoś teraz zobaczył ją tak zupełnie bosą, w prostej sukieneczce i z pięknymi włosami w samym środku lasu, pewnie wziąłby ją za jakąś dobrą wróżkę lub nimfę. Tak właśnie pomyślała Medic, więc zaczęła na paluszkach hasać po trawie w tę i wewtę, wyobrażając sobie, że jest właśnie jedną z takich istot. Bawiła się przez jakiś czas. Nie wiedziała, że ciągle była obserwowana. Nie mogła wiedzieć. 

Prawdziwa, zupełnie prawdziwa rusałka siedziała na wysokiej gałęzi jednego z drzew nieopodal. Siedziała w całkowitym milczeniu, z wiankiem z polnych maków i rumianków w diablo ryżych włosach. Przykro to stwierdzić, ale mimo całego uroku Medicrios, istota wyglądała jeszcze piękniej od niej. Blady nos nimfy gęsto pokrywały piegi, a wściekle zielone oczy otoczone były czarnymi jak smoła, długimi rzęsami. Jej odzienie wprawiało w zachwyt – miała na sobie sukienkę w takim samym kroju, jaki modny był wówczas wśród większości dziewcząt ze wsi, (której, swoją drogą, na próżnoby szukać w tej odludnej okolicy), ale wykonaną z niezapominajek, stokrotek, krwawnika i chabrów. Była bardzo smukła, niewysoka. I lekka. Tak lekka, że Medic ponownie nie usłyszała nic, gdy nimfa przeskoczyła z gałęzi na inną, niższą. Driada, mimo sokolego wzroku, zbliżyła się do dziewczynki, by lepiej się jej przyjrzeć. Kucała teraz na konarze, podpierając się chudymi rękami, wisiała prawie, głową w dół, jak polujący orzeł, wyczekujący odpowiedniego momentu do uderzenia w śmiertelnym dla upatrzonej ofiary ataku. 

Medicrios tymczasem wciąż się bawiła. Znalazła właśnie źródło, od którego płynął wąski strumyczek. Ugasiwszy wpierw pragnienie, puszczała w nim teraz włąsnoręcznie wykonane z patyczków i liści łódeczki, metodą prób i błędów usiłując zbudować niezatapialny model. 

Nagle usłyszała pohukiwanie jakiegoś ptaka, zdaje się puszczyka. Podniosła zaciekawiona głowę znad jednego z modeli swojej morskiej floty. Rozejrzała się po koronach okolicznych drzew. Zamarła. 

To rusałka zahukała, a dziewczynka właśnie ją ujrzała. Istota powoli zlazła z drzewa, znów głową do dołu, wczepiając się paznokciami dłoni w korę, zupełnie jak jaszczurka. Potem stanęła wyprostowana, z drobnymi stopami zanurzonymi w gęstym mchu. Medic wyrwało się westchnienie zachwytu, zupełnie zresztą słuszne. Choć sam sposób, w jaki istota zeszła z drzewa był dość przerażający, to teraz, gdy stała – a nawet to robiła z niesłychaną lekkością i gracją – wyglądała tak urokliwie, że choćby użyć tu wszystkich znanych człowiekowi słów określających piękno, to nie dałoby się odpowiednio opisać jej urody. 

Nimfa podeszła miękko i tanecznie do wciąż nieruchomej dziewczynki. Ukucnęła przed nią, uraczyła ją długim, wnikliwym spojrzeniem, po czym wzięła kilka z listków, które Medicrios nazbierała na łódeczki i złożyła z nich stateczek, który potem włożyła do strumyka. Razem siedziały, w milczeniu patrząc, jak konstrukcja płynie w dal, aż w końcu zniknęła im z oczu. Wtedy Medic znów przypomniała sobie o niesamowitej towarzyszce. 

– Jak masz na imię? – spytała z prostotą właściwą dziecku pewnemu, że uda mu się zaraz nawiązać nową przyjaźń. W przypadku Medicrios – pierwszą w życiu. 

Nie otworzyła nawet ust, ale dziewczynka zrozumiała, co mówi. 

– Ninali. 

 

* * * * * * 

 

Gaöithe przestał na chwilę bajać, przeciągnął się, bardziej przypominając w tym momencie kota, niż starego Eshu. Chwilowe milczenie spotkało się oczywiście z falą gniewu młodzieży i dorosłych siedzących u jego stóp i słuchających opowiadań. Dzieci odeszły od ogniska już parę godzin temu – nikt nie pozwoliłby im słuchać tej historii. Bo ona nie kończyła się dobrze i kolorowo. 

– Nuuu, już! – przerwał oburzone krzyki słuchaczy, po czym pociągnął łyk napoju z glinianego kubka i powiercił się chwilę na pieńku. 

– Otóż – podjął – Medicrios spotykała się z Ninali niemal codziennie. Jak już mówiłem, był to środek jesieni, ale w lesie zupełnie nie dało się tego wyczuć – to był gaj wiecznego lata, cały w świeżej, soczystej zieleni, pełen rozśpiewanych ptaków i dobrych zwierząt. Bawiły się wspólnie i nimfa bardzo szybko stała się dla osamotnionej Medic najlepszą przyjaciółką, z którą mogła dzielić sekrety, smutki i radości. Mijała jesień i nadchodziła zima – jak się miało potem okazać – najostrzejsza w całej znanej historii Irifroy. Ale las wciąż był ciepłą – nawet dosłownie – ostoją dziewczynki, której do jeszcze niedawna towarzyszyli tylko książki i nauczyciele. 

– Jesteście dorośli, co nieco pewnie już przeżyliście. Wiecie więc pewno, że należy się obawiać dobra, niemal tak samo jak należy obawiać się zła, bowiem każde dobro, które trwa zbyt długo, zostanie w końcu zastąpione podwójną ilością zła. Prędzej czy później. Zostawmy bajania umysłom dzieci i bądźmy racjonalni, choć ten jeden raz – nie spotkało się chyba żadne z was nigdy z odwrotną, niż przedstawiona przeze mnie sytuacją, prawda? W końcu każdy, nawet najpiękniejszy sen, w końcu zamienia się w koszmar. 

 

* * * * * * 

 

Medicrios! 

 

Obudziła się. Ktoś patrzył. 

 

Medicrios! 

 

Otworzyła oczy i usiadła na łóżku. Był środek nocy. 

 

Medicrios! 

 

Rozejrzała się. W otwartym oknie, którego firanę wiatr wywiewał na zewnątrz, siedziała w swoim zwykłym, niepokojącym przykucnięciu Ninali i nie odrywała od niej wzroku. Księżyc rzucał na dziczą skórę, okrywającą podłogę pokoju, plamę światła. Rusałka zauważyła, że dziewczynka się obudziła, więc poruszyła chudą, bladą dłonią w przyzywajacym geście. 

Medic nie była ani trochę zmęczona, mimo późnej pory. Coś kazało jej otwierać powieki najszerzej jak potrafiła, przyjaciółka ją wołała, choć nie wypowiadając nawet słowa, to bardzo głośno i dobitnie. 

Jak w transie wstała i podeszła do istoty siedzącej w oknie. Nimfa musnęła ją dłonią po twarzy, a potem zeskoczyła z framugi, miękko lądując na ziemi. Dziewczynka wychyliła się przez okno prosto w objęcia mroźnych powiewów i błędnym wzrokiem zaczęła szukać przyjaciółki. Zobaczyła ją, idącą już powoli i dumnie, wyprostowaną, jasno odcinającą się od oszronionej trawy. Zmierzała w kierunku lasu. 

Medicrios odepchnęła się rękoma od parapetu z nieprawdopodobną dla kogoś jej postury siłą i prędko przebyła całą długość pokoiku. Szła nienaturalnie wyprostowana, a jej rozpuszczone włosy płynęły za nią, jakby były pod wodą. Oczy miała puste, zimne i bezrozumne. Zeszła tak w zupełnej ciszy po drewnianych schodach. Wiszące nad nimi portrety przodków wiodły za nią przerażonymi spojrzeniami. Gdzieś w okolicy drugiego od dołu schodka upadła bezwładnie, zupełnie jak zrzucona z wysokości szmaciana lalka. Po pustych, wypełnionych milczeniem korytarzach poniósł się huk. Dziewczynka nie wstała. Jakaś siła uniosła ją i zaczęła nieść w kierunku drzwi wyjściowych tak, że gdy płynęła w powietrzu, jedna z jej stóp ciągnęła się po podłodze. 

Wyniosło ją w zimową, księżycową noc w samej koszuli nocnej. Z nieba zaczął sypać pierwszy tego roku śnieg. Na zewnątrz owe coś postawiło ją znów na ziemi. Szła teraz dalej, za Ninali. 

 

* * * * * * 

 

Stała na skraju polany. Od lasu przed nią wiało mrokiem. Wszystko zresztą było zupełnie ciemne. Las zdawał się sięgać po nią, nawoływać, zaborczo przyciągać w swoją stronę. Widziała, jak jego macki wyciągają się w jej kierunku, próbując ją chwycić. Strach wbijał ją w ziemię, paraliżował, wyciskał ostatki powietrza z płuc. Nagle granica zaczęła się zbliżać, zostawiając za sobą czarną smugę. Otoczyło ją ciemne, gęste powietrze. Gwizdało jej w uszach. Usłyszała szepty. Głosy mówiły o złych rzeczach. Bardzo, bardzo, bardzo paskudnie złych rzeczach. Spróbowała zasłonić uszy dłońmi i zacisnąć oczy, ale nie mogła się poruszyć. Przez tę krótką chwilę zobaczyła swoje miejsce zabaw takim, jakie było naprawdę. 

Nagle, jakby przy cięciu noża, obraz się rozmył. Znów stała na skraju „swojego" lasu. Znów było świetliście, zupełnie ciepło i całkiem pogodnie. Słyszała świergot ptaków, szum deszczu i cichy, nieśmiały śpiew nimf. Postąpiła z trudem kilka kroków i weszła do lasu. Tam osunęła się na śliski pień zwalonego drzewa, zadarła głowę w kierunku nieba i zaczęła tępo wpatrywać się w rozmyte korony drzew. Poczuła nagłe zimno, po drobnych ramionach okrytych tylko porwaną koszulą nocną, przebiegły jej dreszcze. Czemu dreszcze? Przecież tu jest ciepło i miło. I gdzieś tu chowa się Ninali! Gdzie jest Ninali? A potem jej świadomość, niby ostry kolec róży, przeszył ból. Spojrzała w dół. Zakręciło jej się w głowie, a przed oczyma zatańczyły mroczki. Zbladła i odwróciła wzrok. 

Nie chciała widzieć paskudnej, poszarpanej rany pokrywającej prawie całe jej podbrzusze. Ani koszuliny przesiąkniętej gorącą krwią. Przycisnęła dłoń do brzucha, a po jej policzkach spłynęły łzy. 

– Czemu, Ninali? 

Drzewa zaszumiały, jakby w odpowiedzi. 

 

* * * * * * 

 

– Medicrios! 

Ojciec wypadł z dworku, prosto w sam środek zamieci, przekroczył bramę, na szybko naciągając gruby, puchowy płaszcz. Przeskoczył zaspę, omal nie upadł, poślizgnąwszy się na oszronionej trawie. Poczuł, że eleganckie buty przemakają, dopuszczając chłodną wodę do skarpet. 

– Medic! 

Przystanął na środku łąki. Z jakiegoś powodu wcześniej wiedział, dokąd iść, dokąd udała się córka. Przedtem coś ciągnęło go jakby w tym kierunku, jak za cienką żyłkę, którą mógł być otoczony w pasie. A teraz nagle przestało. Czemu, Ninali? 

Rozejrzał się i zawołał raz jeszcze. Odpowiedział mu śpiew ptaków. Daleki, odległy i stłumiony świstem zamieci, dobiegający gdzieś zza niego. Obejrzał się. Za nim, niezmiennie, odkąd sam był dzieckiem stał las. Ten, który kiedyś wydawał mu się gęsty, ale świetlisty, przepełniony życiem i wręcz w jakiś sposób magiczny, teraz był ciemny, nieprzystępny i wrogi. Wiało od niego chłodem i śmiercią. 

Nagle, jakby z powiewem wiatru jego obraz na chwilę się zmienił. Marx zobaczył jak przez przejrzystą wodę strumienia postaci pomiędzy drzewami. Sylwetki poruszały się z lekkością, sunąc nad miękkim mchem o żywym kolorze, gładko wirując wśród wysokich traw. Tańczyły, jak ludzie weselący się w dawne noce Belleteyn. 

A potem znów zobaczył martwotę, to przyprawiające o dreszcze na plecach i ramionach paraliżujące przerażenie. 

– Medic! 

Zamieć, choć w pierwszym odruchu można by stwierdzić, że to już niemożliwe, nasiliła się jeszcze bardziej. Marx naciągnął na dłonie brązowe, skórzane rękawiczki i osłonił oczy ręką. Wiedział, że teraz wołanie córki nie odniesie już żadnego skutku. Postawił kołnierz i ruszył do lasu, przedzierając się przez burzę śnieżną i jeszcze wyższe niż wcześniej zaspy. 

 

* * * * * * 

 

Słyszała świergot ptaków, śpiew wróżek, szum drzew i szemranie strumyka jak przez mgłę. Odjęła od podbrzusza wcześniej przyciśniętą do niego dłoń. Ściekała z niej jasna, gorąca krew. A wokół unosiła się para – zupełnie jak ta, która wydostawała się z otwartych ust na mrozie. 

– Ninali! – zawołała płaczliwym, żałosnym głosem, pełnym nadziei i zaufania tak, jak tylko potrafi wołać głos dziecka, które nie rozumie jeszcze, że zostało zdradzone – Ninali, pomóż mi! 

Usłyszała, że z drzewa na skraju lasu ptaki podniosły się do lotu. Po chwili zobaczyła je na niebie nad sobą, w szczelinie między koronami. Potem coś poruszyło się w krzaku nieopodal. 

– Ninali? 

Spróbowała wstać, ale kolana się pod nią ugięły, a podbrzusze ukłuło okropnym, rwącym bólem. Spadła z pieńka na ziemię. Z początku siedziała tylko, podpierając się jedną ręką, która piekła, jakby zanurzona w lodowatej wodzie. Ale ona leżała w tej pięknej zielonej trawie, nie w wodzie, na pewno! 

A potem zobaczyła kobietę. Biło od niej biało-niebieskie światło. Była naga, a całe jej ciało pokrywały wymyślne wzory, które w pierwszej chwili skojarzyły się Medicrios z tymi, które oglądała w książce o ludziach, żyjących w dżungli. Zjawa podeszła do niej i wtedy dziewczynka zauważyła coś, co wcześniej umknęło jej uwadze – dotychczas nieskazitelną, piękną twarz, teraz szpeciła brzydka blizna, ciągnąca się przez całą jej długość – od czoła po lewej stronie, przez nos, na koniec urywając się nagle przed obojczykami po prawej. 

– Ninali? – wyszeptała chrapliwym głosem; kobieta była już tak blisko, że gdyby wyciągnęła rączkę, mogłaby dotknąć jej ramienia. 

Zjawa nie odpowiedziała. Zamiast tego usiadła obok niej i objęła ją ramieniem. Przycisnęła lekko do siebie i pociągnęła w dół. I gdy już tak leżały na zielonej trawie wtulone w siebie, Duch zaczął śpiewać. Śpiewał ślicznie. Medicrios nie znała języka, w którym brzmiała piosenka, ale rozumiała ją. To była kołysanka. 

Dała się utulić, ukołysać. Mamiło ją ciepło ciała kobiety i bijący od niej zapach polnych kwiatów i lasu. I kiedy zamknęła oczy, opiekunka złożyła na jej czole jeden, jedyny słodki pocałunek. Tak jak jej mama, ale dawno, dawno, bardzo dawno temu. 

 

* * * * * * 

 

Znalazł ją tej samej nocy, zupełnie zimną i bladą, zamarzniętą wśród umarłego jak ona lasu. Padł przed nią na kolana, złapał za lodowatą rączkę i zaczął płakać tak, jak płakać może tylko ojciec nad swoją martwą córką. 

 

* * * * * * 

 

Dzisiaj dom stoi w ruinie. Widzisz? Gdy wchodzisz, nie witają cię wesołe okrzyki służby, ani gwar. Wita cię potępieńcza gra wiatru na wyszczerbionych basztach. Witają cię postrzępione firany wyzierające z rozklekotanych na wietrze okiennic. Witają cię krzyki kruków. Witają cię zaniedbane kikuty połamanych drzew. Spójrz, w tym miejscu kiedyś był sad. 

Jeśli przejdziesz przez niewielką, drewnianą furtkę i dalej pokierujesz się wydeptaną polną ścieżynką, idąc przed siebie przez jakiś czas, znajdziesz się na polanie na skraju lasu zastygłego jakby w zimie. Możesz się w niego śmiało zagłębić, chcesz? Paręnaście kroków za źródełkiem z przymarzniętymi do wody łódeczkami z oszronionych liści i patyczków, znajdziesz stary buk. Wtedy skręć w lewo, a po chwili zobaczysz arcydzieło natury – dwa rozpaczliwie zlodowaciałe posągi. 

A jeśli jesteś pełen odwagi i nie boisz się spędzić w starym dworzyszczu nocy lub chociaż odrobinę dłuższego momentu... zapraszam. Po jakimś czasie ukażą ci się zjawy dawnych mieszkańców. Jeśli chcesz, możesz z nimi porozmawiać, widzisz? Zupełnie jak z ludźmi! To w gruncie rzeczy dobre duchy, dość przyjazne. Ale potem, trochę spóźniona – lecz lepiej późno niż wcale, czyż nie? – przywita cię mniej serdeczna Pani Śmierć. 

 

* * * * * * 

* * * * * * 

 

Hej, kochany czytelniku! To mój pierwszy tekst opublikowany tutaj. Mam nadzieję, że przypadł Ci do gustu (a nawet jeśli nie, to i tak bardzo chętnie Cię wysłucham, jeśli chciałbyś mi coś o nim powiedzieć). Zamieć... napisałam jesienią 2017 roku na międzynarodowy konkurs odbywający się w moim mieście. Nie zostałam niestety doceniona przez jurorów, ale od kilku innych osób zdarzyło mi się usłyszeć, że nie jest zły. Niech więc rynek zweryfikuje :P 

PS: Przepraszam okrutnie za obecność dywizów zamiast pauz w tekście - z jakiegoś powodu nie mogę ich podmienić :mamdosc:


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Zdzisław i 3 gości