Zachęcamy do czytania naszych poradników!

Sny o Ninie #8

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Hollow
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 22
Zobacz teksty użytkownika:

Sny o Ninie #8

Post#1 » 17 lip 2019, o 12:40

Rozdział 11  

 

Niedziela w domu rodzinnym Artura, jak zwykle, zaczynała się od mszy o godzinie ósmej. Młodzieniec nie wspominał rodzicom o swoim głębokim ateizmie. Nigdy nie miał ochoty tłumaczyć swoich racji, które i tak nie zostałyby zrozumiane. Poza tym, wzniosłe i pozbawione sensu kazania dostarczały mu kolejnych argumentów za tym, że religia służyła do indoktrynacji spragnionego pocieszenia społeczeństwa. Chłopak siedział więc między swoimi rodzicami w drugim rzędzie drewnianych siedzisk. Przed sobą miał podstarzałe małżeństwo, cuchnące moczem i naftaliną, za sobą zaś parę w średnim wieku, z kwilącym dzieckiem, pięcio lub sześcioletnim. Aranżacja wnętrza kościoła była jedyną ulgą w coraz bardziej doskwierającym studentowi rozdrażnieniu. Ściany i filary pokryto farbą w kolorze świeżej mięty, która ładnie kontrastowała ze złotymi wykończeniami ołtarza i skrzydłami rzeźbionych aniołów. Dość kiczowatym elementem była figura Matki Boskiej, stojącej nad ogromnym tabernakulum. Jej aureolę wykonano z drucianego pierścienia, na który zapleciono choinkowe światełka. Tło za posągiem podświetlono lampą ultrafioletową, co pewnie miało imitować niebo, jednak wyglądało tandetnie. W efekcie, Maryja sprawiała wrażenie ekskluzywnej stripteaserki, wyjętej z szyldu reklamującego ponury klub nocny. W kościele zabrzmiały mosiężne dzwoneczki i do ołtarza podszedł ksiądz, przy akompaniamencie organów i kobiecego głosu, który śpiewał psalm „Bliskie jest Królestwo Boże”. Bachor z tyłu oczywiście zaczął drzeć się wniebogłosy. Zebrani wierni, natomiast, podchwycili pieśń, prezentując jeden z najbardziej irytujących elementów nabożeństwa. Z założenia kościół miał być miejscem, w którym ludzie jednoczyli się w modlitwie i adoracji. Już na samym początku mszy stawało się jasne, że była to kolejna patetyczna bujda. Tłum nie potrafił śpiewać w jednym tempie, więc gdy z przodu świątyni zwrotka kończyła się, z tyłu była dopiero w połowie, w środku natomiast ludzie zupełnie przypadkowo podejmowali rytm jednej z rywalizujących stron. Żadna z nich ani myślała przerwać swój pełen fałszu jazgot, żeby dopasować się do pozostałych. Arogancja i upór znany z codziennego życia nie zamierał w chrześcijańskich sercach nawet w obecności Najświętszego Sakramentu. Artur konsekwentnie milczał, nie chcąc dołączyć do chóru hipokrytów, krzywiąc się co i rusz, na dźwięk szczególnie wysoko i nieudolnie wyciągniętego falsetu jakiegoś zapijaczonego prawnika, lub nieumyślnego vibrato euforycznej babciny, która tłukła po rękach nieposłuszne wnuki. – Na miejscu boga, gdybym to usłyszał, spuściłbym kolejny potop, albo rozpierdolił ten groteskowy grajdołek deszczem ognia i siarki. – Pomyślał młodzieniec, z ulgą przyjmując koniec psalmu.  

- Ofiary zbierane podczas dzisiejszej mszy świętej będą przeznaczone na ogrzewanie naszej wspaniałej świątyni. – Oświadczył uroczyście kapłan, szczękając przy tym zębami spod wysokiego kołnierza grubego polaru. Przy każdym wypowiadanym słowie, z jego ust wydostawały się obłoki pary, ulatujące ku owalnemu sklepieniu głównej nawy, jak zaklęte modlitwy o szybkie nadejście wiosny. 

Kazanie rozczarowało Artura. Pomarszczony, w połowie łysy, w połowie siwy ksiądz seplenił o zepsuciu współczesnego społeczeństwa, powodowanego pornografią, antykoncepcją i aborcją oraz robieniem zakupów w niedziele. Unosił donośnie głos, ostrzegając, że jedynie powrót w czułe objęcia wyrozumiałego Chrystusa pozwoli przywrócić poprawne moralnie tradycje i dawną kulturę. Głównie jednak, straszył piekłem, które to mniej wyrozumiała część Świętej Trójcy przygotowała dla plugawych grzeszników. Młodzieniec patrzył na pianę toczącą się z ust kapłana, zastanawiając się przy tym, jaką wartość ma dobro czynione ze strachu. Czy można nazwać je jeszcze dobrem, czy już zwykłym tchórzostwem. Oczywiście teoretycznie głównym motywatorem chrześcijanina miała być wizja wiekuistej nagrody w niebie oraz bezgraniczna miłość do bliźniego, ale Artur nie miał złudzeń, że strach przed potępieniem był o wiele skuteczniejszą incentywą. Swoją drogą, Kościół stosował bardzo sprytną sztuczkę, utożsamiając źródło wszelkiego zła z szatanem. Dawało to ludziom wiarę, że faktycznie grzech nie jest ich integralną częścią, nieodzownym fragmentem każdego człowieczego jestestwa, ale że pochodzi z zewnątrz, z jakichś niewyobrażalnych ognistych czeluści, wypełnionych niemilknącymi jękami legionów straconych dusz. Niezbyt wysublimowane, aczkolwiek skuteczne i zgrabne zabiegi psychologiczne, mające przesłonić oczy rozmodlonych idiotów bielmem iluzorycznego przeznaczenia zbawieniu. Artur tak się zamyślił, że dopiero kościelny szeleszcząc banknotami w tacy, wyrwał go z transu. Student jedynie przelotnie pomyślał ile leków na nadciśnienie i cukrzycę ci durni staruszkowie mogliby kupić za wyrzucone pieniądze. Bardzo szybko doszedł do wniosku, że udar i kwasica ketonowa mogą skutecznie podwyższyć średni iloraz inteligencji… Chociaż współczesna mu młodzież obniżała go jeszcze bardziej. – Gdyby tylko Hitler obrał za cel idiotów, a nie Żydów…- Rozmarzył się Artur, dorzucając zmarzniętą dłonią pięć złotych do funduszu grzewczego.  

Przez resztę mszy młodzieniec coraz mocniej zaciskał pięści i niemal słyszalnie zgrzytał zębami. Zimno wcale nie zapobiegało rozprzestrzenianiu się smrodu starców z ławki przed nim. W zasadzie, wydawać się mogło, że zaczęli się rozkładać podczas modlitwy „Ojcze nasz”. Przy każdym dźwięku organów dziecko z tyłu prezentowało swój popisowy wrzask. Artur lubił krzyk jako pierwotną formę ekspresji emocji, nieskrępowaną i pełną uczucia, ale bachorowi do Corey’a Taylora wiele brakowało. Chłopak miał wielką ochotę upomnieć rodziców aspirującego wokalisty heavymetalowego, jednak sądząc po ich słodziutkich „Ciiiiii” lub „Nie wolno tak krzyczeć w kościółku, Wojtusiu”, byli oni zwolennikami bezstresowego wychowania, czyli braku wychowania w ogóle. Tuż przed udzieleniem komunii, z kolanami na klęczniku, czując się jak zgarbiony w przepraszającym geście murzyn na polu bawełny, Artur usłyszał za sobą jazgotliwy głos małego Wojtusia. 

- Tatusiu, a dlaczego ten pan ma takie długie włosy? 

- Bo widocznie takie lubi mieć, synku. – Odparł szeptem ojciec dziecka. 

- Wygląda jak dziewczynka. – Zawyrokował bachor. 

Młodzieniec przez ułamek sekundy był pewien, że chwyci smarkacza za niewyparzoną mordę i rzuci nim prosto w kamienny ołtarz, powracając do starotestamentalnej tradycji składania żywych ofiar. Oczywiście nie mógł tego zrobić. Uspokoił się więc, przepuścił siedzącą po jego prawej stronie mamę, żeby mogła pójść do najświętszego sakramentu. Ku szczęściu Artura, rodzice Wojtusia również udali się w kierunku kapłana ze złotym kielichem. Student odwrócił się szybko i przeszył bezczelnego smarkacza wzrokiem, który rezerwował jedynie na okazje specjalne. Przelewał wtedy w swoje źrenice cały ból, samotne cierpienie i tęsknotę, a także nienawiść do rodzaju ludzkiego z sobą na czele. Wszystko to gotowało się w jego gałkach ocznych, tworząc żrący roztwór, który niczym magiczny eliksir odstraszał nachalnych rozmówców, odwracał ciekawskie spojrzenia i zamykał zbyt rozentuzjazmowane usta. Małego Wojtusia natomiast, przyprawił o grymas przerażenia, a następnie o rozdzierający płacz, z którym malec, usmarkany nieomal po czubki bucików, popędził do rodziców. Artur zaś, usadowił się wygodnie na swoim miejscu. Co prawda nie poprawił harmonii chóru głosów w kościele, jednak przyprawił go o coś faktycznie prawdziwego w tej, doprawdy, tragikomicznej szopce kłamstw i pozorów.  

Po skończonej mszy i wizycie na cmentarzu, Artur wraz z rodzicami wrócił do domu. Młodzieniec, tradycyjnie, włączył czajnik elektryczny i sięgnął do szafki przy lodówce, wybierając przy tym odpowiednią herbatę. Mama studenta w tym czasie smażyła jajka sadzone i krzątała się przy nakrywaniu do stołu. Wspólne śniadanie w niedzielny poranek zawsze stanowił swego rodzaju ceremonię w domu Artura. Chłopak zawsze lubił te posiłki. Miały w sobie coś ulotnie przyjemnego, chociaż zwykle spożywane były w milczeniu. Zapach jajek, świeżych bułek i gorącej herbaty zawsze dawał poczucie bezpieczeństwa i rodzinnego ciepła. Atmosfera ta jednak spływała razem z resztkami jedzenia z talerzy, ponieważ zaraz po śniadaniu Artur myślał już o zbliżającej się konieczności powrotu do Łodzi, a tym samym, do wszystkich wspomnień związanych z tym miastem. Perspektywa ta skutecznie pozbawiała młodzieńca zwiewnego uśmiechu, który pojawiał się nieśmiało na jego twarzy, kiedy wspólnie z tatą oglądał telewizję na kanapie w salonie. Student coraz częściej zastanawiał się nad rzuceniem uczelni i wyprowadzką. Problem w tym, że nie potrafił wyobrazić sobie innej przyszłości, niż związanej z zawodem lekarza. Szkoda mu było też lat już poświęconych tym studiom. Przeniesienie się do innego miasta również nie wchodziło w grę, ponieważ Artur uwielbiał Łódź, nawet mimo wszystkich bolesnych myśli, zapisanych w muralach i rozkładach jazdy na przystankach tramwajowych. Byli tam też jego przyjaciele, których nie był w stanie zostawić. Z tych względów, herbata nagle przybrała gorzki smak w ustach studenta, który odniósł pustą szklankę do kuchni i udał się na piętro, żeby zacząć się pakować. 

Pociąg odjeżdżał o godzinie piętnastej trzydzieści, więc Artura przed wyjazdem czekał jeszcze rodzinny obiad. Świadczyły o tym cudowne aromaty, które ulatniały się z bulgoczących garnków i penetrowały każdy zakamarek domu, kusząc jego mieszkańców i pieszcząc ich nozdrza. Goździki, cynamon i ostra papryka łączyły się z rodzynkami w pachnącym sosie wołowym. Marchewka, pietruszka oraz por i seler z odrobiną lubczyku, zapowiadały rosół. Kilka minut po dwunastej przyjechała babcia Artura. 

- Dzień dobry! – Powiedziała starsza kobieta, po czym zachichotała głupkowato, czego młodzieniec szczerze nie cierpiał. 

- Cześć, babciu. – Odpowiedział młodzieniec, odbierając futrzany płaszcz i wieszając go szafie. Potem wyjął z dolnej szuflady puchate kapcie i podał kobiecie.  

- I jak tam? Będą cię czymś męczyć w przyszłym tygodniu na tej uczelni? – Zapytała staruszka, przymilnym głosem, jakby zwracała się do głupawego dziecka, lub wyjątkowo małego psa.  

- Mam jakieś zaliczenie w piątek. Nic wielkiego, dam radę. Jak zwykle. – Odparł student. 

- No wiem, że świetnie sobie radzisz. Dzięki Bogu! – Podsumowała kobieta, nieomal doprowadzając Artura do furii. Jego rodzina miała w zwyczaju dziękować właśnie bogu za sukcesy młodzieńca. Zupełnie, jakby godziny spędzone na zajęciach w szpitalach i noce zarwane przy opasłych podręcznikach nie miały nic wspólnego z uzyskiwaniem wysokiej średniej. Wystarczyło dzień przed egzaminem zmówić paciorek za łatwe pytania albo dobry humor kadry profesorskiej, a Palec Wszechmogącego naprowadzi długopis w rękach wnuczka na właściwe odpowiedzi. Student nie skomentował tej wypowiedzi i zajął się nakrywaniem do stołu w salonie, żeby zająć czymś ręce, które zaczynały mu drżeć ze złości.  

Obiad przebiegał jak zwykle, to znaczy mama Artura uwijała się, biegając pomiędzy kuchnią i salonem, babcia cmokała z zachwytu nad wykwintnymi potrawami, a tata młodzieńca narzekał, że tradycyjne polskie ziemniaki zastąpił jakiś imigrancki kuskus. Student nosił talerze i półmiski, starając się nie myśleć o powtarzalności tej atmosfery, która była znana, swojska i budująca, ale jednocześnie męcząca i dołująca.  

- Och, nie musiałaś tyle tego przygotowywać. Kto to wszystko zje? Nie masz nic z tej niedzieli. Od rana tylko przy garnkach! – Ubolewała babcia, chociaż sama, kiedy zapraszała gości, szykowała ilości jedzenia odpowiednie dla drużyny wygłodniałych partyzantów.  

- A komu mam gotować, jeśli nie wam? Przecież to sama przyjemność, jak coś zrobię i wam smakuje. – Oponowała mama, nakładając sobie na talerz sałatkę z gruszką.  

- No ale w niedzielę powinnaś odpocząć. Cały tydzień praca, a jeszcze dzisiaj gotowanie… 

- Dobrze, za tydzień zamówimy pizzę i przestaniesz marudzić. – Ucięła poirytowana gospodyni. 

- Nie ma ziemniaków? – Zapytał tata, krojąc apetycznie wyglądający kawałek parującej wołowiny w gęstym sosie. 

- Jest kuskus. Nałożyć ci? 

- No daj. – Stwierdził mężczyzna z delikatnym grymasem na twarzy. 

- Kasza jest zdrowa. Poza tym, mówiłeś, że lubisz kuskus. I pasuje do mięsa. – Ciągnęła mama, racząc męża dużą porcją kaszy. 

- No lubię… 

- No właśnie. 

- …ale wolałbym ziemniaki. – Burknął tata Artura pod nosem. Młodzieniec próbował stłumić śmiech i zakrztusił się kawałkiem papryki z sałatki. Tak było przy każdym obiedzie. Student czasami nawet zastanawiał się czy mógłby w jakiś sposób stłumić u siebie odruch kaszlu i udusić się kawałkiem jedzenia w jednej z takich sytuacji. W końcu śmierć ze śmiechu, chociaż mało wzniosła, wydawała się dużo przyjemniejszą perspektywą niż inne opcje, które rozważał. 

Po posiłku, babcia przeniosła się na kanapę i czytała jedną z wielu gazet, leżących pod ławą. Artur wraz z mamą przygotowywali deser owocowy, a tata odpowiadał za parzenie kawy. Mężczyzna nie miał zdolności kulinarnych, które wykraczałyby poza położenie plastra żółtego sera na przekrojoną bułkę, lub przyrządzenie mizerii, jednak kawę robił pierwszorzędną. Student wiele razy robił napój w tej samej kawiarce, z tych samych ziaren i w tych samych proporcjach, ale nigdy nie udało mu się osiągnąć takiego efektu. Idealnie mocna, delikatnie gorzkawa, przełamana niewielką ilością cukru i z perfekcyjnie spienionym mlekiem na wierzchu, wychodziła jedynie z twardych jak drewno dłoni jego ojca. Na co dzień zdystansowany i nawet odrobinę chłodny mężczyzna, okazywał swoją głęboko ukrytą, wrażliwą cząstkę właśnie w takich momentach, kiedy w pełnym skupieniu, z ledwie dostrzegalnym uśmiechem robił coś dla przyjemności swojej rodziny. Niosąc tacę z parującymi filiżankami, zawsze promieniał dumą, jakby boski aromat kawy miał stanowić ucieleśnienie jego uczuć, które nie zawsze potrafił wyrazić. Artur wziął łyk naparu, rozkoszując się wyczekiwanym smakiem i spojrzał przelotnie na zebranych. Babcia, rozparta w fotelu, patrzyła na jedynego wnuka tym denerwującym, rozmarzonym wzrokiem, jakby widziała go po raz ostatni i chciała zapamiętać każdy szczegół. Mama, z pucharkiem pełnym owocowego musu, zastanawiała się na głos czy nie powinna dodać więcej cukru, zupełnie jakby wysiłek i oddanie, z jakim dbała o najbliższych, nie były dość słodkie. Tata, zapatrzony w transmisję skoków narciarskich w telewizji, częścią myśli zapewne odlatywał w kierunku jutrzejszego dnia, wypełnionego pracą. Młodzieniec nabrał w nozdrza mieszaninę domowych zapachów, z którymi wkrótce miał się pożegnać na kolejne dni. - Kocham was. – Powiedział w myślach do swoich najbliższych, nie chcąc mącić tej przyjemnej, gościnnej ciszy.  

 

Rozdział 12  

 

Z chwilą ruszenia pociągu z dworca, całe poczucie bezpieczeństwa i domowego komfortu opuściły Artura, zostając za drzwiami wagonu. Sceneria za oknem, przesuwająca się coraz szybciej w rytm nasilającego się hałasu, oblana zimnym, jesiennym światłem, była wyjątkowo przygnębiające. Ogołocone z liści drzewa zdawały się rozczapierzać gałęzie ku niebu w błagalnych gestach, o szybkie nadejście wiosny. Blaknąca zieleń trawy na łąkach również miała w sobie coś dołującego. Świadomość rytmu pór roku zdawała się być bezpodstawnym mitem, jakąś niepewną przesłanką. Świat, na oczach młodzieńca, umierał z braku ciepła i wyglądał zupełnie, jakby miał nigdy się nie odrodzić. Student poczuł jak zalewa go… Właściwie co? Czym było to przyprawiające o dreszcze uczucie? Tęsknota? Artur tęsknił za Nią od dawna i znał bardzo dobrze ten stan udręczonej duszy. Smutek z powodu wyjazdu? To nigdy mu się nie zdarzało. Lubił mieszkać sam, a nieustanna obecność innych osób w zasięgu głosu zawsze zaczynała go w końcu irytować. Melancholia również nie miała wobec młodzieńca ukrytego oblicza. Przez bardzo krótki moment Artur miał ochotę włożyć słuchawki do uszu i zagłuszyć dręczące go myśli, jednak powstrzymał się. Zdawał sobie sprawę, że nie da mu to spokoju i musi się skonfrontować z własnym umysłem. Chłopak czuł… Czuł… Nic. Świadomość, że nie odczuwanie niczego jest najsilniejszym i najstraszniejszym uczuciem, z jakim chłopak się spotkał, uderzyła go z siłą klubowego bramkarza. Młodzieniec wziął kilka głębokich oddechów i uspokoił rozpędzone nagle tętno. Wyrzucił tabletki. Spłukał swój jedyny sposób na spotkania z Nią w kiblu, jak przesycone alkoholem wymiociny. Zachował się jak tchórz, niezdolny do odrobiny poświęcenia, żeby przedrzeć się przez przerażające nocne mary i znaleźć Ją pośród nich. Z drugiej strony… Cóż mógł tak naprawdę zrobić? Życie przeszłością było niemożliwe, a doprowadzające do obłędu próby przemycenia jej do teraźniejszości – po prostu głupie. To było tchórzliwe. Dalsze życie, pochowanie dawnych demonów i próba rozpoczęcia wszystkiego od nowa – tym jest odwaga. - Chciałaby, żebym nie zatrzymał się razem z Nią. – skonstatował w duchu Artur. Ta właśnie myśl odrobinę poprawiła humor młodzieńca i pozwoliła mu przez resztę podróży na odrobinę relaksu przy muzyce. 

Wysiadając z taksówki przed bramą osiedla, Artur mimowolnie uśmiechnął się. W czasie jazdy z dworca w cuchnącym samochodzie, młodzieniec naprawdę zaczął wierzyć, że może uda mu się pogodzić z Jej odejściem. Po raz pierwszy od wielu miesięcy potrafił pomyśleć o przyszłości, zbliżającej się specjalizacji, miejscu, w którym chciałby wybudować dom. Te, dla większości ludzi, zupełnie codzienne rozterki, dla studenta stanowiły odmianę tak wielką, że wydawały mu się nieomal zupełnie nowe. Napędzany świeżą motywacją, Artur chwycił mocniej walizkę, poprawił ułożenie paska plecaka na ramieniu i pomknął w kierunku swojej klatki schodowej. Drogę na czwarte piętro pokonał pieszo, nie zwracając uwagi na windę. Już w połowie drogi nałogowy palacz z trudem łapał oddech, aczkolwiek nie przeszkodziło mu to w ukradkowym śmiechu, którego nie mógł opanować. W końcu, dyszący i uśmiechnięty, Artur dotarł pod drzwi swojego mieszkania i przekręcił klucz w zamku. Za nimi czekał, siedzący na środku korytarza, Ból. 

- Hej! – Zawołał wesoło. – Tęskniłeś za mną? – Dodał, kucając obok kocura i wyciągając ku niemu dłoń. 

- Coś ty zrobił? – Zapytał kot spokojnym głosem, w którym wyrzut i gniew były silniejsze od szoku, który ogarnął studenta. 

Mieszkanie Artura, na przestrzeni lat, było świadkiem wielu różnorodnych sytuacji. Różnokolorowe ściany poszczególnych pokoi, gdyby zdolne były do artykułowanej mowy, lub jakiejkolwiek innej formy komunikacji, po zapadnięciu zmroku mogłyby godzinami opowiadać o zaobserwowanych perypetiach. Delikatnie oświetlone nieprzyjemnym, pomarańczowym blaskiem ulicznych latarni, szeptałyby w swoim własnym, wygładzonym tynkiem języku, snując opowieści o płomiennych romansach i dramatycznych kłótniach, dzikich studenckich imprezach i smutnych spotkaniach przerażonych przyszłością młodych mężczyzn. Wymieniając te historie, ściany zapewne uznałyby, że w ich obecności wydarzyło się już wszystko. Biorąc pod uwagę, że ich świat był tak mały, nie było to dalekie od prawdy. Tamtego dnia jednak, salon doświadczył sceny zupełnie nowej. Właściciel siedział po turecku na jednym końcu kanapy, a naprzeciwko, na drugim końcu, miejsce zajmował czarny kot. Wpatrzone w siebie postaci rozmawiały, jedna głosem ściszonym i wycofanym, jakby zza niewidzialnej bariery, mającej ją chronić, druga zaś odzywała się pewnie i zdecydowanie, ale przy tym dość łagodnie, jak zdenerwowany, ale wyrozumiały ojciec. 

- Postaram się zapomnieć o twoim wybryku. Rozumiem, że jest to dla ciebie szok. – Powiedział kocur, przeciągając się. – Wracając jednak do tematu… Dlaczego to zrobiłeś? – Zapytał Ból, nie spuszczając z Artura przeszywającego wzroku. 

- Sny robiły się coraz gorsze. Nie dałbym rady… – Młodzieniec przemawiał z trudem, jakby na krtani usiadł mu spasiony nastolatek, zwany wstydem. – Nie dałbym rady tam wracać wiedząc, co mnie czeka. Ta krew, te obrazy, wspomnienia… Przede wszystkim wspomnienia. To wszystko strasznie bolesne. Oszalałbym. 

- Uważasz się więc za osobę w pełnym zdrowiu umysłowym? – Zadrwił kocur, ponownie chichocząc. – Nie mów mi swoim o bólu. Wiem o nim wszystko. Wiem też, że nie boisz się bólu. Boisz się rzeczywistości, która cię otacza. Wszystko co widzisz, z każdym dniem coraz bardziej gnije, rozpada się, toczone ludzką gangreną. Patrzysz z obrzydzeniem na świat zainfekowany najniebezpieczniejszym wirusem, którym jest Homo sapiens. Boisz się, bo nie potrafisz temu zapobiec. Boisz się, bo masz wrażenie, że tylko ty to dostrzegasz, a nie chcesz potulnie maszerować w otchłań z tym potokiem ślepych idiotów. Mimo to, prąd cię porywa. – Ból przerwał tyradę, aby pozwolić Arturowi na przyznanie przed samym sobą, że kot miał absolutną i niezaprzeczalną rację. Młodzieńca znów napadły mdłości, a usta wypełnił smak żółci. – Z tego też powodu, jesteś głupi. Kompletnie durny. Jak wyrzuciłeś te tabletki myślałem, że ci twarz rozszarpię, kiedy tu wejdziesz. Naprawdę. Masz ucieczkę. Masz lepszy świat. Lepszy. Świat. To twój mózg. Możesz w nim robić co chcesz. Wszystko! Taki potencjał… – Ton głosu kota, z niemal dostojnego, zaczął się zmieniać w maniakalny. Słowa wylewały się z jego pyska obsesyjnie wylewanym potokiem. Ból produkował się, nakręcając coraz bardziej, ale Artur na moment odpłynął myślami kilkanaście minut wstecz. Z jakiegoś powodu widział niedawno minione sceny z perspektywy osoby trzeciej, obserwując siebie samego, zrywającego się z klęczek w szoku. Patrzył na zdezorientowanego osobnika, który przypominał dziecko, któremu rodzice oznajmili, że Święty Mikołaj nie jest prawdziwy. Podążył za swoją rozedrganą sylwetką na balkon, z lekkim zażenowaniem przyglądając się swoim drżącym rękom, nieudolnie starającym się zapalić papierosa, chwiejącego się pomiędzy suchymi wargami. Kot również towarzyszył młodzieńcowi, wskoczywszy na wąską balustradę. Artur nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego postanowił zrzucić stworzenie z czwartego piętra. Prawdopodobnie jego spanikowany umysł uznał to rozwiązanie za najbardziej rozsądne, w obliczu zwierzęcia przemawiającego do niego wielokrotnie złożonymi zdaniami. Niestety, zanim zdążył wychylić się za barierkę balkonu, aby obejrzeć efekty dokonanej zbrodni, Ból siedział już na parapecie za jego plecami, prosząc uprzejmie, a jednocześnie dobitnie, aby więcej nie próbował tak brutalnych rozwiązań wobec zaistniałej sytuacji. Chłopak spojrzał na papierosa, który wypadł mu z ust. Żar uderzył o płytki balkonu, rozpryskując się milionem iskier, które rozjarzyły się czerwono, jak przed chwilą jego nadzieja, że jednak śni i podobnie jak ona, zgasły momentalnie. 

Artur błąkał się niespokojnie po pomieszczeniach mieszkania, próbując opanować równie rozbiegane myśli w jego głowie. Ból przechadzał się za nim leniwie, przyglądając się ciekawie i z pewnym rozbawieniem, malującym się na czarnym pyszczku. Chłopak wodził na wpół ślepym wzrokiem po nienaruszonych miskach z jedzeniem dla kota. Nieświadomie dostrzegał brak zadrapań na meblach i firankach. W końcu uświadomił sobie, że zapomniał wyposażyć dom w kuwetę, a mimo tego, nigdzie nie było śladu zabrudzeń. Student zatrzymał swój pijany pochód w salonie i opadł ciężko na sofę. Oszalał. W końcu stracił zmysły, a jego umęczony mózg poddał się halucynacjom. Nie było innego wytłumaczenia i nie było sensu się oszukiwać. Ból wskoczył na siedzenie i z gracją usiadł obok młodzieńca, wlepiając w niego żółte ślepia. 

- Odpocznij. Powinieneś się przespać. Przydałyby ci się tabletki… 

Wypowiedź kota przerwał odgłos SMS-a. Artur wziął do ręki telefon. Na ekranie wyświetliło się krótkie „Hej, co u Ciebie?”, a nad wiadomością imię „Asia”. Młody mężczyzna poznał tę dziewczynę na imprezie w akademiku. W zasadzie nie była to szczególnie interesująca zabawa, jednak następnego dnia kobieta zaczęła do niego pisać. Nie pamiętał, kiedy podał jej swój numer. Artur bardzo szczątkowo pamiętał wygląd Asi. Kojarzył ciemne włosy i figlarne oczy, wpatrzone w jego twarz, ale niewiele więcej. Reszta zlewała się z wieloma innymi dziewczynami, z którymi tańczył tamtej nocy, zamazywała się i rozpuszczała w alkoholu oraz błyszczących światłach stroboskopu. Nawiązana przez nich wirtualna rozmowa bardzo szybko przyjęła postać flirtu. Student przypomniał sobie, że po kilku dniach tej mocno dwuznacznej wymiany zdań, zawładnęły nim wspomnienia o Niej i związane z tym wyrzuty sumienia. Postanowił wtedy urwać kontakt z entuzjastycznie nastawioną dziewczyną. Asia skutecznie ukryła swoje zdziwienie pomieszane z rozczarowaniem, pod wiarygodnym płaszczem zrozumienia. Nie zamienili słowa od tamtej pory. Do dzisiaj.  

- Naprawdę powinieneś odpocząć. – Powtórzył Ból. – Dobrze ci to zrobi.  

- Odpocząć… - Rzucił gdzieś w przestrzeń Artur, po czym wystukał w polu tekstowym telefonu kilka słów i przez chwilę wpatrywał się w ekran. Po kolejnym dźwięku powiadomienia, chłopak energicznie wstał z kanapy i poszedł do łazienki. Ból przekrzywił puchaty łepek i przeciągnął się.  

- Nieładnie tak ignorować swojego rozmówcę. – Powiedział lekko zirytowany kot. Jedyną odpowiedzią był szum wody w kranie. – Powinniśmy chyba porozmawiać o całej tej sprawie, nie uważasz? – Nalegał zwierzak. W tym momencie młodzieniec otworzył drzwi, nagi od pasa w górę i pachnący wanilią oraz tytoniem. Zupełnie nie zwracając uwagi na Ból, podszedł do szafy i zaczął szperać w stosach poskładanych równo ubrań. – Wybierasz się gdzieś? – Zapytał nieco głośniej kocur. – Hej! Słuchasz mnie? – Milczący Artur otworzył drugie skrzydło szafy i zdjął z wieszaka czerwoną koszulę w kratę. W dalszym ciągu nie zwracając uwagi na prychające zwierzę, powoli i dokładnie podwinął rękawy ubrania i założył je na siebie, z namaszczeniem zapinając kolejne guziki. – Dokąd idziemy? – Drążył nieco przyjemniejszym głosem Ból. Młody mężczyzna również to pytanie pozostawił bez odpowiedzi. Przejrzał się w lustrze, poprawił kołnierzyk i zadowolony z efektu, założył trampki. Chwycił kurtkę i przekręcając klucz w zamku, jeszcze raz usłyszał za sobą kota. – Negowanie mojej obecności nie sprawi, że przestanę istnieć. – Powiedział zupełnie już spokojnie Ból. – Nie możesz wiecznie mnie ignorować. 

- Mam zamiar cię zaskoczyć. – Wyszeptał Artur, po czym wyszedł z mieszkania.


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości