Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Sny o Ninie #10

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Hollow
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 21
Zobacz teksty użytkownika:

Sny o Ninie #10

Post#1 » 19 lip 2019, o 10:50

Rozdział 15 

 

Poranek, dzięki przebłyskom potrzeby nawodnienia, był dla Artura łaskawy. Kiedy się obudził, Ból jeszcze spał i młodzieniec mógł w spokoju milczącej samotności przygotować się do zajęć na uczelni. Podczas parzenia kawy, palenia papierosa i mycia zębów, student starał się nie myśleć o dniu wczorajszym. Asia nie odezwała się przez noc, nic złego się nie wydarzyło, a interwencja kota w pubie powstrzymała Artura przed pogardzaniem sobą bardziej, niż dotychczas. W zasadzie, Ból mógł stanowić radykalny, aczkolwiek skuteczny... System ostrzegawczy. Jeżeli zignorować anarchistyczno-sadystyczne zapędy kocura, jego obecność mogła przynieść sporo korzyści. To pomyślawszy, Artur uśmiechnął się, pogłaskał delikatnie śpiący kłębek czerni i zaczął ubierać się do wyjścia. 

Kierując się w stronę szpitala, zmotywowany dobrym humorem chłopak włączył na telefonie "Africa" zespołu Toto. Ponadczasowy klasyk sączył się przyjemnie ze słuchawek do jego uszu, kiedy przechodził przez park. Chłód ogołocił już drzewa z większości liści, ale Artur lubił zimę, więc unosił zachwycony wzrok ku szaremu niebu, poprzecinanemu czarnymi gałęziami kasztanów, nucąc, entuzjazmem. Refren rozbrzmiał w całej swojej kompozycyjnej perfekcji. Student śpiewał teraz na głos, szykując się do kulminacyjnego momentu. Zaczerpnął głębokiego wdechu... 

- Aaafricaaa! - Artur usłyszał w swoich uszach przedzierający się przez muzykę znajomy głos. Rozejrzał się wokół. Ból siedział na ławce, śpiewając dalej. Młodzieniec, niewiele myśląc, dołączył do kota. Po zakończeniu refrenu, zwierzak odezwał się do niego. 

- Wyszedłeś tak bez "dzień dobry" ani "do widzenia", ani "pocałuj mnie w dupę". Żadnej kawy o poranku. Jestem rozczarowany. - Powiedział przyjaźnie Ból. 

- Przepraszam, poprawię się. - Zaśmiał się chłopak. - Chodź, przynajmniej z tobą będę mógł porozmawiać. Może nie zanudzę się na śmierć. - Zarządził. Kocur zeskoczył z ławki i zaczął maszerować koło młodzieńca, mrucząc. 

Dotarłszy do szpitala, Artur skierował się do szatni, gdzie czekała już większa część jego grupy. Znajomych nieco zdezorientował dobry humor studenta. 

- Co ty się tak cieszysz? - Zapytał z zawiścią Krzysiek, podając mu rękę. 

- Cieszy się, że nie wygląda jak ty. - Powiedział Ból, siadając na ladzie oddzielającej szatniarza od studentów. 

- Czemu mam się nie cieszyć? - Odparł Artur, tłumiąc chichot. - Przeżyłem weekend, mam dwie ręce i dwie nogi. Widzę was znowu! - Kłamał młodzieniec, starając się nie patrzeć na czarnego kota, którego obecność nie zwracała niczyjej uwagi. 

- Jasne. Pewnie ciupciałeś. - Zagadnął Kacper. 

- Twoją uroczą mamę i wyuzdaną siostrę. Najpierw na zmianę, potem obie na raz. Mówiły, że jest lepszy od ciebie. - Kocur dobitnie wyrażał swoją dezaprobatę dla poniedziałkowych żartów. Artur nie przejmował się tym. Starał się jedynie nie roześmiać komuś w twarz. 

Jak zwykle nudne seminarium minęło Arturowi niezwykle szybko. Obserwował Ból, który przechadzał się po sali wykładowej. Kot z gracją skakał pomiędzy pulpitami krzeseł, wspinał się na szafki i bystrym wzrokiem przyglądał gołębiom za oknami. Pozostawał przy tym kompletnie niezauważony przez asystenta oraz studentów, nawet kiedy machał ogonem tuż przed ich oczami. Napawało to Artura dziwną fascynacją. Kilka razy miał nawet wrażenie, że śni, jednak odsuwał od siebie tę myśl. Widzialny jedynie dla niego cyniczny zwierzak był zbyt ciekawą odmianą beznadziejnie monotonnego świata, aby spychać go do sfery nocnych mar. Mimo wszystko, młodzieniec obawiał się, że nagle ktoś potrząśnie nim i powie... 

- Obudź się. - Szepnął kocur, wlepiając w chłopca ślepia. 

- Obudź się. Idziemy na oddział. - Powiedział Kacper. Artur zadrżał pod dotykiem kolegi, jednak szybko odzyskał rezon, uśmiechnął się i wstał z krzesła. 

- Jak się pani nazywa? 

- Józefa Kocimska. 

- Ile ma pani lat? 

- O boże! Będzie zaraz siedemdziesiąt sześć! 

- Dobrze pani wygląda, jak na ten wiek! Dlaczego jest pani w szpitalu? - Prowadzenie wywiadu z pacjentami nigdy nie należało ulubionych zajęć Artura. Zwłaszcza, kiedy na pytania odpowiadały starsze kobiety, które wplatały w wypowiedzi niepotrzebne dygresje oraz nudne uwagi lub wspominały swoje dzieciństwo, kiedy ludzie uczciwie umierali koło czterdziestki i nikt nie słyszał o rakach od chemii w kebabach. Tamtego dnia jednak, student zaangażował się bardzo i z dużą dozą dobrych manier zadawał pani Józefie kolejne pytania. 

- Od kiedy ma pani te bóle dłoni? - Dociekał cierpliwie. 

- Oj boże... Jak pamięć sięga, to łupało mnie. - Paplała staruszka, szperając myślami w zbiorach wspomnień, gdzieś pomiędzy poletkami kapusty, a cieleniem się krów. 

- Wiem, że... - Zaczął student. 

- Mogłaby pani opowiedzieć mi ze szczegółami, jak na własne oczy widziała pani erozję glacjalną, ale do rzeczy, proszę. - Dokończył Ból, siedzący teraz obok pacjentki i wpatrujący się w nią z przekrzywionym łepkiem. 

- No dobrze, a czy bierze pani jakieś leki przeciwbólowe? - Kontynuował student, ignorując kota. 

- Doktór coś tam wypisał, ale wzięłam i nie pomogło. A sąsiadka mówiła, że od tego się dziury w brzuchu robią. 

- Ile razy pani brała te tabletki? 

- No raz. Mówię przecie! - Prychnęła kobieta. 

- Raz, to możesz się powiesić, żeby przestało boleć. Chociaż myślę, że i to potrafiłabyś spieprzyć. - Syknął kocur, jeżąc sierść. 

- Ciii! - Zganił zwierzaka Artur. Myślał, że zrobił to dyskretnie, jednak kątem oka zauważył skonsternowane miny znajomych. 

- Pan jest doktórem? - Zapytała pacjentka z nieufnym wzrokiem. 

- Nie. Mówiłem, że jesteśmy studentami i... 

- Ja się na nic nie zgadzałam! - Krzyknęła pani Józefa, miętoląc nerwowo kołdrę w chudych palcach. - Miał mnie leczyć doktór! Ja mam swoje lata i wnuki do wychowania! Gospodarstwo na mojej głowie! - Grzmiała pacjentka, trzęsąc obwisłymi policzkami. 

- Gdybyś nie była taką spróchniałą egoistką,juz dawno byś patriotycznie zdechła i przyjęła rolę kompostu. - Miauczał gniewie czarny kot, prężąc grzbiet. 

- Przepraszam panią bardzo. - Wydukał Artur. - Możecie dokończyć? - Zapytał znajomych. 

- Wszystko w porządku? - Zapytała Basia. 

- Nie. Muszę udawać uprzejmość przed tym starym workiem mięsa na skraju daty przydatności do użycia. W dodatku, jestem otoczony bandą idiotów, których najchętniej bym obdarł ze skóry, poćwiartował i zaserwował w uczelnianej stołówce, dla reszty kretynów. Tobie, chciałbym wyfiletować piersi i zaszyć usta. - Ból syczał, chodząc dookoła dziewczyny. Młodzieniec uśmiechnął się głupawo, spoglądając mimowolnie na usta i dekolt Basi, odwrócił i wyszedł z sali, powstrzymując się od biegu. 

Artur szybkim krokiem zmierzał do szatni, bezwiednie wodząc wzrokiem po korytarzu i zaglądając do otwartych sal chorych. Gdziekolwiek spojrzał, tam dostrzegał czarny kontur, podążający za nim. 

- Czasami naprawdę niewiele się od nich różnisz. - Mówił Ból, którego głos dzwonił studentowi to w lewym, to w prawym uchu. - Masz w sobie mnóstwo złości i całkowity brak woli do działania. 

- Cicho. - Szepnął Artur. 

- Nie, nie uciszysz mnie. Miałem. Nadzieję, że wczoraj sobie coś wyjaśniliśmy. Chcę ci pomóc coś zmienić, ale nie zrobię nic za ciebie. Tchórzu. 

- Cicho bądź! - Powiedział chłopak nieco głośniej. Zdziwiony wzrok pielęgniarki niemal wbił go w ścianę. 

- Trzeba uratować tych ludzi przed nimi samymi, przed słabością i brakiem cech godnych przekazania. Uratować ciebie przed nimi i ich wpływem. Nawet, jeśli oznacza to wybiórczą eksterminację. 

- Jesteś szalony! - Wykrztusił Artur. 

- Po prostu nie boję się mówić tego, co myślę. Gdyby wszyscy wyrażali swoje zdanie bez ograniczeń, czy uznałbyś cały świat za szalony? A nawet jeśli... Czy byłbyś daleki od prawdy? - Zapytał Ból, stając na leżance przy ścianie i patrząc prosto na młodzieńca. - Szaleństwo przynajmniej, w jakimś stopniu, usprawiedliwiłoby to, że tkwisz tu bez Niej, bezczynnie. 

- Zamknij się! - Ryknął student. 

- No, w końcu jakiś ogień w tych oczach! - Ucieszył się kot. - Teraz wytłumacz połowie oddziału, dlaczego krzyczysz na kota. - Artur rozejrzał się dookoła, dostrzegając wpatrzone w siebie oczy pielęgniarek, pacjentów i jednego znudzonego lekarza. Chłopak szybkim, zdecydowanym krokiem poszedł do szatni, szukając w międzyczasie numeru do ojca Walentego. 

 

Rozdział 16 

 

- No witam. - W słuchawce odezwał się pogodny głos. - Miałem dziś do ciebie dzwonić. Co słychać? 

- Dzień dobry, proszę... - Artur zawahał się. - Walenty. Nie jest ze mną najlepiej. - Powiedział, idąc wzdłuż zatłoczonej ulicy, spoglądając co chwila na drepczący koło niego Ból. - Możesz rozmawiać? 

- Moment. - Odparł ksiądz. Przez chwilę w telefonie słychać było kroki, spotęgowane echem jakiegoś ciasnego pomieszczenia, zapewne klatki schodowej. Następnie odgłos otwieranych ze zgrzytem drzwi i kilka dużo cichszych kroków. W końcu kapłan wziął głęboki wdech, prawdopodobnie zaciągając się papierosem. - Jestem. Też zapal i opowiadaj. 

Młodzieniec zastosował się do rady, wypuszczając z płuc kłęby szarego dymu. Zdążył już dojść do parku. Wypatrzył ławkę, na której rano zastał kocura i usiadł na niej, kładąc obok siebie plecak. Ból położył się obok, nadstawiając uszu. 

- Nie jest ze mną najlepiej. - Powtórzył student. - Mam wrażenie, jakby ktoś za mną chodził. 

- Ktoś cię prześladuje? Boisz się? 

- Nie, nie boję. - Powiedział Artur, ignorując prychnięcie kota. 

- To jakaś osoba? - Dopytywał Walenty. 

- Nie do końca. Bardziej... Głos, który podpowiada mi bardzo złe rzeczy. - Głos studenta był niepewny. Zdawał sobie sprawę, że brzmi jak szaleniec. Do kogo jednak miał się zwrócić? 

- Ranisz mnie. - Skomentował Ból. 

- Słyszysz głos? - Ksiądz był zupełnie poważny. Tak przynajmniej brzmiał. - To jakiś znajomy głos? Możesz go komuś przypisać? 

- Nie jest znajomy, ale... Wiem do kogo należy. 

- Chyba rozumiem, ale musisz mnie upewnić. Artur, bądź ze mną szczery, to spróbuję ci pomóc. - W głosie Walentego było coś, czemu chciało się zaufać, zawierzyć i dostać w zamian jakąś tajemną prawdę, niosącą pocieszenie. Być może była to zasługa zawodu lekarza, być może kapłaństwa... 

- Być może chcesz być jak ci katoliccy durnie. - Zadrwił Ból. - Ale nie jesteś i nigdy nie będziesz. 

- Walenty... To kot. - Wykrztusił młodzieniec. - Zobaczyłem go we śnie. Potem znalazłem go na ulicy i przygarnąłem. Od tamtej pory chodzi za mną i... Mówi do mnie. Mam halucynacje. - Wyznawał, kiedy kocur wdrapał się na jego kolana i ułożył na nich, emanując miękkim ciepłem. - Czy ja zwariowałem? 

- Chciałbyś. - Mruknął zwierzak. W słuchawce przez chwilę panowała cisza, którą przerwał odgłos zapalniczki. 

- Posłuchaj... - Zaczął kapłan. - Przeżyłeś okropną tragedię. Naturę masz raczej pesymistyczną. Depresja ma naprawdę różne objawy. Twoje nie należą do rzadkości. - Artur miał wrażenie, że głos Walentego drgnął przez ułamek sekundy. Musiało to być złudzenie, ponieważ kontynuował zupełnie spokojnie. - Wiesz, że depresja to choroba i są na nią leki oraz terapie. Wiesz również, że farmakoterapia daje jedynie złudzenie ukojenia. Trochę więcej serotoniny i nagle problemy znikają gdzieś w kłębowisku synaps. Chyba cię to nie usatysfakcjonuje. Psychoterapeuci zaś... 

- To idioci. - Powiedzieli jednocześnie Artur i Ból. Chłopak wyraźnie zadrżał, kiedy po plecach przebiegł mu dreszcz. Kot tylko głośniej zamruczał, jakby w zadowoleniu. 

- Nie zrozumieją cię. - Ciągnął ksiądz. - Wyślą do psychiatry. 

- To co mam zrobić? - Zapytał młodzieniec, głaszcząc przerażająco prawdziwe, czarne futerko. 

- Jesteś inteligentny. I silny. Mało kto potrafi bez oszukiwania się przyjąć tyle gorzkiej prawdy o życiu. Śmierć ukochanej osoby to kolejna z tych prawd, z którą trzeba się pogodzić. Najwyraźniej, jest z nich najtrudniejsza i twój umęczony umysł chce ją wyprzeć... 

- Walenty, co ja mam zrobić? 

- Dostałem wiadomość od kuriera, że naltrekson jest już u ciebie w skrzynce. 

- Skąd znasz mój adres? 

- W dzisiejszych czasach każdego można namierzyć, jeśli się wie jak. - Zaśmiał się ksiądz. - Jak ci mówiłem, ma delikatne działanie przeciwdepresyjne. Oprócz tego, daje realistyczne sny. Myślę, że powinieneś jeszcze na chwilę uciec od bolesnej jawy, spędzić trochę czasu z Niną... I pożegnać się. Może to pomoże ci pogodzić się z Jej odejściem. 

- Brzmi jak plan. - Powiedział niepewnie Artur, wspominając poprzednie sny. - Dziękuję ci bardzo. 

- Nie ma za co. Daj znać czy tabletki działają i dzwoń, gdybyś czegoś potrzebował. - Podsumował Walenty. 

- Dziękuję. Do usłyszenia. - Zakończył młodzieniec i rozłączył się. Schował komórkę do kieszeni i spojrzał w dół. Ból siedział wyprostowany, z pewną niepokojącą ekscytacją w oczach. 

- Wracamy. - Powiedział wesoło kot. 

Artur z trudem powstrzymał się od pokonania drogi do mieszkania biegiem. Pomógł mu w tym nikotynizm oraz wynikająca z niego fatalna kondycja. Starał się więc iść dostojnie, nie zwracając uwagi na drepczącego obok kota, który nucił ukradkiem „Dreamer” Ozzy’ego Osbourne’a. Student lekko drżącymi palcami wpisał absurdalnie długi kod do klatki schodowej na panelu domofonu i rozpoczął poszukiwania klucza od skrzynki na listy w brzęczącym pęku. 

- Zastanawiałeś się co Jej powiesz? – Zapytał Ból, siedzący na skrytkach pocztowych, tuż powyżej głowy Artura. – Jak wytłumaczysz Jej pozbycie się tabletek, schadzkę w pubie… 

- Nie zastanawiałem się. – Syknął młodzieniec, desperacko przebierając srebrne kawałki metalu. Nierówne ząbki kluczy zdawały się szczerzyć szyderczo, rozbawione nieporadnością studenta. 

- Ja bym się martwił na twoim miejscu… - Ziewnął kocur. 

- Ja na twoim miejscu bym się zamknął. – Warknął Artur, uderzając pięścią w blaszane prostokąty, których uchylne drzwiczki zaskrzypiały z wyrzutem. – Myślałem, że więcej Jej nie zobaczę. Chciałem uniknąć szaleństwa… Chciałem jakoś żyć. – Jego głos ucichł znacznie. – Okazało się jednak, że już zwariowałem. Skoro tak, to chcę Ją zobaczyć. Choćby jeden raz. Nie wiem co Jej powiem… Czy powiem cokolwiek. Przestań się czepiać. – Dokończył, znajdując wreszcie odpowiedni klucz i otwierając skrzynkę. 

- Dobra, po co te nerwy… Strasznie personalnie wszystko postrzegasz. – Skwitował Ból, którego oczy rozbłysły na widok wyciąganej ze skrytki paczki. 

Po wejściu do mieszkania Artur otworzył paczkę od ojca Walentego i zaczął oglądać jej zawartość. Na małej karteczce, zygzakowatym, niedbałym pismem zostało nagryzmolone: „Słodkich snów. W.”. – Jeżeli ksiądz chciałby kiedyś przepisać egzemplarz Wulgaty… - Pomyślał student. 

- … Powinien poprawić swój lekarski charakter pisma. – Dokończył Ból. 

Młodzieniec popatrzył na liżącego łapkę kota, nie mogąc się przyzwyczaić do obcego dostępu do własnych myśli. Wrócił jednak do przesyłki. W bąbelkowej kopercie znalazł foliowy woreczek, a w nim tabletki. Były wielkości dojrzałego owocu borówki amerykańskiej, miały biały kolor i fakturę styropianu. Artur przeliczył je. Trzydzieści sztuk. Trzydzieści nocy z Nią, w realistycznych, niemożliwych do odróżnienia od jawy, snach… Jeżeli Walenty mówił prawdę. 

- Weź jedną i zobaczymy co potrafią. – Ekscytował się Ból. – Zaczyna mnie nudzić ten świat. 

- Naltrekson nie działa nasennie. – Zaoponował Artur. – Łyknę przed snem. – Dodał, siadając na kanapie w salonie. 

- To łyknij i idź spać. – Niecierpliwił się kot, wbijając pazurki w poduszki. 

- Nie jestem zmęczony. Jak wezmę teraz, to do wieczora większość zmetabolizuję i będę potrzebował następnej. Nie mogę ich tak marnować. 

- Twój kalkulacyjny rozsądek jest tak nudny, że dziwię się, że nie jesteś prawiczkiem. – Prychnął zwierzak, jeżąc sierść na grzbiecie. 

- Z punktu widzenia przetrwania… - Zaczął student. 

- Wiem. Wiem! Zdolności predykcyjno – adaptacyjne są cenne ewolucyjnie, więc płeć przeciwna uznaje twoje geny z cenne. – Wyrecytował zażenowany kocur. – Zaczyna mnie irytować fakt, że tak łatwo cię rozgniewać, a tak trudno obrazić. Psujesz zabawę. – Podsumował, zwijając się w czarny kłębek rozczarowania u boku gospodarza. 

- Do usług. – Uśmiechnął się Artur, sięgając po paczkę papierosów i zastanawiając nad koncepcją obiadu. 

Entuzjazm i zniecierpliwienie kota udzieliły się Arturowi. Godziny wlekły się jak geriatryczna pielgrzymka. W chwili, kiedy słońce zaczęło chować się za szarą kompozycją budynków, rozlewając na błękit nieba złoto i czerwień, student nalał sobie pół szklanki whisky i dopełnił colą. Następnie połknął jedną z tabletek i popił przygotowanym drinkiem, po czym uszykował się do snu. Zanim położył się do łóżka, alkohol delikatnie zakołysał podłogą i zafalował ścianami.  

- Czujesz coś? – Zapytał Ból, układając się na kołdrze, obok towarzysza. 

- Nie. 

- Wiem, że nie. – Burknął zwierzak. – Ale czujesz coś? 

Artur zignorował pytanie, starając się wyciszyć, zapraszając sen pod swoje powieki. Ten nie chciał jednak przyjąć zaproszenia, Młodzieniec wiercił się na materacu, kładąc na jednym, to na drugim boku, na plecach, to znów na brzuchu. Na zmianę odkrywał się i przykrywał kołdrą, nie mogąc zdecydować czy jest mu za ciepło, za zimno, czy w sam raz. Ból również był niespokojny. 

- Przestań się tarzać po łóżku jak stara dziewica. – Syknął. – Śpij wreszcie! 

- Twoje gadanie mi nie pomaga. – Odparł Artur. 

- A jak mam ci pomóc? Opowiedzieć bajkę? Zaśpiewać kołysankę? Może zrobić loda na dobranoc? 

- Nie masz policzków. – Stwierdził student, wstając. – Pobrudziłbyś pościel. – Podsumował, po czym wyszedł na balkon i zapalił papierosa. Oparty o balustradę, próbował myśleć o wypoczynku i, paradoksalnie, o bezmyślności. Momentalnie do głowy przyszły mu Mazury. Pod wpływem stęsknionej za relaksem wyobraźni, ulice Łodzi stały się kanałami o betonowych brzegach chodników, latarnie masztami jachtów, a trójkątne wiązki żółtego światła rozpiętymi na nich żaglami. Żeglarstwo chyba od zawsze kojarzyło się Arturowi z umysłowym odprężeniem. Od zawsze, do zeszłego roku… Wzrastająca popularność Wielkich Jezior Mazurskich skutkowała rozwojem infrastruktury, unowocześnieniem portów… I stopniowym zatracaniem piękna tego rejonu oraz sztuki żeglarskiej. Student wspominał jak wczesnym rankiem wychodził z kabiny jachtu na pokryty warstewką rosy pokład, żeby w aksamitnej, niemal uświęconej ciszy podziwiać pierwsze promienie słońca, które nieśmiałym ciepłem zaczynały otulać ten niewinny, dziecięco spokojny świat. Rano wiatr spał jeszcze w smukłych ramionach trzcin, mwy bezszelestnie poruszały białymi skrzydłami, nawet ryby nie wyskakiwały z wody, jakby nie chcąc zmącić jej tafli, której lustrzana gładź odbijała wszystkie cuda natury, pragnąc podwoić zapierający dech w piersiach obraz i powiększyć majestat ekosystemu. Wszystko to zmieniło się z napływem turystów. Wszędobylscy ludzie znajdowali najbardziej odludne zakamarki niskich brzegów, oblegali przystanie, zapełniając restauracje i stragany. Smród ludzkiej ignorancji i hedonistycznych apetytów coraz silniej przedzierał się przez woń głębokiego szacunku do Mazur, tak jak zapach oleju dominował nad aromatem wody. Bogaci Niemcy, wynajmujący największe jachty motorowe, od których jeziora falowały wściekle w niemym proteście przeciwko spalinowym najeźdźcom. Naćpani Czesi, wynajmujący najwięcej dziwek i imprezujący w przebraniach arabskich szejków. Cwani Polacy, wynajmujący żaglówki bez patentu i powodujący wypadki po pijanemu. Muzyka, alkohol, narkotyki, gofry bąbelkowe, smażone sielawy, kręcone ziemniaki, zawijane lody – wszystko to zalewało Mazury skuteczniej niż woda jezior. Jeżeli ten trend się utrzyma… 

- … Stracisz ostatnie miejsce, w którym możesz o niczym nie myśleć. – Powiedział smutno Ból, siedzący na parapecie. – Tak jak straciłeś Jej ramiona. 

Artur nie skomentował. Spojrzał tęsknym wzrokiem na rozmywającą się wizję płynących ulic, które ponownie zastygły w asfalcie, wyrzucił niedopałek i popatrzył na kota. 

- Chodźmy się przejść. – Powiedział w końcu z wymuszonym uśmiechem. 

Towarzysze wyszli z mieszkania i szybko pokonali schody, docierając na parter. Za drzwiami klatki schodowej rześkie, wieczorne powietrze powitało ich pachnącą wilgocią. Artur skierował się w stronę furtki, zapalając papierosa. 

- Tęsknię za Nią. – Szepnął. 

- Wiem. – Odpowiedział cicho Ból. – Dlatego chciałbym, żebyś już spał. 

- Świeże powietrze mnie uśpi. – Zapowiedział student, zaciągając się. 

- Świeże… - Zaśmiał się kocur. 

Młodzieniec darował sobie ripostę, ale uśmiechnął się ukradkiem. Za furtką postanowił skręcić w prawo i udać się w kierunku dworca Łódź Fabryczna, albo dalej, do ulicy Piotrkowskiej. Mimowolnie zaczął zastanawiać się nad tym, co mu się przydarzyło od czasu… Wypadku. Student pogładził brzydką, przerośniętą bliznę na lewym nadgarstku. Jego myśli błądziły pomiędzy poszczególnymi koszmarami, odbijały się asekuracyjnie od strasznej postaci w jego ubraniach, oplatały się wokół Jej postaci, by znów płochliwie umykać przed wspomnieniami kaleczącego swoją twarz starca. Dumał nad niesamowitością spotkania ekscentrycznego kapłana o tragicznej przeszłości, o momencie znalezienia czarnego kota, który jeszcze bardziej postawił jego własne życie na głowie. Artur nie mógł powstrzymać wędrujących mu po plecach dreszczy, zapuszczając się w zakamarki pamięci. Tyle okropności już go spotkało, tyle wycierpiał, aby móc jeszcze raz Ją spotkać… I tak okropnie stchórzył. Uciekł od ukochanej, oblekając się wstydliwie w strzępy zdrowego rozsądku, które okazały się fałszywe. Cała ta przedziwna historia doprowadziła go właśnie tutaj, do momentu, w którym starał się znów do Niej wrócić. Dlaczego? Nie wiedział tego do końca. Miał nadzieję, że kolejny sen udzieli mu odpowiedzi.  

Kiedy razem z Bólem przechodzili przez jezdnię, zadzwonił telefon Artura. Student wyjął go z kieszeni i spojrzał na ekran. Gwałtownie zatrzymał się, a papieros wypadł mu spomiędzy drżących palców. Wyświetlacz pokazał Jej numer telefonu, opatrzony Jej imieniem. Otępiały Artur popatrzył na równie zdezorientowanego kocura, który zdołał jedynie pokręcić przecząco łebkiem, wlepiając w niego przepełnione strachem ślepia. Sztywnym palcem student odebrał połączenie. 

- Arturze? – Usłyszał w słuchawce. W tle rozlegał się szum, ale nie było wątpliwości, że Jej głos, delikatny jak wydyszany nocą szept. – Arturze? – Młodzieniec nie rozumiał nic z tej sytuacji. Stał kompletnie osłupiały na środku jezdni i gapił się na trzymaną w ręku komórkę, opanowany przez jakiś niewyobrażalny stupor. – Arturze! – Nie zasnął przecież. Ona nie żyje. Ból pierwszy raz się czegoś boi. Czy Ona gdzieś jedzie? Skąd ten szum? – ARTURZE! – Artur chciał coś odpowiedzieć, chyba poprosić, żeby nie krzyczała, ale nie zdążył. W ostatniej chwili dostrzegł reflektory pędzącego wprost na niego samochodu. Dobiegł go jeszcze dźwięk tępego uderzenia, jakby mlaśnięcie i urwane miauknięcie. Najzabawniejsze było to, że przez ten ułamek sekundy miał wrażenie, że za kierownicą siedziała Ona. I chyba coś krzyczała.


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości