Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Sny o Ninie #11

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Hollow
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 21
Zobacz teksty użytkownika:

Sny o Ninie #11

Post#1 » 20 lip 2019, o 09:22

???  

 

- Arturze? – Jej głos wciąż dudnił mu w czaszce. Nie dochodził już ze słuchawki, ale skądś bliżej. Z jego wnętrza. Bo skąd indziej? – Arturze? – Słyszał Ją wyraźnie. Jakby czemuś nie dowierzała. Wypowiadane przez Nią imię drżało, tańcząc płochliwie na niepewnych swoich intencji wargach. Artur potrafił dokładnie sobie wyobrazić jak wygląda w czasie tej wypowiedzi. Drobna, lekko blada, o ogromnych oczach… - Arturze! – Młodzieniec odrobinę zwątpił w zdolności swoich zmysłów. Być może jego mózg ucierpiał w wypadku i doświadczał omamów słuchowych? Czy ten wypadek był w ogóle prawdziwy? Przecież… - ARTURZE! – Zmusił się do rozchylenia powiek, które dziwnie nie chciały go słuchać. Jego oczy poraziła biel niebiańskiego światła… Wszystko wokół było tak cudownie czyste i jasne, że musiał znowu zacisnąć powieki. – Czyli jednak umarłem. – Pomyślał. – Zginąłem stojąc jak idiota na środku ulicy. Pewnie walnął mnie jakiś pijak… Nie takiego końca chciałem, no ale może chociaż Ją spotkam. – Potok myśli studenta raptownie się zatrzymał, jak przy spotkaniu z ceglanym murem. – To znaczy, że niebo istnieje? – Przemknęło mu przez myśl. Artur nie mógł dłużej domyślać się odpowiedzi. Powoli, stopniowo otwierał oczy, przyzwyczajając je do oślepiającej jasności. Jednolita z początku biel zaczęła nabierać delikatnych kształtów, drobnych detali i… Kątów? Młodzieniec powiódł wzrokiem przed sobą, odnajdując cztery nieco ciemniejsze punkty odniesienia. Spojrzał w dół, napotykając spojrzeniem na szafkę, umywalkę, dozownik mydła, pościel, stojak na kroplówkę i… 

- Arturze? – Szepnęła Nina, siedząca na łóżku tuż obok niego. Dziewczyna miała łzy w oczach i niezdecydowany uśmiech na ustach. Jej włosy znajdowały się w stanie kontrolowanego nieładu, jakby bardzo szybko starała się nadrobić długą nieobecność u fryzjera. Przede wszystkim jednak, była piękna.  

- Nina? – Zdołał wychrypieć Artur. To wystarczyło. Przylgnęła do niego całym ciałem, szlochając w spazmatycznym płaczu. Czuł jej łzy, wsiąkające mu w koszulę. Tulił do siebie jej delikatne istnienie, starając się jednocześnie trzymać ją z całych sił tak, aby już nigdy nie mogła zniknąć, jakby była tylko… Student mimowolnie powiódł palcami prawej ręki po lewym nadgarstku, nie przestając tulić kobiety. Pocierał opuszkami, szukając znajomego zgrubienia i delikatnej, gładkiej skóry. Nie znalazł jednak nic. Nie miał blizny. N i e miał blizny. 

- Nina, co się stało? – Zapytał zdezorientowany Artur.  

- Nie pamiętasz? – Odpowiedziała pytaniem.  

- Nie… Niewiele pamiętam. – Odparł asekuracyjnie. Nie wiedział czy śni. Czy tak właśnie działał naltrekson? Kiedy zasnął? Przed wypadkiem? Nie, to niemożliwe… Wypadek też był niemożliwy. Jego dezorientacja dotyczyła nie tylko miejsca, ale także czasu. 

- Miałeś wypadek. – Powiedziała Nina, łamiącym się głosem, gładząc go po policzku. – Potrącił cię pijany kierowca, jak wracałeś ode mnie…  

- Kiedy? – Dopytywał. Dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

- Naprawdę nie pamiętasz? Byłeś w śpiączce… Przez trzy miesiące. – Do jej oczu napłynęły łzy. – Trzy długie miesiące. Okropnie długie… 

- Ale… - Artur nie wiedział co odpowiedzieć. Co ważniejsze, nie wiedział w co wierzyć. Wiedział jedynie, w co chciał wierzyć. – Nie pamiętam tego… Jakie obrażenia? 

- Trzy żebra. Trzon lewej kości udowej. Lewy obojczyk. Pęknięta śledziona… - Recytowała Nina, jakby opowiadała to co najmniej kilkudziesięciu znajomym. – Pęknięta czaszka. – Skończyła ze smutkiem. 

- Uraz mózgu? – Dociekał młodzieniec. Nie przejmował się doznanymi urazami. Czuł się dobrze. Chciał tylko wiedzieć czy… Miał nadzieję, że… 

- Tak. – Kiwnęła głową. – Ale… Lekarze nie potrafili powiedzieć co może być skutkiem. Mówili coś o omamach wzrokowych i słuchowych, ale nie mogli niczego stwierdzić, bo przecież spałeś.  

- Miałem sny. – Zaczął Artur, czując jak zalewa go fala uwalniającej się ze smyczy sceptycyzmu radości. – Tak straszne sny… Śniło mi się, że… 

- Wiem. – Wtrąciła. Widząc zaniepokojenie na jego twarzy, dodała szybko. – Czasami szarpałeś się w nocy. Kilka razy krzyknąłeś… Ale nie można cię było obudzić. Dawali ci tylko relanium. Tak bardzo tęskniłam. Tęskniłam nawet za twoimi smutnymi oczami. – Nina znów wtuliła się w studenta, sprawiając wrażenie tak bardzo spragnionej jego dotyku, ciepła skóry, oddechu, że chciałaby zespolić ich ciała w jedną całość. 

- Ja tęskniłem za swoimi radosnymi oczami. Oczami, których nie pamiętam. – Powiedział, obejmując ją czule i chciwie, nadal nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Nie wierząc, że skończył się sen. Nie wierząc, że te okropności były tylko złym snem. – Nigdy cię już nie zostawię.  

- Wiem. – Szepnęła, po czym pocałowała go. Wtedy już wiedział. To musiała być jawa. Wszystko inne przestało mieć znaczenie. Koszmary, blizna, tabletki, ojciec Walenty i Ból – zniknęły wraz z miękkim dotykiem jej ust, z jej oddechem w jego płucach. To musiała być jawa, bo inna nie mogła mieć żadnej wartości, w porównaniu z tą.  

Długo leżeli w milczeniu, ciesząc się swoją obecnością. Ciepło ich ciał przenikało się wzajemnie, przekazując bez słów wszystkie niezbędne informacje. Termodynamika zaprzężona w służbie miłości była całkiem romantyczną koncepcją, więc nie było sensu jej obalać. Mieli dużo czasu na rozmowy. Mieli całe życie dla siebie… - Na pewno? – Pomyślał młodzieniec. Jeszcze kilka chwil temu wspominał swoje wyindukowane tabletkami nasennymi koszmary, swoją próbę samobójczą, wytatuowanego księdza, handlującego farmaceutykami i gadającego kocura imieniem Ból… Tamta rzeczywistość wydawała mu się niedorzeczna i odrealniona, w porównaniu z tą, jednak tak do niej przywykł, pamiętał ją tak dokładnie, że trudno było kwestionować jej prawdziwość. – Trzy miesiące. – Powtarzał w głowie jak mantrę. Czy naprawdę możliwa była taka życzliwość losu? Jeżeli tak, to mógł zapomnieć o swoim cierpieniu, odrzucić tortury tamtego życia i wrócić do tego, które utracił na tak długo… Nie mógł się jednak powstrzymać przed kwestionowaniem obecnej rzeczywistości. Wyśnione koszmary nauczyły go, że nie mógł do końca wierzyć w to, co widzi, nie mógł do końca ufać swoim zmysłom, bo w przeciwnym razie rozczarowanie uderzało z siłą tarana, rzucając na kolana i z okrutnym śmiechem wydzierając dopiero co zyskane szczęście, jak nowonarodzone dziecko. Młodzieniec wytężył umysł i zaczął ewaluować to, co usłyszał od dziewczyny. Nie pamiętał żadnego wypadku, prócz tego sprzed momentu i tego, w którym zginęła… Nie. Nie zginęła. Jest tutaj z nim. Nic innego się nie liczy. Przytulił ją mocniej. Nina podniosła głowę z piersi Artura, pocałowała go delikatnie i wstała z łóżka. 

- Muszę poinformować lekarzy. – Usprawiedliwiła się, widząc jak nagle poszarzał w śnieżnobiałej pościeli. – Muszę też zadzwonić do twoich rodziców. Oni również tęsknili… Nie masz pojęcia jak płakali… - Młodzieniec przerwał jej gestem ręki. – No ale teraz będą się cieszyć. – Podsumowała wesoło. – Pójdę do pokoju lekarskiego, zadzwonię i za momencik wrócę. Nie wstawaj tylko, ciągle jesteś słaby. – Powiedziała z uśmiechem, otwierając drzwi. – A! Jeszcze jedno. – Dodała. – Nie zwracaj uwagi na żadne dziwne… Odgłosy. Na sali obok leży kobieta w ciąży. Jest chora psychicznie, majaczy. Nie wolno ci jej słuchać ani do niej zaglądać, rozumiesz? – Nagłe zdecydowanie w jej głosie, a nawet zalążek agresji, nieco zdziwił Artura, jednak pokiwał posłusznie głową. - No, to zaraz wracam! – Powiedziała Nina, posłała mu buziaka i wyszła z pokoju. 

Artur leżał przez chwilę, napawając się świadomością, że odzyskał ją. W jednej cudownej chwili odzyskał Ninę, swoje dawne życie i zdrowie psychiczne. Bo chyba odzyskał? Tak, na pewno odzyskał. Coś jednak w tym wszystkim mu nie pasowało. Coś było nie tak. Jakaś rzecz, która zaburzała ten wspaniały obraz, tę wizję perfekcji. To coś uwierało go, jak… Odrzucił kołdrę i zobaczył cewnik wystający mu spod koszuli. Młodzieniec skrzywił się z obrzydzeniem. Chwycił gumową rurkę dłonią, wziął głęboki wdech i pociągnął. Grymas omdlenia i bólu wykręcił my twarz, zatrzymując rękę. Po kilku głębokich oddechach, kontynuował jednak, by po długiej jak mikcja staruszka chwili, poczuć się w pełni wolnym. Usatysfakcjonowany, z uśmiechem na ustach, Artur opadł na poduszkę. Zadowolenie nie trwało jednak długo. Nagła potrzeba skorzystania z toalety uderzyła go tak silnie, że bez dłuższego zastanowienia student podniósł się z łóżka i pokuśtykał na sztywnej lewej nodze do drzwi. Po otwarciu ich, z ulgą skonstatował, że ubikacja znajduje się naprzeciwko jego sali. Z jakiegoś irracjonalnego powodu rozejrzał się i ruszył do upragnionego pomieszczenia. Już zaczął się zastanawiać, dlaczego przez tak długi okres śpiączki, jego mięśnie nie dotknęła atrofia… 

- Obudź się. – Usłyszał i stanął jak wryty. Głos, a właściwie zaledwie szept, dochodził z sali obok. Artur bardzo chciał zignorować ten dźwięk, lub uznać go za omam, ale nie mógł. – Obudź się. – Dobiegło go znów. Ostrożnie, na palcach jak włamywacz, podszedł do drzwi i uchylił je, zaglądając do środka. Na łóżku pod oknem, odwrócona plecami do niego, siedziała wątła postać. Biel koszuli na plecach znaczyły pasma kruczoczarnych włosów, nierównych i nieregularnych, prześwitujących plackami łysiny i dziwnej czerwieni, jakby…  

- … Powyrywane. – Powiedział na głos Artur. Od razu tego pożałował widząc, że postać odwróciła na niego swoje zapadłe głęboko w maskowatej twarzy oczy. Kobieta zaczęła wstawać, prezentując zaokrąglony w zaawansowanej ciąży brzuch, który gładziła dłońmi. Nie były to jednak gesty opiekuńcze i delikatne. Jej ręce błądziły po wypukłości nerwowo i niepewnie, jak po miejscu chorym i obolałym. 

- Obudź się. – Powtórzyła. – Ja nie mogę się obudzić. Ja jestem stąd. Ty nie jesteś stąd. – Jej słowa były nieznośnie wyraźne i pewne. Nie kojarzyły się z mową osoby chorej psychicznie, ale osoby dokładnie zorientowanej w swojej sytuacji, niespotykanie pewnej swojego położenia i… Przerażonej. – W brzuchu mam coś, co też nie jest stąd. Mówi mi, że musisz się obudzić. Grozi ci. Grozi ci coś tutaj. Nie możesz już spać. Głuptasie, nie zjesz śniadania. Obudź się. Obudź. – Postać z dziwacznym uśmiechem, który prawdopodobnie miał być ciepły, zaczęła zbliżać się do Artura, który odruchowo zaczął się cofać  

- Nie. Nie śpię. W końcu nie śpię! To nie jest sen! Jesteś szalona! – Młodzieniec krzyczał, czując chłód ściany na swoich plecach. – Nie podchodź! Słyszysz?! 

- Obudź się, proszę. – Kobieta wyciągnęła do niego kościste dłonie o paznokciach brudnych od krwi. – Proszę. 

- Nie! – Wrzasnął student, po czym kopnął ją w brzuch. Postać zgięła się w pół, chwytając obojgiem ramion za miejsce uderzenia. Zacharczała nieludzko, kaszlnęła i zawyła, po czym spomiędzy nóg trysnął jej strumień czerwonego płynu. Kobieta osunęła się na kolana i podparła rękami, nie przestając kaszleć.  

- Przepraszam. – Bełkotał Artur, nie mogąc ułożyć tej sceny w logiczną całość. – Przepraszam, przepraszam, przepraszam. – Już chciał podnieść ciężarną i wezwać lekarza, kiedy spostrzegł, przyjrzawszy się bliżej, że spomiędzy jej nóg wystaje coś podłużnego. Czarny i lepki od wilgoci koci ogon wił się na białych kafelkach podłogi, jak nienawistna mamba, jak bluźnierstwo przeciwko realizmowi tego świata… Nie, to nie ogon, tylko pętla pępowiny. Tak, na pewno pępowina.  

- Obudź się! – Jęknęła rozpaczliwie kobieta, pomiędzy napadami kaszlu. Po szczególnie silnym, który wstrząsnął całym jej ciałem, z ust ciężarnej wyleciał obrzydliwy kłębek czarnej sierści i potoczył się pod nogi młodzieńca, prezentując się w całej, obmierźle niewyobrażalnej okazałości. Nie, nie sierści! Przecież wyrywała sobie włosy! Wyrywała i je jadła! Tak, na pewno włosy! Na pewno! Na pewno. 

- Na pewno. Na pewno. Na pewno. – Mamrotał Artur biegnąc korytarzem. Pędził przed siebie do momentu aż czyjeś silne ramiona złapały go i rzuciły na posadzkę. Potem poczuł ukłucie i wszechobecna dotąd biel pociemniała.  

 

???  

 

Ukłucie. Kilka ukłuć. Uparte igły niestrudzenie zagłębiały się w jego klatkę piersiową miejsce przy miejscu i raz za razem, rytmicznie. Nie kojarzył żadnej procedury medycznej, której częścią byłoby dźganie pacjenta szeregiem ostrych przedmiotów… Może poza wiejskim sposobem na ratowanie konia z zagrażającymi życiu wzdęciami, który uwzględniał użycie wideł. Po części z ciekawości, po części zaś z rosnącej irytacji, Artur otworzył oczy. W szarej ciemności zażółconej światłem ulicznej lampy, której przejrzały blask wpadał przez okno, dostrzegł Ból, który miętosił łapkami jego tors.  

- Nie… - Szepnął boleśnie młodzieniec. 

- W końcu się obudziłeś! – Krzyknął kot, zbliżając pyszczek do jego twarzy. – Myślałem, że cię stamtąd nie wyrwę. Wszystko w porządku? – W głosie zwierzaka słychać było szczere zmartwienie. 

- Dlaczego to zrobiłeś? – Zapytał gorzko student, zrzucając z siebie kocura i siadając na łóżku. – Nie chciałem się budzić. – A może… Nie chciałem zasypiać? – Pomyślał. 

- Nie, nie, nie. Nie! – Zaprotestował Ból. - To był sen, rozumiesz? Sen! Tutaj jest jawa. Tutaj jest życie. Rozumiesz? 

- W takim razie jak wytłumaczysz samochód? Walnął mnie, po czym wstałem sobie z ulicy i wróciłem do łóżka? – Zadrwił młodzieniec. 

- Potrącił mnie, pamiętam to doskonale. – Syknął kot. – Zdążyłem zapamiętać trzask każdej mojej pękającej kości. Ocknąłem się tutaj. Ty spałeś. 

- Czyli zasnąłem, a potem miałem sen we śnie? – Drążył Artur. – Oglądasz za dużo filmów. – Spróbował zażartować, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z absurdalności swojego stwierdzenia. 

- Myślę, że to te tabletki od księdza. – Kocur zamyślił się, machając nerwowo ogonem. – Spałeś tak mocno, że nie mogłem cię obudzić. Myślę, że nie powinieneś więcej ich brać. To może być niebezpieczne. – Stwierdził. 

- Nie mów mi co powinienem, a czego nie. – Warknął student. – Nie wiesz co dla mnie dobre. Nie wiesz co tam widziałem… 

- Opowiedz mi więc. Zamieniam się w słuch. – Powiedział wyzywająco zwierzak, siadając na kołdrze i wlepiając w rozmówcę przenikliwe ślepia.  

- Ona tam była. – Zaczął po chwili wahania Artur. – Powiedziała, że byłem w śpiączce… Że to wszystko było tylko snem. Była taka prawdziwa, taka cudownie fizyczna, taka… 

- Doskonała. – Dokończył Ból.  

- Tak. – Przytaknął młodzieniec z uśmiechem. – Wszystko wydawało się realne. Łaskawie namacalne i… Lepsze. – Spojrzał na kota, którego czarne futerko wyraźnie się zjeżyło pod wpływem determinacji w jego oczach. – Muszę tam wrócić. 

Kocur mierzył go wzrokiem przez dłuższą chwilę. Sprawiał wrażenie, jakby rozważał, co ma odpowiedzieć, chociaż Artur dobrze wiedział, że jedynie dobiera słowa, które byłyby wystarczająco… 

- Rozumiem, że tamta rzeczywistość może wydawać ci się lepsza… - Zaczął delikatnie Ból. – Jednak słabość i użalanie się nad sobą nie należą do pobudek, które byłbym w stanie uszanować. Jesteś tchórzem, który ze strachu przed światem, którym rządzi sprawiedliwość ślepego losu, wybiera ucieczkę. Uciekasz byle gdzie. Wystarcza ci nikła nadzieja na polepszenie swojej sytuacji bez podejmowania żadnego działania. To żałosne. 

- Nic o mnie nie wiesz. – Syknął student, wstając z łóżka i stając nad kotem. – Nie masz pojęcia co czuję, czego pragnę i za czym tęsknię. Żadnego!  

- Otóż wyobraź sobie, że mam! Mam pojęcie czy tego chcę, czy nie. Muszę znosić twoje nieutulone płacze, twoje wyrzuty kierowane do wszystkich, oprócz siebie samego. Wiem o tobie wszystko i prawie wszystkiego w tobie nie cierpię. Staram się pokazać ci te kilka silnych, dobrych cech, które w sobie masz, i które tłumisz.  

- Nie musisz mi niczego pokazywać. Po prostu zostaw mnie w spokoju, skoro moje towarzystwo ci się nie podoba. Zostaw mnie i daj mi spać! – Krzyknął Artur, po czym odwrócił się i skierował do salonu. 

- To tak nie działa! – Odpowiedział wrzaskiem kocur, podążając za nim. – Myślisz, że jestem tu dla przyjemności?! Jestem tutaj, bo nikt inny nie ma cierpliwości do twojego charakteru! Nikt nie chce, żebyś zatruł im życie swoją nienawiścią, pesymizmem i ponuractwem. Ludzie mają cię dość!  

- I dobrze! Nie potrzebuję ich. Nie potrzebuję nikogo! Ciebie też! 

- Tutaj się mylisz. Potrzebujesz mnie rozpaczliwie i bardziej niż kogokolwiek innego. I lepiej się z tym pogódź, bo po tamtej stronie nie znajdziesz pomocy. Nie znajdziesz jej we mgle swojego popieprzonego umysłu. Możesz być pewien, że tutaj jest jawa. Wiesz dlaczego? – Artur odwrócił się gwałtownie, dysząc ciężko nad prychającym zwierzakiem. – Ten świat jest realny, bo ten świat boli i ma cię głęboko w dupie, podobnie jak wszystkich innych. – Młodzieniec schylił się błyskawicznie, chwycił kładącego gniewnie uszy kocura i cisnął nim o ścianę salonu tak mocno, jak tylko potrafił. 

- Pozostaje ci argument siły? – Usłyszał Artur za swoimi plecami. Rozczarowany brakiem odgłosów cierpienia, zawrzał ze wściekłości. Zwróciwszy się w stronę kanapy dostrzegł siedzący na niej Ból i ruszył ku niemu. Podskoczył, celując obiema stopami prosto w łebek kota. Napotkały one jednak tylko miękkie poduszki. – Pewnie, użyj sobie. Ochłoń, łamiąc prawa zwierząt. Przynajmniej ruszyłeś swój zapłakany tyłek! – Perorował kocur ze stolika do kawy, siedząc spokojnie obok doniczki ze storczykiem. Student wrzasnął gniewnie i wzniósł nad siebie obie zaciśnięte pięści. Drobna sylwetka na blacie stanowiła teraz epicentrum jego cierpienia, czarny koncentrat drwin, na które składały się prawidła rządzące ludzkim życiem. Ten przeklęty futrzak był ostateczną kpiną z jego cierpienia. Cierpienie to zaś, w ciągu ostatnich tygodni, stało się wszystkim, co posiadał. Ból go określał, ból kształtował jego dni i noce, ból towarzyszył mu wszędzie i nie opuszczał nigdy. Ból był jedynym, co naprawdę znał i czemu ufał. Ból był… Ból… 

- Ból… - Szepnął czując, jak zaklęcie szału opuszcza jego ciało, razem z siłą. Artur opuścił ręce i opadł ciężko na kanapę. Kocur wskoczył na mebel obok niego i po chwili wahania wdrapał mu na kolana. Zrezygnowany młodzieniec zaczął bezwiednie głaskać zwierzaka, ogarnięty jakimś absolutnie obojętnym odrętwieniem. Gapił się przy tym nieobecnym wzrokiem w okno, za którym równie obojętny świat kręcił się w odwiecznym tańcu doskonałej apatii.  

- Tutaj naprawdę nie jest tak źle. – Mruknął niepewnie kot. – Bardzo chcę, żebyś to dostrzegł. Wiem, że potrafisz. Masz to w sobie. Chociaż prawie o tym zapomniałeś. – Napotkawszy zimną ścianę milczenia, Ból kontynuował. – Świat jest, jaki jest. Może ci się to nie podobać. Wiem, że ci się to nie podoba. Nie tylko ty masz obiekcje co do stanu rzeczywistości i rodzaju ludzkiego. Aczkolwiek… Nie ma sensu dywagować nad rzeczami, na które i tak nie ma się wpływu. Pogódź się w końcu ze stratą. Miej odwagę walczyć o coś, co się liczy. O jakieś miejsce, które mógłbyś nazwać swoim, ujarzmiwszy ściany okropnej codzienności. Nie uważasz, że to warte wysiłku? – Zapytał łagodnie już kot. 

- Zawsze miałem wrażenie, że tutaj nie pasuję. – Powiedział obojętnie Artur. – Tak bardzo nie wpisuję się w ramy norm, że wydaje mi się to aż niedorzeczne. To wszystko… Okropne sny po tabletkach, wytatuowany ksiądz, mówiący kot… Przed chwilą, po drugiej stronie… Przecież tamta wersja jest bardziej prawdopodobna niż to, co dzieje się tu… Jeżeli miałbym wybrać… 

- Nie masz wybierać. – Przerwał Ból. – Masz wziąć swój los w swoje ręce. Pogodzony z przeszłością, skupiony na teraźniejszości i z odwagą patrzący w przyszłość. Tutaj jest twój świat. Leży u twoich stóp.  

- Świat leży u moich stóp… - Mruknął młodzieniec, nadal wpatrzony w okno. – A nie mam dokąd pójść. – Szepnął, głaszcząc Ból na swoich kolanach.


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości