Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Światy równoległe.

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Lays_92
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 4
Zobacz teksty użytkownika:

Światy równoległe.

Post#1 » 24 lip 2019, o 09:50

Ściana pomarańczowych, zmurszałych od wilgotnego osadu cegieł była tłem, wzdłuż którego poruszała się sylwetka kota. Zwierzę szło powoli wzdłuż ściany zaułka. Jego sierść, gdyby tylko ją wyczyścić, mogłaby być płomiennoruda, jednak teraz była ciemnoszara, futro bowiem oblepiała gruba warstwa brudu. Kot kroczył wolno, a każdy jego ruch zdradzał zarazem grację, która cechuje wszystkie stworzenia jego gatunku, jak i marną kondycję, w jakiej znajdował się ten konkretny egzemplarz. Za każdym razem, gdy jego tułów prężył się przy przenoszeniu ciężaru z jednej kończyny na drugą, na powierzchni skóry odbijały się wyraźnie rusztowania żeber. 

 

Dachowiec zmierzał pewnie w stronę znajdującego się na końcu uliczki śmietnika, machając przy tym wąsami, które były rozmieszczone niesymetrycznie. Po lewej stronie rudego pyszczka miał on ich trzy, podczas gdy po prawej zostały mu jedynie dwa. Co kilka kroków przystawał, strzygąc wyszczerbionymi uszami, i nasłuchiwał, jednak w zaułku panował całkowity bezruch, i jedynie samochody, które raz na jakiś czas przejeżdżały przy wylocie uliczki, zakłócały panującą w niej ciszę. Zwierzę obróciło głowę i ponownie zaczęło zbliżać się do kontenera. Szło wolno i ostrożnie, aż osiągnęło odległość, która w jego zamyśle umożliwiała skok. Następnie zlustrowało kontener jednym okiem, które miało otwarte, a które pobłyskiwało w zatęchłym półmroku zaułka. Jego prawa powieka była zamknięta, a na jej krawędzi zbierała się gęsta, zasychająca ropa. 

 

Pokrywa kontenera była szeroko otwarta, blokowana przed opadnięciem przez wetkniętą na sztorc deskę. Kot pochylił się delikatnie do przodu, po czym zwinnym skokiem dostał się na szczyt pojemnika. 

 

Znajdując się na krawędzi śmietnika, wyczuł zapach, który zaczął go prowadzić w głąb kontenera. Przeszedł po miękkim worku z niebieskiego tworzywa, w którym zapadały się jego łapki, oraz obok doniczki z wyschniętą rośliną, i wtedy właśnie dostrzegł przesiąkniętą tłuszczem torbę. Zbliżył się do niej ostrożnie i przy pomocy pazurów szybko przebił się przez rozmiękły papier. W środku znajdowały się resztki skrzydełek kurczaka. Zwierzę zanurzyło w głowę w torebce i przystąpiło dziko do obgryzania skrawków jasnego, niedojedzonego mięsa, jednocześnie małym, zwinnym językiem zlizując z powierzchni odnalezionych resztek zastygły na nich tłuszcz. Nozdrza cały czas nęcone były przyjemnym zapachem zdobyczy. Oczyścił w ten sposób kilka kostek, wsuwając mały łepek coraz głębiej w papierową torbę. Tam łapkami roztrącił zawiniątko z chusteczek i to właśnie z niego wyturlał się prawdziwy skarb. 

 

Było tam całe, nienaruszone skrzydełko z kurczaka w pomarańczowej panierce. Widać ktoś kupił ich więcej, niż był w stanie zjeść. Zwierzę momentalnie straciło zainteresowanie kośćmi i rzuciło się na nową zdobycz, niemal w całości wpadając do papierowej torby. Kot zatopił łapczywie kły w miękkim zimnym mięsie. Było to najlepsze, co wpadło w jego łapy od wielu dni. 

 

Nagle klapa śmietnika opadła. 

 

To mężczyzna, który dotąd spał na kawałku kartonu rozłożonym tuż za kontenerem. Teraz zaś podnosił się i przez przypadek wytrącił deskę blokującą pokrywę. Huk opadającej klapy odbił się głucho od ścian zaułka i powróciwszy do gramolącego się na równe nogi człowieka i sprawił, że głowa jego zapulsowała tępym przeszywającym bólem. Mężczyzna zareagował zmróżąc oczy i zaciskając zęby, by łatwiej znieść nadpływającą wraz z dźwiękiem falę bólu. Odczekał, w tej przygarbionej zaciśniętej pozycji aż fala ta straci swój impet i zaniknie. Gdy to się stało, wyprostował się i przeciągnął, aby przezwyciężyć odrętwienie, które ogarniało wszystkie jego członki. Następnie wykonał kilka ruchów dłonią. Ruchy te miały na celu otrzepanie jego spodni z kurzu, jednak zauważył, że dłonie ma umorusane i brudne, przez co tylko pogarszają jeszcze i tak już nie najlepszy stan odzienia; dał więc sobie spokój. Mechanicznym ruchem głowy spojrzał na swój nadgarstek i goły nadgarstek był jedynym, co ujrzał. Uniósł dłoń do twarzy i obrócił nią przed oczyma. Z jakiegoś powodu spodziewał się tam zegarka, tak jakby czas miał dla niego jeszcze jakiekolwiek znaczenie. 

 

Coś za hałasowało nagle w śmietniku, obok którego wciąż stał. Kolejna porcja nagłych dźwięków tak blisko spowodowała nawrót tępego bólu. Skronie mu pulsowały, a w gardle czuł drapiącą suchość. Szorstki i chropowaty język drażnił podniebienie. Spróbował zebrać ślinę, ale nigdzie nie mógł jej znaleźć. 

 

Kolejny łoskot dobiegający z wewnątrz kontenera sprawił, że momentalnie chwycił z ziemi marynarkę, którą przykrywał się w nocy i powlókł się, ciągnąc nogę za nogą ku wylotowi uliczki. Tam, gdzie swym równym zdrowym rytmem tętniło życie budzącego się miasta. 

Zanim włożył brązową marynarkę z łatami na łokciach, sprawdził jej kieszenie. Okazały się puste. Nie skwitował tego faktu nawet wzruszeniem ramion. Nałożył odzienie na kark i zapiął kilka guzików, zasłaniając w ten sposób poplamioną koszulę. Nie spodziewał się znaleźć w niej pieniędzy. Dokumenty zaś mało go już obchodziły, nie pamiętał nawet czy zgubił je wczoraj, przedwczoraj, czy tydzień temu. Imię, nazwisko, zdjęcie czy data urodzenia, które na nich widniała, nie należały już do niego; należały do człowieka, który żył bardzo dawno temu. Z jakiegoś powodu co rano sprawdzał, czy być może jeszcze gdzieś są. Czy aby w jakiś cudowny sposób nie odnalazły się. 

 

Nagle stanął w pół kroku, poczuł jak żołądek, zaciska mu się w niekontrolowanym skurczu, w przełyku zabulgotała spieniona żółć. 

 

 

Zgięty w pół, wsparty przedramieniem o ścianę, jeszcze przez chwilę przyglądał się brązowawej kałuży ohydnej brei, która pochodziła z jego wnętrza. 

 

Wyprostował się, wycierając usta rękawem marynarki i dostrzegł napis, który ktoś nabazgrał sprajem na ścianie. "Chlej aż zdechniesz" wisiało zaledwie kilkanaście centymetrów przed jego oczami, odcinając się tandetną czerwienią od brudnoszarej powierzchni muru. Spojrzał na swoją dłoń tkwiącą w rękawie marynarki, którym ocierał usta. Drżała ona niekontrolowanie. Obrócił się na pięcie i jeszcze szybciej ruszył ku wylotowi uliczki. Gardło, które wcześniej było tylko nieznośnie suche, teraz paliło go żywym ogniem. Na języku i w zakamarkach ust wciąż czuł resztki kwaśnej cieczy, którą przed chwilą z siebie wydalił, ale ni jak nie mógł zebrać śliny, żeby je rozcieńczyć. Kaszlał wiec tylko i nieudolnie próbował raz za razem spluwać na beton. Marzył o odrobinie wody, którą mógłby przepłukać usta. 

 

Wydostawszy się z zaułka, potoczył przekrwionymi oczyma po okolicy. Ulica, na którą wyszedł, była tworzona przez dwa rzędy niewysokich kilkupiętrowych kamienic. Wszystkie były do siebie bliźniaczo podobne, pokryte tynkiem w ciężkim do określenia kolorze bladej żółci wpadającej w szarość. Jedynym urozmaiceniem były anteny najróżniejszych kształtów i zastosowań sterczące obok równych pionowych szeregów rozstawionych w symetrycznych odstępach okien. Na parterach mieściły się sklepy oraz drogerie i to właśnie tam koncentrował się cały koloryt, wyssany jakby z reszty budynku. Różnobarwne reklamy ukazywały radosnych ludzi, uśmiechających się szeroko do ściskanych w dłoniach paczek solonych orzeszków lub puszek z gazowanymi napojami. Ponad wejściami zaś rozpinały się pstrokate markizy. Wszystko to zebrane w całość miało za zadanie przykuwać wzrok oraz zachęcać ludzi, aby weszli do środka. Ludzi, ale nie jego. 

 

Ta strona ulicy, na której się znajdował, tonęła całkowicie w cieniu, rzucanym przez chmurę, która umiejscowiła się przed słońcem w taki sposób, że linia oddzielająca cień od światłą, znajdowała się niemal idealnie na środku drogi. Przez chwilę zastanawiał się, co ma dalej ze sobą począć. Przenosił wzrok z ludzi, którzy spacerowali po drugiej, oświetlonej stronie ulicy, na linię rozgraniczającą zasięg padanie promieni. 

 

W tej chwili przypomniała mu się fontanna w pobliskim parku. Z utęsknieniem pomyślał o strugach wody wystrzeliwanych w powietrze i skrzących się w słońcu. Skręcił w prawo i ruszył wzdłuż ulicy. 

 

Przeszedł tak kilkadziesiąt kroków chwiejnym marszem, gdy w mijanych witrynach zamigotała mu kwiaciarnia. Zapewne minąłby ją bez zatrzymywania się, gdyby nie obraz, który dojrzał kątem oka. Zatrzymał się i spojrzał przez szybę ponad rzędami ustawionych równo w doniczkach i plastikowych flakonach kwiatów. Wewnątrz kwiaciarni stała kobieta i obwiązując kolorowymi wstążkami świeżo przycięte kwiaty, układała je w różnobarwne wianki. Stała obrócona do niego tyłem tak więc nie mogła go dostrzec, on zaś widział jedynie długą falę kasztanowych włosów, która opadała jej na ramiona niby fałd brązowego sukna. Poruszała się przy tym na boki, lekko kołysząc głową. Po sekundzie do uszu mężczyzny dobiegły ciche słowa śpiewanej w oddali piosenki. 

 

Kwiaty we włosach potargał wiatr 

 

Obserwował ją, uważnie wodząc wzrokiem od jej miękkich białych dłoni, poprzez delikatny róż układanych właśnie magnolii, powracając na koniec na jedwabistą smugę jej kasztanowych włosów. Układała bukiet, z niezwykłą wprawą dobierając kwiaty w taki sposób że jedna jego krawędź była wyraźnie różowa druga zaś prawie całkowicie biała, środek wiązanki był skomponowany z kwiatów których odcienie bez najmniejszego zgrzytu czy niedopasowania stanowiła doskonały pomost między tymi dwoma barwami. 

 

Po co powracasz do tamtych lat 

 

Zabrzmiało mu w uszach nieco głośniej niż poprzednio. Mężczyzna nagle drgnął. Przecież drzwi kwiaciarni były zamknięte. Nie mógł słyszeć śpiewu kobiety. 

 

Straconych dni nie znajdziesz już  

 

To ten widok, ten obraz, kobieta układająca kwiaty. Gdzieś daleko w odległym zakamarku umysłu miał zagrzebane wspomnienie kobiety, która układała kwiaty i zawsze przy tym śpiewała tę samą piosenkę. Gdzieś w jego świadomości głęboko pod warstwą zapomnienia była szufladka przechowująca ten obraz. Przez tyle czasu dbał o to, aby nie uchyliła się ona nawet na milimetr, jednak teraz przez nieuwagę wywołał to wspomnienie. Na skutek widoku kwiaciarki, szufladka ta rozwarła się delikatnie i to właśnie z jej wnętrza dobiegały dźwięki piosenki. Mężczyzna ze zgrozą zauważył, że na jego oczach włosy kobiety zmieniają odcień. Nie były już kasztanowe, jednak wraz z coraz szerszym rozwieraniem się owej zapomnianej szufladki, wraz z tym, jak owa piosenka, której tak strasznie nie chciał pamiętać, przymierała na sile i mocy, dudniąc mu w uszach coraz głośniej i głośniej, odcień jej włosów stawał się kruczoczarny. 

 

I chodź z daleka wołasz mnie 

 

Nagle kobieta drgnęła, jakby wyczuwając ze jest obserwowana. Mężczyzna zerwał się płochliwie i ruszył przez siebie. Jednak im bardziej oddalał się od kwiaciarni, im mocniej chciał zostawić za sobą tamtą kobietę, tamte kwiaty i tamte mlecznobiałe dłonie, tym głośniej w jego pamięci rozbrzmiewał głos wypowiadający kolejne słowa. 

 

Wyrzuć z pamięci ostatni ślad 

 

W uszach czuł pulsującą krew. Potoczył dzikim wzrokiem po okolicy i dostrzegł w oddali przejście dla pieszych, które wydało mu się teraz jakąś mityczną przeprawą, drogą ucieczki z otchłani, która zaczęła się nad nim rozwierać. Ruszył w stronę gdzie białe pasy, jaśniały na powierzchni asfaltu i starając się myśleć o wszystkim tylko nie o tej piosence, która wwierciła się w jego mózg. Żałował, że zatrzymał się przed kwiaciarnią, przecież tyle razy powtarzał sobie, tyle razy jak mantrę wypowiadał słowa, które i teraz raz za razem cisnęły mu się na usta. 

- Nie pozwól sobie pamiętać, nie pozwól sobie pamiętać-mamrotał pod nosem. 

 

Bez wspomnień czasem łatwiej żyć-nie wraca nic 

 

Zabrzmiał mu w uszach głos z przeszłości. Po czym melodia i wypowiadane niewiadomi gdzie słowa ucichły nagle a cisza, którą po sobie pozostawiły była dla mężczyzny być może nawet większą torturą niż one same. Drżał na całym ciele, a skołatane nerwy nie pozwalały mu odzyskać równowagę. Aby jak najszybciej zająć czymś nadwyrężony umysł, zaczął przyglądać się ludziom, którzy tak jak on stali przy krawędzi jezdni oczekując, aż czerwony ludzik po drugiej stronie ulicy zniknie, pozwalając im znów zanurzyć się w codziennym rytmie miasta 

 

Zatrzymał się w pewnym oddaleniu od nich, nie chciał być przez nikogo zauważony. Najdalej od niego stał mężczyzna w wieku około lat czterdziestu. Ogolona na łyso głowa była lekko zarumieniona od opalenizny, twarz miał częściowo skrytą ca ciemnymi okularami, pod którymi co chwila wykwitały i znów chowały się równe linie białych zębów. Ubrany był w dopasowany do jego sylwetki niebieski sportowy garnitur, do którego z jakiegoś powodu założone miał czarne trampki. Bardzo blisko niego, w odległości sugerującej pewną zażyłość stała kobieta na oko o około dziesięć lat młodsza. Ona z kolei ubrana była w czerwono czarną wzorzystą spódnicę na kolano oraz białą bluzkę na ramiączka. Początkowo myślał, że bluzka ta ma również wzorzyste rękawy, jednak dopiero po chwili zauważył że są to kolorowe tatuaże którymi ręce dziewczyny były pokryte od nadgarstków aż po same barki. Włosy jej zaś w kolorze opalizującego miodu były zaczesane do tyłu, gdzie w miejscu upięcia, przechodziły z nieskrępowanej niczym burzy, w kilka zwisających ku dołowi ciasno zaplecionych warkoczyków. Oczy miała niebieskie, jasne i niezwykle żywe, utkwione w profilu łysego mężczyzny. Ten jednak zdawał się nie dostrzegać jej wzroku, całkowicie pochłonięty wydarzeniami rozgrywającymi się na powierzchni swojego telefonu. 

 

Nieco bliżej stał chłopak, dużo młodszy od tamtej dwójki. Mógł mieć najwyżej osiemnaście lat. Rzadki nieregularny meszek pokrywał jego górną wargę oraz policzki. Czarne przetłuszczone włosy miał zaczesane do tyłu i spięte w kitek. Ubrany był w czarną koszulkę, na której widniała podobizna diabła ściskającego gitarę wykonaną z kości, do tego ubrane miał dżinsy, których nogawki ginęły wsunięte do środka jego ciężkich czarnych butów. Na plecach wisiał mu zielony plecak, którego klapa upstrzona była różnobarwnymi naszywkami. Z kieszeni jego spodni ku górze piął się przewód, który rozszczepiwszy się na dwoje na wysokości mostku, zmierzał oboma końcami do uszu. Z miejsca, w którym stał młodzieniec słychać było przytłumione dźwięki elektrycznej gitary. 

 

Poza nimi na przystanku stałą jeszcze kobieta w podeszłym już wieku, której siwo srebrne krótkie włosy poprzetykane były gdzieniegdzie pasemkami czystej bieli. Pomimo niskiego wzrostu, z nalanej i zbitej sylwetki biła jakaś zadziorność i siła. Ubrana była w cienką przeciwdeszczową kurkę w kolorze, który przywodził na myśl dojrzałe pomarańcze. W jednej ręce trzymała parasolkę. (Mężczyzna podniósł oczy gu niebu, lecz beznadziejnego ogromu nieprzebytego błękitu w żadnym miejscu nie przetykały najmniejsze nawet chmurki). Drugiego rękawa kobiety uczepiony był chłopiec. Dziecko mogło mieć najwyżej dziesięć lat. Kręciło głową w te i we wte za przejeżdżającymi ulicą samochodami. 

 

Mężczyzna zamknął oczy, jego głowa wciąż pulsowała nieznośnie, w trzewiach zaś w dalszym ciągu szalał ogień. Przyjął to jednak z pewnym zadowoleniem. Ból ta najrealniejsza i najprawdziwsza rzecz na całym świecie, gdy tylko odpowiednia się na niej skoncentrował pomagała mu uchwycić pełny kontakt ze światem rzeczywistym. 

 

Otworzył oczy. Poczuł, że ktoś go obserwuje, znał dobrze to wrażenie. 

 

Dyskretnie spojrzał w stronę grupki ludzi jednak wszystkie głowy na jego poziomie zwrócone były w innych kierunkach. Dopiero gdy przeniósł swój wzrok niżej, dojrzał parę skrzących się ciekawością, utkwionych w nim oczu. Chłopczyk przestał oglądać samochody i zwrócił teraz uwagę na niego, obdarzając mężczyznę niewianym czystym spojrzeniem. Jednym z tych, którymi patrzeć potrafią tylko dzieci. 

 

Mężczyzna patrzył prosto na chłopca i poczuł, jakby cofał się czas, jakby znów był człowiekiem takim samym jak wszyscy inni. Ile to już czasu nikt nie spoglądał na niego takim wzrokiem. Ile to już czasu wszystkie oczy, które prześlizgiwały się po jego nieogolonej, ogorzałej słońcem twarzy wykrzywiane były pogardą i obrzydzeniem. Teraz zaś ta para niewielkich szklistych punkcików spoglądała na niego i wiedział, że chłopiec przygląda mu się tylko z ciekawości. Nie oceniał go, nie wyszydzał, nie nienawidził jedynie za sam wygląd, tego dzieci przecież jeszcze nie potrafią, dopiero później wraz z wiekiem człowiek nabywa tę umiejętność. 

 

I wtedy się zapomniał, uniesiony tym niewinnym czystym spojrzeniem, dopuścił do siebie myśl, że być może, być może on też jest takim samym człowiekiem jak wszyscy inni. Że niczym im nie ustępuje i w niczym nie jest gorszy. Zapomniał, że to tylko dzieci tak patrzą. 

 

- Kiedyś miałem synka w twoim wieku-Usłyszał swój własny chropowaty głos, który nie wiedzieć jak wydobył się z jego gardła. 

 

Siwowłosa kobieta drgnęła nagle, gwałtownie obracając głowę w jego stronę i wybałuszając nań grzmiące niedowierzaniem i gniewem oczy. Szybkim ruchem pociągnęła chłopca niby szmacianą lalkę, kryjąc go za swoimi plecami, drugą zaś ręką uniosła parasol i wycelowała nim w mężczyznę niby karabinem. 

 

- Wracaj do swojego rynsztoka obszczymurze jedne! I porządnych ludzi na ulicy nie zaczepiaj - Krzyknęła znacznie głośniej, niż było to konieczne, akcentując jadowicie każde słowo i tryskając kropelkami śliny w rytm miotanych z ust gromów. 

 

Reszta znajdujących się przy ulicy ludzi wyrwała się z letargu oczekiwania i spojrzała w jego stronę. Widząc tyle utkwionych w sobie spojrzeń, zapragnął zapaść się pod ziemię, jednak jedyne, na co mógł się zdobić to obrócenie głowy w drugą stronę. Spoglądał teraz na wylot zaułka w którym spędził noc. Wyjeżdżała z niego akurat śmieciarka, okazały pojazd skręcił w ich stronę. 

 

- Kiedyś to by cię zapakowali do Nyski wywieźli gdzie trzeba i nauczyli gumowcami gdzie twoje miejsce. Tylko teraz taki burdel, że pozwalają takim lumpom normalnie w biały dzień po ulicach chodzić-Krzyczała kobieta, wyrzucając z siebie słowa z coraz większą szybkością. 

 

Nagle czerwona postać po drugiej stronie ulicy znikła a w jej miejscu ukazała się zielona, uchwycona w ruchu. Pojawił się również piskliwy melodyjny dźwięk. Nagła zmiana kolorystyki sygnalizatora została przyjęta przez zgromadzonych z radością, gdyż uwalniała ich od przykrej konieczności brania udziału w tej scenie. Toteż zarówno para, jak i młody chłopak z plecakiem z wyjątkowym ożywieniem ruszyli przez przejście dla pieszych. 

 

- Ma Pani Zielone - Powiedział mężczyzna, wsłuchując się beznamiętnie w to jak jego słowa toną w dźwięku dobiegającej się z sygnalizatora melodii. Starsza kobieta wciąż jeszcze była zwrócona w jego stronę, nadymając się, aby kontynuować swój atak, jednak po chwili odpuściła, wypuszczając nagromadzone w płucach powietrze. Prychnęła jeszcze w jego stronę pogardliwe i również ruszyła na drugą stronę ulicy, ciągnął za sobą chłopca. Ten, tak jak przez całą tę scenę miał głowę wciśniętą w barki oczy zaś wystraszone i zdenerwowane, widocznie nie rozumiał, co spowodowało wybuch złości u jego babci. 

 

Mężczyzna wolno spojrzał w ślad za nimi i odczekał chwilę, pozwalając wszystkim oddalić się na bezpieczną dlań odległość. Dopiero wtedy samemu ruszył przez wymalowane na asfalcie białe pasy. Zaledwie na nie wkroczył, ludzik po drugiej stronie zaczął mrugać. Przyśpieszył więc kroku i w momencie, gdy znalazł się w połowie drogi na drugą stronę, słońce które dotąd skrywało się za białą kłębiasta chmurą, wyłoniło się nagle i bez ostrzeżenia zalało jego oczy falą jasnego oślepiającego światła. 

 

Zamarł, całym jego ciałem szarpnął nagły paraliżujący spazm. Umysł jego przywołał świadomości to samo straszne uczucie, które nawiedziło go w tamtej chwili, która na zawsze zmieniła jego życie, chwili w której wzrok jego przesłonił oślepiający blask, straszne wrażenie zacieśniającej się przestrzeni, świata który nagle nie wiadomo z kąt, rzucił się na niego z każdej strony zamykającą się nagle przestrzenią, jakby ciśnienie atmosferyczne wzrosło do setek milionów hektopaskali i w jednej chwili połamały mu wszystkie kości. Uszy jego tak samo jak w tamtej chwili napełniły się ogłuszającym piskiem opon i poczuł że umysł jego zatopiony nagle w morzu zalewającego go nie wiadomo skąd bólu traci przytomność. Płuca jego nagle ścisnęły się jakby zamykane wewnątrz jakiejś potężnej bezmiernie silnej pięści. Poczuł, że umiera. 

 

.... 

 

Klęczał. Całe ciało jego się trzęsło, targane spazmatycznym łkaniem. Z oczu spływały mu długie sznur okrągłych łez. Płakał z bólu, któremu po raz kolejny pozwolił rozszarpać swoją duszę na strzępy. Płakał, bo wiedział, że jeśli teraz otworzy oczy i podniesie głowę, to ujrzy twarze duchów którym po raz kolejny pozwolił się dogonić. Łkał rzewnie, zalewając się potokiem gęstych łez które wypłukiwały resztki błogosławionej wilgoci i soli z jego zniszczonego ciała. Płakał z bezsilnej złości na wszechświat, który niby jakiś złośliwy świadomy umysł trzymał go przy jego marnym życiu, tylko po to, żeby wciąż na nowo męczyć go i męczyć, zsyłając na jego umysł ciało i dusze coraz to nowe i coraz to większe cierpienia. 

 

Płakał z żalu nad wszystkim, co kiedyś było i co kiedyś być mogło, gdyby tylko jakaś tajemnicza i nienawistna człowieczemu szczęściu siła, mocą swojego straszliwego i niesprawiedliwego wyroku nie zmieniła jego życia w pasmo niekończącego się cierpienia, które wciąż na nowo i na nowo nawiedzało go niby sęp, który wciąż i wciąż powraca, aby go dręczyć. 

 

Dźwięk klaksonu przywrócił jego świadomość rzeczywistemu światu. 

 

Poczuł nieliczne, ale kanciaste kamyczki składające się na fakturę asfaltu, które wbijały się w jego kolana i poduszki dłoni. Otworzył oczy i ujrzał białą farbę, która wyznaczała przejście dla pieszych. Uniósł głowę i wysilając oczy, dostrzegł niewielką wyprostowaną postać, która błyszczała matowym czerwonym światłem na słupie stojącym po drugiej stronie ulicy. Kolejny dźwięk klaksonu sprawił, że poderwał się na jedno kolano i kciukiem oraz wskazującym palcem lewej dłoni otarł oczy, wciąż jeszcze drżał lekko wskutek przebytego wstrząsu. 

Obrócił w lewo głowę i ujrzał kierowcę śmieciarki, który wychylając się przez okno, wygrażał mu pięścią. 

 

- Zjeżdżaj z ulicy przeklęty łachmaniarzu! - krzyknął gniewnym głosem. 

 

Na lewo od niego siedział drugi ze śmieciarzy, ten jednak nie był zdenerwowany, zanosił się za to rubasznym śmiechem, trzymając w jednym ręku obrócony dłuższym bokiem ku spodowi niewielki czarny prostokąt. Za ich plecami na pace, prasa pneumatyczna zgniatała śmieci i wszystko, co między nie się dostało, w ciasno zbitą masę. 

 

Mężczyzna poderwał się raptownie na nogi i rzucił przed siebie. Nie uciekał jednak przed dwojgiem gromiących go wzrokiem oczu kierowcy, ani też przed jednym bezdusznym okiem skierowanego nań kamery. 

 

Wiedział, że nie może zmarnować czasu, wiedział że musi się poderwać i biec, biec z całej siły nieważne gdzie nieważne dokąd, w tym pędzie łatwiej było mu wmówić samemu sobie, że można uciec lub że jakimś niezwykłym trafem odnaleźć miejsce, w którym będzie mógł się skryć. Ale jak to zrobić? Jak uciec, kiedy to, co nas ściga nie jest na zewnątrz, ale wewnątrz nas? Jak można zbiec przed przeszłością? Gdzież się ukryć, kiedy wszędzie dokąd by się nie poszło, zastaję się pustka, wszędzie znajduję się dokładnie taką sama pustka jak ta, która pozostała po ludziach, którzy kiedyś byli, a których teraz już nie ma. 

 

Pędził przed siebie i nie marzył już o wodzie, marzył o ogniu, tym zaklętym w płyn płomieniu, który ma moc aby uwolnić człowieka od wspomnień. Wiedział, że musi go zdobyć, nieważne jak. Nieważne jakie draństwo będzie musiał popełnić, do jakich poniżeń się posunąć, nieważne jak nisko trzeba będzie upaść, zrobi wszystko. Byle tylko choć na chwilę zapomnieć. 

 

Mężczyzna trawiony tymi i podobnymi myślami, sprężystym krokiem parł przed siebie z takim zapamiętaniem, iż nie zauważył nawet, że uciekając z przejścia, powrócił na tę samą stronę ulicy, z której na nie wszedł. W związku z czym z każdym kolejnym krokiem pogrążał się w zacienionej połowie drogi, oddalając coraz bardziej od tamtej drugiej strony, na którą spływały złociste promienie słońca.


Tagi:

Awatar użytkownika
RebelMac
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 161
Zobacz teksty użytkownika:

Światy równoległe.

Post#2 » 24 lip 2019, o 11:10

Warsztatowo nie jest źle ale masz powtórzenia i orty a te już są niedopuszczalne. Co do fabuły to po prostu przegadana formuła a raczej jeden wielki ciąg opisów. Gdzie jest akcja ja się pytam i te światy równoległe? Nie zaciekawiłeś mnie co będzie dalej. Tytuł sam w sobie banalny. 

 

Pozdrawiam.

May The Force Be WIth You!

Awatar użytkownika
Gorgiasz
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1366
Zobacz teksty użytkownika:

Światy równoległe.

Post#3 » 24 lip 2019, o 15:11

Ciekawy i nieźle ujęty (aczkolwiek jest sporo błędów i zbędnych dopowiedzeń) tekst; przeczytałem z zainteresowaniem. 

Paralela losu kota i mężczyzny jest wprawdzie zauważalna (można domniemywać, że kot skończył w śmieciarce), ale należałoby to ująć inaczej, doprecyzować i rozjaśnić, najlepiej w jakiś sposób wracając do kota, co zamknęłoby kompozycję.


Awatar użytkownika
JanChmurka
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 16
Zobacz teksty użytkownika:

Światy równoległe.

Post#4 » 6 sie 2019, o 13:47

Masz talent do barwnych opisów. :)) Niestety brakuje w nich suspensu. Bo opis spaceru kota raczej go nie buduje :(. Poza tym niezły tekst.

Awatar użytkownika
Alchemik
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1293
Zobacz teksty użytkownika:

Światy równoległe.

Post#5 » 6 sie 2019, o 14:43

Ten kot wydaje mi się ważny. 

Jestem zły, że zostawiłeś go w śmietniku. 

Zamknąłeś go w pułapce jak głupią mysz, a przecież to inteligentny drapieżnik. 

Teraz zszedł na psy. 

Paralela, jak nazwał to Gorgiasz, jest niedomknięta. 

Powinieneś bardziej powiązać losy obydwu podwórkowców. 

Całkiem niezłe opowiadanie, choć w kwestii stylu ocierasz się o przesadę opisów. 

Zainteresowałeś mnie tytułem. 

I nic. 

Rozwiń opowiadanie. 

Stwórz alternatywy. 

A kot jest ważny, choć użyłeś go tylko jako wstępnej dekoracji. 

Może w równoległym świecie jest ważniejszy od bezdomnego włóczęgi? 

Może powinni stanowić parę?!


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości