Wszyscy święci - cz.1

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

JoannaP
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 4
Zobacz teksty użytkownika:

Wszyscy święci - cz.1

Post#1 » 25 sie 2019, o 15:08

Wieczór był zimny, wilgotny, mglisty, jak jeden z tych niekończących się wieczorów listopadowych, kiedy człowiek zapomina niemal, że istnieje słońce, a wiosna wydaje się niesłychanie odległa. Piąty lutego roku dwa tysiące sto pięćdziesiątego ósmego nie należał do przyjemnych: krople deszczu spływały po szybie pojazdu, oślizgła wilgoć lgnęła do wszystkiego wokół, mgła tłumiła mdłe światła ulicznych latarni. 

Pojazd zajmowała tylko jedna osoba. Młoda kobieta patrzyła przez okno. Zamyślona. Jej myśli uparcie krążyły wokół dzisiejszego dnia. Kilkunastu sekund, kiedy czas stanął, a wszystko w co wierzyła, co wiedziała, okazało się kłamstwem. Zza kolorowej kurtyny wyjrzała upiorna rzeczywistość. Na kilka sekund, zanim wszystko wróciło do normy. 

To nic takiego. To tylko złudzenie. Powtarzała to sobie całe popołudnie i teraz, kiedy wracała do domu. 

A jeśli nie? Co powinni zrobić? 

Zamknęła oczy. Nie chciała o tym myśleć teraz. Potrzebowała odpoczynku. Wytchnienia. W nocy, podczas snu wszystko poukłada jej się w głowie, jak zawsze. 

Każdy problem można przecież rozwiązać. 

*** 

Ksiądz Piotr Dobrowolski siedział wygodnie w fotelu, pochłonięty lekturą. Już dawno odkrył, że nic go tak nie odpręża jak dobra książka. Dziś był to Oliver Twist Charlesa Dickensa. Prawie nie czuł ciężaru sporego, czarnego kocura, siedzącego mu na kolanach, ledwo łowił uchem głos siostrzeńca bawiącego się na dywanie. Sześcioletni Szymek składał właśnie najnowszego robota. 

Nagle chłopiec krzyknął: ostry metalowy element skaleczył go w palec, kropla krwi splamiła zabawkę. Piotr strząsnął z siebie kota, zwierzę prychnęło. Ranka zniknęła od razu, jak zmazana staroświecką gumką-myszką. Piotr wytarł krew z palca dziecka i robota. Mały mógł bawić się dalej, beztroski, z jasną, pogodną twarzą, żaden cień nie padł na jego głowę, był bezpieczny w rodzinnym domu, sztucznym, lecz miękkim światłem oddzielony od chłodnej lutowej nocy, od deszczu i mgły na zewnątrz. 

*** 

Alojzy Kawka obudził się w ciemności. Żółte neonowe światło wdzierało się do środka. W tej dzielnicy zawsze żółto, zawsze ciemno, zawsze mglisto. Nie było bólu. Codziennie wlewał w siebie hektolitry wódki w obskurnych barach, spelunkach zapomnianych przez Boga. Ich smród przyklejał się do niego, był już jego smrodem. Ale kac nie nadchodził. Kawka już o nim zapomniał, tak jak zapomniał o Ance. Nie czuł nic. 

Półmrok zażółcony brudnym światłem, odór, twardy barłóg, wieczna noc, noc bez końca, dni mknące jak światło w czerń kosmosu. Nieuchwytne. Mijają i już ich nie ma, już jest przyszłość. Nowe czasy. 

- Kurwa! - Wrzasnął, by zakrzyczeć ciszę. Mały pies skulony w kącie drgnął, jakby spodziewał się kopniaka. 

- Szprycha. - Kawka wstał, podszedł do psa, pogłaskał go. 

- Pewnie jesteś głodna. Moja mała. Nakarmię cię. - Zdjął z półki puszkę z psią karmą, nałożył trochę do miski. Przyglądał się jedzącemu psu, siedząc na dawno niemytej podłodze. 

- Jedz, Szprycha, jedz. 

Tymczasem na zewnątrz gęstniał mrok. 

*** 

Agata weszła do domu wraz z chłodnym podmuchem wiatru. 

- Mama! Wróciłaś! - Szymek wtulił się w matkę, zanim zdążyła zdjąć płaszcz. 

- Hej, mały. Tęskniłam za tobą. Co słychać? Tata jeszcze nie wrócił? 

- Nie. Wujek pomagał mi złożyć robota. A Tomek ma Superniuchacza, kupisz mi, ja też chcę! 

- Masz już mnóstwo robotów, na razie wystarczy. 

- Ale mamoo… 

- Porozmawiamy o tym później, dobrze? - Przywołała na twarz uśmiech, w myślach powtarzając sobie, że nic się nie stało, wszystko w porządku. 

- Daj mi się rozebrać. Lekcje odrobione? Byłeś grzeczny? 

Piotr przeciągnął się, aż chrupnęły stawy. 

- Aha. Wybiegałem go, nakarmiłem i zagoniłem do lekcji. Co tam w pracy? 

- Jak to w pracy, nic ciekawego. Całe popołudnie siedziałam w papierach. - Zaśmiała się trochę zbyt nerwowo. 

Znikąd przybiegły koty, pomrukując i miaucząc zażądały jedzenia. Nie można odmawiać kotom, zwłaszcza, gdy tak ładnie proszą, nakarmiła je, po czym usiadła na fotelu obok brata. 

Zapatrzyła się w przestrzeń, w ciemną szybę przed sobą, mokrą od deszczu. Szymek wrócił do zabawy. 

Piotr spojrzał na siostrę, młodą trzydziestoośmioletnią dziewczynę o jasnej gładkiej cerze, ciemnych włosach, na progu długiego życia, które ją czekało. Czy myślała o stuleciach, mających upłynąć, czy o paskudnej pogodzie za oknem? Pewnie o tym drugim, bo po powrocie z pracy w zimny lutowy wieczór ludzie nie rozmyślają o sprawach ostatecznych tylko o tym, żeby wreszcie odpocząć. Łatwo przywyknąć do dobrego, a to, że czas przestał upływać tak nieznośnie szybko, że było go o tyle więcej, zdawało się dobre. 

- Zmęczona? 

- Co? - Drgnęła. - Ach tak, trochę. To ta pogoda, jest tak szaro, przygnębiająco. Mogłaby już przyjść wiosna. 

- Przyjdzie. - Wyłączył czytnik. - Krzysiek zaraz wróci z wywiadówki. - Nie odpowiedziała, przytaknęła tylko. 

- Na pewno wszystko w porządku? 

- Tak, jasne. To naprawdę tylko ta pogoda… 

- No tak, pogoda… - Andromeda, ruda kotka, wskoczyła Piotrowi na kolana. 

- Co mała? Najadłaś się, futrzaku? 

Drzwi otworzyły się, wysoki, chudy jak trzcina blondyn wpadł do środka. 

- No, jestem. 

- Tata! 

- Byłeś grzeczny? Odrobiłeś lekcje? Masz batonika. - Codzienny rytuał uścisków, śmiechów, powitań. 

- Co słychać? 

- Wykończą mnie ci rodzice. Nie wiem, dlaczego wciąż w szkołach organizują wywiadówki, jakby nie było Internetu. 

Jasne, pastelowe kolory, niezbyt jaskrawe światło. Żadnych cieni. Wszyscy uśmiechnięci. 

Piotr pomyślał, że musi wracać, oczy same mu się zamykały, a rano trzeba wcześnie wstać. 

- Pójdę już. Miło było, ale muszę lecieć. - Wstał, włożył czytnik do kieszeni sutanny. Andromeda, zrzucona tak brutalnie, prychnęła i poszła do miski, sprawdzić, czy jeszcze coś w niej zostało. 

Założył płaszcz wśród życzliwych pożegnań i podziękowań. ,,Dobrze mieć kogo odwiedzać.” pomyślał. 

- Odprowadzę cię kawałek. - Krzysztof ubrał się pospiesznie, jak ktoś, kto musi wyjść natychmiast, iść przed siebie, daleko, bo oszaleje. 

Wyszli. Agata zagoniła Szymona do spania, odpędzając niepokój, udając, że nie widziała dziś tego, co zobaczyła. 

Piotr z Krzysztofem szli prawie pustymi ulicami. Piotr nigdy nie wzywał auta, kiedy odwiedzał siostrę i szwagra, droga nie zabierała mu więcej niż piętnaście minut, wystarczyło przejść kawałek Głęboką, potem Sowińskiego, potem skręcić w Aleje Racławickie, by znaleźć się przy Kościele Garnizonowym. 

Krzysztof nadawał tempo maszerował szybko, stawiając długie kroki, Piotr ledwo za nim nadążał. Zimna mgiełka osiadała im na twarzach, mijały ich liczne elektroauta: nadjeżdżały i odjeżdżały, nie wiadomo, dokąd. Latarnie nadawały wszystkiemu odcień ciemnopomarańczowy, łuna świeciła nad miastem, zamiast gwiazd - światła w oknach wieżowców, coraz liczniejszych, pnących się pod niebo jak rośliny nie z tego świata. Kosmiczne statki mknęły w mrok lub spływały z chmur w poszukiwaniu lądowiska. Pod ścianami budynków przemykały podobne do olbrzymich owadów, zawsze dyskretne roboty. 

- Zwolnij wreszcie! Goni cię kto? 

- Przepraszam, zamyśliłem się. - Piotr zerknął na szwagra ukradkiem. Zawsze był czuły na nastroje innych, pewnie między innymi dlatego został księdzem. 

- Na pewno? 

- Na pewno. Co mnie tak wypytujesz? 

- Ja… 

- Dobra, nieważne. Nie chciałem być niemiły. 

- Wiesz, o czym myślałem? - Zapytał Krzysiek po chwili milczenia, mijali właśnie UMCS z gigantycznym holograficznym pomnikiem Marii Skłodowskiej-Curie. 

- O czym? 

- O indyku. Pieczonym indyku. Kiedy ostatni raz jedliśmy coś takiego? 

- Chyba w dzieciństwie. - Piotr uśmiechnął się na samo wspomnienie. 

- Prawdziwy indyk, nie ta papka. Pyszne, delikatne, gorące mięso. Rodzina zebrana przy stole, razem, indyk pośrodku, paruje świeżo wyjęty z piekarnika. Chyba można je dostać na czarnym rynku. Jedlibyśmy go razem, Agata, Szymek, ja. Zaprosilibyśmy cię… 

- Byłoby miło. 

- Cholernie miło! Przepraszam… 

- Jestem księdzem, nie Archaniołem Michałem. Powiedz dlaczego… Coś się dzieje? Jakiś taki jesteś… 

- Jak uprzykrzony giez. Tak mawiała moja babka, świętej pamięci. To nic, Piotrek, jestem zmęczony, nosi mnie coś. 

- Każdego czasem nosi. 

- No właśnie. Dobra, Piotrek, wracam. Jutro do roboty. Wpadnę do ciebie w tygodniu, ok? Pogadać. 

- Wpadaj, kiedy chcesz. 

- No, to cześć. 

- Cześć. - Podali sobie ręce, Krzysztof zawrócił, niemal zniknął we mgle. 

*** 

Alojzy Kawka musiał wyjść. Zwlókł się z barłogu. Szprycha zapiszczała cicho, podrapał ją czule za uchem. 

- Zostań maleńka zaraz wrócę. 

Szprycha zrozumiała, będzie czekać, zwinięta w kłębek na swoim posłaniu. 

Bruk na Starym Mieście mokry, Kawka ślizgał się na kamieniach, tłumiąc przekleństwa. Tłumy ludzi zmierzających donikąd, on miedzy nimi, na nikogo nie patrzył, nikt nie spojrzał na niego. Ludzie niepotrzebni, bez zajęcia, bo czy bogowie pracują? Oddawali się rozrywkom, coraz to nowym, coraz bardziej nieludzkim: zwłaszcza tu, na Starym Mieście, pełzali w mroku, podobni do istot z horrorów. 

Śmiech. Krzyk. Płacz. Muzyka. Dym z papierosów.. Ktoś na kogoś wpadł. 

- Hej, uważaj, jak leziesz! 

- Sam uważaj! - W tej okolicy nietrudno o bójkę, przyspieszył kroku. 

W Bramie Krakowskiej obdarty chłopak grał na gitarze, długa broda, zmierzwione włosy, obojętność na twarzy. Kawka rzucił mu piątaka. To była ulubiona piosenka Anki. 

Wieża Trynitarska. Trzy lata temu: krótki lot w dół, trzask pękających kości. Wstał i poślizgnął się na własnej krwi. 

- Hej, gościu, ostrożnie. Po co to zrobiłeś, koleś? 

- Musiałem. 

Chciał sprawdzić, czy to prawda, czy rzeczywiście nie umrze. Nie umarł, nie mógł umrzeć. Może powinien był odlecieć, nie na Marsa czy Europę, ale daleko, do innych gwiazd. Zasnąć na sto, dwieście, trzysta lat. Obudzić się jako inny człowiek, w obcym świecie byłoby inaczej. Albo nie. 

Jednak nigdzie nie poleciał, za to spotkał bliźniaków. Oni ofiarowali mu wolność. Już niedługo jego udręka dobiegnie końca. 

W Bewatronie, obskurnym pubie na Ruskiej panował ścisk, zaduch niemal niemożliwy do zniesienia, gwar zachrypniętych głosów. Kawka z trudem znalazł wolny stolik. Sączył ohydne syntetyczne, bezalkoholowe piwo. Spojrzał na zegarek. Przyjdą czy nie? 

Przyszedł tylko jeden z nich. Usiadł przy stoliku Kawki. Nic nie mówił, oglądał coś w swoim czytniku. Kawka czekał, nie odważył się odezwać. 

Obcy położył na stoliku niewielkie pudełko i wyszedł. Kawka schował chusteczkę do kieszeni. Opuścił pub jakieś piętnaście minut później. 

 

*** 

Przez okno wpadały promienie słońca. Niebo błękitne, bez jednej chmurki, pogoda zmieniła się, teraz zrobiło się niemal wiosennie. 

Piotr siedział w fotelu, rozkosznie wygodnym, jakby stworzonym dla niego, patrząc na krzątającą się kobietę. Wyjęła z szafki dwie filiżanki - białe cudeńka w czerwone różyczki, nalała do nich wrzątku i wrzuciła do każdej kawową kapsułkę. Opowiadała o swojej córce i wnuku. Był to stały temat jej rozmów z Piotrem, długich monologów, przedmiot nieustającej tęsknoty. Pięć lat wcześniej odlecieli do kolonii, na planetę krążącą wokół jednej z wielu gwiazd o niemożliwych do zapamiętania nazwach katalogowych, astronomowie nie nadali jej jeszcze imienia. 

Chcieli ją zabrać ze sobą, ale ona nie mogła się zdecydować i w końcu została. Bała się - tej całej hibernacji: mówią, że to nic takiego, zasypiasz, a potem się budzisz, daleko od domu, Bóg wie, gdzie. A jakby się nie obudziła? Albo nie mogłaby zasnąć? Chociaż nie wszyscy chcieli zasnąć, niektórzy ponoć czuwali, ale czy ona by tak mogła? Poza tym, tu był jej dom. Tu leżała mamusia… 

Zięć się wściekał. On zawsze był wściekły na coś albo na kogoś. Nie cierpiała bubka! Ale Alusia… Alusia i Jasio. Tak bardzo za nimi tęskniła. Czasem niemal żałowała, że nie poleciała. Może była tchórzem? 

Podała filiżankę Piotrowi, usiadła naprzeciwko niego w identycznym fotelu. 

- W czasach mojej młodości kawa była lepsza. Ksiądz pewnie nie pamięta? 

- Coś tam pamiętam… - Upił łyk. Gorące. 

- W ogóle kiedyś wszystko było inne. I picie i jedzenie. I ludzie. - Uśmiechnęła się smutno. 

- Świat ciągle się zmienia. Czasem trudno za nim nadążyć. 

Kobieta piła powoli, z namysłem. Milczeli, oboje małomówni, nie potrzebowali zagłuszać zapadłej między nimi ciszy słowami. Ksiądz Piotr odwiedzał panią Konstancję mniej więcej raz w miesiącu, podczas tych spotkań opowiadali sobie o tym, co istotne i milczeli o tym, co nie wymaga słów. 

Niewielu zostało takich ludzi, Piotr w każdym razie mało takich spotkał, którzy widzieliby w nim przede wszystkim człowieka, większość uważała go jedynie za przedstawiciela określonej instytucji, głosiciela konkretnego światopoglądu, budził w nich niechęć lub, znacznie częściej, obojętność. Czuł się przez to coraz bardziej osamotniony, jak rozbitek dryfujący po oceanie na naprędce skleconej tratwie. Świat go nie potrzebował. 

- Wyglądam dokładnie tak samo, jak dwadzieścia lat temu. Nie zmieniłam się ani trochę. - Pani Konstancja odstawiła filiżankę. - Czy tak powinno być, czy to dobre dla nas? Ja uważam, że nie. Człowiek powinien widzieć upływ czasu na twarzy, inaczej może zapomnieć, kim tak naprawdę jest. A ksiądz jak sądzi? - Patrzyła na niego, jakby chciała za wszelką cenę wyciągnąć z niego odpowiedź, zajrzeć mu do mózgu, do duszy, jakby to było ważne, co on myśli. 

- Ja… nie wiem. Może pani ma rację może jest tak, jak pani mówi. Nie umiem pojąć tego wszystkiego, to mnie przerasta. 

- Przerośliśmy samych siebie i nie umiemy siebie dogonić. 

- Tak, chyba tak. 

- A co na to Bóg? 

- Wszyscy mnie o to pytają: czy tego chce Bóg? Co Bóg mówi? A ja nie mam pojęcia. Myślę, że nie chce nam się narzucać. Nigdy nie chciał. 

- Szkoda. 

- Szkoda? 

- Może byłoby łatwiej? 

- Łatwiej nie znaczy lepiej. 

- Nie… Smakowała księdzu kawa? 

- Tak, dziękuję, była znakomita, choć z kapsułki. A teraz już pójdę, muszę wpaść do Centrum, robota wzywa. - Wstał z niechęcią, nie miał ochoty dziś pracować w podziemiach w taki ładny dzień. 

- E, robota nie zając, nie ucieknie! Ale niech ksiądz idzie, niech idzie. Tylko niech wpadnie znowu! - Wstała również, odprowadziła go do drzwi. 

- Wpadnę, na kawę i pogadać. Do zobaczenia! 

- Do zobaczenia. Dziękuję, że mnie ksiądz odwiedził. 

- To ja dziękuję, pani Konstancjo. - Pierwszy raz nazwał ją po imieniu. Roześmiała się. 

- Nikt mnie tak nie nazwał od dnia ślubu. Wszyscy mówili na mnie Kostka. Proszę księdza, czy… 

- Co takiego? 

- Ech nic, już nic. Czasem głupie rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy. 

- Może wcale nie takie głupie. 

- Może. Może następnym razem pogadamy o głupich rzeczach. Albo o pogodzie. Do widzenia Bóg zapłać. 

- Do widzenia. Niech… Bóg panią błogosławi. 

Wyszedł z wieżowca w słońce, jeszcze nie wiosenne, ale już nie do końca zimowe. 

Na przystanku elektrobusu na Tysiąclecia nie było żywej duszy. Światło słoneczne odbijające się w oknach wieżowców raziło w oczy, elektroauta rozchlapywały wodę w szaleńczym pędzie, wciąż naprzód, do celu, gdziekolwiek on się znajdował. 

Piotr patrzył na pojazdy i przechodniów, spacerował w tę i z powrotem, czekając. 

Jego uwagę zwrócił krzyk: dwóch mężczyzn kłóciło się zajadle po drugiej stronie ulicy, wymachiwali rękami, podobni do walczących małp. Nagle jeden popchnął drugiego na jezdnię: popchnięty wpadł prosto pod rozpędzony samochód. Pisk opon. Piotr chciał biec na pomoc. Tymczasem poszkodowany mężczyzna wstał, otrzepał ubranie, po czym odszedł, krzycząc coś, co zagłuszył szum pojazdów.W tej chwili nadjechał elektrobus, Piotr wsiadł, zapominając o całym zajściu, teraz myślał już tylko o pracy. 

Elektrobus jechał ku granicom miasta, mijał kolejne przystanki, długi, podobny do gąsienicy, zmierzał przed siebie z nieludzką cierpliwością, tylko po to by zawróciwszy przebyć tę samą trasę po raz kolejny, i tak dzień w dzień, według rozkładu. 

Blisko wyjazdu z Lublina apartamentowce ustąpiły miejsca starym, szarym blokom, czekającym na wyburzenie: stały przy ulicy podobne do żebraków, bez nadziei na przyszłość, bez wartej wspomnień przeszłości. 

Piotr wysiadł na ostatnim przystanku jako jedyny pasażer, poza granicami miasta. Stanął przed niewysokim, białym budynkiem w kształcie kopuły. Po sprawdzeniu przez czytnik siatkówki wszedł do środka. Poszedł pogrążonym w półmroku korytarzem, na którego końcu znajdowała się winda: obok, na ścianie umieszczono otwór, włożył do niego rękę. Drzwi windy otworzyły się i Piotr, śledzony czujnym okiem kamery, wszedł do środka. 

Kilometry podziemnych korytarzy, rzędy przeszklonych szaf wysokich do sufitu, wypełnionych probówkami. tysiące komputerów, monitorujących zawartość probówek. 

Agata wpatrywała się w monitor. Na ekranie widziała umieszczoną w probówce dziewczynkę, nie większą niż mały palec u ręki dorosłego człowieka. Obcy nazywali je ,,wytworem” lub ,,darem”, ludzie ,,świętymi”. 

Nikt dokładnie nie wiedział, w jaki sposób, ale ,,święci” przejmowali na siebie wszelkie uszkodzenia ludzi, z którymi łączyła ich dziwna więź, nieuchwytna dla ludzkiej nauki. Każdy żyjący człowiek miał swojego ,,świętego” od poczęcia już zawsze. Zniknęły choroby, starość, śmierć. 

Obcy przybyli piętnaście lat temu z odległej galaktyki, jednej z wielu widocznych na zdjęciach zrobionych przez kosmiczne teleskopy. 

Ofiarowali ludzkości dar, vitalinę, materię, łączącą się z każdą inteligentną istotą na planecie. Im nie była już potrzebna: opuścili swoje materialne ciała, by istnieć jako czysta świadomość gdzieś w innym wymiarze. 

Agata badała długofalowe skutki połączenia ludzi i ,,świętych” oraz samą jego istotę - dlaczego vitalina łączy się tylko z ludźmi oraz jak identyfikuje poziom świadomości, z którym można dokonać połączenia? 

Badania posuwały się do przodu bardzo wolno, by nie rzec, że stały w miejscu. Obcy odmawiali pomocy, według nich Wszechświat był bardzo prosty, lecz aby pojąć tę prostotę, należy przebyć długą drogę, samodzielnie, bez chodzenia na skróty. 

Agatę interesowało również inne zagadnienie: jak połączenie wpływa na vitalinę? 

Z zewnątrz ,,święci” stanowili idealne kopie ludzi, ich ,,ciała” jednak były złożone z identycznych ułożonych w niebywale uporządkowany sposób molekuł, nie przypominały budową organizmów żywych, nie posiadały komórek ani organów, ,,święci” przypominali lalki ulepione z jednolitej masy. Vitalina nie wykazywała żadnej aktywności chemicznej ani elektrycznej poza momentami tak zwanego wchłaniania: kiedy ktoś zachorował albo uległ wypadkowi, wzrastał nieznacznie poziom promieniowania u odpowiedniego ,,świętego”, kiedy uszkodzenia powstałe u człowieka znikały. Napisano o tym całe tomy, jednak wciąż nikt nie rozumiał tego fenomenu. 

Agata nie umiała więc pojąć tego, co zobaczyła poprzedniego dnia. Ta sama ,,święta”, na którą patrzyła teraz, wczoraj otworzyła oczy, poruszyła się, wykrzywiła twarz w niemym grymasie bólu, a na jej czole pojawił się spory siniak. 

Trwało to krótko, ułamek sekundy, ale nie było przywidzeniem, nie mogło być, choć nie istniały żadne dowody, wszystkie odczyty w normie, żadnych zmian, nawet na poziomie subatomowym, nic. 

A jeśli jednak niczego nie widziała, jeśli nie może ufać swoim zmysłom? 

- Hej, siostra! - Agata drgnęła, nie słyszała kroków. 

- Cześć. Co się tak skradasz? 

- Wcale się nie skradam! Coś ciekawego? 

- Nie, chyba nie. 

- No to lecę do siebie. Na razie. 

- Piotrek? 

- Tak? 

- Dzięki. Za wczoraj. 

- Nie ma sprawy. Zawsze do usług, zwłaszcza dla mojej małej siostrzyczki! - Uśmiechnął się i odszedł do innej części laboratorium. Agata wróciła do pracy. 

*** 

Alojzy Kawka siedział przy stole w swoim pokoju, sącząc powoli zimną wodę z poplamionej szklanki. Przez brudne okna wpadały promienie słońca, w których wirowały obłoki kurzu. Szprycha spała na niepościelonym łóżku, ogonem odganiając jakąś za wcześnie obudzoną muchę. 

Kawka od czasu do czasu wkładał rękę do kieszeni, upewniał się ,że ,,to” wciąż tam jest. 

Był niespokojny. Czy plan się powiedzie? Może to oszustwo, głupi żart, jak taki pyłek mógłby pokonać Obcych, przybyłych nie wiadomo, skąd? 

Odstawił szklankę, jęknął. 

Już niedługo wszystko się skończy, musiał w to wierzyć, tylko taka wiara mu została, dodawała mu sił. 

Miał dość. 

A inni? 

Nie myślał o tych wszystkich ludziach, rozsiewających się po kosmosie, oni przecież także nie myśleli o nim, ci których jego los obchodził choć odrobinę, już dawno odeszli. Postanowił zapomnieć o reszcie. 

Podszedł do okna, nie zobaczył nikogo na wąskiej uliczce, tylko cień w oknie domu naprzeciwko. Szprycha zaszczekała przez sen. Kochane psisko. Nie pozwoli, żeby coś jej się stało. 

Spojrzał na zegarek. Zostały dwadzieścia cztery godziny. 

*** 

Zapadał zmierzch. Słońce zachodziło, oświetlając miasto krwawą poświatą, czerwone światło odbijało się w oknach starych, stłoczonych na małej powierzchni jak stado owiec zapędzone w ślepy zaułek kamieniczek i otaczających je ze wszystkich stron wieżowców. Po niebie mknęły ciemne kształty, statki powietrzne kursowały pomiędzy miastami, ponad ledwo widoczną w dole ziemią, nad budowlami przypominającymi z góry kopce mrówek. 

Ulicami sunęły stada aut elektrycznych oraz elektrobusów, chodnikami spieszyli przechodnie. 

Krakowskim Przedmieściem szła dziwna procesja: grupa około pięćdziesięciu osób w długich czarnych płaszczach z kapturami. 

Niektórzy przystawali na ich widok, inni przyspieszali kroku. 

Ktoś coś krzyknął, ktoś inny się roześmiał, śmiech jednak po chwili zamarł. 

Błysnęły noże. 

Zakapturzone postaci rzuciły się na ludzi, uderzali innych i siebie nawzajem. 

Krzyk. 

Po bruku płynęła krew. 

Mężczyzna śmiejący się wcześniej, teraz trzymał się za brzuch, rana krwawiła obficie. 

Ludzie uciekali. 

Czarna postać runęła na kobietę, wbiła jej nóż aż po rękojeść. Towarzysz dziewczyny wyrwał nóż napastnikowi, dźgnął. 

Przez kilka minut panował chaos. 

A potem wszystko ucichło. 

Postaci w czarnych, zakrwawionych płaszczach zaintonowały dziwną, monotonną pieśń. 

Rany goiły się. 

Umarli powstawali z martwych. 

- Cholera, to już trzeci raz w tym miesiącu! 

- Kochanie, nic ci nie jest? 

- Moja sukienka! Zniszczona! Szlag! 

- Powinni zrobić coś z tym tałatajstwem! 

- Wywalić w próżnię! 

Błysnęły niebiesko-czerwone światła policyjnych kogutów. 

A oni wciąż śpiewali. 

*** 

Piotr siedział sam w pustym kościele wypełnionym przez półmrok; zmierzchało, ostatnie promienie słońca wpadały przez witraże, paliła się tylko wieczna lampka. 

Niedawno skończył odprawiać mszę; jedynym obecnym na niej człowiekiem był, oprócz księdza, dziwny młody mężczyzna. 

Zjawił się podczas Kyrie, głos księdza Piotra, jasny i czysty, zabrzmiał jak grom, odbijając się echem od ścian, wtedy skrzypnęły drzwi, wszedł nieznajomy. 

Stanął dokładnie na środku, w blasku zachodu, uśmiechnięty, klaskał, niezrażony panującą dookoła ciszą. 

Piotr nie wiedział, co robić, jak zareagować, czy wezwać pomoc, poprosić szaleńca, żeby wyszedł? 

Ostatecznie nie zrobił nic, ekscentryczny gość opuścił świątynię, kiedy msza dobiegła końca. 

Piotr nie miał ochoty wracać na plebanię, dzieloną jedynie z proboszczem. Często przesiadywał tu sam, rozmyślając, zadając pytania wciąż pozostające bez odpowiedzi. 

Całe życie pomiędzy mrokiem a jasnością, ciszą a zgiełkiem. 

Zawsze lubił samotność. Gdy zbyt ciążyła mu obecność innych ludzi, wsiadał na rower, jechał do parku albo jeszcze dalej, poza miasto, wędrował po łąkach za jedyne towarzystwo mając owady i zabłąkane psy. 

Czasem dołączała do niego Agata, rozumiała go, choć tak wiele ich różniło - on milczący, pogrążony we własnych myślach, ona otoczona ludźmi, roześmiana. A jednak gdzieś głęboko w sobie musiała mieć ten pierwiastek milczenia, ucieczki od świata, razem z bratem szwendała się po bezdrożach, dzieląc z nim ciszę. 

Między innymi dlatego tak chętnie przystał na propozycję wuja Tomasza, by odwiedził go na Europie, gdzie wuj badał miejscowe organizmy. 

Mało ludzi. Spokój kosmicznej przestrzeni, daleko od Ziemi. 

Miał siedemnaście lat, zaczynały się ostatnie wakacje jego młodzieńczej beztroski, niedługo miał wybrać, co dalej. Sądził, że na pokrytym lodem oceanie Europy będzie mu łatwiej podjąć decyzję. A może chciał tylko odsunąć wybór na później? 

Poleciał. 

Wuja Tomasza zapamiętał jako bardzo zwyczajnego człowieka - przeciętny mężczyzna w średnim wieku, o przeciętnych osiągnięciach. Całe dnie spędzał, wpatrując się w widoczne na ekranach, śledzone przez liczne kamery, fantastyczne stworzenia, przypominające nieco ziemskie meduzy, węże lub ryby - wszystkie ślepe, żyjące w ciemności od miliardów lat. Teraz obce sondy wtargnęły do ich świata przez lodową skorupę, niosąc ze sobą światło, pokazując to, co dotąd było zakryte. 

Ciekawość. 

Piotr często towarzyszył wujowi w tych seansach, słuchał opowieści o przedziwnych stworach. Istoty te fascynowały go swoją prostotą. Ile takich stworzeń zamieszkiwało kosmos? Wszechświat należał do form prostych, tak prymitywnych, że mogły obywać się bez tego, co niezbędne organizmom bardziej złożonym. Może człowiek to tylko przyrodnicza anomalia, kosmiczne kuriozum, jego istnienie - ułamek sekundy w skali Wszechświata, zniknie, nie pozostanie po nim żaden ślad, a te małe żyjątka będą trwać. Tak wtedy rozumował, jego przemyślenia wydawały mu się bardzo głębokie, filozoficznie dojrzałe. 

Wuj Tomasz zabierał Piotra do laboratorium, gdzie badał miękkie, galaretowate ciała, klasyfikował, nazywał, oglądał pod mikroskopem - zajrzeć głębiej, widzieć więcej, rozebrać na czynniki pierwsze: tego pragnęła grupka uczonych zamknięta w bazie numer dziewięć na jednym z księżyców Jowisza. Zobaczyć niewidzialne dla oka, objąć czystym rozumem świat od najmniejszych drobin po ogrom kosmosu. Jakie to było piękne! Wuj Tomasz stał się dla Piotra mentorem, mistrzem, wprowadził go w sterylny świat probówek i mikroskopów, w świat wiedzy. 

Czasem wychodzili na powierzchnię. Lód. Ciemność. Jowisz przesłaniający sobą niemal cały horyzont. Bezmiar przestrzeni ponad nimi. Choć mieli na sobie niewygodne kombinezony chroniące przed promieniowaniem oraz próżnią, czuli się swobodnie. Tomasz oddychał ciężko, szedł powoli, zgarbiony. Opowiadał coś, pokazywał, a niekiedy po prostu milczał. 

Piotr z trudem dostosowywał swój krok do powolności wuja. Chciałby biec przed siebie, jakby coś go goniło. A należało uważać, o wypadek nie było trudno. 

Piotrek odwrócił się do wuja, którego trochę wyprzedził. Nagle runął. Stracił grunt pod nogami. Lód pękał. 

Coś trzymało wciągało go pod wodę, coś silnego, mięsistego oplatało jego nogę i wlokło za sobą w głębinę. Próbował się wyswobodzić, ale na próżno. 

- Piotrek! Piotrek! 

- Wujku! - Z trudem zapanował nad głosem. 

- Namierzamy cię! Wysłaliśmy sondę! Trzymaj się! - Trzask. 

Cisza. Znów trzask. Jakiś głos, niewyraźny, Piotrek nie rozróżniał słów. Spojrzał w górę, lecz niczego nie był wstanie dostrzec z powodu ciemności. Czuł bicie własnego serca, krew pulsującą w skroniach, przyspieszony oddech. Kiedy zmiażdży go ciśnienie? 

Minęła wieczność. 

Nie wiedział, co się stało. Nagłe szarpnięcie i ból nodze, nagle uwolnionej z uścisku morskiego potwora. Coś chwyciło go za rękę i pociągnęło ku górze. Zemdlał. 

Przytomność odzyskał dopiero kilka tygodni później, w ziemskim szpitalu. 

Ból niemal rozsadzał mu czaszkę, pomimo pompowanych w niego środków przeciwbólowych. 

Na przemian tracił i odzyskiwał świadomość. 

Kiedy sonda wyciągnęła go z wody, w jego nodze tkwił spory kolec jadowy - utknął w skafandrze w taki sposób, że nie dopuścił do wycieku powietrza. 

Zwierzę, które go porwało, było znane jako jadowity wąż europejski: na ogonie miał żądło sączące neurotoksynę w ciało ofiary. Nigdy nie widziano, by zapuszczał się w rejon baz naukowych. Piotrek miał wyjątkowego pecha. 

Cudem przeżył, jednak całkowicie stracił wzrok oraz słuch. 

Niewiele teraz pamiętał z pierwszego miesiąca po wyjściu ze szpitala. Zazwyczaj przesiadywał w swoim pokoju, tam czuł się bezpiecznie. Czas mijał mu niedostrzegalnie, pogrążony w ciszy i mroku nawet nie wiedział, czy jest sam, czy ktoś przyszedł do niego. 

Może drugiego albo trzeciego dnia pobytu w domu poczuł na ramieniu dotyk, ktoś wypisywał na jego skórze litery słowa, zdanie. ,,Kocham cię.” 

To była Agata. Matkę poznawał po miękkości jej ciała, gdy go ściskała, ojca po dużych, szorstkich dłoniach. Agatę po zapachu jej ulubionych perfum. Przynosiła mu kwiaty, owoce, pisała mu na ciele słowa, opisywała świat. 

Miesiąc później wszczepili mu do mózgu implanty, dzięki czemu mógł częściowo odbierać bodźce słuchowe i wzrokowe: widział rozmazane kształty, słyszał ciche, przytłumione głosy. Żył tak trzy miesiące, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. 

A potem przylecieli Obcy i wszystko się zmieniło: Lustra Obcych w każdym mieście, w każdej ludzkiej kolonii, Obcy i ludzie razem na zawsze. 

Znowu skrzypnęły drzwi kościoła. Ktoś wszedł do środka, usiadł w ławce obok Piotra. 

- Krzysiek! Co się stało? - Ubranie Krzyśka oraz a także jego ręce, były poplamione krwią. 

- E, nic. Nieważne. - Machnął ręką. 

- Nie zaprosiłbyś mnie do siebie? Pić mi się chce. W gardle mi zaschło. 

- Chodź, napijemy się. - Wstali i powoli, nie spoglądając za siebie, wyszli na zewnątrz.


Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1481
Zobacz teksty użytkownika:

Wszyscy święci - cz.1

Post#2 » 25 sie 2019, o 15:19

Tutaj można przedstawić się i przywitać. Zapraszam: 

viewforum.php?f=81


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości