Trzech facetów, którzy menelami być nie chcieli - część 2

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Marcel
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 28
Zobacz teksty użytkownika:

Trzech facetów, którzy menelami być nie chcieli - część 2

Post#1 » 29 sie 2019, o 16:53

– No dobra, tylko co teraz? Jak zamówimy sobie panienkę? 

– Trzeba zadzwonić. 

– Może w lombardzie nam użyczy telefonu? Po znajomości. 

– Po znajomości? 

– Tak. 

Roman K tylko popukał się w czoło. 

– Mam lepszy pomysł. Wracamy do mnie, do bloku. Tylko najpierw trzeba się lepiej ubrać. 

– Co? 

– Mówię, że musimy iść do lumpeksu. Bo popatrz na nas do chuja. Jak ty chcesz się prezentować przed damą? 

– Ale że od razu do lumpeksu? Może w koszu coś znajdziemy. 

– Nie tam, kurwa w koszu. Idziemy na zakupy. Jak ludzie. Chociaż raz jak ludzie. 

No i przeszli kilka przecznic i stanęli pod wielkim starym magazynem, gdzie obecnie znajdował się sklep z tanią odzieżą używaną. Jacek nie chadzał do takich miejsc. Paulus tym bardziej. Roman może raz czy dwa. Nic jednak nigdy nie kupił. 

Będąc już w środku szperali wśród tych długich korowodach ubrań, których specyficzny odór wypełniał halę magazynu po sufit, ale i tak był dużo lepszy niż ten, jakim oni wonili. Stare baby w płaszczykach i kurtkach z kożuchem przebierały w ciuchach z niezwykłą wprawą, prawie jak zautomatyzowane roboty, co chwila wyłapując co lepsze kąski. Trzech meneli strasznie się spociło, zanim znaleźli coś wartego wydania niedużej sumy. Każdy zakupił marynarkę i spodnie od garniaka. Roman K wziął sobie nawet krawat. Chciał się wyróżniać. Chciał wyglądać na kogoś z klasą. 

– Po co ci ten krawat, jak ty nawet koszuli nie masz. 

– Założę sobie na szyję. 

– Do kurwa tego swetra? 

– Tak. 

Jacek Ptak tylko machnął ręką na eleganckie zapędy swojego towarzysza niedoli. 

– Jak chcesz. 

Potem, już pod blokiem, policzyli, że zostało im sto siedemdziesiąt złotych. 

– Trzeba by jakie wino jeszcze kupić, co nie? – zaproponował Roman. 

– Co ty taki, kurwa, rozrzutny jesteś?! Nie starczy nam na kurwę, jak będziemy tak szastać na lewo i prawo, prawo i lewo, cholera! 

– A czym chcesz, chuju złoty, uraczyć drogą damę, naszego wyjątkowego gościa, co?! Zresztą to moje pieniądze. 

– Masz rację. Masz rację. 

– No. To przeproś mnie teraz. 

– Co? Za co? 

– Za gówno. Powiedziałem, że masz mnie przeprosić do kurwy nędzy! 

– Przepraszam. 

– Przepraszam – powtórzył również Paulus.  

– A ty, za co mnie przepraszasz, co? 

– He? 

– Pytam za co mnie przepraszasz Paulus. 

– No przepraszam. 

Roman K obcinał go przez chwilę uważnie, ale dał spokój. Przecież to tylko stary, głupi i poczciwy Paulus. 

– Dobra. Nie ważne. Kupmy to wino i wracamy do matki, znaczy się do mnie wracamy. Wracamy do mnie. 

Kupili dwie butelki najtańszego czerwonego wina i wrócili do bloku, na klatkę schodową, odpicowani jak na pierwszą komunię w tych swoich nowych-starych garniakach. Wystarczyło teraz tylko zamówić panienkę. Tylko i aż. Długo o tym prawili. W końcu wpadli na pomysł, że zapukają do jedynego sąsiada jako tako przychylnego Romanowi. 

Stanęli pod numerem sześćdziesiątym szóstym i zadzwonili. Po chwili nacisnęli na dzwonek jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu w drzwiach otworzył przekwitły, niski i gruby facet. Miał okrągłą dużą głowę, ale wąską i małą twarz. Oczka miał również bardzo małe i dziwnie chytre. Lustrował ich od jednego do drugiego.  

– Dzień dobry panie Rosiński. 

– Dobry. 

– To ja, Roman. Nie poznaje mnie pan? 

Facet zatrzymał swoje świńskie oczka na nim i popatrzył tak kilka sekund. 

– Nie. 

– To ja Roman. Syn Janiny. 

– Janiny? 

– Dwa mieszkania dalej. 

– Aha. No tak, tak. I co? 

– Chciałbym skorzystać z pańskiego telefonu. 

– Po co? 

– Muszę gdzieś zadzwonić. 

– Gdzie? 

– Do kolegi. 

– Kolegi? 

– Ma urodziny. 

– No. A nie możesz zadzwonić od siebie? 

– Nie. 

– Bo? 

– Nie mamy telefonu. 

– Nie macie telefonu? 

– Wyłączyli nam. 

– Szkoda. 

– To jak? Będę mógł z niego skorzystać? 

– Nie. 

– Dlaczego? 

– A dlaczego tak, co? Dlaczego? Wpadasz tu do mnie, kimkolwiek jesteś, z tą swoją bandą pajaców i chcesz, żebym użyczył ci mój prywatny telefon, w moim prywatnym mieszkaniu, w prywatnym salonie?! Nie, nie i jeszcze raz nie! Wynocha! Won! Nie ma cię! Nie ma was! 

– Ale panie Rosiński! 

– No co?! 

– Proszę! 

– Wypieprzać mi, bo zadzwonię po policję! 

– Chwila! Niech pan poczeka z tą policją! 

– Co znowu?! 

Roman K wyciągnął z siatki jedną butelkę wina, starając się tak ją wyjąć, żeby nie uderzyć w drugą. Jedną musieli sobie przecież zostawić! No musieli mieć chociaż jedną! 

– Dam panu butelkę wina, co pan na to? 

– Co to za wino? 

Stary facet sięgnął po szkło i obejrzał je dokładnie. Obrócił ją nawet i zaczął czytać etykietę. 

– Kurwa! 

– Coś nie tak? 

– Nic nie widzę cholera w tym świetle. To jak jest? Dobre to wino czy nie? 

– Bardzo dobre. 

Rosiński pokiwał nieznacznie głową i wsadził butelkę pod pachę. 

– Możesz wejść i zadzwonić. Ale tylko ty. Ci dwaj mają tutaj zostać. Jasne? 

– Oczywiście. 

– I nie gadaj za długo. Pięć minut. Będę stał z zegarkiem w ręce. 

– W porządku. 

– No to chodź. 

Wszedł za starym do środka, a ten zatrzymał go od razu w korytarzu. 

– Buty! 

Roman K ściągnął posłusznie buty i w śmierdzących, dziurawych skarpetach pokornie udał się za gospodarzem do salonu. Wysłużony, brązowy telefon stacjonarny wisiał przytwierdzony do ściany. Menel podniósł słuchawkę do ucha. Był sygnał. 

– Dzwoń. Będę siedział i odmierzał czas. Nie żartuję – oznajmił i usiadł w fotelu, przez cały czas oglądając butelkę, którą otrzymał. 

Roman K wyszperał z kieszeni spodni wizytówkę agencji i wybrał numer. Długo czekał na połączenie. Stary cały czas zajęty był winem. Gadał coś do siebie. Chyba czytał. 

– Halo? – odezwał się zdezelowany kobiecy głos nieposiadający wieku. Mogła być to zarówna stara baba, jak i dziesięciolatka. Mógł być też młody chłopak. Tak przynajmniej pomyślał Roman. 

– Dzień dobry i wszystkiego dobrego! – Facet odwrócił się i spojrzał na Rosińskiego. Ten spojrzał na niego. – Wszystkiego dobrego stary druhu! 

– Halo?! – odezwała się zaskoczona kobieta. To była jednak kobieta. Na bank kobieta. 

– Życzę panienki! Panienki życzę! 

– Co? Nie słyszę! Panienki, tak? 

– Tak! Właśnie tak! 

– Prostytutkę chce pan zamówić? 

– Tak, tak! O to, to! 

– Jaką? 

– Taką ładną, nie byle jaką, wiesz? Ładnej takiej kobiety życzę! 

Sąsiad tylko pokiwał głową z dezaprobatą i zaczął czytać dalej. 

– No dobrze, słyszałam. Dziwnie pan mówi jakoś. Za godzinę ile? 

– Słucham? 

– Ile ma kosztować prostytutka?! – rzuciła głośniej do słuchawki. Ta rozmowa ją wyraźnie zaczynała denerwować. 

– Sto pięćdziesiąt lat. 

Pan tego mieszkania burknął. 

– Co? Ile?! Głośniej proszę! 

– Sto pięćdziesiąt! 

– Aha. W porządku – odparła ta pod drugiej stronie i mówiąc do siebie powtórzyła – ...pięćdziesiąt. 

Stary oderwał się od butelki i zerknął na Romana dziwnym wzrokiem. Potem wstał i powędrował do meblościanki modnej w tych innych, dawnych, komunistycznych czasach. Otworzył jedne ze szklanych drzwiczek. 

– Tak, tak. No pewnie. To super – powiedział dla niepoznaki facet przy telefonie. 

– Co? – usłyszał w słuchawce. 

– Tak. Wszystko w porządku.  

Facet schował wino i postanowił podejść bliżej. Oparł się o ścianę i złożył ręce na piersi. Słuchał i czekał. 

– Dokąd ma przyjechać? 

– No jak to gdzie?! Wolności dwanaście przez sześćdziesiąt cztery. 

– Okej. Na którą? 

Roman K spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Było kilka minut po piątej. 

– O szóstej myślę. 

– Dobrze. Imię i nazwisko jeszcze poproszę. 

– No jak to kto?! Haha! Roman. No Roman! 

– A nazwisko? 

– Na K! Haha! 

– Jak? 

– Na K-A! 

– K-A co? 

– Po prostu K. 

– Proszę podać nazwisko inaczej za chwilę się rozłączę. 

– No Kamiński cholera! 

– Kamiński. W porządku. Wszystko już mam i wiem. Do widzenia panu i zapraszamy ponownie. 

To nie było jego prawdziwe nazwisko, ale prawdziwego nie mógł przecież podać. Zapomniał zresztą jak ono szło. A ponadto zbyt duże ryzyko. Gliny, te sprawy. Stary nie miał zegarka na ręce, ale mimo to klepał palcem w miejsce, gdzie mógłby on być. 

– No to trzymaj się, wszystkiego dobrego jeszcze raz! Haha! Tak, tak! Do zobaczenia! Narazie! 

Menel odłożył słuchawkę. Było po wszystkim. Udało się. 

– To musi być naprawdę dobry kolega skoro nawet nie wiedział kto dzwoni – podsumował. Lustrował naszego menela i robił to bardzo groźnie, z powagą. 

– Co też pan? 

– Nie wiem co tu wyrabiacie i gówno mnie to obchodzi, ale nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Wypad z mojego mieszkania! I to już! JUŻ! 

– W porządku szefie. Bez nerwów. Już wychodzę. 

– RAZ! 

Roman K wyszedł z mieszkania jak ten podły pies z podkulonym ogonem. 

– I TO WINO JEST NIC NIEWARTE! 

Zatrzasnął za nim drzwi i na klatce rozniósł się głośny huk. Dwóch czekających meneli aż podskoczyło z przestrachu. Odezwał się Jacek Ptak. 

– Udało się? 

– A wyglądam na takiego, co mu się nie udało?! Pewnie, że tak! 

– No to elegancko kurna jego mać! Elegancko! Panowie kurna! KURNA! 

– Co ty się tak podniecasz? 

– Cipki nigdy nie widział – wtrącił Paulus. 

– Ta. Nie widziałem. Pierdolisz teraz Paulus. 

– No – skwitował i zajął się czymś innym. Zaczął grzebać w kieszeniach. Po prostu. Nie. Niczego nie wygrzebał. 

– To co teraz? Na którą zamówiłeś naszą panienkę? 

– Na szóstą. 

– Elegancko, elegancko kurna. Idziemy na mieszkanie, tak? 

– Idziemy. 

Wrócili pod numer sześćdziesiąty czwarty i spoczęli swoimi brudnymi zadkami na wcale nie lepszej kanapie. Czekali i towarzyszył im ten dziwny niepokój, który czuli już wcześniej, mimo to siedzieli cicho w oczekiwaniu – trzymała ich tutaj tylko wizja współżycia z kobietą. W końcu ktoś zapukał do drzwi. 

Wszyscy trzej zerwali się do nich, ale to Roman K je otworzył – był w końcu gospodarzem. Złapał za klamkę i pociągnął. Za nimi stała ona. Ich kobieta. 

Kobieta wyglądała dziwacznie i nie chodzi o to, że była brzydka czy coś, nie, nie. Miała piękną i niespotykaną twarz. Łagodne, ciepłe oczy o kolorze złotego piwa. Usta pełne i kształtne. Włosy również robiły niesamowity efekt. Była urodziwa bez dwóch zdań. Tylko reszta jej ciała zupełnie nie pasowała do tej wyjątkowej głowy. Jej nogi, ręce, brzuch, piersi, plecy wszystko składało się na pokraczną figurę. Miejscami za gruba, miejscami za chuda, tu krzywa, tam za prosta. Postura pokraki i połamańca. Mimo biustonosza wyraźnie było widać, że jeden cycek jest większy niż drugi. Tyłek miała kościsty. Za to uda potężne. Ale ta twarz... Twarz wybaczała wiele, mimo że to naprawdę wyglądało, jakby ktoś wkleił ją w jakimś programie do obróbki zdjęć. 

– No cześć – odezwał się Paulus, przerywając niezręczną ciszę. 

Kobieta tylko minęła ich bez słowa i usiadła na kanapie. Spoglądali na nią zachłannie, starając się nie zwracać uwagi na nic poza twarzą. 

– Czy napije się pani wina? – spytał Jacek Ptak, gotowy spełnić każde jej życzenie.  

Kiwnęła głową na tak. Facet wyskoczył do kuchni, przyniósł szklankę i nalał wina. 

– Nie ma kieliszków, przepraszam. 

Kobieta wypiła duszkiem całą szklankę. Nalał jej drugą. Wypiła połowę i dopiero teraz się odezwała. Głos też był wyjątkowo wdzięczny. Brzmiała jak nastoletnia dziewica, którą mogła być wieki, wieki temu. 

– Który z panów jest tym szczęściarzem? – spytała, taksując ich po kolei. Zatrzymała się na Romanie, który nie wiedząc czemu się zaczerwienił. 

– No... 

– My wszyscy! – wypalił Jacek Ptak. 

Roześmiała się. 

– Pytam poważnie. Który? 

– Na serio wszyscy. Po kolei. Chyba że nie przeszkadza ci na raz. Nam nie przeszkadza. Racja? 

Pozostała dwójka ochoczo pokiwała głowami. Kobieta dopiła resztkę wina i postawiła szklankę z hukiem na stoliczek. 

– Nie ma mowy. Jeden. Dogadajcie się który, bo mi wszystko jedno, naprawdę. Tylko się sprężajcie. Przypominam, że jestem tutaj godzinę, a wam zostało czterdzieści minut. 

Faceci popatrzeli po sobie. Nikt nie wiedział co teraz. Jasne było to, że każdy z nich chciał i miał potrzebę. Zaczęli się kłócić. Roman wyskoczył z tym, że to jego mieszkanie i mają wypieprzać. Jacek Ptak zarzekał się na swój pomysł. A Paulus tylko w kółko powtarzał, że mu się straszliwie chce. Nie było mowy o dogadaniu się. Czas płynął, kobieta piła wino i uśmiechała się pod nosem. Bawiła ją ta sytuacja, bawiła się nimi, bawiła władzą i pozycją. Postanowiła zabawić się jeszcze bardziej. 

– Cisza! 

Trzech meneli zamilkło. 

– Wiem co zrobimy. Weźmie mnie ten, który wyjdzie zwycięsko z bójki. 

– Co? 

– To co słyszałeś. Rucha zwycięzca. Samiec alfa. Wódź plemienia. Jak zwał tak zwał. 

– Że niby mamy się bić o ciebie? 

– Tak. Macie się o mnie bić. Ja w tym czasie sobie zapalę. 

Wyciągnęła z torebki paczkę fajek i wyjęła jednego cienkiego papierosa. Włożyła go sobie do ust. Faceci patrzyli jak zahipnotyzowani na to, jak jej wargi trzymają, ściskają, oplatają biały szlug i na to, kiedy go zmysłowo podpalała. Zaciągnęła się i wypuściła ostentacyjnie szary dym w ich kierunku. Upadła kobieta i trzech meneli. Ona wiedziała i też oni wiedzieli, że mimo wszystko i tak jest zwyczajnie od nich lepsza, w ogólnym rozrachunku po prostu lepsza, wartościowsza jako człowiek. Uśmiechnęła się z wyższością. A potem spytała pełna zdziwienia. 

– Jesteście nienormalni? Na co jeszcze czekacie? 

I po tym sygnale wystartowali jak dzicy. To była prawdziwa bijatyka, która mogłaby spokojnie przejść do historii wszystkich potyczek stoczonych wewnątrz menelskich kręgów. Niezwykłe widowisko. Krwawe i brutalne. Walka na śmierć i życie. O bycie w lub nie bycie w. 

Pierwszy ruszył Paulus z zadziwiająca jak na niego werwą. Jednym susem doskoczył do Jacka i zacisnął dłonie na jego szyi, rycząc przy tym jak wariat "zajebię cię, zajebię!". Faceci upadli na podłogę i zaczęli się szamotać i turlać. Jacek Ptak okładał apatycznie pięściami Paulusa, a ten cały czas trzymał gardło w uścisku. Był na górze. Wygrywał. 

Roman K podszedł bliżej i zaczął tłuc gołymi łapami menela na wierzchu, ale jego ciosy jakby po nim spływały. Spróbował go odepchnąć. To też nie poskutkowało. Złapał go za marynarkę i szarpnął z całych sił raz i drugi. Poszły tylko szwy – i cholerne pieniądze w błoto. Na chwilę odpuścił, ale zaraz znalazł coś użytecznego. Chwycił za taboret stojący w rogu i z rozpędu zamachnął się. Pierdolnął nim z całych sił w Paulusa, walnął w głowę, w jej tył, aż łupnęło. Menel osunął się na podłogę. Jacek Ptak wyciągnął rękę. 

– Dzięki stary. Kurwa. Myślałem, że mnie udusi. 

– Widziałem. 

Mężczyzna podał temu leżącemu dłoń i pomógł mu wstać. Potem zupełnie niespodziewanie został uderzony w głowę. Zabolało. Roman przewrócił się na podłogę i spadły na niego kolejne ciosy. Kopniaki i pięści poszły w ruch. Skulił się i zaczął osłaniać rękami. 

– Rozjebie cię chuju! Rozjebię! To ja będę dziś tym pieprzonym samcem! Ja! Pierdol się Roman! 

Łup, łup, łup i jeb. Jeb, jeb, jeb i łup. Bez ustanku, bez przerwy. W końcu leżący menel przestał w ogóle czuć cokolwiek. Zamknął oczy i odpłynął ku krainie ciemności. 

Obudził go ryk. Otworzył oczy i zobaczył Jacka Ptaka z gołym ptakiem walczącego z Paulusem. Paulus był w ubraniu. 

– Wy chuje! Ona jest moja, moja do kurwy nędzy! 

W dwóch rękach trzymał nogi od taboretu i okładał nimi Paulusa zepchniętego do kąta. Drewniane pałki fruwały w powietrzu i spadały z impetem na głowę, ręce i ramiona bezbronnego menela, który po chwili przestał stawiać jakikolwiek opór. Teraz Jacek Ptak trzaskał po głowie Paulusa. Raz za razem. Trzask łamanego drewna. Trzask łamanych kości. I krew. Krew lała się strumieniem z głowy tamtego faceta. I nagle atakujący przestał. Zatrzymał się. Oddychał ciężko i głęboko. Potem otarł nerwowo ramieniem swoją twarz, cały czas patrząc na skulonego Paulusa, na jego zmasakrowaną twarz podobną teraz do niczego. Może jedynie do kawałka porwanego mięsa. 

– Paulus? – spytał z przestrachem. 

Facet nie odpowiedział. Jasne było to, że nie żyje. Jacek zatłukł go na śmierć. 

I wtedy w Romanie wezbrała jakaś dziwna siła. Podniósł się z kolan i złapał za metalowy pręt, który leżał beztrosko na podłodze – cholera wie po co tutaj leżał i dlaczego. Poczłapał do mężczyzny stojącego tyłem. Tamten się odwrócił, ich wzrok sparował. Morderca stał sparaliżowany, niezdolny do dalszej walki, mówienia, czy nawet myślenia. Był już, właśnie już, teraz, wyłącznie martwym ciałem. 

– Zabiłeś Paulusa, więc teraz ja zabiję ciebie. Dobranoc Jacek. 

I mocnym uderzeniem przywalił tuż nad prawym uchem. Jacek Ptak i jego nagi ptak dziś, ani nigdy potem, już więcej nie zagruchali. 

Potem o sobie przypomniała ona. 

– Łał. Nie spodziewałam się tego. Kompletnie. Jestem w szoku. – Wstała z kanapy i zaczęła iść w kierunku drzwi. – Popierdoleniec z siebie niezły. Co za cyrk! Muszę to wszystko opowiedzieć mojemu alfowi! Trzeba będzie zadzwonić na psy! 

– Nie! 

Roman K rzucił się w jej kierunku i dopadł ją. Chwycił mocno w pasie i zakrył dłonią usta. Wierzgała, ale nie miała z nim szans. On był mordercą, silnym samcem, urodzonym zwycięzcą. A ona była tylko i wyłącznie jego nagrodą. 

– Myślisz, że po tym wszystkim tak po prostu pozwolę ci wyjść?! O nie ty pieprzona kurwo, nie, nie, nie! Przez ciebie zabiłem swoich jedynych kumpli! Oni nie żyją! NIE ŻYJĄ! PRZEZ CIEBIE ONI NIE ŻYJĄ! Ty nas podpuściłaś, podpuściłaś jak dzieci, zabawiłaś naszym kosztem! Twoja cipka zrobiła nam wodę z mózgu, a potem ją zwyczajnie zagotowała! Nie pozwolę ci wyjść, póki nie dostanę tego, za co cholera zapłaciłem! Jesteś moja! Moja ty nędzna, sprzedajna kurwo!  

I zaciągnął ją siłą do sypialni, do pokoju matki, tam gdzie bał się wchodzić oo dłuższego czasu. Teraz miał to gdzieś. Liczyło się tu i teraz, bo przyszłość nie miała żadnego znaczenia. Pieprzona przyszłość nie oferowała mu zupełnie nic.  

Rzucił ją na łóżko i po chwili przygwoździł ciężko padając. Było ciemno, przez okno wpadało tylko miejskie światło, więc widział jedynie zarys jej ciała. Zaczął ją całować, zachłannie i pożądliwie. Gryzł i pieścił jej szyję, jej uszy, jej usta i twarz, tę piękną twarz, którą musiał sobie wyobrażać. Wiedział, że tam była, musiała być cholera, musiała! W końcu ściągnął spodnie, zerwał z niej majtki i brutalnie wszedł. Zaczął się w niej ruszać. Było mu dobrze, było świetnie, bo też było to dobre i świetne i cudowne, a także prawdziwe i jedyne. Doskonale wiedział, że właśnie o to tylko chodzi. Nic innego się tak naprawdę nie liczy. 

I nagle do pomieszczenia wpadło więcej światła. Całe tony światła. Roman K musiał zamknąć oczy. Potem je otworzył. I umarł. Umarł, bo nic więcej mu nie pozostało. 

– Ja pierdolę! Ja jebię! 

– O kurwa, kurwa, kurwa! Ja cię pieprzę! JA PIERDOLĘ! 

Roman K leżał na łożu swojej zmarłej matki, dokładnie na swojej zmarłej matce, a właściwie w swojej zmarłej matce. Jej zgniła twarz, jej trupie oczy i skisłe usta to wszystko było tuż przed jego twarzą, jego oczami i ustami. Martwe i nieruchome ciało bezwładnie poddawało się jego bluźnierstwu, jego profanacji podczas trwania tego chorego rytuału. Z krzykiem ostatecznie potępionego Roman K wywinął kozła w tył i uderzył się w głowę, padając plackiem na śmierdzący dywan. Potem zwymiotował. Raz, drugi i trzeci. Leżał, wsparł się na trzęsących ramionach i rzygał dalej pod siebie. Wymiotował, starając się nie patrzeć na nią, na jej wysuszone ciało i na dłoń bez jednego palca i starał nie myśleć o tym, co przed chwilą zrobił. CO ON PRZED CHWILĄ ZROBIŁ! 

– Ja pierdolę! Wywinęłam mu się po ciemaku, a on zaczął pieprzyć tego trupa, sądząc, że to ja! Ja cię pierdolę! CO ZA JAZDA! 

– Trzeba zadzwonić na psy. Tych martwych dwóch i ten tutaj. Cholera. Musimy wyciągnąć jeszcze z niego kasę, bo jebany wisi nam trzysta pięćdziesiąt – Wysoki facet – najpewniej alfons – podszedł bliżej, ale wycofał się i ostatecznie zrezygnował po kolejnej fali wymiocin. – Dobra. Chuj z tym. Dzwonimy na psy i zmywamy się stąd. 

– CO ZA JAZDA! 

Roman K rzygał aż do samego przyjazdu policji. W radiowozie też rzygał i na przesłuchaniu również. Będąc już w areszcie, tuż nad ranem w końcu przestał. Policjant z rannej zmiany znalazł go martwego w kałuży własnych wymiocin. 

A później, kilka dni po tym całym zajściu, pochowali Romana K na katolickim cmentarzu, tuż obok jego matki i razem z nią, a cały pogrzeb odbył się wyjątkowo ładnego i ciepłego poranka.


Tagi:

witka
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1350
Zobacz teksty użytkownika:

Trzech facetów, którzy menelami być nie chcieli - część 2

Post#2 » 29 sie 2019, o 16:57

A to przesłuchanie z rzygami - kwestionuję ja. 

Wcale nie dlatego, że Bodnar zajęty,


Awatar użytkownika
xeno
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 136
Zobacz teksty użytkownika:

Trzech facetów, którzy menelami być nie chcieli - część 2

Post#3 » 10 wrz 2019, o 08:45

Podobała mi się 2ga część utworu! Rozumiem, że pierwsza jest swoistym fundamentem pod tą drugą. Jednak ma ona swoje błędy. Głównym błędem jaki zauważyłem jest przedłużenie dialogu odnośnie spraw bezużytecznych. Rozumiem, że taki dialog ma na celu budowę postaci, uważam jednak iż cała wymiana zdań przeprowadzona w pokoju babci podczas poszukiwań obrączki jest za długa i bezbarwna- "Dużo ludzi mówiących kurwa jeden do drugiego". 

 

Sam początek też nie jest zbyt pociągający. Myślę, iż jest to spowodowane ogromnym dysonansem charakteru postaci... W końcu to najprawdziwsze menele z 90 IQ. Nie wiem zatem co można z początkiem samym uczynić. (Myślę też, iż jest to powód niskiej ilości komentarzy) 

 

Druga część tekstu jest zdecydowanie bogatsza w ciekawe sytuacje i swoisty wzgląd do stylu życia menelskiej rasy. Fragment w sklepie podczas sprzedaży obrączki, bardzo ciekawy. Dalej, sprytne załatwianie dziwki podbija stawkę i wreszcie przechodzimy do kulminacji fabuły w postaci "Igrzysk śmierci". Wszystkie te fragmenty są przyjemne w swoim poziomie zabawy ludzką psychologią i potrafią zaskoczyć. 

 

Samo zakończenie utworu, ironiczne catarsis głw. Bohatera prowadzące do chłodnej rzeczywistości, cóż mogę o tym powiedzieć, służy swemu zadaniu i wykonuje je bez pudła. Nawet Protagoniście udało się uniknąć więzienia drogą przez dosłowne zarzyganie się na śmierć... Co jest jak najbardziej możliwe, a lekko zadziwiło. Zadziwiło mianowicie, iż policja nie zauważyła zatrucia chemicznego postępującego u menela. Choć w sumie nie zadziwia... kto by chciał ratować takiego zarzyganego... Fajna opowieść! 

 

Tako rzekłem ja. Xeno. Cyah around!


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 11 gości