Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Pianistka, wstęp

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Ronnie1811
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 1
Zobacz teksty użytkownika:

Pianistka, wstęp

Post#1 » 17 wrz 2019, o 15:04

Zielone tęczówki dziewczynki wodziły w ciemności, jakby usilnie szukając jakiegoś punktu zaczepienia wzroku. Próbowała zająć myśli czymkolwiek, aby tylko odpędzić nieprzyjemne myśli, które wiły się, niczym jadowite wężę. Ciemność spowijała jednak pomieszczenie, niczym całun. To dobrze, pomyślała dziewczynka. Dla Lynette było to ukojenie. W ciemności mogła stać się niewidzialna, mogła nie czuć, nie myśleć. Mogła nie być. Niestety wraz z rozwarciem się starych drzwi i dźwiękiem zardzewiałych zawiasów cała ta ułuda pękła niczym bańka mydlana. Mała Lynne zamknęła oczy, jakby sprawić to miało, iż mężczyzna opuści jej pokój. Tak się nie stało. Zamiast tego usłyszała, jak deski wyginają się pod jego ciężarem. W myślach błagała Boga, aby pozwolił jej umrzeć właśnie w tym momencie. Bóg jednak nigdy jej nie słuchał, pozwalając żyć z potworem. 

Kiedy silna dłoń zdarła z jej małego ciała kołdrę, zimno panujące w pokoju sprawiło, że dostała gęsiej skórki. Zwykła nocna koszula bynajmniej nie dawała ciepła. Zwłaszcza że okna były nieszczelne, przez co do domu przez każdą możliwą szczelinę wdzierał się zimny, listopadowy wiatr.  

Lynette nie potrafiła opanować drżenia ciała, jakby stało się ono oddzielnym mechanizmem, odmawiającym posłuszeństwa. Wiedziała, że nie przyniesie jej to niczego dobrego, dlatego starała się choć w minimalnym stopniu opanować zbyt szybkie bicie serca. Nie było to łatwe zadanie. Zważywszy na fakt, iż stojący przed nią mężczyzna napawał ją tak wielkim strachem, iż brakowało jej tchu. Tym razem nie było inaczej. Oślizgłe macki strachu owinęły się wokół niej, najciaśniej jak to możliwe, sprawiając, że nie miała kontroli nad niczym. Oddychała spazmatycznie, dostarczając do płuc niewystarczającą ilość tlenu. Tym razem wiedziała, że jej starania spełzną na niczym. Wiedziała też, że nie dane jej będzie w spokoju przespać nocy, aby zregenerować siły i wyleczyć nie zasklepione rany. Nie, nie. Zamiast tego zadane zostaną nowe. 

Mężczyzna chwycił ją za ramię, prostując wątłe ciało do pionu. Czuła od niego wódkę, którą to zastępował jedzenie, a nawet mydło. Każdy milimetr sześcienny jego skóry przesiąknięty był wonią alkoholu, nie mówiąc już o oddechu. Na dodatek zawsze towarzyszył mu zapach zgnilizny, jakby w środku wszystkie jego narządy zaczęły gnić. Lynette pragnęła, aby pewnego dnia jej ojciec po prostu się nie obudził. 

Powłócząc nogami, szła posłusznie za swym rodzicielem. Ten szarpał nią, celowo obijając o każdy napotkany mebel, jakby była zwykłym, nic nieznaczącym przedmiotem, trzymanym w dłoni. 

Bała się tego, co zaraz nastąpi. A wiedziała, że nie będzie to przyjemne. Za każdym razem, kiedy przestąpić miała próg czerwonych drzwi chciała wrzeszczeć, kopać, gryźć, czy wierzgać nogami. Nic by to jednak nie dało, a jedynie sprawiłaby sama sobie więcej cierpienia. Zdążyła się już nauczyć, że jakiekolwiek nieposłuszeństwo jest nieopłacalne. Za to bardzo bolesne. 

Ze ściśniętym w supeł żołądkiem wkroczyła do pokoju, który nazywała Pokojem Gry. Było to miejsce tortur. Ojciec popchnął ją w stronę obitego skórą taboreciku tak mocno, że wylądowała na dywanie, obijając kolana. Nie było jednak czasu na narzekanie, czy tym bardziej łkanie. Musiała wstać, usiąść przy fortepianie i zacząć grać. Musiała grać bezbłędnie, siedzieć bezbłędnie, oddychać bezbłędnie. Cała musiała być bezbłędna, tylko że było to trudne, skoro ojciec ciągle powtarzał, iż była jedynie wielkim błędem w jego życiu. 

Nienawidził jej. Nienawidził jej, a zadawanie bólu Lynne z czasem stało się jego hobby. I był wtedy szczęśliwy. Zielone oczy mężczyzny iskrzyły się dziwnym blaskiem, kiedy to wymierzał jej kolejne ciosy. I pomimo tego, iż na umięśnionego nie wyglądał, to potrafił dotkliwie zranić. 

Kiedy pokój wypełniły słodkie dźwięki instrumentu, mężczyzna zaczął krążyć wokół Lynne, niczym drapieżnik. Tylko czekał na błąd. Choć właściwie nie musiała popełnić błędu, wystarczyło, że miał zły dzień. 

Na uderzenie nie musiała długo czekać, nastąpiło już po około minucie. Ojciec zamachnął się, uderzając córkę w twarz. Jako że rok szkolny się zakończył, mógł sobie pozwolić na bicie w widocznych miejscach. Drugi cios nastąpił zaraz za pierwszym. 

- Ile razy powtarzałem, że masz zrobić w tym miejscu pauzę? Jak ty w ogóle siedzisz, głupi bachorze. Nie mam z Ciebie żadnego pożytku, zero jakiegokolwiek talentu. Jesteś nic niewartym śmieciem, który przyszło mi wychowywać!- Każde kolejne słowo bolało, niczym uderzenie bata. Chwilę później, ojciec krzyknął tak głośno, że Lynette spadła z taboreciku.- GRAJ, TĘPA! GRAAJ.- Słone łzy zaczęły płynąć strumieniem po bladych policzkach dziewczynki. Przysłaniały też widok na świat, który stał się jedynie gamą rozmazanych kolorów. 

Ojciec podniósł ją z ziemi, sadzając na stołku. Tym razem stanął za nią, bacznie obserwując dłonie młodej Lynne. Wiedziała, że już niedługo znowu oberwie, może za jakiś błahy błąd, może za nic. Ale niczego na świecie nie była tak pewna, jak tego, że zaraz poczuję silne uderzenie. 

*** 

Nerwowe stukanie o skórzane obicie fotela odbijało się echem od białych ścian. Dźwięk ten w panującej ciszy równie dobrze mógłby być odgłosem młotu pneumatycznego. Słońce świeciło jasno, ludzkie ciała spragnione były jego ciepła, natomiast umysły blasku, który wypędzał mrok. Nie w jej przypadku. Nic nie było w stanie pomóc ciemnowłosej kobiecie. Mrok był nieodłączną częścią jej codzienności. Tkwił w niej, niczym cierń. Zdążyła przywyknąć, a z czasem go ignorować. 

- Co takiego powróciło, Lynne?- Głos należał do mężczyzny w średnim wieku, tu i ówdzie ciemne włosy przyprószała siwizna. Tworząc z włosów coś na kształt pędzla, stwarzał pozory bycia młodszym, niż w rzeczywistości. 

- Od czego by zacząć? Nocne koszmary, stany lękowe, napady paniki, bezsenność....- Nim zaczęła dalej wymieniać, siedzący przed nią mężczyzna uniósł dłoń. Doskonale znał litanię, którą wymieniła. Sam ją zdiagnozował. Westchnął przeciągle, jakby ze zmęczenia. Piwne oczy wodzące po twarzy Lynne były tak smutne, wyrażały tak wielkie współczucie, że kobieta musiała odwrócić wzrok. 

- Jak często miewasz napady?- zapytał, po czym poprawił się na swoim fotelu. Lynette nie odrywała wzroku od swych splecionych, mlecznych dłoni.  

- Na początku nawet kilka razy na dzień. Teraz sporadycznie, ale nadal występują.- Kątem oka zauważyła, jak mężczyzna kiwa głową. Ciekawe, o czym myślał. Czy to, że jej współczuł było szczere, czy była to jedynie idealnie zagrana rola?  

-To bardzo niepokojące. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego napady wróciły. Myślałem, że poza nie częstymi koszmarami, które miewasz, nic innego nie powróci. Sądziłem nawet, może zbyt zuchwale, że jesteś zdrowa. Może nie w pełni, ale jednak. Hm...- Znów nastąpiła cisza. Piwnooki mężczyzna zamyślił się, wpatrując w swój notes. Miał tam wszystkie zapiski dotyczące stanu zdrowia psychicznego Lynette. Regał znajdujący się za jego biurkiem wręcz uginał się pod ciężarem setek podobnych notesów. Każdy do innego pacjenta. Spojrzała na mężczyznę siedzącego przed nią, jakby szukając ratunku. Wiedziała jednak, że nic i nikt nie zdoła jej naprawić. Sama musi posklejać i poukładać pękniętą psychikę. Szkoda tylko, że niektóre fragmenty pogubiła na przestrzeni lat.- Wydaję mi się, że coś musiało się stać w przeciągu minionego miesiąca. Coś, co podświadomie przypomniało ci o Twojej przeszłości.- Posłał jej uśmiech, który miał za zadanie być pokrzepiający. W głowie Lynne krążył obraz plakatu informującego o konkursie talentów. I wielki, czarny fortepian na czerwonym tle. 

*** 

Przemierzając szary korytarz, poza odgłosem jej kroków słychać było jedynie dudnienie serca. Szpitale wzbudzały w niej zbyt negatywne emocje, aby mogła kroczyć jego przejściami spokojnie. Toteż pełna wstrętu zmierzała do szpitalnego pokoju numer sto siedemnaście.  

Otwierając brudno-białe drzwi do nozdrzy studentki dotarł dziwny zapach, którego wolała nie identyfikować. Sączące się przez szare firanki promienie słoneczne tworzyły na zielonym linoleum różnorakie wzory. Z nieukrywaną niechęcią przestąpiła próg pokoju, starając się odpędzić wszystkie złe wspomnienia. Ilekroć próbowały przebić z trudem postawiony mur, Lynette brutalnie je tłamsiła.  

Przełknęła gulę w gardle i przysiadła na krawędzi łóżka swojej mamy, posyłając jej delikatny uśmiech. Gdzieś z tyłu dobiegało czyjeś kasłanie, gdzieś z boku ktoś rozmawiał przez telefon. Tylko jej matka siedziała cicho, pogrążona w lekturze. Brązowe tęczówki uniosły się, gdy poczuła czyjś ciężar na materacu.  

- Cześć, skarbie.- rzekłszy to odłożyła książkę. Podkrążone oczy wodziły po twarzy córki, jakby szukając dawnych oznak załamania.- Jak było?- usłyszawszy jej cichy, zachrypnięty głos Lynette zwróciła zielone tęczówki ku rodzicielce. Wpatrywała się uważnie w bladą twarz matki, przeżyte lata i alkohol odznaczyły się na twarzy Lidii w postaci zmarszczek i podkrążonych oczu. Niegdyś piękna, brązowooka kobieta zamieniła się w przemęczoną imitację człowieka. Naturalne piękno zanikało latami.  

Lynne wzruszyła ramionami. 

- Jak zwykle.- rzekła, odwracając wzrok.  

Lydia pokiwała głową, bacznie studiując twarz córki. Lynette pomyślała, że bladość twarzy rodzicielki niemal zlewa się ze szpitalną pościelą. Kontrast stanowiły jedynie duże brązowe oczy i ciemne włosy, układające się niedbale na wychudzonych ramionach.  

- Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć?- spytała Lydia. Studentka nie patrzyła na matkę. Nie mogła znieść tego, że kobieta leżąca obok niej wcale jej rodzicielki nie przypomina.  

- Wiem. 

Lydia ponownie pokiwała głową. Splotła swoje dłonie na pościeli, odwracając wzrok w stronę zabrudzonego okna. Widok nie był ciekawy. Poza skrawkiem nieba i zielonych koron drzew Lydia nie mogła dostrzec niczego innego.  

- Za kilka dni powinni mnie wypisać.- powiedziała, posyłając Lynne smutne spojrzenie. Tak bardzo kochała córkę, że prawie ją to zgubiło.  

- Cieszę się.- Lynette powiedziała to tonem wyzbytym z jakichkolwiek emocji. Może i była w szpitalnej sali ciałem, ale z pewnością nie duchem. Głowę zielonookiej zaprzątały zupełnie inne sprawy. Wiedziała, że zaoszczędzone pieniądze nie wystarczą na uregulowanie zapłaty za pobyt matki w szpitalu. Musiała bardzo szybko w bardzo krótkim czasie zdobyć określoną sumę pieniędzy. Sprawa wyglądała dość żałośnie. Mózg studentki ciągle podsuwał obraz tego cholernego plakatu, jednak uparcie go wypierała. 

Przeżyta trauma nie pozwalała jej na podjęcie innej decyzji. Nie zamierzała zbliżać się do instrumentu. Nie wiedziała, jak bardzo się myli. 

*** 

Kiedy Lynne szła na pierwszy tego dnia wykład, jej wzrok już po raz wtóry zarejestrował wielki plakat wiszący na korkowej tablicy. Niemal wszystkie korytarze zostały nimi oklejone, jakby osoba za to odpowiedzialna chciała zrobić jej na złość. A plakaty zdawały się uśmiechać szyderczo, czego znieść nie potrafiła. Odwróciła wzrok, szybko wchodząc do sali.  

Nie zrobi tego. Choć czuła, że wychodzi na samolubną, rozkapryszoną dziewczynkę to wiedziała, że ostatecznie i tak wybiegła by z sali.  

Podjęta decyzja ciążyła niemiłosiernie, przyprawiając Lynette o wyrzuty sumienia. Nawet większe, niż zakorzeniony głęboko strach przed grą na fortepianie. Sama nie wiedziała, czy to wspomnienia tak ją przerażały, czy sam instrument. Bała się powrotu do tego, co było. Za każdym razem, kiedy budziła się w nocy z krzykiem narastającym w gardle miała wrażenie, że znów jest w domu, że wróciła do przeszłości. Bała się wrażenia jego ciągłej obecności.  

To nie były tylko sny, ale i wspomnienia, które dawno temu zakopała głęboko w podświadomości. Otoczyła kilkukilometrowym murem, drutem kolczastym i polem minowym, aby nigdy nie wydostały się na powierzchnię. Wiedziała, że tylko dzięki zapomnieniu uda jej się osiągnąć spokój ducha. A co za tym idzie uleczyć zszarganą przez ojca psychikę. Właściwie nie sądziła, aby kiedykolwiek się to w pełni udało. Zdawała sobie sprawę, że już do końca życia będzie nosić na barkach ciężar swojego dzieciństwa. I nigdy do końca nie wyzdrowieję. Ale może stworzyć ułudę normalności, w którą z czasem zacznie wierzyć, że nie jest wymyślonym przez nią kłamstwem. A to ją uleczy. Tak myślała. 

Niejednokrotnie próbowała zbliżyć się do instrumentu, czy nawet na nim zagrać. I o ile stanie przy fortepianie nie sprawiało już problemu o tyle sama myśl o grze wprawiała ją w stany lękowe i nocne koszmary. Może pewnego dnia się uda, nie wyklucza takiej możliwości. Chciała przecież uporać się z przeszłością, która owinęła się wokół jej szyi, niczym wisielczy sznur, zabraniając normalnie funkcjonować.  

Wychodząc z sali wykładowej, automatycznie skierowała się w stronę wyjścia. Potrzebowała zastrzyku energii w postaci kofeiny. Niezbyt dużo spała, nie tylko przez koszmar, ale i rozmyślania nad konkursem. Było to absurdalne, aby tak intensywnie rozmyślać nad, zdawałoby się, tak błahą decyzją. Niestety owa błaha decyzja wiązała się z niezbyt błahymi konsekwencjami. Nie była pewna, czy jest na nie gotowa.  

Krocząc pośpiesznie w stronę drzwi wyjściowych, nagle usłyszała cichą melodię. Przystanęła na chwilę, nasłuchując i próbując zorientować się, z której strony dobiega ów dźwięk. Marszcząc brwi postawiła kilka kroków w tył i skręciła do korytarza po prawej stronie. Prowadził on do sali muzycznej, gdzie uniwersytecka orkiestra miała próby.  

Im bliżej dużych, drewnianych drzwi się znajdowała, tym melodia stawała się wyraźniejsza. Nie wiedzieć czemu serce młodej studentki zaczęło bić pospiesznie. Lynne nie zorientowała się, iż wstrzymała oddech, dopóki nie stanęła przed wejściem do sali. Wtedy to wypuściła z płuc powietrze, drżącą dłoń wyciągając ku mosiężnej klamce. Przez chwilę się wahała. 

Co ona właściwie wyprawia? Po co się tam pcha? Mało jej nocnych koszmarów?  

Zaciskając lewą dłoń w pięść, chwyciła za klamkę i uchyliła nieco drzwi. Przez niewielką szparę dostrzegła czyjeś plecy. Po chwili obserwacji stwierdziła, iż musi to być mężczyzna. Miał zbyt krótkie włosy, jak na kobietę. Nieznajomy grał na fortepianie Chopina. Dokładniej Spring Waltz. Był to jeden z niewielu utworów, które naprawdę lubiła. Może właśnie to ją tu ściągnęło.  

Najciszej jak potrafiła, uchyliła stare mosiężne drzwi. Niestety odmówiły posłuszeństwa, postanawiając wydobyć z siebie ciche skrzypnięcie. Mężczyzna grający na fortepianie zamarł w bezruchu, salę wypełniła ogłuszająca cisza. Lynette miała w tym momencie okazję do ucieczki przed nieznajomym. Jakaś niewidzialna siła nie pozwoliła ruszyć się z miejsca. Ponadto, pchnęła ją ku otwartym drzwiom. Lynne przekroczyła próg sali i niepewnym wzrokiem zaczęła wodzić po sylwetce pianisty. Widziała jedynie czarną koszulkę i burzę ciemnych włosów. Przez chwilę wydawało się jej, że dostrzega również siwe pasemka, jednak doszła do konkluzji, że to tylko optyczne złudzenie. Promienie słońca wpadające przez wielkie okna mogły takowe spowodować.  

Nagle nieznajomy zaczął odwracać się w jej stronę, serce studentki przyspieszyło, a sama dziewczyna zaczęła się denerwować. Zmieszana zetknęła opadające na oczy włosy za ucho i wlepiła wzrok w podłogę. Czuła się, jak niesforne dziecko przyłapane na gorącym uczynku. Miała dwadzieścia trzy lata.  

W końcu uniosła wzrok. Ciemnooki mężczyzna patrzył na nią z ciekawością. Ku swojej uldze nie dostrzegła na jego twarzy nawet krzty złości, czy zirytowania. A na to się przygotowywała, w końcu przerwała mu grę. Osobiście, nie lubiła kiedy ktoś jej przerywał jakąkolwiek czynność, na której była w danym momencie skupiona.  

Zaraz za mężczyzną, na niewielkim podeście stał fortepian. Majestatyczny i złowieszczy. Rzucał na nią swój cień, przez co poczuła się jeszcze bardziej bezradna wobec swej traumy, niż była do tej pory. W tamtym momencie dotarło do niej z całą mocą, że ponowna gra to bardzo zły pomysł. Nie była na to gotowa.  

- Przepraszam. Nie powinnam tu przychodzić nikogo wcześniej nie informując- rzekła cicho. Ze względu na akustykę sali jej delikatny głos rozniósł się echem po wielkim pomieszczeniu. Przeniosła spojrzenie swych zielonych tęczówek z nieznajomego na klawisze fortepianu. Kłęby kurzu tańczyły w pojedynczych promieniach słońca, odgrywały chaotyczny taniec z wielką pasją, kończąc go ostatecznie na czarnej, niczym smoła powierzchni instrumentu.  

Kątem oka Lynne zauważyła, jak na ustach mężczyzny pojawia się uśmiech. Krzywy uśmiech. A właściwie półuśmiech. Nie była pewna, starała się utrzymać swój wzrok na klawiszach instrumentu.  

- Nie przepraszaj.- aksamitny głos rozbrzmiał echem w pustej sali. Posłał młodej kobiecie czarujący uśmiech, który Lynette zauważyła i o mało się nie zarumieniła.  

Nie miała bladego pojęcia, jak zachować się w towarzystwie tego mężczyzny. Chodziła ostatni rok do tej uczelni, jednakże nigdy wcześniej jego twarz nie została przez nią zarejestrowana. Czuła na sobie jego spojrzenie, dlatego uniosła wzrok i również zaczęła mu się przyglądać. Miał ładne oczy. Nie potrafiła dostrzec ich koloru, były po prostu ciemne. Czarna koszulka pasowała do jego włosów. Choć brzmi to dziwnie, to właśnie tak było. Była niemalże takiego samego koloru. -... Słucha mnie pani?- Męski głos wyrwał ją z transu. Och, ileż to już razy coś podobnego przytrafiało się studentce. Potrafiła zawiesić się w środku rozmowy intensywnie o czymś myśląc, czy coś obserwując. W tym przypadku kogoś. Nieco zakłopotana wróciła wzrokiem do ciemnych oczu mężczyzny.  

- Tak, tak.- odpowiedziała cicho.- Przepraszam, ja...- Właściwie to nie wiedziała, co powiedzieć. Mężczyzna zaczął przyglądać się jej uważnie, studiując każdy milimetr twarzy. Nieco ją to onieśmielało. Lynette nie należała do kobiet, które lubiły być w centrum czyjegoś zainteresowania. Prędzej reprezentowała typ osoby, która chowała się po kątach, obserwując, lecz nie biorąc czynnego udziału w wydarzeniach. 

Nieznajomy zdając sobie sprawę, że Lynne nie ma zamiaru kontynuować swej, jakże błyskotliwej, wypowiedzi, podjął temat na nowo.  

- Pani też gra? 

Młoda kobieta odgarnęła z czoła jakiś niesforny kosmyk i omiotła nieznajomego spojrzeniem. 

- Nie gram- rzekła niemal automatycznie. Bo nie grała.- Dlaczego to pana interesuje?- zapytała. Zbyt późno ugryzła się w język. Miała to po matce, tak samo jak ona, najpierw mówiła dopiero potem myślała. Speszona odwróciła wzrok, który spoczął na jej bladych dłoniach złączonych na kolanach. Nie chciała widzieć rozbawienia w oczach nowo poznanego mężczyzny. Zrobiłoby jej się jeszcze bardziej głupio. Musiała zacząć ćwiczyć sztukę hamowania swego języka. Niekiedy zadawała pytania bezwiednie, niektóre tak niedorzeczne, iż dziwiła się, że zdołały przejść jej przez gardło. Kobieta odchrząknęła i spróbowała jeszcze raz.- Przepraszam, nie było pytania. Nie gram, ale... był pewien okres w moim życiu, kiedy… to robiłam. Nie zamierzam do tego wracać.- powiedziała spoglądając na fortepian. 

- Dlaczego?- Mężczyzna zmarszczył brwi.- O ile mogę spytać. Przecież muzyka to coś… wspaniałego.- Nieznajomy podniósł się ze swojego miejsca i zszedłszy z podestu, zmniejszył między nimi odległość. Zachowując bezpieczny dystans, co Lynette z ulgą zauważyła. Stał blisko, jednak wystarczająco daleko. Młoda kobieta nie lubiła, kiedy ktoś naruszał jej przestrzeń osobistą. Zwłaszcza ktoś dopiero co poznany.  

- Witam, Dylan Rems. Miło mi Cię poznać.- Mężczyzna posłał w jej stronę czarujący uśmiech, ukazując rząd białych zębów. Przez dłuższą chwilę pianistka wlepiała w niego wzrok, starając przypomnieć, jak się nazywa. Otrząsnąwszy się z szoku, podała Dylanowi bladą dłoń, szepcząc cicho: 

- Lynette. Lynette Glan. Mnie również.- Była z siebie dumna, powiedziała coś więcej, niż tylko to jak się nazywa. A zważywszy na zaćmienie jakie spowiło jej mózg, był to nie lada wyczyn.- Studiujesz tutaj?- zapytała. No, teraz to zaszalała.  

Mężczyzna posłał w jej stronę rozbawiony uśmiech. Nie ma się co oszukiwać, był przystojny. Co prawda nie wyglądał, jak Ci wszyscy modele, czy aktorzy. Nie miał idealnych proporcji twarzy, idealnego nosa i cery bez zmarszczek, czy innych niedoskonałości. Ale był przystojny. Miał ładne, ciemne oczy. Posiadał olśniewający uśmiech i czarne jak smoła włosy. Jego sylwetka nie była muskularna, był szczupły. I chyba jakieś umięśnienie posiadał. Chyba. Jakieś.  

- Nawet nie wiesz, jak mile łechtasz teraz moje ego. Dobrze jest wiedzieć, że wciąż wyglądam na studenta.- szeroki uśmiech nie schodził z twarzy mężczyzny. Wyglądał naprawdę młodo, szczery uśmiech tylko to doznanie potęgował. Zmieszana Lynne nie wiedziała, co odpowiedzieć.- Dziękuję za miłą rozmowę, niestety muszę wracać do gry.- Przez jeszcze jedną chwilę studiował jej twarz ciemnymi oczyma, po czym uśmiechając się, wrócił na podest.  

Lynette opuściła salę przy dźwiękach wcześniej przerwanej melodii. Słyszała ją dopóki nie opuściła murów uczelni. Odetchnęła wtedy głęboko, czując jak wraca do niej skruszona jasność umysłu.  

Wolała nie myśleć, jak wypadła przed nowo poznanym mężczyzną. Wolała nie czuć ponownie tego zażenowania.  

[czesc-pierwsza][/czesc-pierwsza]


Tagi:

Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5882
Zobacz teksty użytkownika:

Re: Pianistka, wstęp

Post#2 » 18 wrz 2019, o 15:25

Nie jest łatwo komentować tylko fragment większej całości, zwłaszcza obyczajowy, bo obyczajówkowa nie jestem. Ale przeczytałam i mam trochę uwag, ale bez wypisywania, bo czytam na telefonie, a wiadomo, ma to swoje plusy, ale i ogromne minusy.  

 

Czytało się całkiem nieźle, narrację prowadzisz dość płynnie, ale ma też ona swoje bolączki, trochę błędów, trochę problemów.  

Po pierwsze, wybrałaś dość oczywistą drogę na rozpoczęcie swojego tekstu, bo zaczynanie powieści retrospekcją, a już zwłaszcza z takim ładunkiem emocjonalnym potencjalnie zniechęcającym do czytania (duża część przeczyta, wytrzeszczy oczy i pójdzie szukać czegoś, co nie zaczyna się jak opis gwałtu na dziecku) to łatwy sposób na znużenie czytelników. Wiadomo, musisz jakoś wprowadzić czytelnika w temat, w to, że główna bohaterka jest ofiarą własnego ojca, ma traumę, która nigdy jej nie opuści. Ale dałoby się na pewno inaczej, tylko wymagałoby to większego nakładu pracy.  

Po drugie, kolejna scena z terapii też jest trochę pójściem na łatwiznę, jeżeli chodzi o pokazanie, ze bohaterka sobie nie radzi że swoją przeszłością. Poza tym postać terapeuty jest antypatyczna i wydaje się bardzo sztampowa.  

Po trzecie, ostatnia scena daje wrażenie, jakby przeszłość bohaterki była tylko mało znaczącym tłem dla historii, która będzie romansem wykładowcy ze studentką. Może ta powieść nie będzie się do tego sprowadzać, ale takie odniosłam wrażenie, jakbyś w pierwszej budowała relację niewinnej, bezsilnej dziewczyny ze starszym, statecznym mężczyzną i to właśnie to było w tym tekście ważne. Poza tym, nie oszukujmy się, dużo osób, zwłaszcza początkujących, traktuje wątki romansowe jako priorytety, a resztę jako, dodatki. Może tak nie jest, ale jeżeli nie taki jest twój plan, proponuję przemodelować ten wstęp. Zresztą i tak proponowałbym, bo uderza w nieco zbyt oczywiste rozwiązania. Poza tym to za mały fragment, by powiedzieć coś więcej, a i tak trochę gdybam w tym komentarzu.  

 

Z formą jest za to lepiej, bo tekst czyta się wystarczająco płynnie, by myśleć o tekście, a nie utykać na warsztacie, tylko masz dość dużo błędów, zwłaszcza w zapisie dialogów, i trochę niefortunnych "zagrań", które mogą pokazywać, że wcale tak długo się nie pisze. Mam na myśli wszelkich "zielonookich" i zdania typu "Nie mogła się bardziej mylić".  

 

Zachęcam do przedstawienia się na forum. Wiadomo, zawsze jest milej, gdy wie się coś o sobie nawzajem ;)

Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany! 

 

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz  

 

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Awatar użytkownika
Alchemik
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1293
Zobacz teksty użytkownika:

Pianistka, wstęp

Post#3 » 18 wrz 2019, o 16:16

No cóż. Nie lubię potwierdzać, ale potwierdzam w większości to co napisała Camenne. 

Opowieść jest nie tylko obyczajowa, ale również psychologiczna. 

Niestety, wywaliłaś większość emocji we wstępie. 

W gruncie rzeczy człowiek z wyobraźnią potrafi odczytać z niego całą powieść. 

A to obecnie z angielska nazywamy spoilerami. Oznacza niszczenie tego, czego oczekujemy, bo przestajemy oczekiwać. 

A od tej powieści można oczekiwać wiele. 

Piszesz dobrze, choć jako poeta, chociaż mierny, wyczuwam niedoskonałości stylu. 

Choćby te wodzące tęczówki. I parę innych. 

Czy posiadasz plan powieści? 

Czy piszesz emocjonalnie na żywioł? 

Zachęcałbym do stworzenia planu. 

Hitchcock, który uważał, że opowieść powinna się zaczynać od trzęsienia ziemi, a potem prowadzić we wzrastającym crescendo, reżyserował dobre kryminały i thrillery. 

A wyczułem, że Twoja opowieść ma być czymś innym. 

Bardziej rozliczeniem bohaterki i jej stawieniem czoła traumom z dzieciństwa. 

To trudny temat. 

Tym bardziej powinnaś starać się o autentyczność. 

Koniecznie powinnaś sięgnąć do źródeł psychologicznych. 

Ale również źródeł dotyczących tego jak pisać i stopniować napięcie. 

 

No proszę. 

Wymądrzam się na temat prozy. 

Ale kto ma się bardziej wymądrzać niż facet, który pochłania książki. W dodatku ze zrozumieniem.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości