Biała Pożoga, rozdział I (2/2)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Corgimancer
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8
Zobacz teksty użytkownika:

Biała Pożoga, rozdział I (2/2)

Post#1 » 18 paź 2019, o 23:38

Poprawki do pierwszej połowy rozdziału wykonane, czas na kontynuację. Miłego czytania, mam nadzieję, że kogoś zaintrygujęi otrzymam tak potrzebny mi feedback :> 

 

 

 

Biała Pożoga, rozdział I (2/2) 

 

Na parkiet wkroczyła właśnie nowa para, której wszystkie inne ustąpiły miejsca, przyłączając się do tłumu widzów. Siwobrody mężczyzna miał już swoje najlepsze lata za sobą, wciąż jednak wyglądał naprawdę imponująco w swym ceremonialnym, szarym mundurze wojskowym, ciężkim od bogatych zdobień i złotych medali. To nie on jednak przyciągał spojrzenia wszystkich gości na sali, lecz jego partnerka. 

Saskia nigdy jeszcze nie widziała kogoś, komu byłoby tak blisko do ideału. Każdy element jej osoby przyciągał wzrok, intrygował. Zwiewna, fiołkowa suknia, udekorowany kolorowymi piórkami dekolt, ozdobione misternymi wzorami rękawiczki, spływające po plecach długie, zaplecione w skomplikowany wzór włosy o barwie miodu, wszystko to wzbudzało widoczny zachwyt i pożądanie u panów, a u dam niekiedy kiepsko skrywaną zazdrość, gdyż każdej z nich brakowało gładkości jej skóry, naturalności jej chodu, delikatności jej uśmiechu czy pewności, z jaką co jakiś czas spoglądała na wszystkich dookoła. Mało która z nich mogła sobie również pozwolić na tak bogatą biżuterię. Fioletową, Ophelijską szarfę, którą przepasana była młoda kobieta, zdobiła srebrna brosza z pięciokątnym, gładko oszlifowanym ametystem niespotykanych rozmiarów. Dumnie wypinając tak ozdobioną pierś, szła wsparta na ramieniu swego partnera przed siebie z zadartą głową, wyraźnie rozkoszując się poświęconą jej uwagą i szeptami, które zaczynały narastać między zachwyconymi nią gośćmi.  

Była bardzo młoda, na oko około dwudziestki, co nasuwało dwa wnioski. Albo sędziwemu wojskowemu naprawdę się poszczęściło przy ożenku, albo powiódł na parkiet własną córkę. 

Orkiestra wznowiła muzykę i para ruszyła do tańca, a Saskia bez trudu poznała, że oboje byli wyśmienitymi tancerzami. Wirowali pełni wdzięku i gracji, wzbudzając westchnienia zachwytu i podziwu w przyglądających się z zapartą piersią widzach. Nawet zakapturzony komtur Białej Róży, do tej pory stojący jak posąg za pontyfikiem, wyciągnął nieco szyję, aby lepiej dostrzec tańczącą parę.  

Po kilku minutach tego imponującego spektaklu muzyka osiągnęła grzmiące crescendo, a taniec dobiegł końca, wzbudzając burzę aplauzu. Kobieta ponownie ujęła swego partnera pod ramię i napuszona jak paw ruszyła z nim w stronę stołu prezydialnego, a tłum podążył za nimi, gdyż każdy niewątpliwie chciał usłyszeć, co ma o nich do powiedzenia sam pontyfik, również z zapałem bijący brawo. 

Saskia popatrzyła jeszcze chwilę za odchodzącą parą, lecz nie czuła potrzeby, aby pchać się wraz z innymi do przeciwległego kąta sali. Po raz kolejny smocze paszcze tchnęły słodko mdlącymi oparami i Saskia zdecydowała, że musi się przewietrzyć. Wyszedłszy na zewnątrz, z przyjemnością zaczerpnęła letniego powietrza pełną piersią i spojrzała w dół, na rozpościerający się przed nią nocny krajobraz. 

Jarvin. 

Niezależnie od wszechobecnego smrodu, brudu i wielu innych niedogodności, każdy, kto kiedykolwiek tu zawędrował, musiał przyznać, że to naprawdę była stolica świata. Niektórzy co prawda uważali, że Jarvin majestatem przyćmiewa Strzaskana Iglica w Caelionie lub Wielkie Drzewo Runkhorn w Bliźniakach, lecz tamte miasta, choć zawierały takie cuda, nie mogły się równać z Miastem Środka pod kątem ogromu swoich rozmiarów. Jarvin był po prostu gigantyczny, wielokrotnie większy od jakiejkolwiek innej metropolii, którą wzniesiono ludzkimi rękoma. To on zniósł upływ lat najlepiej spośród wszystkich pięciu miast i większość budowli oraz infrastruktury miejskiej była niemal całkowicie oryginalnym dziełem pradawnych budowniczych, cudownie wykutym lub wbudowanym w zbocza stromego Szczytu Jorima. Niektóre konstrukcje, między innymi sam Wiszący Pałac, były pozornie cudownie zawieszone na półkach skalnych, w najwyżej położonym miejscu nawet na kilkaset metrów nad poziomem ziemi. Estetyka ta nie byłą również okupiona zmniejszoną praktycznością budowli, gdyż była ona połączona z resztą miasta licznymi schodami oraz dźwigami, umożliwiającymi jej sprawne funkcjonowanie bez względu na wysokość, na jakiej się znajdowała 

Żołądek podchodził Saskii do gardła, gdy myślała o tym, jak wysoko się teraz znajdowała, niemniej jednak widok był wielce imponujący. Na lewo od niej, nieco niżej niż pałac, znajdował się posępny gmach warowni Jarvinu, zwanej lakonicznie Cytadelą. Był to masywny blok czarnego kamienia, dobrze widoczny z każdej części miasta, złowrogo stróżujący nad Jarvinem. Pod Cytadelą znajdowały się bogatsze kręgi miejskie, które w końcu stykały się z ziemią, a stamtąd panorama miasta rozciągała się szalenie daleko, aż do odległych, ledwo widocznych murów miejskich, za którymi jednak również widać było nieliczne budowle, jak reszta oświetlone drobnymi, ledwo widocznymi światełkami. Tylko stąd można było naprawdę pojąć ogrom miasta. Przy jednym z posiłków Karsten wspomniał, że ostatnie badania naukowców z Caelionu oszacowały liczebność ludności Jarvinu na ponad siedemset tysięcy, liczbę tak przytłaczającą, że Saskii trudno było sobie wyobrazić, że przez tych zawijaste uliczki codziennie przewija się aż tyle osób. 

- Nie znam cię – wyrwał ją z zadumy nieznajomy głos.  

Odwróciła się i zobaczyła młodego mężczyznę, siedzącego na schowanej za wielkimi, otworzonymi na oścież drzwiami marmurowej ławeczce. Nie mężczyzna, uświadomiła sobie, a właściwie chłopak. Musiał być zdecydowanie młodszy od niej. Krótkie, ciemne włosy miał starannie zaczesane na jedną stronę, nosił również imponujący, czarny kubrak, przetykany pomarańczowymi akcentami. Szarfa tej samej barwy była ozdobiona wyszukanym haftem, sugerującym dobre pochodzenie.  

W ręce trzymał średnich rozmiarów butelkę. Była w połowie pusta. 

- Antolia – powiedział, niewątpliwie sugerując się błękitem prostej, błękitnej szarfy Saskii. – Nie jesteś stąd. Zakładam więc, że nie pracujesz dla mojego wuja, prawda? 

- Z całym szacunkiem, ale nie mam pojęcia, o kim…  

- Zatem nie pracujesz dla mojego wuja – skwitował i pociągnął łyk z butelki, krzywiąc się. – To dobrze. Znaczy to, że nie przyszłaś tutaj zaciągnąć mnie za ucho na parkiet. Na to chyba i tak już za późno. Skończyła już tańczyć, prawda? 

- Młoda kobieta z Ophelii, ta w fioletowej sukni?  

Chłopak kiwnął głową. 

- Owszem. Wspaniałe widowisko. 

- Niewątpliwie – mruknął, jakby się z nią nie zgadzał. - Zerknij do środka jeszcze raz, proszę, i powiedz mi, co teraz robi. Nie chciałbym, aby moja kryjówka została tak szybko odkryta.  

Saskia była lekko zdziwiona, lecz spełniła prośbę, na chwilę wchodząc do sali i dostrzegając fioletową piękność otoczoną kręgiem wielbicieli. 

- Stoi w przeciwległym rogu sali – złożyła swój meldunek. – Goście zlecieli się do niej jak pszczoły do miodu. 

- Tak, to do niej podobne – powiedział chłopak, kiwając powoli głową. Wyciągnął w stronę Saskii butelkę, jednocześnie zachęcając ją gestem do siądnięcia obok. - Chcesz spróbować? Nie wydaje mi się, żebyś do tej pory dobrze się bawiła z tą bandą nudziarzy. Zostań chwilę.  

Przez chwilę zawahała się, jednak tak nieformalna propozycja była przyjemną odmianą po nadęciu i wyniosłości, z jakimi musiała się do tej pory mierzyć na bankiecie. Uznała, ze nikomu nie zaszkodzi, jeśli przez chwilę schowa się na ławce za drzwiami, przyjęła więc zaproszenie i usiadła, pociągając z butelki niewielki łyczek. Zawartość okazała się być cienkim trunkiem z mocną, słodką nutą. Oddała butelkę chłopakowi, który również upił z niej trochę. 

- Co o niej sądzisz? – spytał po chwili, niewątpliwie wciąż odnosząc się do Opheliańskiej damy. 

- Jest piękna, niewątpliwie bogata, wspaniale tańczy… kto to jest? 

- To Lorana Morin, córka marszałka Artura Morina. Naprawdę nigdy o niej nie słyszałaś? 

Saskia pokręciła przecząco głową. 

- To kobieta sztuki, najbardziej znana z bycia świetną malarką. Dwa lata temu zasłynęła z przyozdobienia ściany katedry w Ophelii malowidłem o nazwie „Kataklizm”. Oprócz tego gra na instrumentach, projektuje i szyje własne suknie, tańczy, jak sama zauważyłaś... 

- Dobrze ją znasz? 

- Niestety – mruknął ponuro. – Do tej pory jednak wzajemnie nie przypadliśmy sobie do gustu, co źle rokuje na naszą przyszłość. 

- Waszą przyszłość? 

- No tak, zapomniałem, że nie jesteś na czasie z salonowymi ploteczkami. Wolisz krótką, czy długą wersję? 

- Noc jeszcze młoda – powiedziała Saskia, siadając wygodniej. – a każda chwila tu, to każda chwila mniej tam, w środku. Opowiadaj. 

Lekko się uśmiechnął, zanim pociągnął z butelki i zaczął swoją historię. 

- Cała ta komedyjka sięga korzeniami wiele lat wstecz. Najpierw jednak muszę się przedstawić. Nazywam się Isador Royce i jestem synem Hektora Royce, zwanego również Szalonym Admirałem. 

Saskia uniosła brew. 

- No, no, nie spodziewałam się, że spotkam tutaj potomka takiej legendy. Muszę częściej chodzić na bankiety. 

- Też mi legenda – żachnął się Isador, przeczesując włosy wolną ręką. – Gdyby to ode mnie zależało, wolałbym być sobie zwykłym nikim. Przynajmniej miałbym względny spokój… ale zapędzam się. Znasz więc historię mojego ojca, prawda? 

- Słyszałam kilka wersji, i przyznać muszę, że opowieści różniły się zależnie od tego, kto je przekazywał. 

- Pozwól więc, że je sprostuję. Gdy ojciec był młody, statek, którym podróżował, został napadnięty przez piratów. Wyszedł z tego cało, lecz to przeżycie odcisnęło na nim swoje piętno. Krótko mówiąc, znienawidził piratów. Wstąpił do wojska, szybko awansował. Gdy w końcu został admirałem, poświęcił długie lata na próbach pozbycia się ich z Bezpiecznego Morza. Nie mógł jednak tego osiągnąć bez pojmania ich samozwańczego króla, Vortraza z Imossy. Polowanie pochłonęło go niemal całkowicie i w końcu, po wieloletniej pogoni, udało mu się przyszpilić swoją flotą okręt Vortraza na granicy Martwych Wód. Król piratów wolał chyba jednak zmagać się z potworami morskimi, niż z gniewem Hektora Szalonego, gdyż wypłynął z pełną prędkością na ciche wody. Pchnięty napadem szału, ojciec poprowadził swój galeon w pościg. Oczywiście, jak wiemy, żaden z nich nie wrócił. 

- To mniej więcej pokrywa się z tym, co do tej pory słyszałam – potwierdziła Saskia. 

- Mój ojciec był podobno człowiekiem bardzo impulsywnym i gniewnym, lecz jednocześnie charyzmatycznym i łatwo zjednującym sobie ludzi. Podczas swej służby w armii zdobył wielu przyjaciół na wysokich szczeblach dowództwa. Najbliższym z nich był nie kto inny, jak Artur Morin, z którym znał się jeszcze z czasu szkoły oficerskiej. W późniejszych latach ich drogi się rozeszły, gdy ojciec zajął się swymi morskimi gonitwami, a Artur węglową wojną, która akurat wtedy wybuchła na południu, jednak wciąż pozostawali ze sobą w kontakcie listowym. Nasłuchałem się wiele historii o tym, jak to nie było drugiego tak serdecznego i przyjacielskiego duetu na całym kontynencie i tak dalej. W pewnym momencie panowie wzięli sobie żony, które wkrótce dały im dzieci. Morin może rzadko bywał w domu, jednak w końcu zawsze wracał z wojny do Ophelii, na dłużej lub krócej, i zajmował się swoją córką. Ja nie miałem tyle szczęścia. Miałem zaledwie rok, gdy ten zapalczywy kutas zniknął sobie za horyzontem. Matka, kobieta kiepskiego zdrowia, nie zniosła tego dobrze. Otępiała, całymi dniami byłą przygnębiona. Żyliśmy z pieniędzy, które przysyłał nam wuj, już wtedy ważnej szychy w Dolinie. Gdy miałem sześć lat, matka skoczyła z klifu. Zostałem sam. 

Przerwał na chwilę, wpatrując się pustymi oczami w ziemię przed sobą. 

- Na szczęście – podjął po chwili opowieść. – mogłem liczyć na resztę mojej kochającej rodzinki, prawda? Otóż nieprawda. Choć rodzina od strony ojca, choć była rozrośnięta i całkiem bogata, nie zamierzała zawracać sobie mną głowy. Wszyscy mnie zbyli, wszyscy, poza moim kochającym wujem, który troszczył się o nas już wcześniej. Teraz też zamierzał się mną zatroszczyć i gdy miałem siedem lat, mieszkałem już tutaj – powiedział z przekąsem. 

- Chwileczkę – przerwała mu Saskia. – Ta zbieżność imion, to nie przypadek? Czy twój wuj to zatem… 

- Witold Royce, wyświęcony na egzarchę Jarvinu trzynaście lat temu – potwierdził Isador. 

Saskia pokiwała głową z uznaniem. 

- Wnioskując z twojego drwiącego tonu, dwór nie przypadł ci do gustu – stwierdziła. 

- Ano, nie przypadł. Pierwsze lata nie były jeszcze takie złe. W końcu nie byłem głodny, miałem ciepłe łóżko do spania i trochę rówieśników do zabawy. Po jakimś czasie wuj zaczął we mnie inwestować. Uczyłem się pisania i liczenia, zarządzania, historii, oprócz tego dużo ćwiczyłem. Jestem niezłym szermierzem, wiesz? Za klika dni biorę udział w Lidze Pojedynkowej, pewnie obiło ci się o uszy raz czy dwa. 

Saskia kiwnęła głową, przypominając sobie długie dywagacje nad tym ekscytującym konkursem, które stanowiły główny temat dzisiejszego śniadania, którym łaskawie uraczył ją kapitan. 

- Z tego, co usłyszałam, to będzie całkiem pokaźne widowisko. 

- Żebyś wiedziała – przytaknął Isador, nieco ożywając. - Co trzy lata w Jarvinie lub Ophelii organizowany jest wielki finał Ligi. Biorą w nim udział najlepsi z najlepszych, znaczy się ci, którzy mają najwyższy wynik punktowy po zmaganiach z ostatnich trzech lat. Ledwo, bo ledwo, ale mi udało się w tym roku zakwalifikować i nie mogą się już doczekać… ale odbiegam od tematu. O czym to ja…? Ach tak. 

Powrócił do swego zwyczajnego, markotnego tonu. 

Czas na dworze wujcia mijał i wraz z jego upływem coraz bardziej jednak nie wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Przytłoczony obowiązkami, wuj praktycznie nie miał dla mnie czasu. Czasami zastanawiam się, po co w ogóle mnie tu ściągnął, bo chyba nie z dobroci serca. Może brakowało mu porzuconej w momencie przyjęcia święceń możliwości wychowania własnego syna? Nie mam pojęcia. Krótko mówiąc, nie był za dobry z tym wychowywaniem. Dorastałem w zasadzie sam, wciąż nie mając pewności, co ze sobą począć. Nie chciałem łączyć przyszłości z dworem. Chciałem podróżować, zwiedzić świat, od Wysp Imossy aż po samą Szczelinę. Pewnego razu zdradziłem swoje plany wujowi. Nie był z nich zadowolony. Stwierdził, że najwyższa pora, abym „kimś się stał”. 

W sali znowu zaczęła grać muzyka, docierając do nich wyraźnie przez uchylone okienko za ich plecami. Isador ponownie łyknął z butelki, w której już zaczynało brakować płynu. 

- Zaczął kombinować, jak by tu mnie osadzić na właściwej ścieżce. Nie trzeba było długo, aby dowiedział się, że dawny przyjaciel mojego ojca ma córkę w moim wieku.  

- Chyba widzę, dokąd to zmierza. 

- Lorana jest świetną partią, której jej ojciec zazdrośnie nie chce wydać za mąż. Wyjście za nieodpowiednią osobę mogłoby przekreślić jej karierę. Marszałek czekał więc na specjalną okazję, a chłodny charakterek Lorany tylko to ułatwiał. Żaden z zalotników, zwabionych jej pięknem i bogactwem, nie wytrzymał z nią długo. Owa specjalna okazja nadarzyła się, gdy skontaktował się z nim mój wuj. Zaaranżowali spotkanie i po jednym wieczorze przy kieliszku trzask! – pstryknął palcami. - i mamy zaręczyny. 

- Tak po prostu? – zdziwiła się Saskia. – Przecież to jakiś niewykonalny pomysł. Skoro żadne z was tego nie chce, jak mogą was do tego zmusić? 

Isador westchnął ciężko. 

- Niestety ani ja, ani Lorana, nie jesteśmy za bardzo w pozycji, aby odmówić naszym patronom. Bezradni wobec ich decyzji, postanowiliśmy, że wspólnie przedyskutujemy tę sprawę. 

- I jak poszło? 

- Źle – skrzywił się. 

- Jak źle? 

- Bardzo źle. Po pięciu minutach wiedziałem już wszystko, czego potrzebowałem o jej zamiarach. Lorana nie planuje nic zrobić, aby zapobiec losowi, jaki ją czeka. Zamierza po prostu zacisnąć zęby i być na mnie zła przez cały ten czas. Uważa, że to ona jest poszkodowana, gdyż musi wyjść za kogoś, kogo uważa za nudne beztalencie, niegodne jej majestatu – skrzywił się jeszcze bardziej. – Oliwy do ognia dodało jeszcze to, że w odróżnieniu od większości mężczyzn nie ślinię się na jej widok. Gdy wtedy po raz pierwszy rozmawialiśmy, nakrzyczała na mnie, używając dosyć obrazowego języka, w ruch poszły także ozdobne talerze. Gdy widząc, z kim mam do czynienia, po prostu odwróciłem się na pięcie i wyszedłem, nie marnując na nią nigdy więcej czasu, wściekła się jeszcze bardziej. Zapewne spodziewała się, że prędzej czy później wrócę do niej jak zbity pies. Od tamtego czasu aktywnie jej unikam. Dziś to ja powinienem poprowadzić ją do tańca, lecz że ani za nią nie przepadam, ani nie tańczę za dobrze, schowałem się tutaj, z dala od karcącego spojrzenia wuja. Po drodze zwinąłem ze stołu butelkę tego… czegoś i aktywnie staram się zapomnieć, że jestem w gównie aż po uszy. 

Zapadła między nimi cisza, podczas której oboje wsłuchali się w płynącą z sali muzykę. 

- A ty? – przerwał w końcu milczenie Isador, zerkając na Saskię. – Jak się znalazłaś na ławce za drzwiami, chowając się przed bankietem? 

- Na pewno chce ci się tego słuchać? 

- Noc jeszcze młoda – powtórzył po niej Isador. – To wcale nie tak, że mamy cokolwiek lepszego do roboty.  

- Moja historia nie jest tak długa – powiedziała, uśmiechając się smętnie. – Żyłam sobie normalnym życiem, wypełniałam papiery od świtu do zmierzchu, miałam mały, ceglany domek z ogródkiem… 

- Więc co się zmieniło? 

- Wszystko – odparła gorzko, wracając wspomnieniami do tamtego dnia. 

 

 

 

Jeśli już tu dotarliście, mam drobny problemik z konwertowaniem tekstu na potrzeby tej strony. Całość skleja się w litą ścianę, która bez obecnych w oryginalnej lokacji pliku wcięć i innych kosmetycznych zabiegów wygląda dosyć... nieapetycznie. Czy jest sposób, aby to lokalnie poprawić? Moje mierne zdolności pracy z tym edytorem tekstu do tej pory pozostają bezowocne. To drobnostka, ale zawsze będzie się lepiej czytać następne prace.

Nie pierwszy krok jest najważniejszy, lecz następny, Dalinarze. Zawsze następny... - B.S

Tagi:

Awatar użytkownika
Cam
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 6300
Zobacz teksty użytkownika:

Biała Pożoga, rozdział I (2/2)

Post#2 » 19 paź 2019, o 13:40

Czytając ten fragment uświadomiłam sobie, że moja powieść też zaczyna się balem i też jest scena, gdy na salę wchodzi tajemniczy bohater/bohaterowie, a wszyscy zgromadzeni się przyglądają. Jest też trochę innych analogii. Nie wiem, czy to oznacza, że myślimy podobnie, czy że jest to dość ograny/oczywisty wstęp (gorzej dla nas), ale tak czy siak rozbawiło mnie to :D 

 

 

Ponownie są problemy z powtórzeniami. Tutaj mały przykład: 

Niezależnie od wszechobecnego smrodu, brudu i wielu innych niedogodności, każdy, kto kiedykolwiek tu zawędrował, musiał przyznać, że to naprawdę była stolica świata. Niektórzy co prawda uważali, że Jarvin majestatem przyćmiewa Strzaskana Iglica w Caelionie lub Wielkie Drzewo Runkhorn w Bliźniakach, lecz tamte miasta, choć zawierały takie cuda, nie mogły się równać z Miastem Środka pod kątem ogromu swoich rozmiarów. Jarvin był po prostu gigantyczny, wielokrotnie większy od jakiejkolwiek innej metropolii, którą wzniesiono ludzkimi rękoma. To on zniósł upływ lat najlepiej spośród wszystkich pięciu miast i większość budowli oraz infrastruktury miejskiej była niemal całkowicie oryginalnym dziełem pradawnych budowniczych, cudownie wykutym lub wbudowanym w zbocza stromego Szczytu Jorima. Niektóre konstrukcje, między innymi sam Wiszący Pałac, były pozornie cudownie zawieszone na półkach skalnych, w najwyżej położonym miejscu nawet na kilkaset metrów nad poziomem ziemi. Estetyka ta nie byłą również okupiona zmniejszoną praktycznością budowli, gdyż była ona połączona z resztą miasta licznymi schodami oraz dźwigami, umożliwiającymi jej sprawne funkcjonowanie bez względu na wysokość, na jakiej się znajdowała.
 

(W ogóle zabrakło kropki na końcu akapitu). 

 

- Noc jeszcze młoda – powiedziała Saskia, siadając wygodniej. – a każda chwila tu, to każda chwila mniej tam, w środku. Opowiadaj.
 

Zbędna kropka po "wygodniej". 

 

- Na szczęście – podjął po chwili opowieść. – mogłem liczyć na resztę mojej kochającej rodzinki, prawda? Otóż nieprawda.
 

Tu podobnie. Możesz robić na dwa sposoby - jeżeli przerywasz dialog didaskaliami, nie dajesz po nich kropki, a ciąg dalszy jest małą literą. Możesz zrobić też "tradycyjnie", czyli dać kropkę na końcu didaskaliów, a ciąg dalszy dać dużą literą. Jedno lub drugie. 

 

Choć rodzina od strony ojca, choć była rozrośnięta i całkiem bogata, nie zamierzała zawracać sobie mną głowy.
 

Jedno "choć" zbędne. 

 

Czas na dworze wujcia mijał i wraz z jego upływem coraz bardziej jednak nie wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Przytłoczony obowiązkami, wuj praktycznie nie miał dla mnie czasu. Czasami zastanawiam się, po co w ogóle mnie tu ściągnął, bo chyba nie z dobroci serca. Może brakowało mu porzuconej w momencie przyjęcia święceń możliwości wychowania własnego syna? Nie mam pojęcia. Krótko mówiąc, nie był za dobry z tym wychowywaniem. Dorastałem w zasadzie sam, wciąż nie mając pewności, co ze sobą począć. Nie chciałem łączyć przyszłości z dworem. Chciałem podróżować, zwiedzić świat, od Wysp Imossy aż po samą Szczelinę. Pewnego razu zdradziłem swoje plany wujowi. Nie był z nich zadowolony. Stwierdził, że najwyższa pora, abym „kimś się stał”.
 

Zabrakło myślnika na początku. 

 

- i mamy zaręczyny.
 

"I" dużą literą. 

 

Ogólnie było więcej drobiazgów, ale mam dziś dzień względnej prokrastynacji, wypisałam to, co najbardziej rzuciło się w oczy. Ogólnie przejrzyj to pod kątem powtórzeń i na pewno będzie od razu lepiej, zrób to samo z następnymi fragmentami, bo po prostu masz tendencję do używania dużej ilości "być" i bez poprawek nic się tu nie poprawi - sama mam podobnie, więc istotne jest przeredagowywanie tekstu po napisaniu. 

Czyta się przyjemnie, przyjemniej niż poprzedni fragment - może dlatego, że to głównie dialog z bohaterem, który zaskarbia sobie sympatię bardziej niż te wprowadzone wcześniej. Isador to pierwsza po Saskii postać, która wywołuje pozytywne emocje, a nie obojętność, choć nieco zdziwiła mnie jego otwartość, ale, cóż, przecież jest sporo ludzi, którzy po alkoholu lubią opowiadać historię całego swojego życia (może można by to podkreślić? To byłaby dość naturalna obserwacja Saskii). Może za bardzo podałeś wszystko jak na srebrnej tacy, wyobrażam sobie, że gdyby część z tych informacji Saskia musiałaby poznać później, wzbudziłabyś większą ciekawość czytelnika, ale tak czy siak naprawdę niezły fragment. Przyjemny do czytania, chętnie sięgnę do ciągu dalszego. 

 

A co do formatowania, forum nie rozpoznaje formatowania Worda, akapity trzeba wstawiać ręcznie. Tu jest przepis na szybkie wstawienie: viewtopic.php?p=48162#p48162


Awatar użytkownika
Corgimancer
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8
Zobacz teksty użytkownika:

Biała Pożoga, rozdział I (2/2)

Post#3 » 19 paź 2019, o 13:49

Jeszcze raz dzięki ^^ 

 

Na pewno wiesz, jak trudne jest poprawianie samego siebie, ale z drobnymi wskazówkami to zadanie staje się o wiele prostsze. Zmorki o powtórki takie jak być są ostatnim wrogiem, który zostanie pokonany. Te rady wielce ułatwiają mi pracę nad tekstem w post produkcji.  

 

Gwarantuję, że panuję nad narracją i nie podaję więcej informacji, niż chciałbym, spokojna głowa :> 

 

Pogrzebię trochę przy formatowaniu, bo chciałbym troszkę lepszej przejrzystości dla siebie i innych

Nie pierwszy krok jest najważniejszy, lecz następny, Dalinarze. Zawsze następny... - B.S

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość