Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Co widziała Hrabina?

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Achilles
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8
Zobacz teksty użytkownika:

Co widziała Hrabina?

Post#1 » 22 paź 2019, o 03:18

Sąsiadką mojego starego przyjaciela była pewna starsza, dystyngowana kobieta, którą nazywaliśmy Hrabiną. Mieszkała w małym, podupadającym dworku na oficerskiej Sadybie po drugiej stronie bocznego ogrodzenia, które okalało niewielki dwupiętrowy domek mojego kumpla.  

Kiedy mieliśmy osiem lat, ów dwupiętrowy dom był właściwie poligonem; przy akompaniamencie strzyknięć plastikowych spustów, toczyliśmy bohaterskie misje podług własnych scenariuszy. Pamiętam, z jakim trudem oswobodziliśmy kiedyś grupę bezbronnych cywili zamkniętych na poddaszu. Nieprzyjaciel przetrzymywał ich dla okupu i było jasne, że tylko nasza czwórka jest w stanie dokonać niemożliwego i oswobodzić niewinnych.  

 

Misja zaczęła się, gdy wyszliśmy zza krzaków, które były częścią wietnamskiej dżungli ogarniającej nie tylko dworek Hrabiny, ale i wszystko naokoło. Już wtedy była ona postacią legendarną – mój przyjaciel opowiadał wówczas, że zmarł jej szósty mąż i że z rozpaczy zamknęła się w starych murach niczym w klasztorze - przekonana o wiszącej nad nią klątwie pokutowała za śmierć wszystkich sześciu oblubieńców. I tylko czasem widywaliśmy jej niewyraźnie zarysowaną sylwetkę kryjącą się za wysokim oknem, pod wysokim sufitem.  

 

Teraz jednak nie zajmowała nas ani postać hrabiny ani rzekoma klątwa. Teraz, obrzuciwszy dom mojego kumpla słuszną ilością granatów, przekradaliśmy się przez bramę. Adam szedł pierwszy, bo miał najlepszy karabin. Tuż za nim Marek - najszybszy strzelec i mózg operacji. Ja wraz z Michałem zamykaliśmy tyły - z racji nieposiadania własnego osprzętowania, przypadło nam po plastikowym rewolwerze. Pierwsze strzały padły już po chwili - Marek wypatrzył na dachu snajpera, przyłożył i położył go precyzyjnym strzałem z pistoletu, który to strzał entuzjastycznie pochwaliliśmy. Następnie Adam, wspinając się po bramie, praktycznie na oślep przejechał serią z karabinu po parterowych oknach. Jak twierdził, zabił przynajmniej dziesięciu. Wraz z Michałem przytaknęliśmy, że tak, zabił dziesięciu, ale to dzięki naszemu wsparciu i tak naprawdę zabił tylko ośmiu, bo my położyliśmy chociaż po jednym. Adam zgodził się, chowając tym samym dumę do kieszeni i teraz, gdy wiem, że zrobił to dla dobra misji, czuję podziw dla jego ośmioletniej dojrzałości.  

 

Po pokonaniu bramy i zabiciu kolejnych trzydziestu wrogów, zaczęliśmy szturmować drzwi i Michał o mało co nie przypłacił tego życiem, bo na dachu pojawił się kolejny snajper i tylko niezwykły refleks uratował go przed śmiercionośnym pociskiem. Upadł na ziemię i odczołgał się w stronę garażu. Oznajmiłem wtedy, że jestem nożownikiem i niewidzialnym ostrzem batalistycznym zdjąłem snajpera, a chłopaki przyznały mi potem za to medal. W ogóle medali było dużo, ale to dlatego, że byliśmy czwórką najlepszych komandosów pod słońcem. Walki na parterze przypominały te toczone sześćdziesiąt lat wcześniej w Stalingradzie; o każdy pokój, korytarz, każdy metr kwadratowy. Nasi przeciwnicy padali jak muchy, a my przyjmowaliśmy na siebie po kilkanaście kul i tylko nadludzką siłą woli parliśmy naprzód. W końcu Adam oberwał z RPG co skończyło się chwilową utratą przytomności, ale my byliśmy pewni, że nie żyje i w bezlitosnej furii poderwaliśmy się z zakrwawionej podłogi, by strzelać, rzucać nożami, ciskać granatami i zabijać pojedynczymi kopnięciami. Marek krzyczał, że go nie zostawi, że będzie bronić ciała gasnącego Adama do ostatniej kropli krwi. Ja i Michał, że i tak Adamowi nie pomożemy, bo skończyły się apteczki, a nawet gdyby były, to nie mieliśmy wystarczająco dużego plastra na pociski przeciwpancerne. W końcu argument o cierpiących na poddaszu cywilach przekonał Marka i, szlochając, zabił z bomby atomowej czterdziestu nazistowskich żołnierzy schowanych w łazience.  

 

Potem, gdy przyjęliśmy na klaty kolejne kilkanaście kul, powystrzelaliśmy wszystkich żołnierzy Viet Kongu poukrywanych w szafach, pod łóżkami, na balkonie, za lampami, w kufrach, na schodach, pod schodami i na żyrandolach. A kiedy poczuliśmy przesyt krwawą jatką, zdecydowaliśmy się na przyspieszenie fabuły i oswobodziliśmy bezbronnych cywili, którzy okazali się piątką pięknych dziewczyn. Umówiliśmy się, dla uproszczenia, że będą wyglądać jak dziewczyny ze Spice Girls. Przy uratowaniu dziewczyn najważniejszą rolę odegrał Adam, który, mimo rany zadanej mu z RPG, był w stanie w ostatniej chwili wtargnąć na poddasze i przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę. Następnie każdy miał udać się z jedną z dziewczyn do oddzielnego pokoju. Michał udał się z Baby, Marek udał się ze Sporty, ja się udałem z Ginger. Adam, jako najbardziej ranny i bohaterski, udał się ze Scary i Posh.  

 

Nie wiedzieliśmy za cholerę co mamy w tych pokojach robić z naszymi wyobrażonymi pięknościami, ale nasze bujne wyobraźnie bazowały na utartych, wtartych brutalnie w podświadomość schematach i pozwalały nam poruszać się jedynie w ich wąskich granicach, toteż każdy przesiedział po parę minut w ciszy w oddzielnym pokoju, w delikatnej zadumie i nie bez krzty konsternacji. To wszystko było potrzebne do spełnienia wymagania stawianego przez etos ekranowego bohatera.  

 

Osiem lat później także zamykaliśmy się w tych pokojach z dziewczynami, tylko że były to prawdziwe dziewczyny i wiedzieliśmy już, co robi się z nimi za zamkniętymi drzwiami. Mijając stary dworek Hrabiny, maszerowaliśmy środkiem ulicy, mieliśmy czerwone oczy i zaburzony, chaotyczny krok, maszerowaliśmy już bez plastikowych karabinów, ale każdy z nas prowadził do domu Adama dziewczynę i, rzecz dziwna, nasze gusta z dziecięctwa nie zmieniły się bardzo; Michał prowadził słodkie blondynki, Marek jasne, wysokie brunetki, ja prowadziłem rude. Adam same najpiękniejsze naprzemiennie z czarnymi (o dowolnym stopniu urody). Naraz mu się niestety jeszcze wtedy nie udawało. Prowadziliśmy je i najpierw dawaliśmy im whisky z barku rodziców Adama, a potem, przed zbiorowym trzaśnięciem drzwiami, zapraszaliśmy do wysłuchania kiepskiego koncertu. 

 

Już pod koniec podstawówki wymieniliśmy plastikową broń na konsolę, pod koniec gimnazjum zastąpiliśmy pady instrumentami. Mieliśmy zespół i snuliśmy wielkie plany, słuchając Led Zeppelin, the Doors, Beatlesów, the Cream, Free, Uriah Heep, Stonesów, the Who i całej reszty klasyki, którą, niczym adepci filozofii lub literatury, odkrywaliśmy i szukaliśmy w niej podwalin, sensu i drogowskazów. Byliśmy jednak tylko wybitnymi teoretykami. Snuliśmy plany, siedząc na dachu naprzeciwko posiadłości mitycznej Hrabiny, choć nie robiliśmy nic, aby je faktycznie spełnić. Próby nas nużyły i zawodziły - utwory nie powstawały same, choć do tego przyzwyczaiły nas biografie ulubionych muzyków. Dziwiło i wkurzało nas to, że nie potrafimy od ręki stworzyć arcydzieła, podczas gdy piosenka "Heartbreaker" została praktycznie zaimprowizowana przez Roberta Planta i ekipę na koncercie. Niedopuszczanie do siebie myśli, której niedojrzali i głupcy brawurowo starają się nie dopuszczać, myśli, że nie jesteśmy geniuszami, burzyło naszą percepcję i zabiło nasz zespół, choć pewnie później i tak zabiłby go czas i nasze zbiorowe beztalencie.  

 

Piliśmy bardzo drogie whisky zmieszane z colą, piliśmy colę zmieszaną z odrobiną bardzo drogiego whisky, bo ani my, ani nasze jednorazowe dziewczyny nie byliśmy w stanie wytrzymać paskudnego smaku, choć po każdym łyku komplementowaliśmy doskonałość trunku. Marek dyskretnie odlewał do doniczki, ja i Michał do kranu. A Adam radził sobie całkiem nieźle.  

 

Podczas tych wieczorów, gdy już wyczerpywaliśmy skromny, coverowy repertuar, przychodził czas na zabawianie wybranek opowieściami. Zawsze urzekało je to, że cała nasza czwórka trzyma się razem od dzieciństwa, choć nie była to prawda; Marka zastąpił bowiem nowy Marek, gdy stary wyjechał do Szkocji, a poprzedni Michał dawno już przestał się z nami zadawać. Pielęgnowaliśmy atrakcyjny mit braterstwa i snuliśmy opowieści o przygodach, wymyślając je na poczekaniu i całkiem sprawnie układając w tylko czasami niespójną logicznie całość. Zawsze dochodziło w końcu do pytania o dworek Hrabiny, ale tego wątku nie fałszowaliśmy; stanowiło sacrum. Szliśmy więc obejrzeć stary dom, by Spice Girls mogły przekonać się na własne oczy, że nie żartujemy. I pewnego razu, gdy odgrywaliśmy nasz cotygodniowy scenariusz po raz enty, w oknie hrabiny zapaliła się lampka i dojrzeliśmy bladą, wysuszoną trupią twarz, gromiącą nas spojrzeniem. Pobiegliśmy wtedy szybko do środka, by zasunąć wszystkie rolety, uprzednio zamknąwszy spiesznie okna.  

 

Dwa lata później, gdy z Adamem nie udawaliśmy już, że cokolwiek nas obchodzi, piliśmy piwo i słuchaliśmy Joy Division, w swej godnej politowania banalności kłócąc się o komunizm. Odgrywaliśmy swoje kukiełkowe role, czekając na trzeciego już Michała i Marka, mając nadzieję, że chociaż my wciąż jesteśmy tymi, którzy dziesięć lat wcześniej odbijali niewidzialne ciała i podbijali niewidzialne serca pierwszego girls bandu. I wtedy, pamiętam to dokładnie, Adam zapytał: 

 

-Wspominałem już, że Hrabina nie żyje? 

-Nie – odpowiedziałem. – Kiedy umarła? 

-Zdaje się, że nie żyje od dawna. Może i nawet od piętnastu lat. 

-Coś mi się nie zgadza – powątpiewałem. – Widzieliśmy ją raz. 

-Stary, wymyśliliśmy to sobie. I tak długo to opowiadaliśmy, że aż uwierzyliśmy.  

-Niemożliwe, ja pamiętam. 

-A może i po prostu byliśmy ostro naćpani. 

-Nie braliśmy nic wtedy.  

-Stary, mówię ci, że nie żyje. 

-Skąd wiesz? 

-Zaufaj. 

-Wymyśliłeś to! 

-Nie pierdol, Hrabina nie żyje. Jej dom jest zapuszczony i nigdy nie widzieliśmy, żeby ktoś z niego wychodził. Pytałem sąsiadów. Ostatnio piętnaście lat temu. Potem musiała umrzeć.  

 

Naszą sprzeczkę przerwał dzwonek do drzwi, Michał przyniósł temat. I włączyliśmy, o żałości, Pulp Fiction, żeby użyć go jako katalizatora naszego dymowego otumanienia. Potem przyszedł Marek i jeszcze tej nocy obejrzeliśmy Pulp Fiction ponownie; tym razem film był naszym kalejdoskopem. A potem zasnęliśmy. Bo naprawdę było nam wszystko jedno. A dom Hrabiny stał pusty, bo Adam powiedział, że Hrabina nie żyje, a ja potrzebowałem punktu odniesienia, jakim od zawsze była jej posiadłość i jej osoba, więc dworek stał się grobowcem, a staruszka piętnastoletnią mumią.  

 

I już nie graliśmy na gitarach, a sprowadzane dziewczyny stały się z czasem stałymi dziewczynami i wszyscy zaczęliśmy mieć dla siebie coraz mniej czasu. Adam miał już wtedy dobrą pracę. Marek był już trzecim Markiem; drugi skończył w szpitalu psychiatrycznym nieopodal, a my go nie odwiedzaliśmy. Michał zaś już wtedy był konopnym warzywkiem. A ja? Nie mogę zawierzyć własnej pamięci, nie ufam sobie, nie wierzę w jedno swoje słowo. 

 

Gdy siedzieliśmy tak jednego wieczora, nie robiliśmy nic ważnego i nie jestem pewny, czy mieliśmy jeszcze o czym rozmawiać. Przysięgam jednak, że czułem obecność zmarłej i może to był duch, choć w duchy nie wierzę. A może byłem tak pusty, że moja podświadomość próbowała spreparować jakąkolwiek wizję, która mogłaby mnie przestraszyć, poruszyć, popchnąć do działania? Fakt faktem, że wgramoliłem się wtedy na dach, stałem na jego skraju gotowy do romantycznego skoku, a żaden z przyjaciół mnie nie powstrzymywał i, paląc papierosa, ze zgrozą wpatrywałem się w opuszczony dwór i jednocześnie wyobrażałem sobie, jak melancholijnie i seksownie mogę wyglądać z perspektywy osoby trzeciej; gdy tak sobie stoję na dachu i z na wpół rozwartymi ustami i z lekka przymrużonym okiem i ze zmarszczkami zadumy na czole, patrzę, wpatruję się, gapię się na dostojny budynek. Potem zszedłem, schowałem dyskretnie paczkę Marlboro z powrotem do kurtki Michała i dołączyłem do moich kumpli. Przez resztę spotkania prowadziliśmy długie dysputy o nowej fali kina gruzińskiego, choć każdy z nas widział po maksymalnie jednej produkcji. Rano rozeszliśmy się do swoich matek albo do stałych dziewczyn, które wszystkie zgodnie uważały, że mamy na siebie zły wpływ. 

 

W jednej z cegieł, do których się przekonałem na studiach, stary Karamazow twierdził, że każdy przyzwoity facet musi być trochę pantoflem. I czas, choć nigdy w to nie wierzyliśmy, przemienił nas w pantofle, pantofelki. A my faktycznie staliśmy się bardziej przyzwoici. Każdy wybrał inny kierunek, a Marek wybrał Aarhus, więc w naszej paczce nastąpiło kolejne przetasowanie. Nie miało to większego znaczenia i szczerze mówiąc, nie pamiętam, który z Marków był finalnym Markiem. Prawdę powiedziawszy, każdy z nich mógłby być równie dobrze w pierwotnym jak i w ostatnim składzie. Wielokrotne naciąganie i dociąganie do potrzeb chwili własnych wspomnień, nauczyło mnie nieufności do samego siebie. Nie potrafię zaświadczyć, co w mojej opowieści jest prawdą, mogę jedynie liczyć, że jej trzon – dom Hrabiny i sama Hrabina – nie odbiegają zanadto od rzeczywistości. Wydaje mi się jednak, że zaangażowawszy się w pierwsze prawdziwe związki i naukę, nasze drogi rozeszły się i tylko czasem wracaliśmy do siebie, idąc na przełaj i na przekór dziewczynom, które uważały, że mamy na siebie zły wpływ. 

 

Lata mijały. Podczas naszych rzadkich spotkań zanudzaliśmy siebie nawzajem, klepaliśmy się po zaokrąglających się brzuchach i, po paru piwach, opowiadaliśmy anegdoty z uniwersytetu albo z pracy. Zdradzaliśmy różnej maści szczegóły, z naszych związków ze stałymi dziewczynami – szczegóły, których dżentelmeni nie zdradzają, ale my nigdy nimi nie byliśmy. I takie spotkanie odbywa się niebawem znowu. We wtorek za dwa tygodnie. Dlatego chciałbym przełożyć terapię na środę. Nie da się? Trudno, dawno chłopaków nie widziałem. 

 

*** 

Cholera, czuję, że się pocę, a przecież jest środek zimy. Śnieg skrzypi pod moimi butami i rad jestem, że tego nie wymyślam. Mijam zaśnieżone ulice z dawnych lat, wciąż te same latarnie i znajome domy. Chyba faktycznie je kojarzę i nie okłamuję teraz siebie. Już tego nie robię. Już staram się tego nie robić, więc staję i patrzę badawczo, czy aby na pewno poznaję te ulice, te latarnie i te domy. I nakazuję sobie uczciwość i po chwili wysiłku okazuje się, że niektóre domy są zupełnie nowe i że wcale ich nie kojarzę. Reszta się zgadza. Ruszam dalej i dochodzę do furtki Adama. Witam się z nim, z Michałem i ze starym druhem Markiem, który jest Markiem numer dwa albo trzy – nie chcę łgać, więc podaję dwie najbardziej prawdopodobne opcje. Puszczamy sobie stare płyty i pijemy wódkę. Jest miło, a temat przechodzi na dom Hrabiny, na który nawet nie zerknąłem, bowiem szedłem od drugiej strony.  

 

Będę przytaczać wszystkie wypowiedzi w mowie zależnej, ponieważ boję się podawać nieścisłe cytaty w obawie, że poniesie mnie i zacznę kłamać. Teraz Michał i Adam mówią, że tak naprawdę nie wiadomo, kiedy Hrabina odeszła na łono Abrahama i czy w ogóle. Adam przyznaje się, że przed laty kłamał i że nie wypytywał sąsiadów o starą wdowę. Być może zbyt entuzjastycznie okazuję mu swoje zrozumienie. Czuję miłe mrowienie w brzuchu; to znaczy, że zapamiętałem coś dobrze. Marek zaś kontynuuje temat i zwraca uwagę na to, że może nie wszystkie nasze wizje Hrabiny w oknie były wynikami licznych halucynacji. Nagle pojawia się pomysł, żeby po prostu do niej zapukać. Może żyje? Może sama odpowie nam na pytanie ile razy widziała nas naprawdę. Może potrafi nawet powiedzieć co robiliśmy gdy mieliśmy lat osiem, szesnaście, osiemnaście i więcej? Może jest ostatnią strażniczką naszego prawdziwego życia? Naszej obiektywnej, niezakłamanej historii? Bo jak zgodnie przyznajemy, nauczyliśmy się kłamać razem i dlatego nasze dziewczyny zawsze uważały, że mamy na siebie zły wpływ. Wypijamy jeszcze trochę i stawiamy kroki na skrzypiącym śniegu, którego czapa leży na nieodśnieżonym chodniku Adama.  

Przeskakujemy przez bramę, co kiedyś na pewno poszłoby nam sprawniej i wyglądałoby estetyczniej. Wchodzimy, bo Michał otwiera drzwi sobie tylko znaną sztuczką, a ja nie zapamiętałem całej sekwencji jego ruchów, więc nawet nie próbuję jej opisać. Wchodzimy i widzimy gazety spiętrzone w przedsionku. Najnowsze mają około dziesięciu lat. Idziemy przez zapuszczone korytarze, które były sprzątane dawniej niż dekadę temu.  

 

Wszędzie graty, muzealne eksponaty z pierwszej połowy dwudziestego stulecia; a pośród nich granat! Na chwilę zamieramy, a potem podnosimy plastikową atrapę. I już przypomina nam się bitwa o Spice Girls sprzed laty, gdy znudzeni całkowicie bezsensownym siedzeniem w zamkniętych pokojach, dostrzegliśmy nieprzyjaciela w oknie Hrabiny. Ustawiliśmy się na stanowiskach i zaczęliśmy pruć z karabinów. Adam, krzycząc coś po niemiecku, rzucił plastikowym granatem, który wpadł przez otwarte okno do wnętrza dworku. Po paru sekundach w tym samym oknie ukazała się przerażona staruszka na wózku inwalidzkim. A my, krzycząc po niemiecku, wycelowaliśmy w nią nasze plastikowe bronie.  

 

Z zakłopotaniem patrzymy po sobie i idziemy dalej, a na ziemi leżą stare zdjęcia, potłuczone obrazy, stara menora, pęki kluczy i wieże z zakurzonych książek. Przy kolejnym oknie potłuczone butelki – to kolejne okno wychodzące na dom, w którym urządzaliśmy libacje. Okno także potłuczone, po drugiej stronie rozwalonej szyby bezczeszczone przez nas butelki po kosztownych alkoholach. Marek, wyraźnie poruszony, zaczyna zbierać je z ziemi, ale okruchów szkła jest dużo, tak jak dużo było naszych głupich domówek. A my zwiedzamy dalej przerażeni, bo może znajdziemy tu martwą Hrabinę, boimy się także kolejnych przedmiotów, których odnalezienie może ewokować kolejne retrospekcje, kolejne nasze winy.  

 

Wspinamy się po kruszących się ze starości stopniach i wchodzimy na pierwsze piętro i zwiedzamy, a potem drugie, na którym napada nas dziwne uczucie, jakbyśmy znali to piętro doskonale i drabinka prowadząca na dach jest rozstawiona. Czyżby ktoś się do Hrabiny włamał? Włamywał? Włamuje? Ten poziom jest bowiem doszczętnie rozpieprzony, zdemolowane pokoje, porozbijane lustra, pety, butelki, prezerwatywy i reklamówki. Napada nas obrzydzenie; podwójne, bo graffiti na ścianie dawnego gabinetu bardzo jednoznacznie wskazuje winnych, winni sami się nim podpisali. A my, zawstydzeni, skurczeni, zadajemy sobie ważne, bo zależne od skali naszego należnego potępienia pytanie: co widziała Hrabina? 

 


Tagi:

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1839
Zobacz teksty użytkownika:

Co widziała Hrabina?

Post#2 » 22 paź 2019, o 09:01

Pomysł i wykonanie naprawdę niezły. Sama koncepcja niezbyt zaskakująca, ale puenta niezła. Przekombinowałeś w początkowym fragmencie z językiem, za dużo anachronizmów: ów, podług itd.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo? 

— Navigare necesse est, vivere non est necesse.  

Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V


Ścibor
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 14
Zobacz teksty użytkownika:

Co widziała Hrabina?

Post#3 » 24 paź 2019, o 07:29

Pomysł mi sie podoba. Jak dla.mnie trochę chaotycznie, ale domyślam się, że taka była koncepcja, by w ten sposób przedstawić chaos w życiu bohatera.
Alea iacta est

Awatar użytkownika
Zdzisław
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 165
Zobacz teksty użytkownika:

Co widziała Hrabina?

Post#4 » 24 paź 2019, o 10:17

Ciekawa retrospekcja z życia... a lubię wspomnienia, autentyki. Jeżeli nawet trochę konfabulacji, to cóż, tutaj stwarza nastrój. Dobre. 

 

Moje sugestie: 

*że zmarł jej szósty mąż i że z rozpaczy - że zmarł jej szósty mąż i (wtedy) z rozpaczy (pozbycie się powtórzenia "że") 

*Teraz jednak nie zajmowała nas ani postać hrabiny ani rzekoma klątwa. Teraz, obrzuciwszy (tu też zmieniłbym - powtórzenie "Teraz") 

* ostrzem batalistycznym - ostrzem balistycznym(?) (batalistyka to sceny bitewne) 

*przytomności, ale my byliśmy pewni, że nie żyje i w bezlitosnej furii - przytomności. Byliśmy pewni, że już nie żyje i w bezlitosnej furii 

- (o kurde... wszystko wszystkim ale ta malutka bombka atomowa i sojusz nazistów z Vietcongiem... ;) Noo, chyba że... ośmioletnim chłopakom mogło się mieszać, przyznaję). ;) 

*na utartych, wtartych brutalnie w podświadomość schematach - na utartych, zakodowanych głęboko w podświadomości schematach (utartych - wtartych) 

*bardzo drogiego whisky - bardzo drogiej whisky 

* i z na wpół rozwartymi ustami i z lekka przymrużonym okiem i ze (tu też bym zmienił ,aby pozbyć się powtórzeń "i") 

*do swoich matek albo do stałych - do swoich matek albo naszych stałych (do - do)


Achilles
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8
Zobacz teksty użytkownika:

Co widziała Hrabina?

Post#5 » 31 paź 2019, o 00:33

Hej, dzięki za konstruktywną krytykę i miłe słowa. To bardzo motywuje, by pisać dalej. Zastosuję się na pewno do uwag, jeszcze raz dzięki :).

Awatar użytkownika
Zdzisław
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 165
Zobacz teksty użytkownika:

Co widziała Hrabina?

Post#6 » 2 lis 2019, o 16:07

Jeden drugiemu, a drugi innemu może pomóc. Przydaje się portal literacki :) 

Co kilka par oczu, to nie jedna. Ileż razy łapałem się na tym, iż własny tekst kilka razy przeczytany, a za każdym razem coś znajdowałem do poprawy.  

PS. Chociaż w pewnym momencie trzeba powiedzieć "stop"!


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości