Zachęcamy do czytania naszych poradników!

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz.1)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 133
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz.1)

Post#1 » 27 paź 2019, o 12:51

1. (wersja poprawiona 28.10.'19) 

Dwanaście metrów – tyle dzieliło ich od siebie. Na komendę „Pal!” obaj unieśli pistolety. Zgodnie z ustalonymi zasadami pojedynku każdy z przeciwników mógł oddać strzał w dowolnym momencie, jednak nie później, niż po upływie dwudziestu sekund od usłyszenia komendy. 

– Pięć… sześć… siedem… –Stojący z boku mężczyzna na głos odliczał mijający czas. 

Woronowicz poprawił chwyt. Minęło zaledwie osiem sekund, a pistolet już zaczynał ciążyć mu w dłoni. Przeklęte nerwy.  

„No dalejże, pal, ty draniu!” – pomyślał, patrząc na stojącego na przedłużeniu lufy Majewskiego. Musiał przy tym poruszyć wargami, gdyż prowadzący pojedynek lekko przekręcił głowę w jego stronę. Rozmowy podczas starcia były surowo zakazane, w uzasadnionych przypadkach odzywać się mieli prawo wyłącznie sekundanci oraz kierujący spotkaniem. 

– Jedenaście… dwanaście… 

Majewski nieco uniósł broń; zdawało się, że mierzy teraz nie w pierś przeciwnika, lecz gdzieś ponad nim. Manewr ten, którego celem było najwidoczniej strzał w powietrze, wydał się Woronowiczowi podejrzany. Naruszenie zasad pojedynku dla taniej wielkoduszności nie było w stylu Majewskiego, który nade wszystko cenił sobie honorowe postępowanie. Wystroił się nawet w trącący myszką szary anglez, aby podkreślić swoje przywiązanie do litery prawa. Moda na pojedynki w tużurkach miała się ku końcowi; tradycyjnie zachowywano jednak zasadę nienakładania jasnych ubrań. 

– Trzynaście… Czter… 

Powietrzem wstrząsnął huk, mgła zyskała słodkawy zapach prochu. Majewski zatoczył się i upadł. Woronowicz mimowolnie odwrócił wzrok; nie mógł patrzeć na zalewającą szarość ubrania krew. 

„Po diabła wypaliłem? Mogłem mu dać szansę. Gdybym chociaż nie trafił...” – pomyślał. Nie było sensu czekać na strzał ze strony przeciwnika; rana nawet z dużej odległości wyglądała groźnie. 

– Proszę oddać broń. 

Sekundant zbliżył się bezszelestnie, wziął pistolet i położył go do kasety. Obok, w sąsiedniej przegródce leżała już broń Majewskiego; rękojeść jej uwalana była trawą. 

– Co z nim? – próbował dopytać Woronowicz. Nie dał jednak rady wydobyć z siebie głosu, pytanie wypadło na tyle ochryple i cicho, że można je było wziąć za kaszel. 

Sekundanci Majewskiego właśnie unosili bezwładne ciało, aby przenieść je do stojącego nieopodal samochodu. Ranny leciał przez ręce. Do auta wsiedli lekarz oraz prowadzący pojedynek. Silnik zawarczał i pojazd potoczył się po żwirówce w kierunku miasta.  

Czwórka sekundantów rozsiadła się pod brzozą, aby spisać protokół pojedynku. Przez drobne liście prześwitywało słońce, zaś pień drzewa poznaczony był śladami zbłąkanych kul. Łączka nie raz bywała areną pojedynków, głównie dlatego, że ludzie kręcili się tu rzadko, zaś na Pragę, gdzie znajdował się największy w okolicy szpital, nie było daleko. 

Woronowicz przymrużył oczy i spojrzał na wznoszący się ponad koronami drzew złotoczerwony dysk słońca, po czym podążył wzrokiem za jego promieniami w dół, aż do ziemi. Wydeptana łączka coś mu przypominała, miał wrażenie dziwacznego deja vu, którego źródła nie był w stanie dociec. Był niemal pewien, że gdzieś już widział tę pooraną kulami korę brzozy i prześwitujące przez zieleń promienie porannego słońca. Im dłużej patrzył na mieniące się w złotym świetle listki, tym silniej narastało w nim rozczepienie między tym, co pamiętał, a tym, co dyktowały odczucia. Stan ten był bardzo irytujący.  

Woronowicz podszedł do sekundantów, aby zapytać o godzinę. Nie wziął ze sobą zegarka, gdyż jeśli to jemu przypadłby w udziale los Majewskiego, w szpitalu i tak ukradziono by mu wszystko, co posiadało jakąkolwiek wartość. Wolał nie kusić losu. 

– Za kwadrans dziewiąta – odpowiedziano. 

Z tonu, jakim udzielono mu odpowiedzi, zrozumiał, że nie ma co liczyć na dalszą rozmowę. Musiał zostać sam ze swoim irytującym poczuciem deja vu, bez nadziei na jego rozwianie. Im usilniej próbował zająć się czym innym, tym mniej mu się udawało, gdyż jakakolwiek, nawet najbardziej odległa od pojedynku i łączki myśl tajemniczymi drogami prowadziła umysł do punktu, w którym pojawiała się przeklęta brzoza.  

Wreszcie dano sygnał do odjazdu. Powrót do miasta odbył się w milczeniu, kierowca mrużył oczy; jechali wprost w kierunku oślepiającego słońca. Przed nimi majaczył żelazny korpus Mostu Kierbedzia. Nieustanne wpatrywanie się w jasne światło męczyło siedzącego na przednim siedzeniu Woronowicza; próbował – na próżno – szukać schronienia w cieniu kapelusza, jednak promienie odbijały się od wyglancowanej klamki i przed nimi nie sposób było się ukryć. Gdy więc wypuszczono go przy Rymarskiej, u stóp Ministerstwa Skarbu, poczuł ogromną ulgę, choć przed oczyma latały mu to brunatne, to czerwone plamy i miał niemiłe przeczucie, że zaraz straci przytomność. Nie miał ochoty iść do Ministerstwa. Musiał jednak wstąpić pomiędzy kolumny gmachu, by oprzeć się o jedną z nich i nie upaść na środku placu. 

Znalazłszy się cieniu kolumnady, zapalił papierosa. Dym wzleciał ku górze, rozbił się o krawędź tympanonu i zniknął. Po marmurowych stopniach zastukotały kroki. Woronowicz nie zdążył przyjrzeć się nadchodzącemu, gdy mężczyzna wskoczył pomiędzy kolumny i mocno trzepnął palącego w ramię. Niedopałek pacnął o kamienną posadzkę, tuż pod nogi nowo przybyłego. 

– Irek, ty łobuzie! Egipskiego mi zadeptałeś! 

Przybysz zaśmiał się. 

– I jak, jak było? – Schwycił kolegę pod ramię i wciągnął do gmachu. Na piętro przeszli w milczeniu, mijając kilku petentów. Wobec interesantów zawsze należało zachowywać powagę, żeby sobie jeden z drugim czegoś nie pomyśleli. W przechodnim gabinecie na końcu korytarza Irek znowu ożywił się. 

– Umieram z ciekawości. – Rzucił palto na wieszak i gwałtem posadził Woronowicza na krześle. – Skoro go nie ma, to domyślam się, że… Mów coś…. Hanka, Hanka! – zaczepił wychodzącą z pokojów dyrektora sekretarkę. – Gdzie cię diabli noszą, stój! Herbaty podaj. 

[p]Zatrzymała się w pół kroku do drzwi na korytarz.[/p] 

– Pan dyrektor już mi osobiście to polecił. 

– Hanka, toż to nie dla dyrektora, tylko dla pana Witolda. 

Kobieta zmierzyła Woronowicza niechętnym spojrzeniem. 

– Sam sobie zrobi. 

– Hanka, zrób, złotko. I tak robisz. 

– Dobrze. 

Irek zaśmiał się, porwał sekretarkę w ramiona i okręcił się z nią parokrotnie jak w walcu, strojąc komiczne miny. 

– Skoroś taka dobra, to mnie też zrób. – Cmoknął ją w policzek, po czym szarmancko otworzył drzwi. Z korytarza wdarł się szmer rozmów.Hanka zachichotała. 

– Puść pan! – Wyrwała się ze śmiechem. 

Irek przez chwilę patrzył na drzwi, po czym usiadł za biurkiem. Meble w pomniejszych gabinetach Ministerstwa ustawione były w taki sposób, że każdy z urzędników siedział za stołem na wprost współpracownika, za którego plecami znajdowało się niewielkie, lecz bardzo irytujące lustro, zawieszone dokładnie na wysokości twarzy siedzącego. Rzekomo miało to zapobiegać korupcji. Aby nie wpatrywać się tępo w swoje odbicie ponad ramieniem Irka, Witold sięgnął po gazetę. Od recenzji jakiegoś spektaklu oderwał go rozgorączkowany głos kolegi. 

– Opowiesz w końcu? 

– O czym?… A, o tym… Nic nadzwyczajnego. Bardzo przyzwoita łączka, niedaleko stacji. 

Irek wybuchnął śmiechem

– No wiesz co?! Sądziłem, że zdasz mi relację, a tu… Łączka! Ha! Paradny jesteś, Witek, paradny. Powinni cię dawno awansować. 

– Nie mów mi nic o awansie... Gdzież ta Hanka? Zaraz zasnę… – ziewnął. – Wyobraź sobie, że przeliczyłem się. 

– Powtarzaliście? 

– Nie, nie aż tak. Po prostu nie zmrużyłem oka... Nie sądziłem, że mam tak słabe nerwy. 

– Ale… Nie widziałem go jeszcze. 

Witold uśmiechnął się pod nosem. 

– I nie zobaczysz raczej – powiedział nie bez dumy. – Pojutrze poślę sekundantów z pytaniem o jego zdrowie, ale nie myślę, aby się prędko wykaraskał. 

– O, toś go nieźle nauczył. – W głosie Irka zagrała nuta dziecinnego podziwu. – A słuchaj… 

Umilkł, wpatrując się w drzwi. Ktoś pukał. Było to niepewne, strwożone pukanie – wyuczony latami służby słuch bezbłędnie rozpoznawał interesantów w chwili, gdy wzrok ich jeszcze nie widział. Obaj jak na rozkaz przybrali poważne miny. 

– Wejść! – krzyknęli unisono. 

Intuicja nie zmyliła ich i tym razem. Do gabinetu wsunął się po drobnomieszczańsku ubrany jegomość w zwiniętą w rurkę kartką w niezgrabnych dłoniach. Urzędnicy spojrzeli po sobie, Woronowicz skrył ziewnięcie za Kurierem Warszawskim, ledwo zauważalnie przewrócił oczami. 

– Słucham – odezwał się Irek. 

Petent drgnął i zdawało się, że pragnie uklęknąć przed tym, który przemówił – tak zmiękły pod nim kolana. Był to człowiek o twarzy zastygłej w zmęczeniu, na granicy rozpaczy. Widocznie sprawa, z którą przyszedł, napsuła mu już dużo krwi. 

– Niech pan usiądzie. – Witold wskazał interesantowi krzesło, stojące obok drzwi. 

– Dziękuję, dziękuję… – zaszeptał przybysz, siadając. – Przychodzę… 

– Chwileczkę – wycedził przez zęby Irek. W ustach trzymał cygaretkę i właśnie próbował ją zapalić. – Już, słucham – powiedział w końcu, gasząc zapałkę. Słodkawy dym owionął Woronowicza niczym gęsta mgła. 

– Przychodzę po zaświadczenie. 

Witold wsparł brodę o kułak, przerzucił się spojrzeniem z Ireneuszem. Żarząca się cygaretka zatoczyła koło i tknęła w stronę lustra za plecami, co w mowie gestów oznaczało: „Ty mów”. 

– Po zaświadczenie? – Z ociąganiem powtórzył Woronowicz. 

Petent ożywił się. 

– Tak, dokładnie… Mam tu podanie, wszystko podstemplowane, tylko mi zaświadczenia brakuje, aby… 

Witold ziewnął, wstał i podszedł do szafy. Długo patrzył na rzędy równo poukładanych teczek, jakby szukał czegoś niezwykle istotnego, w końcu wyszarpnął ze szpaleru wysłużonych tek tę o pomazanym czerwonym ołówkiem grzbiecie. Dla podniesienia napięcia przejrzał ją powoli, wzdychając i wrócił za biurko. 

– Nazwisko? 

– Moje? 

Woronowicz zastukał końcem pióra o blat. 

– Swoje znam – burknął, wkładając okulary. 

– Zachwatowicz. 

– Ciekawe… 

– Proszę? – Mieszczanin pochylił się do przodu. 

– Chwileczkę, proszę mnie nie rozpraszać… Zachwotowicz, tak? 

– Nie, proszę pana. Zachwatowicz, przez dwa „a”. 

– Przez „a”? Dwa „a”, mówi pan? – mruknął Witold, sunąc piórem po rubrykach. – Imię pańskie poproszę. 

– Adam. 

– Jak? 

– Adam Zachwatowicz, syn Marii z Damskich i Zbigniewa. 

Woronowicz ziewnął dwukrotnie, nie odrywając wzroku od dokumentów. 

– Przepraszam – powiedział w dziwacznym przypływie grzeczności. – Mamy z kolegą diablo wiele spraw na głowie i ledwo na oczy widzę… – dodał, aby nie wypaść z roli śmiertelnie zmęczonego urzędnika. – Panie Ireneuszu, niech no pan zerknie w swojej szafie. 

Irek drgnął, wyrwany z kontemplacji smaku wyśmienitej cygaretki, otrzepał popiół do popielniczki i powlókł się do stojącej za jego plecami, tuż obok lustra, szafy. 

– Proszę mi nazwisko powtórzyć. 

– Zachwatowicz – posłusznie szepnął petent. 

– Imię? 

– Adam, syn… 

– Dziękuję! Nie trzeba. Przez dwa „a” ten Zachwatowicz? 

Zachwatowicz uśmiechnął się, nie bardzo rozumiejąc. 

– Tak jest. 

– Adam, syn Zbigniewa, tak? 

Petent przytaknął, omal nie zerwał się z krzesła. W oczach błysnęła iskra nadziei – na ten moment tylko czekał Irek. 

– Niestety – rzekł, triumfalnie zatrzaskując teczkę. – Zachwatowicza Adama, syna Marii z Damskich i Zbigniewa u nas brak. Niech pan się przejdzie do innego działu… 

Mieszczan zbladł. 

– Jak to, panowie? Przecież mi powiedziano, że u panów to musi być. Wszak to gabinet numer trzynaście, tak? 

Witold uśmiechnął się smutno, rozłożył ręce. 

– Trzynasty, niestety – powiedział, akcentując każdą sylabę liczebnika. – Nie mamy nic na pańskie nazwisko. 

Ireneusz pokiwał głową. 

– Nic? – nie dowierzał Zachwatowicz. – Ani papierka? 

Urzędnicy spojrzeli po sobie, wzdychając. 

– Nic. Kompletnie nic, proszę pana – zapewnił Irek i zgasił cygaretkę. 

W gabinecie zapanowało milczenie. Petent dyszał ciężko, to blednąc, to rumieniąc się. Wzrok miał błędny, jakby właśnie odebrano mu ostatnią nadzieję. 

– Może w dwunastym coś wiedzą – rzucił Woronowicz. 

Mieszczan spojrzał na niego półprzytomnie. 

– Ja stamtąd przyszedłem – wysyczał. 

Witold wstał i podszedł do interesanta. Nie chciał podjudzać w nim gniewu, w który tak łatwo mogła w tej chwili przejść rozpacz. 

– Proszę pana, niech się pan uspokoi, ochłonie… 

Skrzypnęły uchylane drzwi, w szparze mignęła twarz sekretarki, a tuż pod nią, na wysokości piersi, błysnęła taca z trzema szklankami herbaty. 

– Panno Haniu, nie teraz! – syknął Irek. 

– Niech pan ją wpuści – rozkazał Woronowicz. Postanowił złagodzić rozpacz Zachwatowicza doskonałą, ministerialną herbatą. 

Hanka weszła do gabinetu z tacą na rozpostartych dłoniach. Ze szklanek unosiła się aromatyczna para. Witold wziął jedno z naczyń i, krzywiąc się z bólu, jaki sprawił mu dotyk gorącego szkła, podał je mieszczaninowi. 

– Proszę, niech pan wypije. To dobrze robi na nerwy. 

Ireneusz odchrząknął ze zdumieniem, Woronowicz rzucił mu znaczące spojrzenie. Zrozumieli się bez słowa, choć Irek nie wyglądał na przekonanego. 

– Tak, niech pan wypije czym prędzej – dorzucił, idąc ze swoją szklanką za biurko. 

Hanka przeszła przez gabinet i zniknęła za drugimi drzwiami. Panowie milczeli, Zachwatowicz głośno siorbał herbatę. Burza chyba została zażegnana. Woronowicz odetchnął z ulgą i już miał wrócić na swoje miejsce, kiedy mieszczanin schwycił go za rękaw tak gwałtownie, że biały, nieskalany atramentem zarękawek zsunął się na podłogę. 

– Co pan?! – Szarpnął się Witold. 

Szklanka upadła na klepkę, odłamki szkła błysnęły wśród brunatnego płynu. 

– Panie, niech pan mnie wysłucha, skoro… nic już innego poradzić nie można – wyszeptał z rozpaczą Zachwatowicz. – Proszę tylko o to. Potem pójdę sobie, przysięgam… Ale ja tu już drugi tydzień chodzę po gabinetach, sił nie mam. Miałem przyjechać na dwa, trzy dni, a rozumie pan, nie mogę nic zrobić! Starosta zapewniał na krew Chrystusową, że tylko stempelek w Warszawie dostanę i wszystko pójdzie jak z płatka. A tu… Sił nie mam, na Boga!… 

– Niestety, przepisy wciąż się zmieniają, starosta nie mógł wszystkiego wiedzieć. 

– Zmieniają!… Boże, czy ja to stłukłem? – Zerknął z przestrachem na szkło pod swoimi nogami. – Widzi pan, już mi wszystko z rąk leci z tej rozpaczy… Sił nie mam, nie mam ani kropli! Na cóż mi ten sklep był, na cóż?! Boże, Boże… 

Witold odchrząknął. Było jasne, że Irek nie ma zamiaru go wesprzeć w wysłuchiwaniu tyrady zmęczonego petenta, zaś rola spowiednika była mu zupełnie nie na rękę. A jednak czuł trochę litość, a trochę wstyd przed tym człowiekiem, któremu obiecano „tylko stempelek”. Niemniej jednak urzędnicza natura domagała się wyproszenia zaczynającego histeryzować nieszczęśnika. 

– Niech się pan uspokoi! – fuknął po chwili. – Sądzi pan, że my mamy siłę to wszystko czytać?! – Zająknął się, przez myśl mu przeszło błyskawicą, że to może niesprawiedliwe tak mówić, a jednak dokończył, wkładając w ton całą surowość i zmęczenie: – Przychodzi i spazmuje o byle zaświadczenie! 

Zachwatowicz spurpurowiał, poderwał się z krzesła, wchodząc wprost w kałużę przed sobą. Na jego twarzy strach walczył z gniewem. 

– Proszę pana! – syknął z oburzeniem. 

– Panie Witoldzie! – dorzucił ze swego kąta Irek. 

W Woronowiczu coś pękło. Zdjął okulary, podniósł z podłogi uwalany w herbacie zarękawek i otrzepał go ze szkła, zsypując je wprost do kosza na śmieci. 

– Pan wybaczy – powiedział łamiącym się głosem, nie mając pojęcia, po co się tłumaczy; było mu wstyd. Że też musiał tak wybuchnąć… Miał jednak szczęście, że trafił na małą rybkę. – Ja też już nie mam sił… Pan wybaczy, nie wiem, co mnie naszło. Nerwy… Pan wybaczy. 

W oczach mieszczanina błysnęło współczucie, lecz twarz pozostała bez wyrazu. 

– Niech więc i pan się napije tej waszej… cudownej herbaty – burknął. 

– Tak, tak – podchwycił Witold. – Pójdę, zaraz, natychmiast. – Podszedł do drzwi. Odłamki szkła zachrzęściły pod podeszwami. 

Wyszedł prędko na korytarz i odetchnął. Od niewyspania kręciło mu się w głowie, pod powiekami miał piasek. 

Myśli leciały jedna za drugą, Woronowicz oparł się o ścianę. Jakaś szykownie ubrana dama minęła go bez słowa; mocno pachniało od niej różami. Skłonił się machinalnie, przeczuwając w nieznajomej kogoś bardzo ważnego. Nie zauważyła ukłonu, przeszła obojętnie, jakby był tylko słupem. Opanowało go potworne osłabienie, powlókł się więc z powrotem do gabinetu.  

Minęli się z Zachwatowiczem w drzwiach, nie mówiąc ani słowa. Obu było jakoś niezręcznie, zupełnie jakby przed chwilą nie rozmawiali ze sobą, lecz przypadkiem znaleźli się nago w jednym pomieszczeniu, a teraz chcieli za wszelką cenę udać, że widzą się po raz pierwszy w życiu. Drzwi za mieszczaninem zamknęły się cicho. 

– Witek, co to było? – naskoczył na kolegę Irek. – Czyś ty zgłupiał? Czemu się przed nim tłumaczyłeś? Niech zna, baran, swoje miejsce w stolicy! 

Woronowicz bez słowa wziął płaszcz, kapelusz i zaczął się ubierać. 

– A kolega dokąd? Zostawisz mnie z nimi? – Ireneusz wskazał w stronę drzwi, za którymi narastał gwar. 

– I tak ci się na nic nie przydam dzisiaj – stwierdził ponuro Witold. – Gdyby ktoś pytał, powiedz, że zachorowałem. 

Wyszedł tylnymi drzwiami, w których zawsze znikała Hanka. Był za nimi długi, kręty korytarz, na którego końcu czerniło się rozwidlenie.  

Na prawo było wejście do królestwa dyrektora, na lewo zaś – tajne przejście na tylne podwórko, z którego można było z łatwością wymknąć się z Ministerstwa. Urzędnicy nierzadko korzystali z niego, aby samowolnie skrócić dzień pracy lub by w czasie inspekcji wynieść to, co niekoniecznie powinni mieć przy sobie. Przy drzwiach nie stał tu nigdy portier, nikt nie zaglądał w twarz, nikt się nie kłaniał. Stąd wychodziło się na wolność. 

Witold z westchnieniem ulgi zszedł po schodkach i wybiegł na zalane słońcem podwórko. Machinalnie zadarł głowę ku umieszczonemu na górze budynku zegarowi, aby sprawdzić, ile czasu udało mu się ukraść dla siebie. Strzałki wskazywały za pięć jedenastą. Woronowicz ruszył w stronę wyjścia. Widoczna między arkadami Rymarska połyskiwała w słońcu. 

Mijając Teatr Wielki, przelotnie przyjrzał się afiszom. Dziś wieczór grano Halkę. 

„Może wypadałoby Linkę zaprosić?” – przemknęło mu przez myśl. Wspomnienie narzeczonej wprawiło go w nieco lepszy nastrój. Ziemia, którą w posagu dawał jej ojciec, mogła się całkiem nieźle nadać na sprzedaż pod jakiś pensjonat, szkołę, nawet klasztor. Uzyskany z transakcji przychód można by było zainwestować na giełdzie, a wtedy… Wtedy by się zobaczyło. 

Tak rozmyślając, Witold doszedł do postoju taksówek. Znajomy „cierpiarz” rzucił się usłużnie do drzwiczek swego auta. 

– Szanowny pan siada, jak raz o nim myślałem – zapewniał, po cwaniacku mrugając oczyma. Czapka zsunęła mu się na prawe ucho, wyglądał pociesznie. – Dokąd pan każe? 

– Na Czerniakowską, do sióstr. 

Silnik zawarczał. Taksówka wjechała w wężyk sunących w kierunku Belwederu samochodów. Ktoś zatrąbił. 

– Ciiicho, lebiego! – syknął przez zęby taksówkarz. 

Woronowicz patrzył przez okno. Wzdłuż ulicy mknął właśnie po torach parowozik, ciągnąc za sobą skład kolejki wilanowskiej. Podługowaty korpus wagonów migotał w słońcu, wyszorowane szyby oślepiały blaskiem. Witold przymrużył oczy i… ocknął się dopiero przy kolonii Grottgera. 

Szary szpaler kamienic, na który swojego czasu rzucało się tysiące, zachęconych reklamą tanich mieszkań chętnych, tu i ówdzie pstrzył się stojącymi w oknach donicami. Królowały tu fuksje, ktoś na pierwszym piętrze pokusił się o kolekcję begonii. W jednym z mieszkań na parapecie siedziała tyłem do ulicy naga kobieta. 

Urzędnik przyjrzał się jej przez okulary – szczupłe ramiona i widoczne przez delikatną skórę żebra przywodziły na myśl modelki Waterhouse'a. Ta sama delikatność konturów, ulotność cielesności, gra światła… Nieznajoma poruszyła się, na jej plecy spłynęła kaskada rudych włosów. I nagle czyjeś dłonie, duże i niezgrabne, objęły tę nieziemską istotę. Para zakołysała się od pocałunku. 

Woronowicz odwrócił oczy. 

„Jakże tak można, w biały dzień” – obruszył się w duchu. W tylnym lusterku dostrzegł błysk oczu szofera. Bez słowa jechali dalej, aż do Dolnego Mokotowa. Przed nimi pysznił się niedawno ukończony gmach kaplicy Nazaretanek wraz ze stojącymi po obu jej bokach budynkami szkoły i klasztoru. Urzędnik trącił kierowcę w ramię. 

– Zatrzyma się tu. 

Taksówkarz uśmiechnął się. Witold rzucił mu złotówkę i wysiadł z samochodu. W nozdrza uderzył zapach rozgrzanego słońcem miasta, od którego aż zaszumiało w skroniach. Gdy zawrót głowy minął, Woronowicz ruszył w kierunku majaczących w blasku zabudowań szkoły Zgromadzenia Nazaretanek. Mury z szarej cegły i masywna bryła kompleksu zawsze wzbudzała w nim uczucie obcości. Czuł się tak, jakby wstępował na schody więzienia. Elektryczny dzwonek do drzwi zabrzęczał piskliwie. 

– Pan do kogo? – Zza dębowej futryny wychynęła skurczona zakonnica w biało-czarnym, przywodzącym na myśl pingwina, habicie. 

Nieprzyjazne oczka furtianki lustrowały gościa od stóp do głów, jakby szukając podstępu. 

– Ja… Do siostry Kunegundy. 

Zakonnica przechyliła głowę niczym szykująca się do dziobnięcia kura. 

– A kim pan dla niej jest? 

Urzędnik przełknął ślinę. Najchętniej odepchnąłby tę czarno-białą siostrę Cerbera i wbiegłby po schodkach do rozmównicy. 

– Bratem. 

– Na pewno? Nie kojarzę pańskiej twarzy. 

– Niechże siostra ją po prostu zawoła. 

– Będzie pan łaskaw nie rozkazywać. 

– Jeszcze nie zacząłem. Woła ją siostra, czy sam mam to zrobić? 

Furtianka podeszła do telefonu, nie spuszczając oka z przybysza. Rozmowa była krótka. 

– Proszę poczekać – szczeknęła sucho siostra, odwieszając słuchawkę. 

Witold skinął w milczeniu głową i zaczął chodzić po korytarzu. Obawiał się usiąść na którymś ze stojących pod ścianą krzeseł, gdyż groziłoby to zaśnięciem. Z nudów zaczął liczyć przekątne od początku do końca korytarzyka. Naliczył ich piętnaście, nim na schodach pojawiła się znajoma postać. 

– Siostro, brat przyszedł – zaanonsowała furtianka. 

Kunegunda nie słuchała jej jednak, podeszła tylko do gościa i uśmiechnęła się. Przywitali się bez uścisku dłoni. 

– Chodźmy do rozmównicy. – Wskazała ruchem głowy w kierunku małych drzwiczek w szarej ścianie. – Cieszę się, że przyszedłeś. 

Weszli do niewielkiego pokoiku o przytłaczająco beżowych ścianach. Na wprost drzwi wisiał krzyż, twarz Zbawiciela wykrzywiona była w grymasie zniesmaczenia. Woronowiczowi dreszcz przebiegł po plecach. 

„Co za ponure miejsce” – pomyślał, patrząc na siostrę. Wyglądało na to, że czuła się tu jak u siebie. Aż wstyd mu było, że przyszedł, aby porozmawiać o tak ohydnej rzeczy. A jednak nie było już drogi powrotnej, musiał się przed kimś wyspowiadać. 

Część następna


Tagi:

Awatar użytkownika
Cam
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 6104
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz.1)

Post#2 » 28 paź 2019, o 09:06

Bardzo ciekawy tekst, podobał mi się. Czyta się płynnie, przyjemnie, treściowo jest klimatycznie i zaciekawiająco - widzę Dwudziestolecie i bardzo mi się to podoba, to naprawdę wdzięczny czas. Chętnie będę czytać dalej.  

Jedyne zastrzeżenie mam do tego, że może odrobinkę sucho opisane są fragmenty po postrzeleniu Majewskiego, może zbyt krótko - brakowało mi troszkę treści, niewiele, może nawet akapitu, ale miałam wrażenie, że zbyt szybko przeszliśmy do zwykłej codzienności. Wiem, że dla bohatera i otoczenia może to nic nadzwyczajnego, ale trochę mnie zaskoczyło, że w narracji nie było komentarza o tym, czy wystrzelenie przed czasem przez Woronowicza to źle widziany chwyt, czy raczej standard. Warto byłoby na to spojrzeć z perspektywy czytelnika, który nie jest w tym aż tak zaznajomiony, i może odpowiedzieć na pytania, jakie się pojawią u niektórych po przeczytaniu tego. Ale to drobiazg.  

 

„Po diabła wypaliłem? Mogłem mu dać szansę. Gdybym chociaż nie trafił...” – pomyślał. Nie było sensu czekać na strzał ze strony przeciwnika; rana nawet z dużej odległości wyglądała groźnie. 

Ten akapit trochę mało dynamiczny jak na pierwsze zdania po postrzeleniu rywala i to przed czasem. 

 

Woronowicz przymrużył oczy i spojrzał na wznoszący się ponad koronami drzew złoto-czerwony dysk słońca 

Zapis "złoto-czerwony" oznacza, że te dwie barwy były od siebie wyraźnie oddzielone, np. były to paski. "Złotoczerwony". 

 

Był niemal pewien, że gdzieś już widział tę pooraną kulami korę brzozy i prześwitujące przez zieleń promienie porannego słońca. Im dłużej patrzył na mieniące się w złotym świetle listki, tym silniej narastało w nim rozczepienie między tym, co pamiętał, a tym, co dyktowały odczucia. Stan ten był bardzo irytujący. 

Zdarzają ci się miejscami powtórzenia "być", nic bardzo rzucającego się w oczy, ale warto się pilnować. 

 

Woronowicz zapalił papierosa. Dym wzleciał ku górze, rozbił się o krawędź tympanonu i zniknął. Po marmurowych stopniach zastukotały kroki. Woronowicz nie zdążył przyjrzeć się nadchodzącemu, gdy mężczyzna wskoczył pomiędzy kolumny i mocno trzepnął palącego w ramię. Niedopałek pacnął o kamienną posadzkę, tuż pod nogi nowo przybyłego. 

Niepotrzebnie tak często powtarzasz "Woronowicz" w akapitach, gdy tylko on jest podmiotem. Można używać podmiotu domyślnego. 

 

– Po zaświadczenie? – z ociąganiem powtórzył Woronowicz. 

"Z" dużą literą. 

 

Myśli leciały jedna za drugą,. 

Widzę romans przecinkowo-kropkowy :D 

 

Witold z westchnieniem ulgi zszedł po schodkach i wybiegł na zalane słońcem podwórko. Machinalnie sięgnął do kieszeni, aby sprawdzić, ile czasu udało mu się ukraść dla siebie. Srebrny zegarek wskazał za pięć jedenastą. Woronowicz ruszył w stronę wyjścia. Widoczna między arkadami Rymarska połyskiwała w słońcu. 

Na pojedynek nie wziął zegarka, a tutaj jednak go miał.
Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz  

 

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 133
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz.1)

Post#3 » 28 paź 2019, o 13:00

Camenne pisze:Wiem, że dla bohatera i otoczenia może to nic nadzwyczajnego, ale trochę mnie zaskoczyło, że w narracji nie było komentarza o tym, czy wystrzelenie przed czasem przez Woronowicza to źle widziany chwyt, czy raczej standard.
 

Ach, no właśnie. Sądziłam, ze to zdanie: "Zgodnie z ustalonymi zasadami pojedynku każdy z przeciwników mógł oddać strzał w dowolnym momencie, jednak nie później, niż po upływie dwudziestu sekund od usłyszenia komendy." daje nieco bardziej czytelną informację. No ale widocznie przeliczyłam się. :) 

Dziękuję za uwagi, cieszy mnie bardzo, że Ci się podobało. Pozwolę sobie poprawić błędy i wstawić tu zedytowaną wersję tekstu.  

Dziękuję za lekturę!


Awatar użytkownika
Cam
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 6104
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz.1)

Post#4 » 28 paź 2019, o 13:20

Ach, widzisz, poranne skonfundowanie i półprzytomność, bo byłam pewna, że "jednak nie wcześniej" i tak cały fragment odebrałam, a upewniło mnie to, że Woronowicz wygarnął sobie, że strzelił pierwszy i nie poczekał - pasowało mi to do falstartu. Wszystko w takim razie w porządku, ale dziwi mnie troszkę, że obaj czekali długo, skoro wystrzelić powinni, a Woronowicz wręcz oczekiwał tego po Majewskim. Jakby nie patrzeć, w tej sytuacji kto pierwszy wystrzeli ma znaczenie, lepiej ubiec przeciwnika, skoro w razie postrzelenia można w najgorszym razie zginąć. Ale to dżentelmeni, inne pobudki i myślenie, dżentelmeńskie pojedynki to rytuał dla mnie nieco niezrozumiały. Za to bardzo fajny na początek takiego tekstu, dobry wybór.
Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz  

 

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 133
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz.1)

Post#5 » 28 paź 2019, o 14:11

Melduję pojawienie się poprawionej wersji! :D

Awatar użytkownika
Cam
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 6104
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz.1)

Post#6 » 28 paź 2019, o 14:13

I bardzo fajnie :D 

Ach, zapomniałam wcześniej - masz wybiórczo wstawione wcięcia akapitowe :D Powinnaś je dawać tak samo przy dialogach jak przy normalnych akapitach.

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz  

 

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 133
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz.1)

Post#7 » 28 paź 2019, o 14:28

Aaaa, faktycznie. Przepraszam... Już poprawiam.

szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 2669
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz.1)

Post#8 » 6 sty 2020, o 20:03

Wciąga...

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości