Terytorium Rozdział 1c

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Ścibor
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 14
Zobacz teksty użytkownika:

Terytorium Rozdział 1c

Post#1 » 3 lis 2019, o 22:01

Sulimir, jeszcze jako chłopiec rozpoczynający studia na Uniwersytecie Karelskim, postanowił badać przeszłość w oparciu o nieprzeanalizowane jeszcze dowody i nowe, nie odkryte dotąd źródła historyczne. Okazało się jednak szybko, że nawet tych odkrytych i dostępnych w archiwach nie przetrwało zbyt wiele, gdyż kolejni władcy zadbali o to by najstarsze wieki cywilizacji, wielka migracja na półwysep, Stara Wiara i pierwsza dynastia namiestników popadła w zupełne zapomnienie i niebyt. W efekcie propagandy, konsekwentnie prowadzonej – bardziej lub mniej świadomie – przez kolejnych, następujących po sobie rządcow, i ich pseudoskrybów piszących kroniki, prawie nikt nie wiedział, iż prawda dziejowa, jest zupełnie różna od wersji nauczanej w szkołach, która i tak nie sięgała nawet do czasów pojawienia się ludzi na terytorium obecnej Carii. Źródła nie wyjaśniały w żaden sposób jak zawiązały się pierwsze inicjatywy i zorganizowało się niezależne państwo, choć w głównym statucie, uznające zwierzchność mitycznego Imperium Antów, które według według nielicznych przetrwałych legend było w prostej linii praojczyzną wszystkich zamieszkujących Carię ludzi. Był to dotychczas nic nieznaczący zapis, ponieważ od dwóch tysięcy lat nie nawiązano nawet kontaktu z innymi antami, jednocześnie był to jedyny państwowy dokument potwierdzający pochodzenie populacji półwyspu. 

Oficjalnie więc, by nie zostać posądzonym o działalność na szkodę księstwa, (której z resztą nie miał zamiaru czynić, chodziło o czysto naukowe podejście) młody humanista podjął studia analizujące ewolucję języka antyjskiego na tle przemian społecznych oraz wpływów dialektów plemion rodowych i ich migracji na przestrzeni wieków. Dzięki tak postawionemu problemowi badawczemu, mógł w sposób nie wzbudzający podejrzeń szukać i zagłębiać się w stare pisma i inne źródła historyczne. Poszukując śladów przeszłości, młody naukowiec przekonał się, iż na materiały naukowe z archiwów uczelni i bibliotek prawie zupełnie milczą na ten temat, bądź istnieją tylko dzieła twórców, kronikarzy, malarzy i innej, wszelkiej maści artystów opłacanych przez kolejnych książąt i trudno określić je rzetelnymi.  

Faktem było, iż był niezwykle zdolnym studentem, często nagradzanym i zapraszanym na dwór książęcy, co pozwoliło mu bez trudu zdobyć kolejne tytuły, a jego kariera naukowa nabierała coraz większego rozpędu. Ciągle jednak musiał bardzo uważać, by nie wyjawić swych prawdziwych zainteresowań, ponieważ błyskawicznie mógłby spaść ze szczytu i zamienić wygodne krzesło wykładowcy i dziekana nauk wyzwolonych Karelskiej uczelni, na zimną, wilgotną, cuchnącą moczem, stęchlizną i śmiercią celę więzienną, a swą wiedzą mógłby się podzielić jedynie z miejscowymi szczurami. Dla tak ważnego i szanowanego rodu z którego pochodził Sulimir byłby to cios, a podejrzenia padłyby na wszystkie najbliższe mu osoby, już nie wspominając o tym, że on sam był wielką nadzieją dla rodziny na dołączenie do zgromadzenia Rady Książęcej, w której to zasiadali najwybitniejsi członkowie starych klanów. Do tej pory nikt z jego przodków nie dostąpił zaszczytu doradzania w najważniejszych dla księstwa sprawach. Od lat nikt spoza tej zamkniętej grupy, nie wszedł do komnaty obrad, ale jeden z jego najstarszych członków nie posiadał męskiego potomka, co stwarzało szansę zajęcia jego miejsca w przyszłości.  

Przekonawszy się o bezzasadności dalszych poszukiwań wśród źródeł dostępnych w oficjalnych zbiorach, począł szukać śladów starych przekazów gdzie indziej. W ten sposób dotarł na prowincję, gdzie odkrył prostą zależność: im dalej od miasta tym więcej reliktów dawnych wierzeń: zabobonów, legend, bajek, historii o urokach i złych lub dobrych duchach, a te z kolei były śladem danych dni, które skrywały przed nim swe tajemnice. Czasem wystarczyło jedno słowo: nazwa, przedmiotu czy miejsca, rzeki, doliny, wsi, imienia osoby czy mitycznej istoty, by rzucić nowe światło na jakiś skrawek dziejów świata. Zdobywszy zaufanie prostych ludzi, zaczął wnikać, rozumieć i badać ten fascynujący świat ludzi Starej Wiary. Zagłębiał się stopniowo w ich proste, i bardziej skomplikowane rytuały. Nic, co mówiły o nich władze nie znajdowało odzwierciedlenia w rzeczywistości. Do swych obrzędów nie używali nawet jakiejkolwiek przemocy, a żadne plotki o krwawych ofiarach zarówno ze zwierząt, jak i z ludzi, nie potwierdziły się. Zaczynał coraz bardziej wątpić w słuszność oficjalnie głoszonych tez, a następnie ustanawianych w oparciu o nie praw przez następujących po sobie książąt i członków Rady, by w końcu zupełnie odciąć się od wszystkiego co z nimi było związane. Postanowił w końcu odkreślić grubą kreską wszystko to, czego dowiedział się do tej pory o historii i społeczeństwie półwyspu Dadarii, a swą edukację ponownie rozpocząć od białej karty – tak nazwał swój przełomowy moment życia, kiedy postanowił poświęcić swe życie Starej Wierze, zgłębianiu prawdy, ocalaniu artefaktów i pomocy ludziom, którzy tej potrzebowali.  

Do tej pory nie był świadomy jak bardzo społeczeństwo było okłamywane, zastraszane i terroryzowane przez służby książęce. Ludzie byli aresztowani, a ślad po nich ginął zaraz za murami więzienia, bądź byli traceni na publicznych egzekucjach, wśród owacji tłumu żądnego krwi rzekomych kanibali. Proceder ów trwał przez wieki i aż dziw brał, że historię pisali pseudokronikarze bez sprzeciwów zamożnych rodów, które przecież brały udział w zwoływanych radach i musiały orientować się w propagandowych i bestialskich, działaniach władzy. Czy naprawdę społeczeństwo było do tego stopnia podzielone na ludzi dobrze urodzonych i resztę, że nikt nie dostrzegł niewinności Starej Wiary, której wyznawcy w ogromnej większości pochodzili z plebsu? Jaki cel przyświecał elitom przez wieki, by okłamywać wszystkich, nawet siebie? Czy tak naprawdę ktokolwiek znał prawdę, która mogła rozmyć się dawno, dawno temu? Do dziś przetrwał porządek świata, według, dobrze sytuowanych ludzi, dobrze funkcjonujący i po prosu nie należało niczego zmieniać, bo rozwiązywał ich problemy. W końcu, przecież i on sam do niedawna nie dostrzegał większych nieprawidłowości w funkcjonowaniu społeczeństwa. Przecież obraz ludzi ze stolicy i sfer w których przebywał, w niczym nie budził zastrzeżeń. Na prawdę sądził, że ludziom nieźle się wiedzie, a zamożność zależała całkowicie od rozmiaru włożonej pracy. Gdyby tylko nie ta jego wrodzona ciekawość. Nigdy nie dowiedział by się o niesłusznych prześladowaniach wyznawców starej religii oraz fałszowanej historii księstwa. No i dlaczego sami wyznawcy nie bronili się? Nie podnieśli powszechnego buntu? Może dlatego, że byli to głównie biedni rolnicy i sama Wiara nawoływała do unikania rozwiązywania konfliktów siłą. 

Z czasem wprowadzano go w coraz wyższe stopnie wtajemniczenia, poznawał ważniejszych, możniejszych, światlejszych ludzi, którzy pewnego dnia mieli skontaktować go z samymi Wiedzącymi, aby wkrótce stać się jednym z nich. Okazało się nawet, iż kilku wyznawców znał jeszcze z młodości, ze stolicy, kiedy rozpoczynał działalność naukową i wykładał na katedrze Sztuk Wyzwolonych, jednak struktura organizacji była na tyle szczelna, że nie sposób było wówczas do niej dotrzeć, by nie narazić siebie, czy ludzi wyznających Starą Wiarę.  

Spotkania i obrzędy odbywały się prawie zawsze na prowincji, gdzie ludzie nie byli tak wrogo nastawieni do starowierców i łatwiej było uniknąć kłopotów. Pustelnie leśne gwarantowały względne bezpieczeństwo i ograniczały ryzyko przypadkowych, nieproszonych gości. Sam, nie wiedzieć kiedy, z naukowca stał się szczerym wyznawcą boga Wida, pomniejszych posłusznych mu bożków i podobnych im istot, zabobonów i innych teorii głoszonych przez spadkobierców dawnych wierzeń. Z czasem stał się jednym z najbardziej aktywnych wiernych. Dzięki swemu poświęceniu, pieniądzom i wielu innym poniesionym ofiarom, udało mu się ocalić kilka bezcennych artefaktów i pism antycznych, które pochodziły niepodważalnie z zamierzchłych czasów. Zmieniały całkowicie znany sposób postrzegania świata i historii Półwyspu Dadaryjskiego. Zapragnął znaleźć sposób by przedstawić swe odkrycia światu. Kolejne zabytki i pamiątki dawnych dni, te świeżo zdobyte przez niego i te które już były w posiadaniu i pod ochroną Wiedzących, odkryły przed nim informacje o świecie daleko wykraczającym poza znane mu ramy i szeroko pojętą naukę. Wtajemniczono go w tajemną wiedzę, zaprezentowano dowody których istnienia nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć, a przez to jeszcze usilniej pracował by zrozumieć istotę swych odkryć. Ta determinacja, pragnienie samodoskonalenia w oparciu o realizację wskazówek z prastarych pism oraz dzięki lekcjom i doświadczeniu mistrzów Wiedzących, zaowocowały w nieoczekiwany sposób. Posiadł niezwykłe umiejętności o których większość ludzi mogło jedynie usłyszeć w bajkach. Nie wszystkie był w stanie zrozumieć, niektóre tłumaczyła tylko wiara. 

W tym samym czasie kiedy wchodził w najwyższe struktury Starej Wiary, nadal prowadził działalność naukową na uniwersytecie. Podjął już jednak decyzję o zmianie swego dotychczasowego życia i podjęciu misji na resztę swych dni. Stopniowo wycofywał się z życia publicznego na dworze,zamieniając zaproszenia na uczty na korzyść kolejnych wędrówek po zacofanej prowincji. Postronni obserwatorzy mówili między sobą, że oszalał zostawiając swój nie mały majątek i badania na rzecz wałęsania się po zabitych dechami wiochach, ba, widziano jak rozmawiał i popijał piwo z plebsem. Takiej spoufałości z ludźmi najniższego stanu nie potrafiono sobie inaczej wytłumaczyć jak chorobą psychiczną. Zaproszenia na bale, na wyjazdy, polowania, czy zwykłe spotkania towarzyskie, od zamożnych jego niegdyś przyjaciół, przestały się pojawiać. Gdy zaczął się ubierać w długie, proste tuniki, płaszcze, peleryny, wysokie, wygodne podróżne trzewiki - ledwie trochę lepiej jak brudni żebracy z którymi przestawał, zyskano już pewność, że Sulimir Trzebiesławic oszalał i skreślono go z list ludzi mile widzianych w tak zwanych wyższych sferach. Po jego starym życiu pozostał mu jedynie długi miecz rodowy, którego porzucić nie mógł, a nieraz później ocalił mu życie – jednak na drogach wszelkiego rodzaju złodziei i innych mniejszych i większych złoczyńców nadal nie brakowało. Co prawda zatrzymał również dziedziczną posiadłość, ale oddał ją dawno pod zarząd swego ukochanego, młodszego brata, którego dyskretnie wtajemniczył i wprowadził w Starą Wiarę. Ten nie będąc typem awanturnika, a raczej jak on dawniej, gryzipiórka i wygodnisia, chętnie podjął się pomnażania majątku (do czego miał istotnie talent), który był bardzo potrzebny by finansować kolejne wyprawy Sulimira. Stracił na koniec również posadę na uczelni, co było dla niego najbardziej dotkliwe, wszak poświęcił się nauce od najmłodszych lat, ale przynajmniej nie musiał już rozmijać się z prawdą podczas wykładów dla studentów, by nie narazić się na konflikt z prawem. Dzięki zerwaniu z wszystkim co go ograniczało, nareszcie mógł bez reszty poświęcić się swej działalności na rzecz Starej Wiary i ogółu ludzi zamieszkujących Półwysep – nawet jeśli nie mieli się nigdy o tym dowiedzieć. Pełen szlachetnych idei rozpoczął życie od nowa. 

 

 

*** 

 

 

Z zadumy Sulimira wyrwał odgłos zbliżających się kroków. Pora była już późna, gwiazdy jasno rozświetlały niebo nad górami, niepełna jeszcze tarcza księżyca wisiała zatknięta na szczycie góry, a po chmurach i wieczornej mgle nie było już śladu. Kroki się zbliżały, to Odolan – poznał po odgłosie i rytmie stawianych stóp. Dowódca odpowiedzialny za powodzenie wyprawy, spędził tu sporo czasu i należało z druhami omówić kwestię uwolnienia jeńca i rozszerzenia kompanii jak najmniej ryzykując.  

– Sulimirze, jakie podjąłeś decyzje? – zapytał Odolan dochodząc do skały na której siedział starzec. – Podobno masz zamiar rozszerzyć naszą drużynę o te dzieci ze wsi... 

– Dobrze wiesz, że to już nie są dzieci. – Spokojnie odrzekł Sulimir – Choć dorosłymi również trudno ich nazwać. Myślę, że przyda nam się pięciu zdrowych młodzieńców, aby odwalić te głazy na czas. 

– Czyli już postanowiłeś? 

– Tak. Ale chciałbym byś to ty miał na oku Wilka, kiedy pójdzie sprowadzić swoich. Nie do końca mu ufam. Coś ukrywa. Zbyt łatwo wyprowadził w pole Wojsława.  

– To zrozumiałe, że mu nie wierzysz. Osobiście zajmę się nimi. – Zapewnił Odolan. 

– Jeszcze jedno. 

– Tak? 

– Jeśli okażą się wzmocnieniem dla grupy, chciałbym abyś ich przeszkolił – czuję, że się nam przydadzą. – Ocenił starzec. – W grupie siła. 

– Jeśli taka jest twoja wola. Zaraz wyruszę z jeńcem po resztę, sam jestem ciekaw co z tego wyniknie. -Odwrócił się na pięcie zakładając kaptur peleryny na głowę, by wyruszyć do obozu po młodzika. 

– Odolanie. – Zatrzymał go starzec. 

– Słucham. 

Zastanowił się przez chwilę Sulimir. 

– Wiem, że dasz radę, i nie spodziewam się kłopotów, ale wyślę za wami Jagra w bezpiecznej odległości. Uważaj, coś wisi w powietrzu. Jeszcze nie wiem czy wyniknie z tego coś dobrego, czy przeciwnie, ale w tej chwili wyczuwam, że jesteśmy obserwowani – powiedział ściszając głos Sulimir. 

Odolan skinął głową akceptując te środki ostrożności. 

– Będę czujny. Ale jeśli chcemy połączyć siły z wiejską gwardią – rzekł ironicznie – to właśnie z tego powodu powinniśmy to zrobić jak najszybciej. Może zejdziesz ze mną do obozu. Nie powinniśmy się rozdzielać w nocy. Sam mówisz, że nie jesteśmy tu sami. 

– Dobrze. Zejdźmy. – Zgodził się wędrowiec i zaczęli schodzić w dół do pozostałych.  

Ścieżkę oświetlał blask gwiazd, a celem ich był jasny punkt, którym było ognisko rozpalone w centrum obozu. Gdy znaleźli się z powrotem w blasku ognia Odolan zaraz zdjął pelerynę, wziął płaszcz z niedźwiedziej skóry, okrył się nim, zarzucił na głowę kaptur, wyjął krótki nóż zza pasa i podszedł do jeńca by rozciąć mu więzy. Całą sytuację obserwował zgarbiony Mściwój, który pełnił wartę, gotów szybko zareagować gdyby młody wieśniak zaczął uciekać lub atakować kogoś z drużyny. Uwolniony jednak tylko roztarł nadgarstki, ponieważ więzy które założył Słąwoj były naprawdę ciasne i zaczęły się wpijać w skórę więźnia, który starał się z nich sam uwolnić w międzyczasie, jednak o tym być mowy nie mogło. Rozprostowawszy ręce i nogi, uwolniony wstał przeciągnął się i powiedział do Odolana: 

– Panie, nie zawiedziecie się na nas. Nie pożałujecie, że zaufaliście Miryjczykom.  

– Zaręczył za Ciebie Sulimir. Mam nadzieję, iż się nie pomylił co do Ciebie – odparł starszy ze dwa razy od niego Odolan. 

– Czy mogę odzyskać broń?  

– Myślę, że za wcześnie na to, ale będzie ona bezpieczna u Wojsłąwa. – Zapewnił go wskazując na śpiącego na lewym boku, zwróconego pokiereszowaną niegdyś przez rysza twarzą do ognia towarzysza. Właśnie za poduszkę służyły mu skromny bagaż chłopaka i miecz w pochwie, łuk zaś z kołczanem leżał pod jego lewą ręką. 

– Proszę przynajmniej o zwrot amuletu. Jest dla mnie bardzo ważny, to pamiątka po ojcu. – Nalegał Wilk 

– Skoro jesteś do niego tak przywiązany – odpowiedział Odolan pociągając za wystający spod lewej pachy Wojsłąwa rzemień, na którego końcu był dziwny przedmiot w kształcie prostokąta i wyżłobionym w jego centrum okręgu. Na jednej z jego krawędzi były wypisane jakieś dziwne runy. Rzucił go Wilkowi po czym zapytał. – Jak się nazywasz? 

– Na imię mi dali Wilkomir, ale we wsi godają na mnie normalnie Wilk, a Ciebie panie jak zwą? To znaczy, jak ja mogę się do ciebie zwracać? – Zmieszał się o wiele lat młodszy od wędrowca chłopak. 

– Odolan. – Podał mu rękę, którą młody z uśmiechem przyjął i przypieczętowali w ten sposób nową znajomość. – Wilkomirze, skoro już się znamy, może pójdziemy po twoich przyjaciół? – Zasugerował, zarzuciwszy jednak na siebie swą pelerynę z uwagi na zimniejszy wiatr, który dał o sobie znać gdy wyszedł na odsłonięty od kosodrzewiny szlak.  

– My? Idziemy sami? Czy jeszcze ktoś będzie nam towarzyszył? 

– Nie, jeśli o to Ci chodzi to z łatwością sam dopilnuję byś nie uciekł. – Zapewnił go Odolan.  

– Nie, nie o to mi chodziło. – Pośpiesznie jął się tłumaczyć Wilkomir nowemu znajomemu – Czy pójdzie z nami mistrz Sulimir? 

– Mistrz Sulimir, jak to ująłeś, zostanie tutaj. Twoją osobę powierzył mojej opiece. 

– A czy mógłbym się jeszcze z nim porozmawiać przed wyjściem? – Nalegał chłopak. 

– Spotkasz się z nim jeszcze nie raz po powrocie. Jeśli masz coś pilnego opowiesz mi po drodze. Czas nas nagli. Wyruszaj. – Wydał polecenie lekko zniecierpliwiony już Odolan. 

Poszli więc ścieżką tak jak przyprowadził jeńca Wojsław, ale gdy tylko oddalili się od obozowiska na rzut kamieniem, Wilk zagadnął swego stróża. 

– Dugo się znocie z Sulimirem? 

– Dość długo, przeszliśmy już razem kilka szlaków. Mów normalnie. Nie mam zamiaru się domyślać o co ci chodzi. 

Szli dalej w ciszy, jednak nie upłynęło kilka chwil, a Wilkomir zatrzymał się i poprosił: 

– Mogę na chwilkę dosłownie zejść ze szlaku w krzaczki za pilną potrzebą? Odkąd mnie ugościliście nie miałem przyjemności oddania zbędnego balastu - powiedział zaciągając z dworska niczym szlachcianka, jednocześnie wystawiając na próbę nerwy Odolana Wilk. 

– Że co?  

– W krzoki kce iś, buo mi sie jscać i srać chce. - Wytłumaczył po swojemu przygotowany na ten rozwój wypadków młodzik. Po czym powoli przesylabizował mu. – Ro-zu-miesz? 

– Dużo ryzykujesz mądralo. Uważaj, bo bez zębów może Ci się zupełnie popsuć wymowa i tylko wąskie grono najbliższych przyjaciół będzie cie mogło zrozumieć. – Pożałował swej funkcji stróża i nauczyciela powierzonej mu przez Sulimira, Odolan. - Masz dosłownie chwilę i chce widzieć Twoją głowę zza igliwia. Jak nie to tam wejdę i cię o nią skrócę. – Spojrzał na niego podejrzliwie, ale udzielił zgody dając mu do zrozumienia palcami, że ma go na oku i nie da się okpić. 

Wilkomir odszedł na bok za najbliższy krzak, przykucnął, uchwycił amulet w obie ręce dotykając okręgu na środku i koncentrując się tylko na nim. Przez dłuższą chwilę tkwił tak w skupieniu nieruchomo, z nieobecnym wzrokiem. Faktycznie z pozycji Odolana nie ulegało wątpliwości, że chłopak poszedł na tzw. dwójkę. Wilk pozostawał w transie jeszcze przez chwilę, po czym wstał i wyszedł zza osłony kosodrzewiny, jakby pięć kilo lżejszy. 

– Idziemy? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, ruszył przodem. 

Szli tak około godziny w dół, nie schodząc ze szlaku. Księżyc wisiał już wysoko nad nimi, oświetlając im krętą drogę. Odolan podążał krok w krok, tuż za Wilkomirem, spodziewając się, że lada chwila, zejdą ze szlaku do miejsca gdzie mogli bezpiecznie rozbić obóz przyjaciele młodego tropiciela, jednak ten nie wydawał się szukać jakichś charakterystycznych punktów, które by mu wskazały drogę. Wędrowiec zaczął już mieć podejrzenia, że chce go wyprowadzić pole, gdy ten nagle się zatrzymał. Zaskoczony tym niesygnalizowanym postojem, omal nie wpadł na chłopaka i zareagował nerwowo: 

– Cholera! Ostrzegaj przed takimi nagłymi postojami. Moglibyśmy spaść ze szlaku w dół. – Co prawda nie polecieliby za daleko, ponieważ zatrzymaliby się na kosodrzewinie gęsto porastającej zbocza, drożąc korzeniami szczeliny między głazami i przyczyniając się tym samym do ich erozji, ale takie kiepskie przygody nie były im wcale potrzebne. Wilkomir po chwili odwrócił się, schowawszy wcześniej za koszulę swój amulet. 

– Co się dzieje? Dlaczego się zatrzymałeś? – zapytał zdziwiony i ciągle zdenerwowany Odolan. – Co tam chowasz? 

– Przepraszam. Źle się poczułem i straciłem na chwilę orientację, a za koszule włożyłem mój amulet, bo w trakcie marszu wysunął się, a za nic nie chciałbym zgubić pamiątki po ojcu – odrzekł zmieszany Wilkomir – możemy na chwilę odpocząć? Zaraz dojdę do siebie. 

– Dobrze, spocznijmy – odrzekł niechętnie. – Czy daleko jeszcze do twoich przyjaciół. 

– Już niedługo się z nimi spotkamy panie. Teraz usiądźmy na chwilę. Jak się lepiej poczuję dam znać i wyruszymy. 

– Byle szybko. Na mój gust, jak na tropiciela masz za kruche zdrowie. – Zwrócił mu uwagę Odolan. 

– To z głodu panie – odpowiedział siadając Wilk, wiedząc, że jego strażnik nie widział jak otrzymał od Ścibora posiłek. 

Wędrowiec pozostawił bez komentarza jego usprawiedliwienie i usiadł również nieopodal. 

Wilkomir ponownie wyjął amulet i poprawił się siadając plecami do towarzysza. Ujął w ręce swój talizman i zamarł w bezruchu tracąc kontakt z otaczającym go światem. Dosłownie moment później jakieś dwieście metrów w linii prostej pod nimi dało się słyszeć nerwowe głosy i szamotaninę. Odolan szybko podbiegł, do zewnętrznej strony ścieżki, przykucnął za gęstym krzakiem i próbował dostrzec, skąd dobiegają te dźwięki. Przekonawszy się, że nic nie zobaczy z tej pozycji podkradł się do Wilkomira, który nadal tkwił w tej samej pozycji i wydawał się nie słyszeć odgłosów walki na dole. 

– Chłopcze, czy tam są Twoi przyjaciele?- zapytał cicho. 

Nic. Zero reakcji. Nie słyszał. 

– Wilkomirze... – powtórzył. 

Nic. Podszedł do chłopaka. Siedział na kamieniu ze swym amuletem w zaciśniętej prawej dłoni, a z pomiędzy palców emanowało delikatnie zielone światło. Wilkomir miał nieobecny wzrok i nie docierały do niego żadne sygnały z zewnątrz, nie zareagował na uścisk Odolana na jego ramieniu, którym wojownik potrząsnął. Znajdował się w transie. Najwyraźniej wywołał go ów tajemniczy spadek po ojcu, który trzymał w ręce. Wędrowiec nie spodziewał się podobnych zachowań po młodym wieśniaku, którego pod opiekę dał mu Sulimir, a już na pewno nie przypuszczał, że jego podopieczny jest w posiadaniu magicznych przedmiotów. Postanowił działać szybko. Już miał wyrwać Wilkowi amulet, kiedy wróciła Miryjczyjowi świadomość. Był zaskoczony widokiem Odolana, przyglądającego się mu uważnie, z dłonią wyciągniętą po jego skarb. Jeszcze mocniej zacisnął dłoń i rzekł: 

– Panie, wszysko ci późni uopowiem, ale musemy pumóc muoim druhom. Som w w dole. Zaatakuwali ich przed chwilom jacysi dziwni ludzie i zwiunzali. Chuodźmy wartko. Som jesce bliskuo - prosił Wilkomir Odolana, choć nie był pewien, jak ten zareaguje na te wieści... 

– Słyszałem odgłosy walki, ale skąd ty znasz szczegóły? Nie wiem jak, ale twój duch nie był tutaj obecny. 

– Widziołem obóz muoich przyjaciół za pomocą..., – chwila zawahania – nie wiem jak to się nazywo, ale jo na to godom przekazidło. Dzięki temu widza, to co chce mi przekozać uosoba, któro mo drugi puodobny amulet. - Musiał wyjawić prawdę Odolanowi, gdyż inaczej nie potrafił wytłumaczyć swej wiedzy, musieli szybko zareagować, jeśli mieli ich uwolnić zanim napastnicy uprowadzą wszystkich do swej kryjówki.  

– Dobrze. Później porozmawiamy. Teraz powiedz mi co wiesz. Ilu było napastników? 

– Nie jestem pewien ale około dziesięciu, może piętnastu naliczyłem dopóki nie zerwało się połączenie. Na pewno musiało ich być więcej – odpowiedział Wilk. 

– Jak wyglądali i jaką mieli broń? 

– Widziołem łucników i uzbrojonych w miecze. Wszyścy mieli dugie peleryny z kapturami na głowach. Moi próbuwali sie bronić, ale zaskoczyli ich i buło ich za duzo – poddali się. 

– Czterech niewprawionych do walki młodzików ze wsi nie miało szans, przeciw przygotowanym na opór wojownikom. – Podsumował Odolan. 

– Nie zdązułem wom powiedzieć..., Sulimir mi przerwoł i... z nami sły jesce dwie dziołchy. – Postanowił wyłożyć wszystkie karty na stół Wilkomir. 

–Podejrzewam, że masz na myśli dziewczyny. – Westchnął ciężko wojownik.  

Wilk twierdząco skinął głową obserwując bacznie reakcję strażnika, od którego zależało zorganizowanie pomocy dla jego przyjaciół.  

– No to pięknie. 

– To jedna z nich powiadomiła mnie i udostępniła obraz walki. – bronił sytuacji chłopak. 

– Dość – przerwał Odolan – Cisza. 

Znów zbliżył się do skraju skalnego szlaku, zaryzykował wychodząc trochę wyżej, by spojrzeć na miejsce skąd dobiegały jeszcze odgłosy świadczące o obecności ludzi. Zbierali się do opuszczenia obozowiska. Dostrzegł ruch, jakby kolumny ludzi wzdłuż strumienia. Pewnie już prowadzili tamtędy jeńców, a pozostali jeszcze „sprzątali” w obozowisku wygaszając ogień zacierając ślady. Skierowali się ku strumieniowi idąc po głazach i gubiąc w ten sposób ewentualny pościg. Należało wyruszyć za nimi natychmiast jeśli zależało im na uwolnieniu Miryjczyków.  

– Wilku – pójdę za nimi, a Ty wróć po pomoc – wydał polecenie Odolan. 

– Nie, idę z tobą – sprzeciwił się – nie zostawię ich; zresztą i tam mi nikt nie uwierzy jeśli wrócę bez Ciebie do obozu. Pomyślą, że coś Ci zrobiłem i chcę resztę wciągnąć w pułapkę. – Chłopak zaczął jasno myśleć, odzyskał zimną krew, czego dowodem był powrót na czystą mowę antów. 

– Przeceniasz swoje możliwości – uśmiechnął się Odolan – ale to prawda. Nie uwierzą Ci. 

Zastanowił się szybko. Nie chciał mimo trudnej sytuacji wyjawić obecności Jagra. Zachowanie Wilka, tajemniczy przedmiot i nieoczekiwane dwie dziewczyny. Nie wiadomo czym jeszcze może zaskoczyć go ten cwaniaczek.  

– Trudno, nie ma wyjścia, musimy iść. Inaczej ich zgubimy. Później będziemy się martwić jak powiadomić resztę. Zapamiętaj dobrze drogę, którą będziemy szli. 

Wilkomir twierdząco przytaknął. Wyruszyli tropem nieznanych napastników i pojmanych przyjaciół.

Alea iacta est

Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości