Zachęcamy do czytania naszych poradników!

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 126
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#1 » 30 lis 2019, o 14:40

Część pierwsza 

2. 

Wracając do domu, Witold marzył tylko o porządnej drzemce. Kwadrans oczekiwania w kolejce po bilety na Halkę zdawał mu się nieskończonością, więc gdy przestąpił próg mieszkania, poczuł ogromną ulgę. Służący, rozpływając się w uśmiechach, wręczył mu depeszę. 

– Goniec przyniósł w południe…. Ach, gdyby pan wiedział, jak ja się bałem, jak się modliłem, żeby nic się panu nie stało. Na kolanach gotów bym był do samiuteńkiej Częstochowy pójść, żeby tylko… 

– Ignacy! – Woronowicz z uśmiechem przywołał służącego do porządku. – Płaszcz. 

Ignacy w ostatniej chwili złapał rzucony w powietrze prochowiec.  

– Przepraszam, przepraszam… – mamrotał, wieszając płaszcz na wieszak. – O, kapelusz zaraz oczyszczę, w try miga. A właśnie… ośmielam się mieć prośbę. 

Witold odwrócił się od lustra. 

– Mów. 

– Czy nie mógłbym na dziś wieczór pójść sobie? 

Pan zmarszczył brwi, obracając w palcach złożoną na czworo depeszę. Od kartki bił mocny zapach urzędu pocztowego – ciężki aromat laki mieszał się z zaduchem dawno nieprzekładanych papierów. 

– Na jak długo? 

– Do północy, choćby się paliło, waliło. Przysięgam… Bratanek mi się urodził, trzeba zdrowie rodziców i dziecka obtańcować. – Ignacy promieniał z radości, zacierał ręce. 

– Winszuję. Masz tu dwa złote na bombonierkę i rodzicom się ode mnie kłaniaj. 

– Jaki pan dobry... Czy każe pan podać obiad od razu? Bo jeśli tak, to przyznać się muszę, że jeszcze nic… 

– Nigdzie nie idź, zjem na mieście. Co to ja jeszcze… A, tak! Oczyść czarny płaszcz i te nowe wiedenki od Hiszpańskiego. Na obcas uważaj, bo każę ci go zjeść bez soli, jeśli raz jeszcze nie wyglancujesz. 

Służący skulił się. Poprzednim razem, gdy Woronowicz wybierał się do opery z panną Borkowską, Ignacy niezbyt dokładnie wyczyścił skórę, opinającą obcas i dostał za to porządne lanie staromodną laseczką, którą patron zwykł nosić do fraka. Obolałe plecy znowu zapiekły niczym opalone ogniem. 

– Czego sterczysz? – warknął pan. – Wyczyść dobrze, inaczej nie pozwolę ci wyjść nawet do ustępu. Zrozumiano? A teraz nie budź mnie do wpół do piątej. Jeszcze jedno – masz tu bilety, połóż pod lustrem. 

Ignacy z ukłonem wziął kopertę ze stemplem Teatru Wielkiego. Witold poczekał, aż bilety znajdą się na wskazanym miejscu, po czym wszedł do sypialni i, zamknąwszy drzwi, stanął przy oknie. Na żółtawym papierze depeszy bielił się chwiejny rząd pasków. 

Przyjeżdżam z Paryża dziś wieczorem. Bristol, pok. 14. Mili Kowalska 

Woronowicz zaciągnął zasłony. Rzucił kartkę na dywan, zmiął stopą niczym peta. Ani słowa o nastojach, żadnej wskazówki, nic. Serce wywinęło fikołka, w dołku ścisnęło z niepokoju. Jednak skoro Mili przyjeżdżała, skoro już miała zarezerwowany pokój w Bristolu, można było spokojnie sądzić, że wszystko przebiegło pomyślnie. 

– Alea iacta est – mruknął Witold i położył się na zasłanym łóżku. 

Zegar w jadalni wybijał kolejne kuranty, lecz sen nie nadchodził. Jakby tego było mało, nerwy znów dały o sobie znać – tym razem pod postacią męczącego ucisku w skroniach. Uchylenie okna przyniosło chwilową ulgę, zmysły otulił półsen.  

I właśnie wtedy skrzypnęły zawiasy. Do pokoju wszedł Ignacy, przez otwarte drzwi wtargnął głęboki dźwięk zegara. Pięć uderzeń rozlało się po mieszkaniu, zagłuszając stłumiony zasłonami gwar miasta. 

Służący trzymał w rękach emaliowany dzbanek z ciepłą wodą oraz wyszorowaną na błysk miskę, w której ślizgał się kawałek mydła. Biały ręcznik powiewał na zielonym tle znoszonej liberii, która – jeśli Witold dobrze pamiętał kroje ubrań dla służby z dzieciństwa – czasy swojej świetności przeżyła już dawno, na długo przed wydarzeniami rewolucji lutowej.  

– Proszę pana… 

Woronowicz zerwał się na równe nogi. 

– Ja cię, draniu, zabiję! – huknął. – Mówiłem, żebyś o wpół do piątej obudził. 

– Kajam się. Na chwilę tylko oczy przymknąłem, czwartej nie było. 

– Już ja cię oduczę na służbie spać! Dawaj brzytwę i wynoś się do diabła! 

Ignacy z ukłonem podał skórzany futerał, w którym spoczywało lśniące ostrze, po czym wyszedł za drzwi. Witoldowi wszystko leciało z rąk, mydliny nie chciały się należycie pienić, golenie szło bardzo niezdarnie. Pocieszał jedynie fakt, że tym razem zarówno frak, jak i wiedenki wyczyszczone były bez zarzutu. 

Zapinając mankiety, urzędnik przypomniał sobie o kwiatach.  

– Ignacy! – zawołał. 

Lokaj wychynął bojaźliwie zza drzwi. Wyglądało na to, że spodziewał się bury. 

– Skocz do Grachamowskiego po dwa bukiety. 

– Jak pan rozkaże. Jakie kwiaty? 

Witold skrzywił się. Po kłótni z Majewskim stracił ochotę do darowania pannie Paulinie kosztownych podarunków, nie sądził jednak, że nawet wybór kwiatów będzie sprawiał mu trudności. Kusiło go, aby sprawić narzeczonej bukiecik żółtych róż. Po chwili namysłu postanowił jednak wstrzymać się z tak jasnym wyrażaniem swych uczuć, gdyż pogłoski – nawet jeśli doprowadziły do pojedynku – pozostawały do chwili wyjaśnienia ich prawdziwości jedynie pogłoskami.  

– Herbaciane… – mruknął w końcu, chowając grzebyk do kieszeni. – Tak, dwa bukiety herbacianych róż. No, idź już, do diabła! I po drodze złap mi taksówkę. 

Woronowicz ledwo zdążył poprawić muszkę, gdy służący już stał u drzwi z rozpostartym na rękach płaszczem. Dwa bukieciki spoczywały obok koperty z biletami. Witold nałożył płaszcz, zmiótł opuszkami palców jakiś pyłek z ronda czarnej fedory i w milczeniu podsunął go pod nos lokajowi. 

– Co to ma być, Ignacy? 

Służący skulił się, podając panu laskę. 

– Oczy już nie te, proszę pana – wymamrotał. 

Urzędnik schował bilety do kieszeni, wziął bukiety i po raz ostatni przejrzał się w lustrze. 

„Wyglądam jak tani amant” – pomyślał z goryczą. – „Tani i w dodatku najprawdopodobniej rogaty” – dorzucił już w taksówce.  

– Na Ujazdowskie piętnaście – rozkazał burkliwie. 

Na wpół drzemiąc, ukołysany jednostajnym szumem motoru, postanowił dziś jeszcze rozmówić się z narzeczoną. Fakt, że oficjalnie zaręczeni byli dopiero od kilku dni, nie zwalniało panny Borkowskiej ze spowiedzi z jej poprzedniego życia. Mało tego – właśnie teraz Woronowicz miał pełniejsze niż kiedykolwiek prawo żądać wyjaśnień na temat reputacji swej przyszłej żony. Na razie przed rodzicami zamierzał nadal udawać zakochanego naiwniaka, lecz z Pauliną musiał zagrać w otwarte karty.  

Dotknąwszy koperty z biletami, uśmiechnął się szatańsko. Aria Jontka z czwartego aktu przyszła mu do głowy akurat w chwili, gdy taksówka zatrzymywała się pod kamienicą Borkowskich. Ckliwy tekst i pełna żalu muzyka pasowały jak ulał do sceny, którą zamierzał urządzić pannie Lince.  

Pogwizdując melodię refrenu, wbiegł na schody i zadzwonił do drzwi. Gosposia państwa Borkowskich otworzyła niemal od razu. 

– O, dzień dobry panu. Proszę, pan pozwoli… 

Witold oddał służącej płaszcz, laseczkę oraz kapelusz. Po chwili namysłu rozkazał przekazać kwiaty obu paniom, po czym wszedł do salonu. Ojciec panny Pauliny zerwał się z fotela. 

– Moje uszanowanie! Panie Witoldzie, psotnik z pana. Żeby tak słóweczka nie skreślić, że wszystko w porządku? Nieładnie, nieładnie! 

Woronowicz wymamrotał kilka słów przeprosin i niechętnie poddał się sadzającym go w głębokim fotelu dłoniom przyszłego teścia. Był tak zmęczony, że lada chwila wygodniejszego siedzenia przynieść mogła sen, na który za żadne skarby nie można było sobie teraz pozwolić. 

– Panie jeszcze się szykują – trajkotał Borkowski, podając gościowi kieliszek koniaku. – I dobrze, niech się pudrują na zdrowie, to my sobie spokojnie pogadamy. Niech pan skosztuje, francuski!… Prawda, że wyśmienite? 

– Taki koniak mógł wybrać tylko znawca. 

Borkowski zarumienił się. 

– Może jeszcze kapkę, panie Witoldzie? Póki nasze śliczności nie przyleciały. 

Witold podsunął kieliszek. Patrząc znad szkła na lekko zaróżowione policzki ojca narzeczonej, poczuł gniew. Przyszły teść gadał coś o swych planach na wakacje w Prowansji, zaś urzędnik obmyślał plan zemsty. Im więcej o nim myślał, tym bardziej nie mógł się doczekać, aż zostanie z panną sam na sam. Serce drżało mu w przeczuciu słodyczy, jaką dawało wyobrażenie sobie melodramatycznej sceny.  

Posiadanie kobiecych sekretów upajało Woronowicza stokroć bardziej, niż posiadanie ich ciała i na samą myśl o tym dostawał zawrotu głowy. Nad tymi, którym wyrywał z trzewi tajemnice przeszłości, czuł władzę równą wpływom boskim, mógł rządzić nimi, grożąc wydobyciem na światło dzienne wstydliwych faktów. Nawet najbardziej harde miękły, słysząc mgliste aluzje na temat swej przeszłości, która w każdej chwili mogła wypłynąć na wierzch niczym szumowina. Ich własne sekrety zmuszały do posłuszeństwa. A czegóż, jeśli nie ślepego podporządkowania się woli męża oczekiwać należało od młodej panienki z całkiem przyzwoitym posagiem i wpływowym tatusiem? W duszy Witolda zakiełkował misterny plan.  

W pewnej chwili Borkowski zerwał się na równe nogi, gorączkowo zadzwonił na służącą. 

– Sprzątnij to. Prędzej! – syknął, przygładzając wąsy. 

Drzwi do salonu nie zdążyły się zamknąć za gosposią, gdy do pokoju weszły panie Borkowskie. Matka ubrana była w prosty, lecz elegancki komplet z szarej, angielskiej bawełny, którego guziczki dopasowane były kolorem do połyskującej na siwiejących włosach ozdobnej siateczki. Panna Paulina wybrała styl nowoczesny – ledwo zakrywająca kolana sukienkę z kremowego, przelewającego się materiału. Fryzura, ułożona z nieprawdopodobnej ilości misternie splecionych między sobą loczków, okalała głowę dziewczyny niczym blond aureola.  

Panie chórem podziękowały za kwiaty, Witold wycałował ich dłonie. Gdy przykładał usta do ręki panny, wydało mu się, że palce jej drgnęły, zaś kiedy, już wyprostowany, patrzył w oczy, prosząc o zaszczyt wspólnej przejażdżki do opery, Linka spoglądała gdzieś ponad jego ramieniem. Zgodę wymamrotała machinalnie, bez uśmiechu.  

Woronowicz ze sztuczną radością ponownie przypadł do rączek narzeczonej. Pani Borkowska westchnęła, ojciec panny ukradkiem otarł łzę szczęścia. Rodzinną idyllę przerwało wejście służącej. 

– Herbatę już podałam, proszę państwa. 

Matka szturchnęła córkę pod żebra. 

– Zje pan z nami podwieczorek, panie Witoldzie? – powiedziała powoli Paulina, mnąc w dłoniach róg wykładanego kołnierzyka sukienki. 

Narzeczony ledwo zdążył skryć ziewnięcie. 

– Z ogromną chęcią. Jeśli tylko pani rodzice wyrażą zgodę. 

Państwo Borkowscy chwycili przyszłego zięcia pod ręce i przepchnęli ze śmiechem przez prowadzące do niewielkiego gabinetu drzwi. Na okrągłym, mahoniowym stoliku połyskiwał w półmroku czajnik oraz cztery filiżanki na spodeczkach. Obok, na srebrnym talerzu, pachniało pokrojone ciasto drożdżowe z widocznymi na żółtym tle ciemnymi plamkami śliwek. Towarzystwo rozsiadło się wokół stołu na plecionych krzesłach.  

Rozmawiano o pogodzie, plotkach, trochę o polityce, głównie w formie mniej lub bardziej wybrednych żartów, którym Borkowski zasypywał słuchaczy. Francuski koniak podjudził w nim piłsudczykowskie nastroje i rozmowa byłaby zupełnie zeszła na sprawy osobistych sympatii politycznych pana domu, gdyby nie jego żona. Pani Emilia czuwała nad każdym słowem męża i dokładała wszelkich starań, aby narzeczeni nie nudzili się. Witold coraz zajadlej walczył z sennością, co nie uszło uwadze pani domu. 

– Panie Witoldzie, czy panu nie nudno z nami? – zapytała, dolewając gościowi herbaty. 

Woronowicz ocknął się. 

– Proszę wybaczyć. Muszę przyznać, że miałem… – zająknął się, spoglądając na pannę Linkę, która właśnie zajadała kolejny kawałek ciasta – miałem okropną noc. Ale teraz już mi lepiej. Jedno spojrzenie na panią, pani Paulino, leczy mnie ze wszystkich zmartwień. 

– Może wolałby pan wcześniej pójść spać, zamiast włóczyć się ze mną po operze? – rzuciła młoda Borkowska znad filiżanki. 

– Dla pani nie szkoda mi będzie zarwać nawet dziesięciu nocy – ze słodyczą odpalił narzeczony, wzbudzając tymi słowami zachwyt rodziców panny. 

– Ma pan na myśli dziesięć nocy w roku? – z kąśliwym uśmieszkiem szepnęła panienka. 

– Linusiu! – wyrwało się matce. 

Woronowicz pozostał niewzruszony w swej roli zabujanego głupca. 

– Pani mnie chce zapewne urazić – powiedział głucho. 

– Linusiu, nie rób panu przykrości. Przeproś! – syknęła pani Emilia. 

– Przeproś, przeproś natychmiast – dorzucił Borkowski. 

Panna zarumieniła się aż po końce misternej fryzury i szybko wyrecytowała: 

– Proszę wybaczyć mi ten żart. Nie udał mi się. 

„O, nie tak jeszcze będziesz prosić o przebaczenie. Na kolana w sam środek błota klękniesz! Poczekaj tylko, poczekaj!” – odgrażał się w myślach urzędnik, całując ręce narzeczonej. 

Pani Borkowska trąciła męża pod żebro. 

– Może chcielibyście porozmawiać na osobności? – zapytał gospodarz, wstając. 

Linka błagalnie spojrzała na matkę, jednak w oczach pani Emilii dostrzegła tylko niemy nakaz: „Masz zostać!”. Rodzice Pauliny wyszli na palcach. 

– Czy to z mojego powodu nie spał pan dzisiaj? – szeptem spytała panna. Patrzyła na Witolda tak, jak dzisiejszego ranka Zachwatowicz spoglądał na Irka w nadziei na zaświadczenie. 

– Tak. Martwi mnie pewna pogłoska… 

– Pogłoska? O czym pan mówi? 

– W sobotę, na przyjęciu z okazji naszych z panią zaręczyn, pewien pan ośmielił się powiedzieć, że utrzymywała pani… coś więcej niż przyjacielskie stosunki z mecenasem Dantois. Podczas swego listopadowego pobytu w Paryżu miała pani dać mu… dowód swego przywiązania, potem liczba… pani wybaczy te słowa… liczba intymnych spotkań utrzymywała się na stałym poziomie, przy każdej pani bytności we Francji. Pan, o którym mówię, poniósł już karę za podobne plotki na pani temat, jednak chciałbym usłyszeć, że ukarałem go słusznie. Proszę, aby uspokoiła pani moje sumienie. 

Paulina zbladła, filiżanka zadrżała w jej dłoni. 

– Mecenas Dantois? Skąd… Nie znam tego nazwiska! 

– Zna pani. To pełnomocnik pani ojca, reprezentuje go w pewnej marsylskiej spółce. Sam z nim rozmawiałem zeszłej wiosny. Zrobił na mnie ogromne wrażenie… Gdyby jednak panią istotnie łączyło z nim coś więcej… Mam prawo wiedzieć, z jaką pani przeszłością przyjdzie mi liczyć się w przyszłości. 

Linka zacisnęła usta. Widział na jej okrągławej, prawie pięknej twarzy cienie toczącej się w duszy walki.  

– Proszę pana, pan o czymś zapomina! Jesteśmy zaręczeni dopiero od tej soboty. To pozwala mi sądzić, że pańska cześć jako narzeczonego nie została w żaden sposób naruszona. Zaś jako zwykły… konkurent do mojej ręki nie ma pan prawa robić mi podobnych wyrzutów! Wszystko, co być może stało się między mną a mecenasem Dantois, miało miejsce przed zaręczynami, nie rozumiem więc… 

– Więc nie zaprzecza pani pogłosce? – wpadł narzeczonej w słowo Woronowicz, starając się głosowi nadać jak najbardziej rozpaczliwy ton. 

– Jeśli to pana obraża, proszę zerwać zaręczyny. Nie będę protestowała. 

Witold zbladł. Takiej zuchwałości się nie spodziewał. W głębi serca przyznał jednak, że mógłby bez większych wyrzutów sumienia odebrać dane rodzicom panny Borkowskiej słowo, gdyby nie jej posag. Ziemia w Jadowie otworzyłaby przed nim nieskończone możliwości – przy niewielkim nakładzie sił i środków można by było tam stworzyć coś na kształt lecznicy. Według najbardziej pesymistycznych obliczeń inwestycja zwróciłaby się w ciągu pierwszych trzech, czterech lat, lecz Woronowicz zakładał, że odpowiednia reklama oraz niewielka odległość od stolicy zdziałałyby cuda. Miał na oku kilku znaczących gości, których obecność w sanatorium przyniosłaby instytucji dobrą sławę już od pierwszych tygodni po otwarciu. O lekarzy nie troszczył się wcale – znajomości Mili oraz jej osobisty urok zjednałyby najlepszych specjalistów.  

Aby sprowadzić swoje marzenia do poziomu materii potrzebował tylko dobrze położonej działki. Po podpisaniu aktu zawarcia małżeństwa z panną Borkowską mógłby owdowieć choćby tego samego dnia; spadek po żonie w zupełności mu wystarczył. 

– Nie odpowiada pan, panie Witoldzie. 

Drgnął. 

– Gdyby pani wiedziała, jak mnie bolą jej słowa. Ja pani nie obwiniam, nie mam pretensji. Jednak… – Pomilczał chwilę, zapił kłamliwe drżenie głosu herbatą. – Kocham panią i w głowie mi myśl o zerwaniu nie postała. Gdyby pani jednak wybrała mecenasa Dantois, usunąłbym się bez słowa skargi. 

Paulina uśmiechnęła się. 

– Pan mecenas jest od grudnia żonaty. Poza tym nie kochałam go… Ma pan zegarek? 

Sięgnął do dewizki. Srebrne wieczko odskoczyło z cichym pstryknięciem. 

– Ma pani rację, już czas. 

Narzeczeni wstali. W tej samej chwili zapukano do drzwi. 

– Linusiu, nie spóźnijcie się tylko! – krzyknęła pani Emilia. 

– Już, już idziemy, mamo! – odpowiedziała Linka. 

Woronowicz zrobił wniebowziętą minę, po czym wziął pannę Borkowską pod rękę. Wyszli z gabinetu. W przedpokoju już czekała na nich gosposia z płaszczami na rękach. Witold pomógł narzeczonej ubrać się, sam prędko narzucił płaszcz. Na dworze ściemniało się pomalutku. Szli pod ręce, wyglądając jak idealnie dobrana para.


Tagi:

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1823
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#2 » 4 sty 2020, o 08:39

– Czy nie mógłbym na dziś wieczór pójść sobie?
To określenie strasznie mi nie pasuje, zarówno do języka tych czasów, jak i do zwracania się służącego do pana. Nie lepiej po prostu "wyjść", "odwiedzić rodzinę"? 

– Do północy, choćby się paliło, waliło. Przysięgam… Bratanek mi się urodził, trzeba zdrowie rodziców i dziecka obtańcować. – Ignacy promieniał z radości, zacierał ręce.
A nie opić? ;) Nie wydaje mi się, żeby to był młody zwyczaj :kuku: 

– Jaki pan dobry... Czy każe pan podać obiad od razu? Bo jeśli tak, to przyznać się muszę, że jeszcze nic
nazbyt szczery ten służący, jak dla mnie; ja bym dodała w didaskaliach, że zapytał z przelęknieniem, bo nie zdążył jeszcze nic przygotować. 

Witold oddał służącej płaszcz, laseczkę oraz kapelusz. Po chwili namysłu rozkazał przekazać kwiaty obu paniom, po czym wszedł do salonu.
Skoro chce zgrywać takiego gentlemana, to nie powinien czasem sam tych kwiatów wręczyć? 

– Moje uszanowanie! Panie Witoldzie, psotnik z pana. Żeby tak słóweczka nie skreślić, że wszystko w porządku? Nieładnie, nieładnie!
Psotnik mi totalnie nie pasuje. 

– Panie jeszcze się szykują – trajkotał Borkowski, podając gościowi kieliszek koniaku. – I dobrze, niech się pudrują na zdrowie, to my sobie spokojnie pogadamy. Niech pan skosztuje, francuski!… Prawda, że wyśmienite?
Pudrować na zdrowie? Strasznie naciągany tekst. Skoro już Borkowski chciał walnąć jakimś śmiesznym tekstem, to nie lepiej, że niech się upiększają dla radości naszych oczu, czy coś podobnego?  

– Herbatę już podałam, proszę państwa.
Może lepiej brzmiałoby "herbatę podano, proszę państwa". 

Obok, na srebrnym talerzu, pachniało pokrojone ciasto drożdżowe z widocznymi na żółtym tle ciemnymi plamkami śliwek.
Tu już dla mnie przesadna dokładność opisu w stosunku do jego znaczenia. Po prostu ciasto drożdżowe ze śliwkami, co czytelnika obchodzi, że na tle jasnego ciasta było widać ciemne plamy śliwek? ;) 

„O, nie tak jeszcze będziesz prosić o przebaczenie. Na kolana w sam środek błota klękniesz! Poczekaj tylko, poczekaj!” – odgrażał się w myślach urzędnik, całując ręce narzeczonej.
Witek chce chyba zgrywać gentlemana, mężczyznę z klasą, a nie pantofla? Bo w pewnym momencie zaczęłam odnosić wrażenie, że on, zamiast być uprzejmy i szarmancki, zwyczajnie się płaszczy. A to z pewnością nie robi dobrego wrażenia, bo w tamtych czasach, gdzie panował model patriarchalny rodziny, to mężczyzna powinien dominować, choćby subtelnie. 

W sobotę, na przyjęciu z okazji naszych z panią zaręczyn, pewien pan ośmielił się powiedzieć, że utrzymywała pani… coś więcej niż przyjacielskie stosunki z mecenasem Dantois.
masło maślane - jak naszych, to naszych, po co dodawać to ''z panią''? 

Na sam koniec dodałabym chociaż lekki wyraz jego rozczarowania, że nie udało mu się tak łatwo zastraszyć Pauliny. 

Ogólnie przyjemnie, lekko mi się czytało, ale musiałam się trochę poczepiać. ;)

Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 126
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#3 » 4 sty 2020, o 11:13

Karen pisze:Ogólnie przyjemnie, lekko mi się czytało, ale musiałam się trochę poczepiać. ;)
 

I za to dziękuję! ;) Bardzo cenię takie szczere, treściwe komentarze. 

Uwagi słuszne, idę poprawiać oryginał.


Melibea
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 110
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#4 » 4 sty 2020, o 17:13

Przeczytałam z wielkim zaciekawieniem. Problematyka trochę mnie przygnębiła, ale też zaintrygowała - a to wielki sukces autora. Gratuluję więc :) 

 

Pozwoliłam sobie wytłuścić propozycje poprawek korektorskich: 

Woogi pisze:Część pierwsza 

2. 

Wracając do domu, Witold marzył tylko o porządnej drzemce. Kwadrans oczekiwania w kolejce po bilety na "Halkę" zdawał mu się nieskończonością, więc gdy przestąpił próg mieszkania, poczuł ogromną ulgę. Służący, rozpływając się w uśmiechach, wręczył mu depeszę. 

– Goniec przyniósł w południeAch, gdyby pan wiedział, jak ja się bałem, jak się modliłem, żeby nic się panu nie stało. Na kolanach gotów bym był do samiuteńkiej Częstochowy pójść, żeby tylko… 

– Ignacy! – Woronowicz z uśmiechem przywołał służącego do porządku. – Płaszcz. 

Ignacy w ostatniej chwili złapał rzucony w powietrze prochowiec.  

– Przepraszam, przepraszam… – mamrotał, wieszając płaszcz na wieszaku. – O, kapelusz zaraz oczyszczę, w try miga. A właśnie… ośmielam się mieć prośbę. 

Witold odwrócił się od lustra. 

– Mów. 

– Czy nie mógłbym na dziś wieczór pójść sobie? 

Pan zmarszczył brwi, obracając w palcach złożoną na czworo depeszę. Od kartki bił mocny zapach urzędu pocztowego – ciężki aromat laku mieszał się z zaduchem dawno nieprzekładanych papierów. 

– Na jak długo? 

– Do północy, choćby się paliło, waliło. Przysięgam… Bratanek mi się urodził, trzeba zdrowie rodziców i dziecka obtańcować. – Ignacy promieniał z radości, zacierał ręce. 

– Winszuję. Masz tu dwa złote na bombonierkę i rodzicom się ode mnie kłaniaj. 

– Jaki pan dobry... Czy każe pan podać obiad od razu? Bo jeśli tak, to przyznać się muszę, że jeszcze nic… 

– Nigdzie nie idź, zjem na mieście. Co to ja jeszcze… A, tak! Oczyść czarny płaszcz i te nowe wiedenki od Hiszpańskiego. Na obcas uważaj, bo każę ci go zjeść bez soli, jeśli raz jeszcze nie wyglancujesz. 

Służący skulił się. Poprzednim razem, gdy Woronowicz wybierał się do opery z panną Borkowską, Ignacy niezbyt dokładnie wyczyścił skórę opinającą obcas i dostał za to porządne lanie staromodną laseczką, którą patron zwykł nosić do fraka. Obolałe plecy znowu zapiekły niczym opalone ogniem. 

– Czego sterczysz? – warknął pan. – Wyczyść dobrze, inaczej nie pozwolę ci wyjść nawet do ustępu. Zrozumiano? A teraz nie budź mnie do wpół do piątej. Jeszcze jedno – masz tu bilety, połóż pod lustrem. 

Ignacy z ukłonem wziął kopertę ze stemplem Teatru Wielkiego. Witold poczekał, aż bilety znajdą się na wskazanym miejscu, po czym wszedł do sypialni i, zamknąwszy drzwi, stanął przy oknie. Na żółtawym papierze depeszy bielił się chwiejny rząd pasków. 

Przyjeżdżam z Paryża dziś wieczorem. Bristol, pok. 14. Mili Kowalska 

Woronowicz zaciągnął zasłony. Rzucił kartkę na dywan, zmiął stopą niczym peta. Ani słowa o nastojach, żadnej wskazówki, nic. Serce wywinęło fikołka, w dołku ścisnęło z niepokoju. Jednak skoro Mili przyjeżdżała, skoro już miała zarezerwowany pokój w Bristolu, można było spokojnie sądzić, że wszystko przebiegło pomyślnie. 

– Alea iacta est – mruknął Witold i położył się na zasłanym łóżku. 

Zegar w jadalni wybijał kolejne kuranty, lecz sen nie nadchodził. Jakby tego było mało, nerwy znów dały o sobie znać – tym razem pod postacią męczącego ucisku w skroniach. Uchylenie okna przyniosło chwilową ulgę, zmysły otulił półsen.  

I właśnie wtedy skrzypnęły zawiasy. Do pokoju wszedł Ignacy, przez otwarte drzwi wtargnął głęboki dźwięk zegara. Pięć uderzeń rozlało się po mieszkaniu, zagłuszając stłumiony zasłonami gwar miasta. 

Służący trzymał w rękach emaliowany dzbanek z ciepłą wodą oraz wyszorowaną na błysk miskę, w której ślizgał się kawałek mydła. Biały ręcznik powiewał na zielonym tle znoszonej liberii, która – jeśli Witold dobrze pamiętał kroje ubrań dla służby z dzieciństwa – czasy swojej świetności przeżyła już dawno, na długo przed wydarzeniami rewolucji lutowej.  

– Proszę pana… 

Woronowicz zerwał się na równe nogi. 

– Ja cię, draniu, zabiję! – huknął. – Mówiłem, żebyś o wpół do piątej obudził. 

– Kajam się. Na chwilę tylko oczy przymknąłem, czwartej nie było. 

– Już ja cię oduczę na służbie spać! Dawaj brzytwę i wynoś się do diabła! 

Ignacy z ukłonem podał skórzany futerał, w którym spoczywało lśniące ostrze, po czym wyszedł za drzwi. Witoldowi wszystko leciało z rąk, mydliny nie chciały się należycie pienić, golenie szło bardzo niezdarnie. Pocieszał jedynie fakt, że tym razem zarówno frak, jak i wiedenki wyczyszczone były bez zarzutu. 

Zapinając mankiety, urzędnik przypomniał sobie o kwiatach.  

– Ignacy! – zawołał. 

Lokaj wychynął bojaźliwie zza drzwi. Wyglądało na to, że spodziewał się bury. 

– Skocz do Grachamowskiego po dwa bukiety. 

– Jak pan rozkaże. Jakie kwiaty? 

Witold skrzywił się. Po kłótni z Majewskim stracił ochotę do darowania pannie Paulinie kosztownych podarunków, nie sądził jednak, że nawet wybór kwiatów będzie sprawiał mu trudności. Kusiło go, aby sprawić narzeczonej bukiecik żółtych róż. Po chwili namysłu postanowił jednak wstrzymać się z tak jasnym wyrażaniem swych uczuć, gdyż pogłoski – nawet jeśli doprowadziły do pojedynku – pozostawały do chwili wyjaśnienia ich prawdziwości jedynie pogłoskami.  

– Herbaciane… – mruknął w końcu, chowając grzebyk do kieszeni. – Tak, dwa bukiety herbacianych róż. No, idź już, do diabła! I po drodze złap mi taksówkę. 

Woronowicz ledwo zdążył poprawić muszkę, gdy służący już stał u drzwi z rozpostartym na rękach płaszczem. Dwa bukieciki spoczywały obok koperty z biletami. Witold nałożył płaszcz, zmiótł opuszkami palców jakiś pyłek z ronda czarnej fedory i w milczeniu podsunął pod nos lokajowi. 

– Co to ma być, Ignacy? 

Służący skulił się, podając panu laskę. 

– Oczy już nie te, proszę pana – wymamrotał. 

Urzędnik schował bilety do kieszeni, wziął bukiety i po raz ostatni przejrzał się w lustrze. 

„Wyglądam jak tani amant” – pomyślał z goryczą. – „Tani i w dodatku najprawdopodobniej rogaty” – dorzucił już w taksówce.  

– Na Ujazdowskie piętnaście – rozkazał burkliwie. 

Na wpół drzemiąc, ukołysany jednostajnym szumem motoru, postanowił dziś jeszcze rozmówić się z narzeczoną. Fakt, że oficjalnie zaręczeni byli dopiero od kilku dni, nie zwalniał panny Borkowskiej ze spowiedzi z jej poprzedniego życia. Mało tego – właśnie teraz Woronowicz miał pełniejsze niż kiedykolwiek prawo żądać wyjaśnień na temat reputacji swej przyszłej żony. Na razie przed rodzicami zamierzał nadal udawać zakochanego naiwniaka, lecz z Pauliną musiał zagrać w otwarte karty.  

Dotknąwszy koperty z biletami, uśmiechnął się szatańsko. Aria Jontka z czwartego aktu przyszła mu do głowy akurat w chwili, gdy taksówka zatrzymywała się pod kamienicą Borkowskich. Ckliwy tekst i pełna żalu muzyka pasowały jak ulał do sceny, którą zamierzał urządzić pannie Lince.  

Pogwizdując melodię refrenu, wbiegł na schody i zadzwonił do drzwi. Gosposia państwa Borkowskich otworzyła niemal od razu. 

– O, dzień dobry panu. Proszę, pan pozwoli… 

Witold oddał służącej płaszcz, laseczkę oraz kapelusz. Po chwili namysłu rozkazał przekazać kwiaty obu paniom, po czym wszedł do salonu. Ojciec panny Pauliny zerwał się z fotela. 

– Moje uszanowanie! Panie Witoldzie, psotnik z pana. Żeby tak słóweczka nie skreślić, że wszystko w porządku? Nieładnie, nieładnie! 

Woronowicz wymamrotał kilka słów przeprosin i niechętnie poddał się sadzającym go w głębokim fotelu dłoniom przyszłego teścia. Był tak zmęczony, że krótka chwila wygodniejszego siedzenia przynieść mogła sen, na który za żadne skarby nie można było sobie teraz pozwolić. 

– Panie jeszcze się szykują – trajkotał Borkowski, podając gościowi kieliszek koniaku. – I dobrze, niech się pudrują na zdrowie, to my sobie spokojnie pogadamy. Niech pan skosztuje, francuski!… Prawda, że wyśmienite? 

– Taki koniak mógł wybrać tylko znawca. 

Borkowski zarumienił się. 

– Może jeszcze kapkę, panie Witoldzie? Póki nasze śliczności nie przyleciały. 

Witold podsunął kieliszek. Patrząc znad szkła na lekko zaróżowione policzki ojca narzeczonej, poczuł gniew. Przyszły teść gadał coś o swych planach na wakacje w Prowansji, zaś urzędnik obmyślał plan zemsty. Im więcej o nim myślał, tym bardziej nie mógł się doczekać, aż zostanie z panną sam na sam. Serce drżało mu w przeczuciu słodyczy, jaką dawało wyobrażenie sobie melodramatycznej sceny.  

Posiadanie kobiecych sekretów upajało Woronowicza stokroć bardziej, niż posiadanie ich ciała i na samą myśl o tym dostawał zawrotu głowy. Nad tymi, którym wyrywał z trzewi tajemnice przeszłości, czuł władzę równą wpływom boskim, mógł rządzić nimi, grożąc wydobyciem na światło dzienne wstydliwych faktów. Nawet najbardziej harde miękły, słysząc mgliste aluzje na temat swej przeszłości, która w każdej chwili mogła wypłynąć na wierzch niczym szumowina. Ich własne sekrety zmuszały do posłuszeństwa. A czegóż, jeśli nie ślepego podporządkowania się woli męża oczekiwać należało od młodej panienki z całkiem przyzwoitym posagiem i wpływowym tatusiem? W duszy Witolda zakiełkował misterny plan.  

W pewnej chwili Borkowski zerwał się na równe nogi, gorączkowo zadzwonił na służącą. 

– Sprzątnij to. Prędzej! – syknął, przygładzając wąsy. 

Drzwi do salonu nie zdążyły się zamknąć za gosposią, gdy do pokoju weszły panie Borkowskie. Matka ubrana była w prosty, lecz elegancki komplet z szarej, angielskiej bawełny, którego guziczki dopasowane były kolorem do połyskującej na siwiejących włosach ozdobnej siateczki. Panna Paulina wybrała styl nowoczesny – ledwo zakrywająca kolana sukienkę z kremowego, przelewającego się materiału. Fryzura, ułożona z nieprawdopodobnej ilości misternie splecionych między sobą loczków, okalała głowę dziewczyny niczym blond aureola.  

Panie chórem podziękowały za kwiaty, Witold wycałował ich dłonie. Gdy przykładał usta do ręki panny, wydało mu się, że palce jej drgnęły, zaś kiedy, już wyprostowany, patrzył w oczy, prosząc o zaszczyt wspólnej przejażdżki do opery, Linka spoglądała gdzieś ponad jego ramieniem. Zgodę wymamrotała machinalnie, bez uśmiechu.  

Woronowicz ze sztuczną radością ponownie przypadł do rączek narzeczonej. Pani Borkowska westchnęła, ojciec panny ukradkiem otarł łzę szczęścia. Rodzinną idyllę przerwało wejście służącej. 

– Herbatę już podałam, proszę państwa. 

Matka szturchnęła córkę pod żebra. 

– Zje pan z nami podwieczorek, panie Witoldzie? – powiedziała powoli Paulina, mnąc w dłoniach róg wykładanego kołnierzyka sukienki. 

Narzeczony ledwo zdążył skryć ziewnięcie. 

– Z ogromną chęcią. Jeśli tylko pani rodzice wyrażą zgodę. 

Państwo Borkowscy chwycili przyszłego zięcia pod ręce i przepchnęli ze śmiechem przez prowadzące do niewielkiego gabinetu drzwi. Na okrągłym, mahoniowym stoliku połyskiwał w półmroku czajnik oraz cztery filiżanki na spodeczkach. Obok, na srebrnym talerzu, pachniało pokrojone ciasto drożdżowe z widocznymi na żółtym tle ciemnymi plamkami śliwek. Towarzystwo rozsiadło się wokół stołu na plecionych krzesłach.  

Rozmawiano o pogodzie, plotkach, trochę o polityce, głównie w formie mniej lub bardziej wybrednych żartów, którymi Borkowski zasypywał słuchaczy.

Melibea

Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 126
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#5 » 4 sty 2020, o 17:18

Melibea pisze:Przeczytałam z wielkim zaciekawieniem. Problematyka trochę mnie przygnębiła, ale też zaintrygowała - a to wielki sukces autora. Gratuluję więc :) 

 

Pozwoliłam sobie wytłuścić propozycje poprawek korektorskich: 

 

Za poprawki bardzo dziękuję, przydadzą się. Jeśli mogę spytać, co Cię najbardziej przygnębiło, a co uważasz za intrygujące? :)


Melibea
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 110
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#6 » 4 sty 2020, o 17:30

Jako niepoprawną romantyczkę - zawsze przygnębiał mnie temat "aranżowanych małżeństw". Choć temat to zacny i kultowy, czego dowodem "Lalka" Prusa. 

Jako typową "wścibską sąsiadkę" - frapuje mnie ciąg dalszy perypetii bohaterów. W sumie, internetowe forum to jak dawne gazety, w których pisarze drukowali powieści w odcinkach :)

Melibea

Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 126
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#7 » 4 sty 2020, o 18:19

Melibea pisze: W sumie, internetowe forum to jak dawne gazety, w których pisarze drukowali powieści w odcinkach :)
 

Faktycznie. Jeszcze raz dziękuję za komentarz. :)


szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 2665
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#8 » 6 sty 2020, o 20:13

Teraz żałuję, że czytać zacząłem. Zamierzasz dopiero pisać ciąg dalszy, czy masz gotowe i wrzucisz dzisiaj  

wieczorem?


Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 126
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#9 » 7 sty 2020, o 12:20

szczepantrzeszcz pisze:Teraz żałuję, że czytać zacząłem.
 

Żałujesz? To brzmi bardzo dwuznacznie, zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełniam jakiegoś błędu... :co: 

Niemniej druga część komentarza sugeruje, że nie jest ze mną tak źle.  

Mam już gotowych kilka następnych części, a że idzie mi nieźle, to rozważam, czy na pewno warto ten tekst "topić w internetach". Może warto dopisać w skrytości i puścić na szerszą wodę?  

Jeśli jednak, Szczepanie, żal Twój jest wielki, mogę co nieco zadośćuczynić, choć raczej, jak mówiłam, w skrytości... 

 

Przy sposobności pragnę przeprosić dotychczasowych Czytelników za naglą zmianę planów, jednak w pierwotnym założeniu "Maski" miały być sporym opowiadaniem, zaś teraz, kiedy tyle wątków do mnie przychodzi, tekst urosnąć może do całkiem powieściowych rozmiarów...  

Na razie pozwolę sobie wstrzymać się z publikacją dalszych części "Masek" na Forum. Wybaczycie? ;)


szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 2665
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#10 » 7 sty 2020, o 17:37

Wybaczymy, jednak po raz kolejny okazuje się, że najpierw lepiej napisać, podem decydować, co dalej. Jeżeli twierdzisz, że tekst za duży na forum, masz rację. Wrzucanie dużych daje mały efekt przy wielkim wysiłku.

Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 126
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#11 » 7 sty 2020, o 17:47

szczepantrzeszcz pisze:Wybaczymy, jednak po raz kolejny okazuje się, że najpierw lepiej napisać, podem decydować, co dalej. 

 

Uf... Racja, trzeba było to lepiej zaplanować. :)


szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 2665
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#12 » 7 sty 2020, o 20:08

Na pocieszenie dodam, że niezależnie od wszystkiego, zawsze będzie lepiej napisać, niż nie napisać. Jest to swobodna interpretacja mądrości życiowej głoszonej przez Semena Korczaszkę: lepiej mieć i nie potrzebować, niż nie mieć i nie potrzebować.

Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 126
Zobacz teksty użytkownika:

Pęknięte maski - obyczaj, lata 30. XXw. (cz2)

Post#13 » 7 sty 2020, o 20:11

szczepantrzeszcz pisze:Na pocieszenie dodam, że niezależnie od wszystkiego, zawsze będzie lepiej napisać, niż nie napisać.
 

Właśnie też tak sobie postanowiłam. 

Dziękuję za ciekawy cytat oraz jego wolną interpretację.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości