Lechibar: Galaktyczny Alkoholizm - część 1

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

PGS
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 10
Zobacz teksty użytkownika:

Lechibar: Galaktyczny Alkoholizm - część 1

Post#1 » 6 gru 2019, o 13:59

Obrazek 

 

I 

Alkohol lał się strumieniami, była to lokalna wódka nie najwyższej jakości, jednak alkohol, pozostanie alkoholem i nikt takowym gardzić nie będzie. Wszakże w tradycji Lechickiej dobre wyrzyganie się przy wielu gościach świadczy o zawziętości żołnierza, o tym, że mimo świadomości niebezpieczeństwa jest w stanie dać wojownik z siebie wszystko, pokrótce świadczy to o odwadze. Każdy przecież dobrze wie, co się stanie, gdy przedawkuje się ten magiczny wywar. Dlatego dość sporo wojaków piło i piło, nie zważając na konsekwencję. Szkoda, że w rzeczywistości ci chłopcy na wojnie zachowywali się jak jagnięta, ale niech ludność ma ten iluzoryczny obraz Lechickiego żołnierza i niech ten obraz roznosi się do innych miast, rejonów, krajów, a może i nawet planet? Wszyscy tańczyli i wymiotowali; gości na imprezie było pełno, dodatkowo wielu z nich było z innych krajów, niejeden zresztą też przybył w celach dyplomatycznych, jednak większość spośród tych „dyplomatów" siedziała przy stole i kosztowała egzotycznych jak dla nich posiłków. A z jakiej okazji to uczta? Prawdziwy Lechita nie potrzebuje żadnej wymówki, chyba że musi jakąś wymyślić przed żoną, jednak teraz rzeczywiście był powód. 44 jednostka pod dowództwem Generała Andżeja wróciła po paru miesiącach walk na dalekim wschodzie przeciwko „armią" Jakuckim i Kamczyckim. Generał Andżej zasiadał na podeście wśród innych szych. Mężczyzna ten, nieco po czterdziestce, był przy kości, najwidoczniej żona nie zawsze zapewniała kolacje po ostrej libacji, które Andżej bardzo uwielbiał. Każdy w królestwie wiedział, że jest to człowiek ekstrawertyczny, skory do rozmowy z każdym, przy kieliszku albo podczas tańca; nikomu nie odmawia — chyba że ktoś w trakcie zabaw szturmuje go sprawami służbowymi. Był też wysoki i mimo to siedział w trochę za dużym mundurze Armii Wielkiej Lechii, a na lewej ręce żółta opaska z oznaczeniami 44 jednostki. Twarz jego niemalże prostokątna z zielonymi oczyma, nosił także dumnie znikomy i krótki wąs. Dzisiaj nie bawił się dobrze, mimo że to jego pierwsza impreza od wielu miesięcy. Oszczędzał się w alkoholu, gdy ktoś mu proponował kolejkę, to co trzeci raz przelewał ją gwałtownie i niezauważalnie za plecy. Dodatkowo bardzo zważał na godzinę, musi dzisiaj wrócić szybko do swojej willi, wiedział, kogo nie zaprosił i kto na niego czeka... Pogrążył się w melancholii, aż zachciało mu się od tych przemyśleń zapalić kufajkę; wyszedł z imprezy, odpowiednio wymanewrował tańcem, aby nikt nie zauważył, że wychodzi. Ulica była pusta, muzyka z imprezy się na nią przebijała. Jednak niespecjalnie kogoś to interesowało, nikogo na ulicy nie było, nikt nie chciał wyrwać kopa od Milicji Obywatelskiej... Albo Turbolechitów? Może od samej Żandarmerii? W Lechii wiele się zmieniło podczas jego nieobecności. Mimo że mundurowy miał stały kontakt ze swoją ojczyzną, to niezbyt interesował się polityką, a że ta teraz jest pogmatwana bardziej niż kiedyś... To nawet już powoli przestawał próbować — pozostanie lojalny tym, którzy wydają najbardziej rozsądne rozkazy. Noc była bardzo mglista, ale księżyc mocno świecił, świecił nie bez powodu. Gdy Andżej wracał do siebie, widział testy tego, czy da się odwrócić tor ruchu księżyca w kierunku „tej" planety... Ziemi. W sumie Andżej zawsze marzył, aby tam polecieć; tutaj też sprawa była nieoczywista, podobno była tam tajna placówka Lechitów. Jednak inni mówią, że jej już nie ma, inni, boć jest, a jeszcze inni, iż jej nigdy nie było, a to wszystko jest jednym wielkim spiskiem. Trochę zamydliło umysł Andżeja, może to przez ten alkohol wpakowany do organizmu...? Nie! To za mało jak na takiego Lechitę jak on! To po prostu dziwne uczucie, jakby niepokoju? Powoli zaczął sobie uświadamiać, co go zastanie po imprezie, ale i także co się dzieje w państwie. Jak to największe imperium w całej galaktyce powoli pogrąża się w dezinformacji albo braku jakichkolwiek informacji. Teraz wykonywanie tych najbardziej stosownych rozkazów wydaje się głupie... Głupie, ponieważ Andżej przy następnych rozkazach może nie znać ich kontekstu i je źle ocenić... Pora się ewakuować do domu. Nie to, że Andżej nie miał po tych rozmyślaniach ochoty na biesiadowanie, tylko to, że wiedział, że po takich rozmyślaniach zazwyczaj aż za bardzo pogrąża się w zabawie, czego tej nocy zrobić nie może. Jeszcze czeka go trudna rozmowa. Co sobie o nim pomyślą inni? A no, że „zgonuje" pod stołem i jeszcze go po tej imprezie sławą obwieszczą na tygodnie. 

 

II 

Mężczyzna po czterdziestce, kolejny dryblas; jednak ten był wysportowany. Nie dbał o zarost, był skrajnie zarośnięty, choć jednak jego fryzura odzwierciedlała całkowicie co innego. Wystrzyżony na zapałkę, jakby był rekrutem Żandarmerii Wojskowej, dodatkowo to spojrzenie... Spojrzenie żółtookiego menela! Miał na sobie stary, ubrudzony strój — należący niewątpliwie do Żandarmerii Wojskowej właśnie — i uszkodzony identyfikator na piersi. W tę błyszczącą noc siedział w uliczce i przeglądał śmietniki, wyrzucał to, co bardziej bezużyteczne rzeczy... Właściwie wszystko, w dobie takiej technologii się nie marnuje, to też waćpan nie za wiele łupu mógł zdobyć. Andżej ostatkami sił za ten czas szedł do swojej willi, wiedział, co go czeka, wzdychał, jednak zajrzał do uliczki i zobaczył tam... Właśnie tego jegomościa. On sam go nie zainteresował, choć zdziwił się na widok bezdomnego w takiej bogatej dzielnicy, to bardziej zainteresował go jego mundur. Przecież to skrajnie nieprawdopodobne, aby byle żul posiadał uszkodzony mundur Żandarmerii Wojskowej, do której dołączały tylko najwspanialsze i najwybitniejsze jednostki Wielkiej Lechii, ponadto sama Żandarmeria nie opuszczała siedziby pałacu króla, chyba że sytuacja na froncie była niezbyt ciekawa. Jednak zaraz... Andżej przypomniał sobie rozmowy w fazie trzeźwości imprezy, przecież podobno król zrezygnował z tronu, dlatego taki burdel wszem wobec. Lechia jest w bezkrólewiu, to też sama Żandarmeria bezwzględnie lojalna królowi nie ma za bardzo gdzie się podziać, ale żeby aż tak się stoczyć...? Nagle kloszard spostrzegł tępo patrzącego się na niego generała. Podszedł do niego, sam Andżej nie wiedział jak się zachować, powoli nawet wędrował ręką po broń do pazuchy. Chwiejnym krokiem bezdomny był coraz bliżej, aż w końcu się zatrzymał i wystawił rękę przed siebie. 

— Ma pan drobnee? — powiedział podchmielonym głosem przeciągle mężczyzna, Andżej się tylko zdziwił, jego dłoń wróciła na miejsce, nie chwycił za broń.  

— No... — powiedział zakłopotany i szukał po kieszeniach — Coś się znajdzie... — Następnie wyciągnął jakieś drobniaki z tylnej kieszeni w spodniach — Jakieś trzy pełne platyny i trzydzieści groszy. Może być?  

— Taak — wziął otrzymaną od Andżeja kwotę i się odwrócił, kierował się w stronę najbliższego monopolowego.  

— Czekaj chwile! — wykrzyczał Andżej za odchodzącym żulem — Mam do ciebie sprawę.  

— Jaaką? — powiedział jakby od niechcenia, nadal podchmielony oczywiście.  

— Jesteś żołnierzem Żandarmerii Wojskowej? — spytał się nieco dyskretnie, choć ulice nadal świeciły pustkami. Bezdomny patrzył się na niego głupim wzrokiem, drapał się po głowie, zastanawiał się nad odpowiedzią. „Ech, to tylko jakiś plebs" pomyślał  

— Byłem — nagle przeszedł do normalnego sposobu mówienia, przestał się chwiać, a i jego ton stał się trzeźwiejszy — Zostałem jednak zmuszony do odejścia od służby...  

— Z jakiego zatem powodu? — generał stał się jakby poważniejszy, zmarszczył swoje krzaczaste brwi. 

— Przez alkohol... — powiedział półszeptem, jakby tego się wstydził. Mężczyzna mimo dobrej sylwetki nie wygląda na kwiat wieku, zatem pewnie było to dość dawno temu.  

— Sam odszedłeś czy wyrzucili cię? — pytał twardo generał.  

— Uznano, że króla nie może pilnować jakiś tam pijak... Skazali mnie na karę śmierci — nagle Generał się zdziwił, był nadal wierny ojczyźnie, jego dłoń ponownie sięgała do pazuchy — Jednak mi darowano, gdyż jeszcze raz rozpatrzono moje liczne zasługi dla państwa.  

— No cóż, ale wiesz, że Wielka Lechia jest teraz w bezkrólewiu? — nagle jakby oczy menela się rozszerzyły; upuszczając darowiznę rzucił się na Andżeja, przez co ten odskoczył, a jego ręka już po chwili znalazła się za pazuchą. Zastanawiał się, co ma zrobić  

— Radzę ci nie podchodzić bliżej! — mówił groźnie, jednak był opanowany, znajdował się w gorszych sytuacjach. Bezdomnym szargały emocje. 

— Co się stało z królem? Co się stało z królem? — powtarzał bezdomny fanatycznie.  

— Z tego, co słyszałem, to podobno jego syna Włodzimierza poćwiartowano i przy pomocy teleportera wysłano jego szczątki prosto na pałac królewski, oprawcy byli bezwzględni. Sam za dużo nie wiem, jestem w Lechii od paru godzin — mówił niepewnie Andżej, wiedział, że dysponowane przez niego wiadomości wcale nie muszą być pewne.  

— Król! Król żyje?  

— Żyje, na pewno żyje, miał pod sobą całą Żandarmerię, ale zrezygnował z tronu — uspokoił się nieznajomy, zaczął zbierać darowiznę i teraz ją schował do kieszeni  

— Jak cię zowią tak w ogóle — powiedział trochę niezręcznie Andżej, zmieszany z ręką przy broni  

— Lechibar, a ty?  

— Generał Andżej. 

— Dobra, idę do monopolowego — obrócił się i zaczął znikać w ciemnościach uliczki, nagle zaczął ponownie się chwiać, wrócił do swojego dziwnego tonu i sposobu mówienia, zaczął mu machać niezręcznie i krzyczeć — Czeeść!  

— No... Cześć — Andżej poczuł się niepewnie, na początek chciał odmachać, ostatecznie jednak dał rękę za głowę. Dziwny był to typ, dziwny i ukazujący jaka dezinformacja panuje w królestwie. Generał popatrzył się na swój zegarek — O kurde! Już ta pora! Trzeba wracać 

 

III 

Chwiejącym krokiem Lechibar doszedł aż do monopolowego, udawał pijanego, choć w rzeczywistości był lekko podpity. Musiał opuścić bogatszy sektor to też uzbroił się w cieplejsze szmaty. W sektorze — w którym obecnie się poruszał — panowała swoista bieda: nie była ona aż tak tragiczna, ale chociażby ogrzewanie nie działało tak dobrze, jak w bogatym rejonie. No i tu było wielu podobnych mu, których pola siłowe bogatszych sektorów odpychały. Lechibara nie odrzucały, ze względu na identyfikator przy piersi i bogatą przeszłość zawodową. Poszedł do jedynego należytego monopolowego. „Andora", jeden z niewielu przybytków niezależnych od Turbolechitów, mało z nich pod nim piło, prawie żaden.  

— Wódkoo! Wódkoo! Tyś mojo żoną! — śpiewał niby pijany w trzy dupy Lechibar. Nagle przed nim stanął właściciel przybytku. Stał na drodze Lechibara do wnętrza lokalu.  

— Od dzisiaj mój drogi masz zakaz wstępu — powiedział wątły mężczyzna o szczurzej twarzy, na sobie miał biały fartuch uciapany krwią; spowodowane było to tym, że na tyle Andory właściciel prowadził również gospodarczość rzeźniczą.  

— Coo!? Ahle dlaszego? — mówił pijany oburzony Lechibar.  

— Robisz burdy mój drogi, to nie miejsce dla takich jak ty. Pij z Turbolechitami — odrzekł spokojnie.  

— Nie ma mowy! Ja cię nawet nie hlubie! — krzyczał pijackim głosem.  

— Słuchaj — wychylił się do niego i zaczął do niego mówić szeptem — Żandarmeria siedzi w moim sklepie, pytają się o ciebie. Gadają, że zawiśniesz. 

— Ahlee... Dlaczegoo? — spytał niby dramatycznie; nadal udawał pijanego — Co zsza Żandarmeria!? — nie ujawniał się przed sprzedawcą, nie było po co, im mniej świadków tym lepiej. Pomógł mu, Lechibar będzie miał to na uwadze, ale wcale prawdy waćpan znać w tym przypadku nie musi. Sprzedawca zrobił wszystko, co mógł z dobrej woli dla swojego klienta, gdyby Lechibar mu się zwierzył, albo przestał udawać, to właściciel mógłby równie dobrze pójść w negatywną stronę przy innych sytuacjach. Mimo to Lechibar odepchnął właściciela i wszedł do sklepu. Wystrojony szykowanie alkohol niedawno porozstawiany na półkach, no i swoisty szynkwas. Nic nowego, a może jednak. Zobaczył on jedenastu szeregowych Żandarmerii Królewskiej z obszyciami czerwono-niebieskimi i trzech oficerów Żandarmerii Marszałkowskiej, ci byli zaś obszyci na złoto-niebiesko. Jeden z nich na piersi miał skrót O.Ś pochodzący od „oficera śledczego". Lechibar szedł przed siebie, z tępym wzrokiem i chwiejnym krokiem; usiadł i wykrzyczał do „barmana":  

— Dawaj Leśnego Dzbanka!  

— Już się robi! — Wtem obok Lechibara usiedli dwaj przedstawiciele Żandarmerii Marszałkowskiej, jeden po prawej, drugi po lewej. Reszta zaczęła przygotowywać broń, niektórzy nawet ją słyszalnie odbezpieczyli.  

— Witaj Lechibarze. Pamiętasz mnie? — powiedział ten po prawej, bez odznaczenia „O.Ś". Lechibar się na niego spojrzał niby pijackim wzrokiem, a później słyszalnie uderzył czołem o szynkwas, jakby na chwile zasnął. 

— Co on kurwa śpi? — spojrzał się jegomość na oficera śledczego, ten wzruszył ramionami na wznak niewiedzy. Agresywny porucznik chwycił za głowę Lechibara i zaczął nią potrząsać, ten użył swoich nonszalanckich umiejętności aktorskich do „zbudzenia się".  

— E... Szo ty chcesz?  

— Ej!? Co ty mnie Lechibar nie poznajesz? To ja! Gniewomir!  

— Lechibar? Gniewomir? Spierdalaj, nie hlubie cię — mówił pijany i ponownie słyszalnie i mocno uderzył głową o szynkwas, bolało go to, ale czego nie robi się dla wiarygodności? Do jego ręki przez sprzedawcę została wsadzona butelka piwa z napisem „Leśny Dzban". Przebłysków Lechibar też miał sporo, wiedział, że ma do czynienia ze swoim starym znajomym Gniewomirem, z którym niegdyś przechodził szkolenia. Nisko upadł, skoro poszukuje swojego dawnego kompana na rozkaz jego powieszenia. Nie wszedł tu też na hula, bardzo dawno temu nie miał kontaktów z żadnym żołnierzem i jest ciekawy powodów poszukiwania go, gdyby chciał, to by ich wszystkich rozniósł w trymiga. Czternastu chłopa to dla niego za mało! Więc mu nic nie grozi. — Gniewomirze? Może to po prostu jakiś losowy Turbolechita? No popatrz na niego. Lechibar nie miał takiej brody.  

— To na pewno on, popatrz na tę zapijaczoną mordę, jak za ostatnich dni jego obecności przy królu kurwa jego mać — Gniewomir był strasznie uniesiony przez emocje, szargały nim, lada chwila i dawny kompan obecnego żula wybuchnie agresją. Lechibar wstał i zaczął spożywać alkohol, tak go przechylił, że aż mu po brodzie pociekło.  

— Alfred jestem — wystawił rękę do przodu i patrzył się półprzytomny na podłogę, przedstawiając się.  

— A ja Uranos kurwa! On musi wytrzeźwieć cholera! — krzyczał Gniewomir, odrzucając uderzeniem rękę Lechibara wyciągniętą w przyjacielskim geście. 

— Ooo Uranosie! Panie mój najdroższy! To ty, żeś dał nam przewodnik elektryczności! — mówił jakby się rzeczywiście modlił do Uranosa, a zwracał się do Gniewomira pijackim tonem. Następnie zebrało go na wymioty. To część... A nie! To jednak nie część planu, rzeczywiście za bardzo się Lechibar upił i wtedy przechylił się na bok i zwymiotował na buty oficera śledczego. Ten odskoczył, obrzydzony, jak panienka. Duma armii Lechickiej we własnej osobie! W tym aspekcie nic się nie zmieniło, nadal są takimi samymi babeczkami.  

— Brać go! Brać go! Po chuj z nim gadamy!? — krzyczał obrzydzony śledczy. Gniewomir nagle z pistoletem w ręku uderzył Lechibara od tyłu w skroń. Ten upadł nieprzytomny na ziemię; jakiś szeregowiec skuł go elektrycznymi kajdankami przyciągającymi ręce i podniósł.  

— No dobrze panie poruczniku, mamy go zabrać tam, gdzie mówiono? — zwrócił się szeregowiec do trzeciego odzianego w barwy złoto-niebieskie.  

— Tak.  

— Nie — wkręcił się dyszący z gniewu Gniewomir — Macie go zabrać do siedziby rady wojskowej przy Umbrielu.  

— Przepraszam poruczniku Gniewomirze — wtrącił się śledczy wycierający higieniczną chusteczką buty — Jednak nie tak brzmiał rozkaz. 

— Zważywszy na przewagę moich ludzi, obecnie jestem najważniejszą personą w tym pomieszczeniu. Brać go na statek! — krzyknął do swoich subalternów.  

— Ech... Złożę na ciebie skargę — powiedział bezsilnie, ale bez większego oporu i strachu.  

— To już nie takie proste Zbygniewu. Moi przełożeni nie są twoimi przełożonymi.  

— Nadal nosimy te same barwy...  

— Czasy się zmieniły, jak już mówiłem. 

 

IV 

Andżej szedł zmarnowany przez miasto, puste miasto. Lampy niebawem przestaną być przygaszone, niedługo będzie „dzienny" cykl życia, chociaż niebo ciemne będzie jeszcze przez jakieś dziesięć lat, co kurewsko denerwowało Andżeja. Przynajmniej w tej części Lechii dobrze działało ogrzewanie sektora, chociaż były dni gdzie temperatura sięgała aż -20°. Czasami nawet lampy w mieście źle funkcjonowały i można było pomylić dzienny cykl z nocnym cyklem, a było to wszystko spowodowane poprzez bardzo specyficzny układ elektroniczny, który przede wszystkim opierał się na płaszczu Uranu. Płaszcz ten to gorąca gęsta mieszanina składająca się głównie z wody i amoniaku, co czyni ją bardzo dobrym przewodnikiem prądu. Poprzez wiele konstrukcji zbudowanych w płaszczu przez liczne firmy, elektryczność jest tam dosłownie kumulowana i za pomocą dziwacznych fal odpowiednia ilość energii jest dostarczana do wszystkich miast nad Uranem. Jednak nikt nie jest w stanie dokładnie zapanować nad ilością wysyłanej energii i czasami jej po prostu brakuje, a żeby wszystkie lewitujące konstrukcje lewitowały i dokładnie podążały za obrotem planety to potrzeba dość wielkich jej pokładów; system, gdy wykrywa niedobór energii, to po prostu bierze energię z losowych urządzeń, najczęściej właśnie z ulicznych, aby jak najmniej brać z zacisza domowego obywateli. Ze względu na ten dość skomplikowany system elektryczności władze od zawsze kontrolowały przemysł elektryczny, posiadanie urządzenia zżerającego większą ilość voltów musiało być niezwłocznie zgłoszone. Poza tym, że takie urządzenie często mogło się wyłączyć „samo", to jeszcze trzeba było płacić lichy podatek od każdego takiego sprzętu. Dlatego właśnie czarny rynek Lechii opiera się na urządzeniach wymagających większych pokładów energii, jest to bardzo niebezpieczny rynek, ponieważ jeśli rozrośnie się do większych rozmiarów, to w końcu całą stację może strzelić piorun. Nie dość, że osłona przeciwko meteorytom i diamentowym deszczom zostanie zniesiona, to jeszcze temperatura osiągnie nawet -200°. Dodatkowo miasto przestanie poruszać się wraz z ruchem planety i przy najłagodniejszym scenariuszu wejdzie w kolizje z innym miastem. Kiedyś Andżej był świadom, jak władze radziły sobie z marginesem społecznym, jednak teraz po powrocie niczego już nie jest pewien, prawie jak co drugi Lechita. Czasami zastanawia się, czy nie wylecieć na jakiś księżyc święcący nad Uranem. Podobno na Arielu jest ładnie. Jednak teraz stał przed drzwiami swojej willi, jego ręka wędrowała do dzwonka, jednak się cofała. Generał był bardzo zestresowany, myśli nim trzęsły jak nigdy wcześniej, odwaga mu tym razem nie dopisywała, to spotkanie jest gorsze od frontu... Teraz chciałby właściwie wrócić na wojnę. Jednak jego umysł wpadł na bardzo prozaiczny — jak dla niego — pomysł. Wypić dwusetkę krwi największych alkoholików w całej galaktyce, akurat miał takową w tylnej kieszeni spodni; wydmuchał powietrze z ust i łyknął, ledwo mu przeszło przez gardło, skrzywił się, rzucił gdzieś pustą butelkę i natychmiastowo się zatoczył, prawie spadł ze schodków prowadzących do drzwi willi. Obraz mu się rozdwoił i jednocześnie na siebie nachodził, teraz zaczął przypominać Lechibara. Podszedł chwiejnym krokiem do dzwonka i nagle drzwi się otwierają, tam brzydka i gruba żona generała stoi w progu drzwi, jeszcze w pidżamie. W jednej ręce trzyma wałek, w drugiej wiadro z wodą — spodziewała się stanu swojego męża. 

— Znowu się Andżej schlałeś!? Obiecałeś! Obiecałeś, że po wojnie przestaniesz pić! — Andżej wpół przytomny chwiał się przed drzwiami i chciał gestykulować ręką, jednak nie za wiele z tego wyszło, tylko jakieś ostentacyjne pijackie ruchy.  

— Ale proszę pani... Kochanie... Em... Em — mówił pijackim głosem, bardziej pijackim niż głos Lechibara.  

— Kochanie!? Nie było cię pierdolony prostaku ponad pół roku, a ty nic! Żadnych kwiatów, żadne pocałuj mnie w dupie, tylko pijany stoisz u progu mojego domu! — Andżej już nie słuchał swojej żony, jego powieki coraz bardziej się przymykały, nagle zawartość wiadra na niego poleciała, aż wyleciał do tyłu i prawie z metra wylądował na dupie, cały mokry — Ja ci kurwa dam zasypianie, gdy do ciebie mówię. Od dzisiaj śpisz w jednostce!  

— No i dobraa! — mówił nadal zapijaczony — Idę spać do jednostki. Kierwaa jego mać pani nie ma do mnie żadnego szacunku! — Ta prychnęła, zbiegła ze schodów i ugodziła swojego męża pionowym uderzeniem w głowę za pomocą wałka. Ten zaczął uciekać w podskokach, wywracają się co chwila.  

— Byś schudł wandalu! — krzyczała, machając wałkiem nad głową — To, że tu ważysz mniej, nie znaczy, że jesteś chudszy!


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości