Lechibar: Galaktyczny Alkoholizm - część 2

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

PGS
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 10
Zobacz teksty użytkownika:

Lechibar: Galaktyczny Alkoholizm - część 2

Post#1 » 6 gru 2019, o 14:02

Część pierwsza 

 

V 

Lechibar obudził się w gabinecie, zwolniony z bezwzględnie przyciągających kajdan. Mroczył wzorkiem, chodził głową, przed nim siedział kolejny stary znajomy: Bolesław. Znajdowali się obaj w jego gabinecie. Mimo upływu czasu Bolesław wciąż miał swój charakterystyczny krzaczasty wąs, jak i równie krzaczaste brwi. Na głowie miał czapkę, która to zakrywała jego ulizaną fryzurę.  

— No w końcu! — podniósł ręce, jakby dziękował bogom — Zbudziłeś się. Jak tam Lechibarze?  

— Kierwa... — chciał jeszcze udawać pijaka, jednak szybko spostrzegł, że zdarto z niego szmaty i zostawiono tylko uszkodzony strój Żandarmerii.  

— Przyjacielu, starego druha nie oszukasz. Gniewomira nie oszukałeś, to myślisz, że mnie dasz rade?  

— Czego ode mnie chcesz? Jeśli chcesz wyciągać konsekwencje z powodu starych czasów to cholera... Dajcie mi spokój, jestem tym zmęczony — wrócił do normalnego tonu.  

— Widzisz, Dyktat Wojskowy wyraził się jasno — oznajmił Bolesław.  

— Aha, to teraz im służysz? — spytał się wymownie były żołnierz.  

— Nie wiem sam już komu służę, zwierzę ci się w dobrej wierzę. Dyktat Wojskowy i Rząd Królewski maczają po równo palce w całej Lechii i nadal nie mogą się dogadać. Ta stacja kosmiczna też jest oblegana przez oba rządy, sam nie wiem, co się dzieje.  

— Czyli co?  

— Czyli wykonuje rozkazy i dyktatu i rządu. Jak są sprzeczne, to biorę stronę dyktatu, w końcu to oni nas ukształtowali. 

— Kim się stałeś?  

— Widzisz, nie każdy toczył się z wysokiego stanowiska na dno, inni pięli się w górę. Jestem zarządcą wojskowym księżyca Umbriel, takie tam.  

— Gratuluje — powiedział twardo i bez emocji Lechibar, nie zazdrościł mu, znał swoją wartość. Była na pewno wyższa od tych wszystkich urzędasów, którzy próbowali skazać go na śmierć —Nie dałbym się pojmać, gdybym chciał pogawędzić.  

— Właśnie widzę, Gniewomir się z tobą nie cackał — Lechibar miał na skroni widoczną ranę.  

— Ano.  

— Dobra — klasnął i zgarbił się, przechylając się jednocześnie bardziej do biurka, które dzieliło go od Lechibara — Jak sobie zdajesz sprawę, wyśledziliśmy cię. Bardzo pomógł nam zwiad Rządu Królewskiego, który bezwzględnie śledził Generała Andżeja po jego powrocie z wielomiesięcznego bojowania. No i muszę ci powiedzieć, że dzieją się takie rzeczy na Ziemi, którego źródłem problemu mogą być twoje dawne misje na tamtych rejonach.  

— To było dawno cholera! Nie możecie mnie skazywać za coś, co zrobiłem dawno temu! Ja podlegam tylko królowi, a nie jego niekompetentnym zastępcą.  

— Wtedy zaś wykonywałeś zadania dla Dyktatu Wojskowego, nie pamiętasz już?  

— Kto mnie każe w takim razie?  

— No — zakłopotał się Bolesław — Chyba; Rząd Królewski skoro informacje należące do ich zwiadu. 

— Jak ty nie wiele wiesz, ja mogę nie wiedzieć, ale przynajmniej nie angażuje się z taką niewiedzą.  

— Dobra, nie mieliśmy gawędzić o niczym — odparł oburzony Bolesław — Chodzi o to, że na Ziemii plemiona w okręgu Finlandzkim wykazują się wiedzą na temat nas i naszej technologii. 

— To chyba dobrze, może dzikusy w końcu nas dościgną — powiedział optymistycznie łotrzyk.  

— Według moich przełożonych to nie dobrze.  

— Dobra, dobra. Przełożeni, znaczy kto? — pozwalał sobie na spoufalenie się Lechibar, ze względu na to, że Bolesław za starych czasów był dla niego bardzo dobrym przyjacielem. Lechibar pośrednio pomógł mu dostać się do rekruta armii Lechickiej — Co to ma wspólnego ze mną? Może wasze tajne bazy na terenach Ziemi zawiodły i dały się nakryć?  

— Nie, te bazy nigdy nie istniały.  

— Pierdolenie, w jednej sam byłem.  

— Nie było i tyle. Widzisz, ja nie mam takiej władzy, aby kwestionować, co zrobiłeś, a co nie. Ja tylko ubiegałem się, abyś trafił do mnie, bo inni użyliby już tortur, gwarantuję ci.  

— I co ja mam niby zrobić?  

— Przyznać się do winy i zdać prawdziwy raport, proste — co każde zdanie z ust Bolesława było czuć co raz większą pogardę. 

— Może zrobię inaczej — mówił wciąż oburzony Lechibar — Powiem o twoich problemach z pamięcią przy mowie końcowej, której żadnemu byłemu żołnierzowi się nie odmawia przed skazaniem na śmierć, mimo jego występków. I stracą cię miesiąc później za zdradę stanu i ukrywanie ważnych faktów, co?  

— Za późno, wyleczono mnie laserowo. Na czarno, ale mimo wszystko.  

— Ha! Na czarno! 

— Nie masz większych dowodów, poza moimi pustymi słowami, które zostały wypowiedziane tylko do ciebie. A czasu na śledztwo mieć nie będziesz. Słuchaj. Nie chce cię prowokować ani nic, tylko wiedz, że ta stacja jest okupowana przez Marsjan wysłanych tutaj przez nasz własny Dyktat, nie za wielu tu znajdziesz Lechitów. A ci powiem jeszcze jedno, pamiętasz moje zabezpieczenia? No to dalej ich używam. Zaraz mam spotkanie z gubernatorem czwartego stanu Marsu, który przyleciał tutaj prywatnym statkiem zadokowanym we wschodniej części stacji. Zostawię cię tu samego i wyjdę, powodzenia — wstał — No i pamiętaj, chce dla ciebie dobrze — wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Lechibar słyszał, jak zamykał najzwyklejszym kluczem staromodny zamek. Lechibar zrozumiał sygnał, iście wieloznaczny. Rzeczywiście pamięć Bolesława została posklejana, kiedyś ten człowiek zapomniał o wszystkim, co robił wczorajszego dnia, dlatego wszystko zapisywał. Czasami nawet zapominał o swojej dolegliwości i nie sprawdzał notatek, co doprowadzało do zaprawdę zabawnych sytuacji. Jedak teraz pamięta nawet takie szczególiki, nawet wie, że Lechibar takie sugestie zrozumie. A Lechibar pamiętał, Bolesław zawsze czy to w pokoju, czy to w biurze, pod biurkiem miał przyczepionego gnata. I tak też było teraz, znalazł zabytkowy rewolwer z wysuwanym bębenkiem, który już zdążył lekko zardzewieć. Pełny. Zaczął przeszukiwać szafki, znalazł dwa czerwone opakowania, lekko pożółkłe z obrazkiem rewolweru takiego samego jak trzymany przez apasza. Lechibar postanowił zatrzymać zabytkowe opakowania, gdyż w tych było wiele naboi mogących okazać się przydatnymi. Podszedł do zamka, nachylił się do niego. Nasłuchiwał, niczego nie mógł usłyszeć z zewnątrz. Raz kozie śmierć. Przestrzelił zamek i kopniakiem wyważył drzwi. Znalazł się w wielkim kompleksie tuneli stworzonych ze szkła z niewielkimi odstępami na biały materiał. Wielki kompleks — który w całej okazałości było widać zaplątany z jego pozycji — wisiał nad księżycem Umbriel. Umbriel był zapełniony cywilizacją mimo tego, że był pokryty, zamarznięto wodą zmieszaną ze skałami i był usiany wieloma kraterami uderzeniowymi. Ponadto było tam ciemno, a tamtejsze władze niezbyt dbały o przejrzyste oświetlenie. Poza tym widział z odległości inne stacje, które były już zaś zbudowane z konkretnego metalu, bez wielu okien. Na przykład stacja świadcząca usługi gastronomiczne z bardzo wygodną funkcją podlecenia statkiem i odebrania jedzenia. Tak to kompleks tuneli, w którym znajdował się pijus, był dość specyficzny. Było mnóstwo drzwi, a mimo to brak jakichś pokoi. No ba! Nawet gabinet Bolesława był tylko widoczny przez drzwi, które Lechibar wyważył, tak to nie. Prawdopodobnie drzwi były systemem zaawansowanych teleportacji, a te wszystkie pomieszczenia znajdowały się na innej planecie. Być może wszystkie pomieszczenia były na Setebosie, który wszakże na powierzchni i pod nią (a też nad nią) świadczy usługi pokoi połączonych teleportami. Aczkolwiek niewykluczone, że poprzez niektóre drzwi, mógłby się dostać na inne planety. Mars odpada, skoro przyleciał z niego jakiś gubernator, Uran też ze względu na niezbyt dogodne zapasy energetyczne, choć nie wykluczone, że król w swoim pałacu posiadał coś takiego. Po tunelach chodziło mnóstwo ludzi, Marsjanie — jak to nazywano ich potocznie: byli zieloni, nie różnili się anatomicznie od Lechitów poza kolorem skóry. Poza tym nosili oni wojskowe mundury obszyte plamistymi kolorami złożonymi z ciepłych odcieni pomarańczy. W mniejszej ilości można było dostrzec standardowo jak na Lechickie stacje Lechickich żołnierzy, dokładniej Żandarmerię Królewską, której Lechibar miał już trochę dość. Schowawszy rewolwer, obibok zaczął ponownie udawać nastukanego. Szedł chwiejnym krokiem wśród wielkiego przeszklonego niby szpaleru. Lechici, jak i Marsjanie dziwnie się na niego patrzyli, jakby z podejrzeniem. Po napotkaniu trzeciej grupy żołnierzy ktoś wytknął go palcem.  

— Hej! Przecież to ten pijak, co go ekipa Gniewomira dostarczyła! — wykrzyczał cholerny zielono skóry.  

— Ale szo? Sze ja? — pokazał na siebie Lechibar i gwałtownie jakby się odchylił na bok i wyciągnął rewolwer, odstrzeliwując od dołu z biodra twarz Marsjanina, drugi sięgał po broń, jednak wtem Lechibar złapał za nią i drugiego uderzył w twarz jego własną bronią, dobijając na ziemi. Rozpoczęła się walka. Lechibar gwałtownie zaczął przypominać sobie boje, w których uczestniczył. Miejsce w którym się znajdował było dla niego idealną pozycją do walki, nikt go nie zestrzeli, nie będąc za lub przed Lechibarem, a jednocześnie widzi wszystkich i wszystko. Miejsce niezbyt dobre do skradania się, ale do działania jednoosobowej armii już jak najbardziej. Obracał się i za pomocą przejętego karabinu zdejmował co raz to kolejnych Marsjan, z których lała się fioletowa krew. Skok i obrót! Skok i obrót! Nieustannie ten schemat powtarzał. Czasami podchodził do bliskiego starcia i tam za pomocą niesamowitego kunsztu walki bezpośredniej eliminował przeciwników, niejednokrotnie chowając się za nimi samymi. Artyzm gołych pięści mógł szlifować podczas swojego pijackiego życia, często trzeba było udowodnić, iż „Andora" to jego terytorium, a nie Turbolechitów. Co z Lechitami przebywającymi na terenie stacji orbitalnej? Ci nie strzelali do Lechibara, próbowali go co najwyżej obezwładnić, nie udawało im się, za co Lechibar odwdzięczał się zwyczajnie do nich nie strzelając. Samotny wojownik także podczas bitwy używał systemu teleportacji, chował się w jakimś gabinecie, uzupełniał w miarę możliwości zapasy amunicji i czasami stamtąd prowadził ostrzał zza biurka, za pomocą nowoczesnych karabinów z kolimatorowymi celownikami, funkcjami termowizyjnymi i laserami przy lufie. Wrzucali różne granaty, jednak Lechibar o dziwo zachowywał trzeźwość umysłu i zestrzeliwał je w locie robiąc solidne przetrzepanie w szeregach wroga. W końcu jednak znalazł się w sytuacji podbramkowej, mnóstwo Marsjan i Lechitów z dwóch stron korytarza, cała horda. Wszyscy uzbrojeni w jeszcze cięższy arsenał niż standardowi przechodnie stacji. Apasz nie wiedział co zrobić, jest już praktycznie skazany na rozstrzelanie przez wroga, jednak wpadł na iście nonszalancki pomysł. Zaczął strzelać w już osłabione szyby, aż w końcu je przebił. Gwałtownie wszyscy podlecieli do góry przez brak grawitacji, powietrze upływało z każdą chwilą. Lechibar odwrócił się i zaczął strzelać w przeciwną stronę: do punktu, do którego chciał się przemieścić, a chciał się przemieścić po prostu do sąsiadującego korytarza. Dlaczego wytrzymywał w próżni? Marsjanie i Lechici nad wyraz dobrze znosili w niej obecność, było co prawda bardzo zimno i nie było czym oddychać, jednak Lechibar w próżni przebywał maksymalnie dwie minuty. Musiał jeszcze zestrzelić tych, którzy polecieli za nim, latali martwi z latającą krwią i oddalali się od stacji. Ten przebił się przez okno kolejnego korytarza i wszedł do jakiegoś gabinetu, aby zaczerpnąć powietrza. Trafił możliwie jak najlepiej. Panel sterujący korytarzami! Nie dość że odgrodził te przebite korytarze i skazał tym samym wielu, wielu żołnierzy na śmierć w próżni (czasami Lechitów, jednak nie mógł być tego świadom) to jeszcze odnalazł część korytarzu na panelu sterowania, która była przypisana pod pozycje teleportacji gabinetu, w którym się znajdował. Chwycił w rękę hologram który wyświetlił się na panelu sterowania. Wyświetliła się cala stacja i zamienił jeden korytarz z drugim. Przesunął swoją pozycję pod jedyną nieoszkloną część stacji, czyli wschodni parking statków kosmicznych i jednocześnie ten korytarz bramami odgrodził, niczym przebudowa konstrukcji zbudowanej z kloców, tylko że klocki te były z hologramu i lewitowały nad ręką żula. Następnie wyszedł z biura, rzeczywiście znalazł się pod parkingiem. Tam już sprawa było nieco bardziej skomplikowana, co prawda nie musiał martwić się o plecy, jednak to była otwarta przestrzeń, z wieloma dokami gdzie były zaparkowane statki. Po ścianach były porozmieszczane pojazdy latające i po bokach mocne rusztowania, po których się poruszano. Na środku znajdowała się zaś wielkie kwadratowe wycięcie, które miało wylot na zewnątrz. Ponownie zaczął bój, chował się za barierkami rusztowania i zdejmował przeciwników z dalekiej odległości. Mógł użyć jakiegoś innego statku, jednak wolał trzymać się sugestii Bolesława. No i w końcu znalazł otwarty od tyłu kwadratowy statek o barwach Marsjańskich. Wszedł do niego i zaczął grzebać w systemie, nijak potrafił odpalić ten Marsjański szmelc. Nagle został zaskoczony i od tyłu ktoś wpakował mu kulkę w plecy. Był to poraniony Lechita, którego omyłkowo Lechibar postrzelił. Żul upadł, jednak podczas upadku sięgnął po rewolwer i w locie zestrzelił Lechitę. Niefortunne zdarzenie. Poza tym ówcześnie opacznie postrzelony Lechita trafił trzy razy w cały panel sterowania, który zaczął świrować. Drzwi się same zamknęły, w środku urządzeń dochodziło do nieszkodliwych dla otoczenia wybuchów. Coś podniosło statek i zaczęło go przenosić nad to dziwne wycięcie prowadzące do próżni. Urządzenie niebędące w zasięgu wzroku Lechibara puściło statek i ten spadał gdzie to dotarł do próżni, w której już nie miał gdzie spadać, tylko sobie lewitował, aż w końcu się odpalił i ruszył. Lechibar siedział z postrzelonymi plecami, dyszał mocno, jego organizm nie był już przyzwyczajony do takiego bólu. Pilot automatyczny, cel podróży? Mars? Jednak silnik szwankował i wszystko nadal sobie buchało elektrycznością, aż w końcu trajektoria lotu została zmieniona i statek zaczął lądować... Na Ziemi! Uderzył o jakąś niewielką górę, całkowicie ją niszcząc i rozbił się w środku jakiejś polany. Grawitacja w środku się wyłączyła i Lechibar spadł na sufit statku, tak... Rozbił on się do góry nogami. Drzwi się otworzyły, Lechibar jakoś wyszedł po podwyższonej rampie, która powinna być na górze i od razu upadł... Na trawę... Było dość ciepło, na planecie występowało niespotykanie świeże powietrze jak na te czasy... Jak dawno takiego nie czuł! I ta wielka cisza, czystość, brak jakiejkolwiek technologii! Tylko rozbity statek i rewolwer w ręku. Kula ugrzęzła głęboko, jednak wstał i popatrzył się w niebo, na święcący mocniej niż zwykle księżyc.  

— Mogliście zrozumieć, że bycie najlepszym niesie za sobą pewne konsekwencje, byłem wysyłany na samobójcze misje, wiedziałem, że w każdej chwili mogę stracić życie, dlatego się skurwysyny zapijałem, żeby móc się przespać, żeby poczuć choć odrobinę relaksu... — Upadł na dupę i oparł się o wysuniętą rampę. Krew się z niego powoli wylewała, poczuł się śpiący. Uciskał ranę, w drugiej ręce trzymając rewolwer... Zaczął zasypiać...


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości