ISET - rozdział IXa

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Vampircia
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 283
Zobacz teksty użytkownika:

ISET - rozdział IXa

Post#1 » 14 gru 2019, o 11:27

Rozdział I: viewtopic.php?f=122&t=8097 

Rozdział II: viewtopic.php?f=122&t=8136 

Rozdział IIIa: viewtopic.php?f=122&t=8181 

Rozdział IIIb: viewtopic.php?f=122&t=8182 

Rozdział IV: viewtopic.php?f=122&t=8221 

Rozdział Va: viewtopic.php?f=122&t=8271 

Rozdział Vb: viewtopic.php?f=122&t=8272 

Rozdział VI: viewtopic.php?f=122&t=8314 

Rozdział VII: viewtopic.php?f=122&t=8331 

Rozdział VIII: viewtopic.php?f=122&t=8348 

 

----- 

 

Rozdział IX - „Urlop” 

 

 

Współpraca między ludźmi i Anahibianami rozkwitała. Pierwsza wspólna baza została założona na Antares 4 – planecie bogatej w surowce i o ciekawej historii geologicznej. Była jeszcze zimniejsza od ojczyzny Abza, ale dzięki połączonej pracy obu ras i anahibiańskiej technologii szybko udało się ją zasiedlić przez zespół badawczy. Baza miała wielkość szkolnego boiska i składała się z kilku modułów w kształcie igloo, połączonych tunelami. Położona na szczycie ośnieżonego wzgórza, stanowiła dobry punkt obserwacyjny, choć okolica nie różniła się zbytnio od arktycznych pustkowi. Jednak bliskość stromego zbocza umożliwiała też inny rodzaj atrakcji. 

- Tym razem będę szybsza – zakomunikowała Joanna, nakładając na oczy gogle. 

- Zobaczymy – powiedział Abz, trzymając kijki w gotowości i ustawiając się w pozycji zjazdowej. 

Ruszyli jednocześnie i dość szybko osiągnęli prędkość niebezpieczną dla zwykłego amatora sportów zimowych. Joanna uważała się za dobrą narciarkę, nie bała się stromych stoków, ale dla Abza zjeżdżanie wydawało się równie naturalne, co oddychanie. Z łatwością pokonywał każdą przeszkodę, każde wzniesienie i rzadko wytracał na szybkości. Kobieta nie zaobserwowała by choć raz stracił równowagę, czy stchórzył i wybrał łatwiejszą trasę. Jechał z taką gracją, jakby z dokładnością przewidywał każdy manewr, jaki będzie musiał zastosować. Po raz kolejny dotarł na sam dół pierwszy, choć różnica czasu między nim, a Joanną była stosunkowo niewielka. 

- Jesteś dobra jak na Ziemiankę – skomentował, odpinając narty. 

- A ty masz farta – odparła półżartem kobieta i zrobiła to samo, co jej kolega. Na szczyt musieli dotrzeć pieszo. - Szkoda, że twoi rodacy nie przywieźli tu ze sobą wyciągu. 

Droga na wierzchołek nie stanowiła wcale tak wielkiego problemu, jak mogłoby się wydawać. Treningi z Garethem bardzo podnosiły kondycję i już po kilku tygodniach dało się odczuć ich efekty. Obecnie cywilni członkowie załogi zaczynali dorównywać wytrzymałością i sprawnością niektórym wojskowym. Choć zdolności bojowe wymagały znacznie dłuższego treningu i jeszcze wiele musieli się nauczyć. 

Kiedy Abz i Joanna byli mniej więcej w połowie drogi, dało się słyszeć dźwięk nadlatującego statku. Spojrzeli w górę i zauważyli, że nie jest to Odyseja. Nie zdziwili się jednak specjalnie. Wiedzieli, że Anahibianom udało się rozgryźć znaczną część obcej technologii i pracowali nad własnymi pojazdami o podobnych możliwościach. Jeden z nich został ukończony. 

Po dotarciu na górę naukowców przywitał Gareth, z którym nie widzieli się od ponad tygodnia. Uściskali go uradowani, spoglądając na statek, który znajdował się za jego plecami. Z zewnątrz nie przypominał Odysei. Miał metaliczny kolor i mniej opływowe kształty. Przypominał trochę wielkie żelazko. 

- Dali mi siąść za sterami. Mówię wam, pilotuje się o wiele lepiej, niż naszą łajbę. Zdecydowanie wolę klasyczne drążki, niż tą dziwną konsolę – pochwalił się major. - Mam nadzieję, że też kiedyś będziemy taki mieć. 

- Gdzie Odyseja? Wciąż na Anahibi? - spytała Joanna. 

- Tak, jeszcze coś tam badają, ale mają ją zwrócić na dniach. Podrzucą nas do domu tym nowym cacuszkiem – wyjaśnił Gareth i wraz z kolegami udał się do bazy. 

- Chenowi się to nie spodoba. Już się tu zadomowił – odparł Abz. 

- Ale Hildzie się spodoba. Tęskni za wami – z tymi słowy Gareth wszedł do środka. 

Po drodze mijali zarówno ludzkich jak i anahibiańskich pracowników, co stanowiło ciekawy widok. Po raz pierwszy obie rasy współpracowały ze sobą na taką skalę. Gdy weszli do jednego z modułów, zauważyli, że Chen również omawia coś z obcymi. Przyglądał się jakimś wykresom i nawet nie zauważył przybyszów, póki się nie przywitali. 

- Pakuj się. Wracamy na Ziemię – oznajmił Gareth prosto z mostu. 

- Tak szybko? Dopiero się rozkręcamy – zaprotestował Chen. 

- Nie jesteś tu jedynym geologiem. Poradzą sobie. 

- Kiedy tutaj wreszcie czuję, że robię coś pożytecznego. 

- Rozkaz odgórny. Nie ja to wymyśliłem. 

Nie było sensu się sprzeczać. Chen zwiesił głowę i westchnął. 

 

 

Podróż nowym statkiem rzeczywiście okazała się satysfakcjonującym doświadczeniem. Przede wszystkim wnętrze zdawało się bardziej ludzkie, a przez to też bardziej przyjazne. Fotele, stery i inne przyrządy nie różniły się zbytnio od tego, co można spotkać w ziemskich pojazdach, dlatego cywile zrozumieli, czemu Garethowi ten statek tak bardzo przypadł do gustu. I tym razem anahibiański pilot pozwolił mu zająć na chwilę jego miejsce, co wywołało u majora wielką radość. Oficer udowodnił też z jaką łatwością przychodzi mu wyczucie nowego pojazdu. 

Ziemska baza stała się dla załogi niemalże domem, więc kiedy znaleźli się w środku, poczuli się jak na starych śmieciach. Nawet Chen, pomimo swej niechęci do powrotu, uśmiechnął się na widok znajomego miejsca. Podróżnicy pożegnali się z anahibiańską załogą i udali się do wyjścia z hangaru. Nim jednak go opuścili, podszedł do nich żołnierz. Zasalutował i wręczył Garethowi list. 

- Przyszło przed chwilą, majorze – wyjaśnił. 

Oficer odprawił podwładnego i zmieszany przyjrzał się kopercie. Otworzył ją i kiedy tylko zaczął czytać wiadomość, na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia. 

- Co piszą? - spytała Joanna z niepokojem. 

- Mój ojciec nie żyje. Zawał... – wymamrotał Gareth oszołomiony. 

Nie wyglądał na załamanego. Raczej na zakłopotanego. Jakby w ogóle nie wiedział, co myśleć o całej sytuacji. Zastygł z listem w dłoni i zaczął w zadumie gapić się przed siebie. Jego przyjaciele poczuli się skrępowani. W takiej sytuacji trudno było powiedzieć cokolwiek sensownego. 

- Przykro mi – rzucił Chen ze spuszczonym wzrokiem 

Gareth nie odpowiedział, tylko schował list i zamyślony udał się do swojej kwatery. 

 

 

Kiedy Hilda przyszła odwiedzić swego dowódcę, ten się pakował. Wiedziała już o wszystkim i chciała podnieść go na duchu. Choć trudno było powiedzieć, co czuje Gareth, bo jego twarz nie przedstawiała żadnych emocji. Możliwe, że je w sobie tłamsił, by nie okazać słabości. Odkąd dowiedział się o śmierci ojca, zachowywał się bardzo tajemniczo. 

- Chciałam złożyć kondolencje – powiedziała Hilda. 

- Dzięki – odparł beznamiętnie Gareth, dalej skoncentrowany na pakowaniu się. 

- Jeśli chciałbyś porozmawiać, to mam teraz wolne. 

Lekarka myślała, że major ją odprawi, albo tylko mruknie coś pod nosem i powróci do swoich zajęć, jednak stało się inaczej. Przestał się pakować, westchnął i usiadł na łóżku. 

- Wiesz co jest najgorsze? - spytał, wpatrując się w ścianę. - Nic nie czuję. Nic. Był moim ojcem, powinienem to jakoś przeżywać, ale nie... Pustka. Czy to znaczy, że coś ze mną nie tak? 

- To zależy jaką rolę odgrywał w twoim życiu – powiedziała Hilda z zaskakującą wyrozumiałością i i usiadła obok kolegi. 

- No właśnie nie odgrywał żadnej. Moi rodzice się rozstali jak byłem bardzo mały. Ojciec nigdy się specjalnie nami nie interesował. Był generałem, wojsko bardziej traktował jak rodzinę, niż nas. Nie przepadałem za nim. Nigdy nic złego mi nie uczynił, ale w sumie dobrego też nie. Po prostu... był. Gdzieś tam sobie był. Nie obchodziło mnie gdzie. A podczas tych rzadkich spotkań nawet nie miałem o czym z nim rozmawiać. Ale myślałem... no nie wiem, myślałem, że jednak coś odczuję. A tu nic... - wyjaśnił Gareth zmieszany. 

- Masz poczucie winy, bo uważasz, że powinieneś się tym przejąć – zauważyła Hilda. - Ale był dla ciebie jak obcy człowiek. A nie przejmujemy się przecież za każdym razem, gdy umrze ktoś obcy. 

- Ale mimo wszystko był moim ojcem. Może i beznadziejnym, ale jednak. 

- Jeśli przejmujesz się tym, że nic nie czujesz, to znaczy, że jednak nie jesteś nieczuły i że nie był ci kompletnie obojętny – uśmiechnęła się Hilda i poklepała przyjaciela po ramieniu. 

- Dzięki – odparł Gareth z niepewnym uśmiechem. 

Słowa Hildy trochę podniosły go na duchu, chociaż nie zażegnały całkowicie jego rozterek. Miał wrażenie, że podróż do domu będzie trudniejszą misją niż badanie obcych planet. 

 

 

W zebraniu zwołanym przez profesora Price'a uczestniczyli tylko Joanna, Hilda i Chen. Czyli dokładnie tak, jak zostało to zaplanowane. By nie zabierać im więcej czasu, przełożony od razu przeszedł do sedna. 

- Znamy się już prawie rok. Staliśmy się niemalże rodziną. Dlatego uznałem, że powinniśmy wziąć udział w pogrzebie ojca majora. Przy okazji dostaniecie tydzień urlopu. Na pewno chcielibyście odwiedzić swoje rodziny. 

Słowa profesora spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem. Każdy chciał na jakiś czas wyrwać się z mroźnego pustkowia, nawet jeśli oznaczało to przerwę w nowych przygodach. 

- To właściwie wszystko, co chciałem powiedzieć. Wyjeżdżamy jutro, więc lepiej zacznijcie się pakować. Jesteście wolni – oznajmił profesor. 

Joanna nie opuściła sali tak jak pozostali. Chciała porozmawiać z przełożonym na osobności. 

- Abz z nami nie jedzie? - spytała zdziwiona i zawiedziona. 

- Jest zdecydowanie za wcześnie, by obcy mógł swobodnie poruszać się po naszej planecie. 

- Przecież udowodnił, że jest godny zaufania! - uniosła się kobieta. 

- To odgórne zarządzenie i nie zamierzam o tym dyskutować. Proszę się nie martwić kolegą. On również dostanie urlop i z przyjemnością spędzi go na rodzinnej planecie. 

Wydawało się to uczciwe i Joanna więcej się nie kłóciła. Jednak niesmak pozostał. Nie podobał jej się fakt, że Abz dalej nie jest traktowany jako pełnoprawny członek zespołu. 

 

 

Powrót do cywilizacji po tak długim czasie spędzonym na odludziu był dziwnym uczuciem. Najdrobniejsze rzeczy zdawały się fascynujące, zupełnie jak w przypadku Abza podczas jego pierwszego dnia na Ziemi. Do tego nietypowe okoliczności sprawiały, że ten dzień miał zapaść w pamięć wszystkim członkom załogi. Nie często odwiedza się pogrzeby wysokich oficerów. Ilość obecnych wojskowych i pompa z jaką została zorganizowana ceremonia zrobiły wrażenie nawet na samym Gareth'cie. Jednak najbardziej cieszył się, że przybyli z nim jego przyjaciele. Przedstawił ich zarówno swojej matce, jak i swojemu bratu. 

- Miło mi was poznać, jestem Griffith – oznajmił mężczyzna w mundurze pułkownika. - Gareth bardzo ciepło się o was wyrażał. 

Wyglądał na jakieś dziesięć lat starszego od majora i znacznie się od niego różnił. Był wyższy, szerszy w ramionach i miał zdecydowanie ostrzejsze rysy twarzy. Do tego ciemne włosy. Wdał się w ojca, w przeciwieństwie do Garetha, który pod wieloma względami przypominał matkę. 

- Chodźmy – rzekła rudowłosa kobieta i chwyciła młodszego syna pod rękę. 

Przyjaciele majora postanowili zostać na uboczu i pozwolić rodzinie spędzić ceremonię w zadumie. Złożyli tylko kondolencje i stanęli na tyłach kościoła, podczas gdy Gareth udał się z matką i bratem na sam przód. 

Pogrzeb generała był ciekawym doświadczeniem zarówno dla nich, jak i dla Garetha. Wszystkie honory, z którymi pochowano jego ojca sprawiły, że po raz pierwszy major poczuł się dumny, że jest jego synem. Co prawda brakowało mu doń niego przywiązania, ale uważał, że jego ojciec zasłużył na taki pogrzeb. Nawet jeśli poniósł porażkę w życiu rodzinnym, wiele osiągnął w sferze zawodowej. Gareth nie uronił łzy, ale zrobiło mu się przykro, że nie miał okazji porozmawiać z ojcem przed jego śmiercią. Że nie mógł mu opowiedzieć o swoich przygodach i sukcesach. Na pewno generał byłby z niego dumny. 

Gdy ceremonia dobiegła końca, atmosfera nieco się rozluźniła. Bliscy zmarłego ściskali się, by dodać sobie otuchy, rozmawiali i wymieniali się przemyśleniami. Gareth miał wtedy okazję pobyć trochę ze swoimi przyjaciółmi i przespacerować się. Pogoda tego dnia dopisała. Popołudnie upływało pod znakiem ciepła i słońca, a widok ziemskiej zieleni bardzo podbudowywał. 

- To było naprawdę piękne. Ci wszyscy żołnierze i te salwy honorowe... Nie sądziłam, że kiedyś zobaczę coś takiego – powiedziała Joanna, będąca pod sporym wrażeniem. 

- Tak... Szkoda, że przyjechaliśmy tu w takich okolicznościach. Mam nadzieję, że jeszcze tu kiedyś wpadniecie. Koniecznie musisz się przelecieć moim składakiem – stwierdził Gareth, podziwiając okolicę. 

- Znaczy się samolotem? Masz własny samolot? - zaciekawiła się Joanna. 

- Tak, ojciec mi go dał na osiemnaste urodziny i pomógł złożyć. Chyba to jednak nieprawda, że nic dla mnie nie zrobił. Miewał przebłyski. - Kiedy Gareth sobie to uświadomił, poczuł się trochę lepiej. 

Ten dzień nie okazał się taki straszny, jak początkowo Gareth się spodziewał. Mimo przykrych okoliczności i początkowych obaw major ucieszył się ze spotkania z rodziną. Przez swe ciągłe wyprawy prawie zapomniał o domu i najbliższych, a przecież właśnie oni byli najważniejsi. Kiedyś, przy poznawaniu ogromu wszechświata, jego własne życie wydawało mu się mało znaczące. Teraz to wszechświat stał się nieistotny, a tu i teraz zajęło jego miejsce. Było tyle osób, które Gareth chciał odwiedzić. Nie wiedział nawet, czy mu się to uda w ciągu tygodnia. Najpierw rodzina, potem przyszedł czas na znajomych. 

Garethowi wreszcie było dane spotkać się ze starymi kolegami i wypić z nimi piwo w lokalnym pubie. Żałował, że nie może zdradzić im prawdy o swojej pracy. Za to musiał się trzymać fikcyjnej wersji o testowaniu nowych pojazdów przez Europejską Agencję Kosmiczną. Dla zwykłego zjadacza chleba też mogło brzmieć to ekscytująco, ale Gareth czuł się tak, jakby to ubliżało jego potencjałowi. Chciałby zobaczyć miny kolegów, gdyby im powiedział, czym naprawdę się zajmuje. 

- Więc będziesz astronautą? Pewnie dużo się zarabia, co? - spytał Roger, który niegdyś przez Garetha i jego zabawy z mieczem prawie stracił dwa palce. 

- Lepiej niż za misje – wyjaśnił major bez entuzjazmu, bo bardzo nie lubił rozmawiać o fikcyjnej pracy. 

- I co? Wyślą cię na Marsa? - zażartował Morgan, drugi kolega Garetha. W przeciwieństwie do przysadzistego i zarośniętego Rogera, on był chudy jak patyk i ostrzyżony na zapałkę. 

- Pewnie będą go wysyłać na orbitę i z powrotem – skomentował Roger i zapalił papierosa. 

- Ale tak czy siak będzie pierwszym Walijczykiem w kosmosie. Wznieśmy toast – zasugerował Morgan. 

Koledzy stuknęli się kuflami i wzięli porządny łyk piwa. W tej chwili Gareth miał ochotę powiedzieć, że stał się kimś więcej, niż pierwszym Walijczykiem w kosmosie. Jako pierwszy zasiadł za sterami obcego statku kosmicznego. Jako pierwszy dotarł do planet pozasłonecznych, a nawet do innej galaktyki. Ale nie mógł się tym pochwalić. 

- A są chociaż jakieś fajne laseczki w tej Agencji Kosmicznej? - spytał Morgan, dłubiąc w zębach zapałką. 

- No coś ty! Pewnie same kujonki w brylach – zaśmiał się Roger. 

- Lubię inteligentne kobiety – odparł na to Gareth spokojnie i całkowicie serio, czym zaskoczył przyjaciół. 

- Kiedy wróciłeś z Afganistanu i chciałeś przez tydzień imprezować, mówiłeś co innego – zauważył Roger i wyrzucił zapałkę do popielniczki. 

- Widocznie się starzeję – stwierdził major, oglądając kufel z zadumą. 

- A tam starzejesz się. Przecież masz dopiero trzydzieści cztery lata. To dobry wiek dla mężczyzny. Powinieneś korzystać z życia ile się da. 

Gareth korzystał i to bardzo. Bardziej niż ktokolwiek mógłby sobie zamarzyć. Ale musiał zachować to dla siebie. 

- Mam pomysł. Może pojedziemy wszyscy na weekend do Cardiff i poszalejemy? - zaproponował Roger, ucieszony, że wpadł na tak genialny pomysł. 

Jednak Gareth nie podzielał entuzjazmu kolegów. Dalej wpatrywał się w kufel i nad czymś rozmyślał. Widać też było, że rośnie w nim irytacja. 

- Ledwo ojca pochowałem i mam balować? - rzekł z oburzeniem. - Co ja tu w ogóle robię?! Powinienem dotrzymywać mamie towarzystwa – z tymi słowy wstał gwałtownie i zostawił swoich przyjaciół w stanie oszołomienia. 

 

 

Pierwszymi osobami, które przywitały Abza z powrotem na Anahibi była prezydent i jej ochroniarz, będący także jego bliskim kolegą. 

- Cześć, mamo! Cześć, Ib! 

Abz nabrał na Ziemi wielu nawyków. Pominął tradycyjne anahibiańskie powitanie i uściskał mocno obie osoby. Spotkało się to z pewnym zaskoczeniem, ale raczej pozytywnym. 

- Zmieniłeś się. Albo mi się wydaje, albo urosłeś w ramionach – zauważył ochroniarz z podziwem. 

- Za to ty jesteś tak samo napakowany, jak zawsze – zaśmiał się Abz. 

Miał sporo racji. Ibhahabi Ibhahab Ib był silny jak na Anahibiańczyka. Jego ciała i postury nie powstydziłaby się większość ziemskich sportowców. Posiadał idealne mięśnie, ani za duże, ani za małe. Bez wątpienia zwracał na siebie uwagę. Do tego jego oczy były barwy niezwykle intensywnego błękitu, niespotykanej wśród Ziemian. 

- Wyglądasz wspaniale. Widzę, że ta praca ci służy – powiedziała prezydent, z zadowoleniem patrząc na syna. 

- Nawet nie wiecie jak na początku się bałem. 

Abz nie zamierzał niczego ukrywać. Odpowiedział na każde pytanie matki. Był dumny ze swoich osiągnięć i podczas obiadu raczył wtajemniczonych słuchaczy sprawozdaniami ze swoich przygód. Jego dusza rozkwitała i już dawno nie czuł się tak szczęśliwy. Nie dość, że spotkało go niezwykle serdeczne powitanie, to wreszcie miał okazję najeść się anahibiańskich potraw. Kuchnia na Ziemi mu nie przeszkadzała, ale stęsknił się za smakami, na których się wychował. Jego przybycie trzymano w tajemnicy, choć oficjalnie zajmował się badaniami w swoim układzie słonecznym. Prezydent bała się, że niepotrzebny rozgłos zepsuje mu urlop, więc Abz nie udzielał się publicznie. 

Wieczorem wrócił do własnego domu, bo bardzo się za nim stęsknił. Nie zamierzał się izolować, ale marzył o tym, żeby spędzić noc w swoim starym łóżku. Biała kopuła była w środku bardzo zadbana, co znaczyło, że matka dopilnowała, by ją regularnie sprzątano. Poza tym wszystko znajdowało się na swoim miejscu. W domu dalej przeważał błękit, szarość i biel. Wnętrze było skromne lecz eleganckie i po głębszym namyśle Abz doszedł do wniosku, że nie różniło się tak bardzo od ziemskich wystrojów. 

Postanowił zaparzyć sobie ulubionych ziół, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi. Zdziwił się trochę i nieufnie podszedł do nich. Postanowił je otworzyć. Kiedy to zrobił, na chwilę zamarł. Stał tam jego były służący Zak. Abz bez problemu rozpoznał jego niewinną buzię, choć mężczyzna zapuścił włosy i teraz sięgały mu prawie do ramion. Miał dziwnie beznamiętny wyraz twarzy. Do tego nosił tę samą białą tunikę co w dniu, gdy widzieli się po raz ostatni. Może zrobił to celowo? 

- Mogę wejść? - spytał Zak, spokojnie lecz tajemniczo. 

- Uh... jasne – odparł Abz niepewnie. 

Wpuścił dawnego pracownika, ale nie był pewien czy powinien. Jego pojawianie się akurat teraz stanowiło dziwny zbieg okoliczności. Wręcz podejrzany. Do tego Zak udowodnił już, że potrafi być bardzo nieprzewidywalny. Czy groźny? Trudno powiedzieć, ale bez wątpienia należało na niego uważać. W końcu normalni ludzie nie odurzają swoich pracodawców. 

- Zrobić ci coś do picia? - spytał Abz, z trudem zachowując spokój. 

Zakowi dziwnie z oczu patrzyło. Wpatrywał się w Abza jak zahipnotyzowany. To nie był dobry znak. Abz zaczynał żałować, że pozwolił mu wejść do środka. Nigdy mu nie przyszło do głowy, że Zak może wrócić. Nie po tym, co zrobił. Gdyby wiedział, pewnie poinformowałby o dawnym zajściu odpowiednie służby, a nie pozostawiał sprawy samopas. 

- No i popatrz. Udało ci się. Spełniłeś swoje marzenie – powiedział Zak i wcale nie brzmiał na zadowolonego. Raczej na zazdrosnego. 

Abz stanął bez ruchu i dokładnie obserwował intruza. Mimo tych wszystkich trudnych doświadczeń podczas wielu misji, zaczynał się bać. 

- No... badanie układu słonecznego to wspaniała praca... - wydusił z siebie Abz, próbując stwarzać pozory. 

- Układu słonecznego? Też mi coś – prychnął Zak i zrobił kilka powolnych kroków w stronę Abza. Ten zaczął się odruchowo oddalać. 

Zak mógł blefować, w końcu nie powiedział nic konkretnego, ale jeśli posiadał tak ściśle tajne informacje... Abz nawet nie chciał wiedzieć, co jego były służący mógł robić przez ostatni rok. 

- Zawsze dostawałeś to, czego chciałeś. Czemu ty? Czemu ja tak nie mogę? - spytał Zak, a jego słowa coraz bardziej przypominały bełkot szaleńca. - Wiem o tobie wszystko. 

Abz nie mógł bardziej się oddalić, bo napotkał ścianę. Zaś Zak przyspieszył kroku i wkrótce znalazł się tuż przy nim. Sięgnął po coś do kieszeni, a wtedy Abz wiedział już, że musi szybko zareagować. Zak wyciągnął paralizator. Drugi mężczyzna zrobił szybki unik. Chwycił napastnika za nadgarstek, wytrącając mu broń z dłoni. Założył mu dźwignię, co sprowadziło Zaka do parteru. Abz bezzwłocznie włączył swój zegarkofon. 

- Ib, przyjedź jak najszybciej! Mam problem – powiedział i żałował, że nie może uściskać Garetha za to, że kazał mu w kółko trenować te same chwyty. 

 

----- 

 

Rozdział IXb: viewtopic.php?f=122&t=8411

Obrazek

Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości