Zachęcamy do czytania naszych poradników!

CIAŁO / WIĘZIENIE (Część I)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Bart_Liry
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 2
Zobacz teksty użytkownika:

CIAŁO / WIĘZIENIE (Część I)

Post#1 » 14 sty 2020, o 17:47

Najpierw poczuł delikatne ruchy, jakby ktoś z kim spędziło się miłą noc, łaskotał skórę. Później zdawało się, że niedoszły kochanek miarowo wytacza rytm ciału Dukana. Przyjemne uczucie powoli wyławiało mężczyznę z nieznanych połaci marzeń sennych. Przed całkowitym przebudzeniem pojawiło się zamglone wspomnienie wybudzania przez rodziców do szkoły, jednak zostało brutalne rozwiane przez rzeczywistość. Mężczyzna otworzył oczy. Wybudził się ze snu regeneracyjnego w komorze własnej roboty. Zajmująca sporą część jego mieszkania, kapsuła została stworzona na gruncie hydrozasady. Pojęcie te zakładało, że człowiek najlepiej odpoczywa w warunkach zbliżonych do łona matki, gdzie wszystkie podstawowe potrzeby były spełniane odgórnie. Dlatego kapsuła była wypełniona mieszanką wody, płynów ustrojowych i sztucznych wód płodowych wzbogaconych o nadfluorek węgla, który zwiększał ilość tlenu w cieczy. Dzięki tej mieszance, Dukan podłączony do maski wyłapującej tlen z płynu, mógł spokojnie odpoczywać odcięty od rzeczywistości, aż do momentu, „ponownych narodzin”. Jednak moment wybudzenia nie mógł być gwałtowny, musiał przypominać powolne wychodzenie z łona matki. 

 

W cieczy zaczął dostrzegać zarysy własnego ciała, widział dłonie, którymi z każdą chwilą starał się miarowo poruszać. Mała dioda podłączona do włazu zaczynała świecić coraz mocniej. Wibracje, które kołysały wodą, powoli ustawały po wykryciu zwiększonej aktywności mózgu. Świat poza cieczą zaczął jarzyć się coraz jaśniejszym światłem. Gdy Dukan był już wybudzony, wcisnął wewnętrzny przycisk do opuszczenia bezpiecznego schronu i wraz ze znikaniem cieczy w odpływie zaczął ściągać maskę tlenową. Po wszystkim został przemyty przez dwa mechaniczne ramiona wewnątrz maszyny. Proces przypominał opuszczenie kwarantanny, jednak odpowiednia dezynfekcja przed i po pobycie w kabinie gwarantowała bezpieczeństwo w użytkowaniu. Wychodząc z kabiny, jego oczom ukazały się całe spektra kolorów. Po każdych „ponownych narodzinach” schemat był ten sam, zmysły się wyostrzały, świat pokazywał więcej, a umysł chłonny jak gąbka zdawał się przyjmować każdy bodziec. Na pierwszy rzut sterylne pomieszczenie, nie skrywało w sobie żadnej głębi, jednak dla Dukana, zupełnie jak dla narkomana na fazie, wszystko było nieoczywiste. Czuł odcienie szarości bijące od ścian, lodową stal narzędzi specjalistycznych tnącą wszystko wokół, pulsujące grafitowe pasy wypełnione tajemniczymi płynami, brudno złote rury wijące się nad sufitem, jak węże dawno zapomnianego bóstwa. Gdzieniegdzie zataczały się puste opakowania po soku jabłkowym, które w odczuciu mężczyzny uchodziły za sztuczne kolorytem w królestwie stonowanej barwy i stopionego ideału. Ten kontrast pomiędzy sztucznym łonem a światem rzeczywistym zawsze zachwycał mężczyznę. W środku maszyny zawsze leżało się skulonym w pozycji embrionalnej z oczami silnie zaciśniętymi, dzięki czemu świat przestawał przybierać znane formy. Wszystko stawało się płynem, a tytanowy właz i zwierciadło półprzepuszczalne uniemożliwiały wlatywanie jakichkolwiek kolorów do środka. To jedno z tych miejsc, gdzie zawsze będzie ciemno i ciepło, dokąd zawsze będzie można tam uciec. Kapsuła przypominała mężczyźnie o matce, której nie pamiętam, o tym, że pomimo luk, gdzieś tam kryło się wspomnienie zawierające podobne poczucie do tego, które odczuwał wewnątrz; poczucie bezpieczeństwa. To właśnie ten kamienny most, który postanowił stworzyć Dukan, zdawał się jedyną odskocznią od życia w ciągłym strachu. Chociaż przez ten jeden moment mógł spokojnie trwać w letargu, nie bojąc się, że most, który łączył go z tym, co dobre, spłonie strawiony jego własną paranoją. I choć on sam nie zniszczyłby mechanicznego łona, to rozumiał, że to, co kochamy, najbardziej nas niszczy. W tym przypadku maszyna pochłaniała cenny czas, który mężczyzna mógł przeznaczyć na pracę. Im więcej siedział w cieczy, tym miał mniej pieniędzy, a im mniej pieniędzy, tym mniej jedzenia. Pępowina powoli zaciskała się na szyi mężczyzny, pozornie niezauważalnie, jednak wciąż w śmiertelnym uścisku. 

 

Swoje pierwsze kroki postawił niemal na równi z powiadomieniem, które przyszło na jego morpha. Podszedł niepewnie do szafki, gdzie leżało urządzenie. Ciało z każdą chwilą na twardym gruncie zdawało się przyzwyczajać, krok za krokiem był coraz pewniejszy, mięśnie coraz mocniej napinały się. Dukan chwycił płaski kawałek kryształu, a ten zamigotał, skanując siatkówkę. Momentalnie przyśpieszył swoje ruchy, gdy tylko przeczytał wiadomość. Nie miał dużo czasu, a sprawa była delikatna. Znowu chodziło o wszechświadomość. Ostatnio coraz częściej wykonywał takie zabiegi, Przeplatało się to z czasem, gdy w internecie, przeżytku cywilizacyjnym, wrzało na temat buntów pół syntetycznych maszyn. Przynajmniej połowa z tych wiadomości była fałszywa już na pierwszy rzut oka, jednak Dukan bał się o coś innego niż tylko świadomość, że zagrażają nam nasze własne zabawki. Gdzieś wewnątrz czuł strach, że powoli obserwuje wzrost nowego, lepszego gatunku, takiego, który nie potrzebuje ciepłych kapsuł, takiego, który nie potrzebuje bogów i potworów, bo sam jest połączeniem tych obu. Właśnie z tego powodu coraz rzadziej zaglądał poza własne podwórko, bał się dowiedzieć za dużo, bo wiedział, że wiedza zabija równie skutecznie, co nóż. Więc stał z boku i po prostu robił swoje, trwając w cieniu, żyjąc w strachu nie tylko przed końcem ludzkości, ale również myślą, że ludzkość jako społeczeństwo, wciąż będzie trwało. 

 

Dukan podszedł do metalowego stołu operacyjnego umiejscowionego na środku pokoju. Jednym machnięciem ręki zrzucił z niego puste opakowania po soku jabłkowym i czytniki holoksiążek, po czym wszystkie te przedmioty zręcznym kopnięciem przerzucił pod stół, tak by pozostały poza zasięgiem „wzroku gości”. Pośpiesznie przeczyścił narzędzia i sam stół operacyjny, po czym włączył zimny strumień powietrza. Żyjąc pod ziemią, już dawno wyzbył się nawyku otwierania okien czy choćby wietrzenia pokoju, jednak klienci często skarżyli się na odór, więc postanowił zainwestować w dyszę. Zapach potu ustąpił ostremu jak brzytwa powiewowi. Jego ręce zadrżały, działo tak się za każdym razem, gdy miało dojść do jakiegoś kontaktu z kimś ze świata na zewnątrz. Już sam do końca nie wiedział, czy było to spowodowane jego strachem, czy reakcją organizmu na bakterie przyniesione z powierzchni. Zakładając magnetyczne rękawice, które minimalizowały drgania, przeglądnął się w stalowym zwierciadle, na którym za chwile miała leżeć jego ofiara. Twarz bez zmarszczek, jednak nie wyglądała na młodą, włosy schludnie związane, jednak niesiwe ani nielśniące. Był jednym z tego typu osób, których wiek był zagadką, on sam dawno temu zapomniał ile naprawdę ma lat, a zabiegi kosmetyczne na zawsze zmroziły jego twarz. Dzięki temu nikt nie mógł mu zarzucić, że jest za stary lub za młody na wykonywanie tego zawodu, był jak zręczny rzemieślnik pod stalową maską. Ludzie oceniali tylko jego dzieła, nie jego samego. Plusem był też fakt, że nikt nie dociekał, nie pytał o jego przeszłość czy przyszłość, prosta transakcja, a nawet jeśli ktoś próbował zagaić rozmowę, to i tak kończyło się to fiaskiem. Dukan miał niewiarygodną obsesję na punkcie inwigilacji swojej osoby, po wielu próbach usunięcia całkowicie swojej pamięci, posiadał jedynie strzępy wspomnień o samym sobie, a te składały się na potłuczony obraz w odbiciu, które codziennie oglądał. Czasem jakaś wiadomość od nieświadomości zdawała się wyciekać zza potężnej tafli ciemności w mechanicznym łonie. Jednego dnia było to wybudzanie przez rodziców, innego łamanie kości nieznajomej. Więc kim był naprawdę? Często zastanawiał się, czy aby na pewno jest istotą ludzką, a nie zimnym robotem posiadającym program do uwalniania szczątkowo pamięci losowych osób, stworzonym jedynie by wykonywać skomplikowane operacje. Wtedy zawsze uświadamiał sobie, że to nie prawda, że jest coś jeszcze, co potwierdzało jego ludzkie pochodzenie i nie był to strach. Pod pancerną powłoką krył się czuły punkt, a były to oczy. Wiedział, że to one są zwierciadłem duszy i że tylko one mogą wydać prawdę o nim. Bo to tam w mikrochipach składowana była zapasowa kopia pamięci, do której on sam nie miał dostępu, a którą (jak mu się wydawało) starał się modyfikować gdzieś w przeszłości. Na świecie było tylko kilka osób, które mogłyby ją wyzerować, jednak Dukan nie potrafił wyjść poza swoje mieszkanie, a co dopiero ruszyć w podróż do najciemniejszych zakamarków slumsów w poszukiwaniu najniebezpieczniejszych hakerów Rewy. Więc wybrał trwanie w niewiedzy kim jest i poczuciu ukrywania tej wiedzy przed innymi.  

 

Dukan zaczął szukać małej kieszonki w swoim kombinezonie. W okolicach klatki piersiowej wymacał niewielki kwadracik. Otworzył go i założył parę soczewek, które się w nim znajdowały. Zwykł je zakładać zawsze przy kontakcie z innymi ludźmi. Musiały być koniecznie ciemne, tak by nie dało się wykryć zbyt szybko położenia chipu i skopiowania go. To też chroniło go przed wykryciem, gdyby źle wyczyścił pamięć podręczną ofiary, mogłaby go rozpoznać właśnie po oczach. Ten organ był najważniejszym kodem dostępu do rzeczywistości w Rewie, jak i całym Creden. Tylko dzięki skanowaniu siatkówki można było zalogować się do Drzewostanu i tylko dzięki niemu w legalny sposób można było istnieć w tak rozwiniętej cywilizacji. W innym wypadku człowiek był skazany na internet, dawne osiągnięcie ludzkości, które po kilku wiekach zostało zastąpione swoją lepszą wersją. Internet był uosobieniem Labiryntu, dzikiej sieci, w której każdy mógł robić wszystko, jednak na małą skalę, tak by nie podpaść większym graczom. To właśnie tam kwitł nielegalny handel kontami do Drzewostanu. Matki rodzące w slumsach, jeśli tylko były zarejestrowane jako obywatelki Rewy, mogły szybko sprzedać konto na Drzewostanie ich dzieci, zaprzepaszczając przy tym przyszłość i skazując na życie w nędzy kolejne pokolenie. Dlatego rzadkością było zobaczyć na uniwersytetach osoby wywodzące się ze slumsów, do szpitali, czy choćby nawet niektórych centrów handlowych również nie mieli wstępu. Osoby wykluczone żyły jak szczury na ostatnim kawałku drewna z rozbitego statku. Przetrwać mogli jedynie najsprytniejsi. 

 

Zadzwonił alarm, ktoś otworzył właz i czekał na potwierdzenie. Dukan podszedł do panelu sterowania, obraz z kamery pokazał wysłannika klienta z holoworkiem. Skan siatkówki potwierdził autentyczność oka, to był dobry patent na tych wszystkich małych fałszerzy zmieniających siatkówki syntetycznymi podróbkami, którzy wkradali się do mieszkań. Zielony przycisk zaświecił się, a po wciśnięciu do pokoju wraz z przybyszem rozlała się błękitna mgiełka ze świata na zewnątrz. 

 

Istota, która weszła przez próg, nie była człowiekiem, albo przynajmniej już nim nie była. To cyborg, pomyślał mężczyzna, widząc syntetyczną dłoń wzmacnianą wbudowanym kosiarzem, bronią typową dla elementu labiryntu. Jego twarz skryta była pod maską, która posiadała jedynie pasek szkła, zza którego można było dostrzec szybko poruszającą się gałkę oczną. Rozmiarem przypominał wzmacnianą szafę, przez co zajmował znaczną część pokoju. Jego skóra z każdą chwilą przybierała coraz bardziej stalowy odcień, zupełnie, jakby maskowała się do otoczenia. Cyborg rozglądał się dookoła, szukając potencjalnych zagrożeń. Oceniał sytuacje, pomyślał Dukan. 

 

— Mój pan przekazuje pozdrowienia i liczy, że operacja przejdzie bez problemów — zarzucił przybysz. 

 

— Również na to liczę. Możesz usiąść, to trochę potrwa. — Dukan wskazał na obszerny fotel w jednym z rogów pokoju. 

 

Cyborg nie usiadł, jednak stanął z boku, by nie przeszkadzać mistrzowi w pracy. Ten przejął od niego wór i postawił go na stole operacyjny, przeklinając w myślach pomysł samotnego dźwigania tego ciężaru. W głowie Dukana pojawiło się dawne wspomnienie, jak jeszcze przed wszczepieniem kręgosłupa z płynnego metalu wypadł mu dysk przy noszeniu równie ciężkiej ofiary. Nie obyło się bez interwencji chirurga, jednak klient był na tyle wyrozumiały, że przystał na przesunięcie terminu zlecenia. Tym razem kręgosłup wytrzymał, a razem z nim godność mężczyzny. 

 

Chwycił za plazmowy nóż i delikatnie zbliżył go do worka. Rozcinając powoli mieniące się płótno, jego oczom ukazała się dziewczynka. Miała może gdzieś z dziesięć, maksymalnie dwanaście lat. Wciąż była uśpiona, jednak jej powieki latały tak szybko, jakby w każdej chwili mogła się obudzić. Jej twarz była niemal idealna. Mały nosek, lekko różany, śnieżnobiałe włosy, a idąc dalej, Dukan mógłby się założyć o to, że miała oczy w kolorze morskiej piany, ideał w oczach każdego obywatela Rewy. Żadnych przebarwień na skórze, pomyślał, żadnych siniaków, aż dziwne jak dobrze ją traktują. Zdarzało się, że na jego stole trafiały istoty w gorszym stanie, bez zębów, poobijane, bez konkretnej części ciała, najczęściej palców u nóg. Ale on nie pytał, wolał się od tego dystansować, nie traktować swojej ofiary jak człowieka lub czegoś niemal mu równego. Kolejny raz wolał pozostać nieświadomy, ślepy przynajmniej z wierzchu, niewchodzący w nieprzewidywalne interakcje, jaką była dla niego rozmowa. Ludzie nigdy nie lubili niewygodnych pytań, choćby cień inwigilacji mógł wywołać prawdziwą wojnę, dlatego, pomimo braku kont stronią od Drzewostanu i wszystkich rejestrów prowadzonych przez państwo. Są obywatelami-duchami, czarną dziurą na mapie Rewy i choć rząd nie ma możliwości ściągania z nich podatków, opracował pewien sprytny sposób. Większość mieszkańców slumsów to również gorliwi wyznawcy bogini, więc wpłacając datki na każdym bogożeństwie, utrzymują państwo, którego obywatelami oficjalnie nie są. Bogini, łącząc religie z władzą, ustanowiła również zjednanie skarbców, więc ostatecznie podatki są wpłacane w postaci daniny, a to pozwala rządowi zabierać pieniądze bez dawania jakichkolwiek korzyści darczyńcą. System na wszystkich znajdzie sposób, pomyślał mężczyzna. 

 

Dukan ułożył jej ciało na wznak, delikatnie osadzając głowę na zimnym metalu. Dziewczynka zdawała się niezwykle kruchą istotą, jakby ze szkła, gotowa pęknąć przy najmniejszym wstrząsie. Ale to właśnie ta nierealność wzbudzała w Dukanie obawy. W podziemiu wszystko, co nazbyt idealne budziło strach przed własnym wykluczeniem. Niechęć wzięła się od pierwszych robotów, które zaczęły zabierać ludziom prace. Mężczyzna dobrze pamiętał, jak w cyberksięgach sprzed kilku dekad pisano o nieludziach z pięknymi rysami, którzy nie jedli i nie spali, przerażeni górnicy, którzy zakładając podziemie, tracili prace, zaczęli niszczyć maszyny. To właśnie tę sytuację uważa się za pierwszy przebłysk strachu przed sztuczną inteligencją i robotami, które pragną skraść życie ludzi. Jednak to nie mechaniczne stwory musiały wybudować podziemne kompleksy, ukrywając się przed rządem. To nie one wylewały krew i łzy tworząc ukryte miasto, które było ostoją spokoju, gdy na powierzchni szalały kataklizmy. Roboty nie miały ludzkiego samozaparcia, chęci osiągnięcia celu, one po prostu wykonywały wgrane rozkazy, a tak przynajmniej zdawała się myśleć większość społeczeństwa.  

 

 

Druga część w temacie wyżej. Zachęcam do konstruktywnego komentowania! :D


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Gorgiasz i 2 gości