Ze wspomnień 96-latki. Część 1: Nasze nowe życie w Sandomierzu

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Redaktor
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 2
Zobacz teksty użytkownika:

Ze wspomnień 96-latki. Część 1: Nasze nowe życie w Sandomierzu

Post#1 » 15 sty 2020, o 12:22

Po wojnie przeprowadziliśmy się z Mężem do Sandomierza, zaraz nastąpiło przetasowanie w rodzinie. 

Siostra nie chciała mieszkać w takim grajdołku jak Sandomierz. Było tu około 15 000 mieszkańców. Rynek, a dookoła Rynku, na wzgórzu, wianuszek domów. Dalej park i cmentarz, na końcu samotna, duża, nowo wybudowana szkoła, jeden drewniany dom i pola, pola. 

Ja miałam mniejsze możliwości umysłowe, byłam słaba jeszcze fizycznie, za to szczęśliwa w małżeństwie, więc taka miejscowość zupełnie mi wystarczała. Zresztą, ja zawsze godziłam się z losem. Słabość ma swoje dobre strony. Szamotanie się psa na łańcuchu nic nie da. Najwyżej obroża bardziej mu się wpije w szyję. Każdy ma swój łańcuch. Przeznaczenia nie ominiesz. (…) 

Siostra zdolności do nauki i ambicję odziedziczyła po naszym Ojcu. On był wyjątkowy. Pamięć miał doskonałą. 

Siostra chciała się rozwijać i czuła potrzebę studiowania. Powiedziała, że miejscem jej zamieszkania może być tylko Warszawa albo Gdańsk. 

W Legionowie była i jest nasza połowa posesji i domu, wybudowana przez Dziadziusia, dla siebie i dwóch córek, Marysi (naszej Mamusi) i młodszej Reginki, gdzie po Nowogródku mieszkaliśmy przed wojną do 1939 roku. Siostra za-mieszkała w Legionowie, w naszej połowie domu. (…) 

Wiedziała co robi. Nie dla niej był Sandomierz. Na pewno nie było jej lekko bez najbliższej rodziny, ale skończyła studia na SGGW w Warszawie, a później pracowała tam jako pracownik naukowy i wykładowca. Zrobiła doktorat i połowę habilitacji. Musiała jednak ją przerwać, ponieważ jej mąż czuł się urażony, bo był „tylko” inżynierem.  

 

POWOLNA AKLIMATYZACJA 

Tymczasem nasze nadzieje na ciekawsze współżycie w Sandomierzu, gdzie mieszkaliśmy nareszcie między rodakami, zbladły. 

Dom, w którym mieszkamy dzięki temu, że Mąż pracował jako kierownik, stoi poza miastem, za parkiem, a po drugiej stronie siatki ogrodzeniowej zaczyna się łan pszenicy. Dookoła ani jednego domu mieszkalnego. Samotny budynek biurowy, na górze mieszkamy my.  

W Trzebnicy życie wypełnialiśmy sobą. Tutaj jesteśmy we troje. Potrzeba różnorodnych wrażeń. Ja, miedzy zaspokojeniem potrzeb męża i Mamusi. Sama nie pogardziłabym kontaktami towarzyskimi. Jesteśmy jednak sami. 

Mąż najmniej odczuwał samotność. Był bardzo pochłonięty pracą. Na nowym miejscu, wiedząc, że jesteśmy na stałe, musiał wyrobić sobie opinię. Był zresztą zawsze uczciwym i odpowiedzialnym człowiekiem. W przedsiębiorstwie, przy ciągłym braku materiałów, ludzi do pracy i dotychczas kierownika, roboty miał dużo i trudnej. (…) 

Najgorzej czuła się Mamusia. Pamiętająca swoje królowanie w Nowogródku, była nieznaną, niepotrzebną nikomu teściową jakiegoś pana Pitucha 

Zmieniło się w tym czasie moje podejście do życia. 

Po latach tułaczki, po kilkuletniej chorobie i załamaniu nerwowym, dzięki zakończonej wojnie i powrocie do normalności, a na koniec wielkiej miłości męża, doszłam do równowagi. Stałam się nareszcie normalną kobietą. 

Zakotwiczyliśmy się w Sandomierzu. Już mi życie nie wydawało się aż tak ciężkie, żeby lepsza była śmierć. No i najzwyczajniej w świecie zapragnęłam dziecka. Pomyślałam też, że obowiązkiem żony jest urodzić dziecko. 

Zaproponowałam to mężowi. Przyjął bez entuzjazmu. 

Jeśli tego chcesz, to możemy mieć dziecko, ale mnie wystarczy to, co jest. Mnie wystarczysz ty. 

Miałam 32 lata. 5 lat po ślubie. 

Mniej więcej w tym samym czasie znalazło się dla mnie miejsce pracy w naszym SBW. Najniższe stanowisko w księgowości, potem jako samodzielny referent do prowadzenia kwater robotniczych w miejscu i na budowach. Doskonałe rozwiązanie, pensja 800 zł, najniższa. Nikt nie ma pretensji ani zazdrości, a ja mam możność wyjścia z domu i bycia między ludźmi. 

Była tak zwana średnia zarobków. Aby zwiększyć zatrudnienie i aby dyrekcja mogła zarobić więcej, musieli być mało zarabiający. 

Jestem pracownikiem niezależnym od nikogo. Urządzam, wielkie słowo, kwatery robotnicze. 

Wynajduję sobie różne prace. Jadę naszym samochodem, z materiałami budowlanymi na którąś budowę, zbadać jakie są warunki lokalowe pracowników. Oni są zdziwieni, że w ogóle coś takiego mnie interesuje. Zauważam, że moja praca to fikcja. Ale taka taktyka była wtedy na każdym kroku. Warunki bytowania były bardzo trudne, możność zaradzenia słaba, najważniejsza była polityka i utrzymanie ustroju komunistycznego. Propaganda wolności i nadzieja świetlanej przyszłości. Na nic nie narzekać, mieć dobry humor, nie dopominać się o nic. 

Jednak chciałam dać dowód mojej działalności. Obiecałam im półki na żywność. 

W mieście przy dawnym murze okalającym gród była wąska ulica Żydowska. Tam stoi bożnica i przyległy do niej budynek w którym mieszkał rabin. W tym budynku BPP urządził stolarnię. 

Produkowało się stolarkę na miejscu. Tam zamówiłam kilka niby szafek. (…) 

Chociaż nikt mnie nie kontrolował, to jednak lepiej czułam się, jak miałam pretekst do wyjścia z biura. 

Przy okazji porozmawiałam sobie z kierownikiem stolarni. Pracował chyba dlatego, aby mieć alibi. To był, jak wtedy uważałam, starszy pan, przyjaciel dyrektora, człowiek bardzo zamożny. Mógł pozwolić sobie na wyjazd z żoną prywatnie do Krynicy i zamieszkać w hotelu Kiepury - Patria. Urządzali z żoną bardzo wystawne przyjęcia. Z dyrektorem rywalizowali. Jeden był bogaty i lubił się tym szczycić, drugi mądry, inteligentny, błyskotliwy i z bardzo dobrą prezencją. Do tego bardzo ambitny. 

Przy okazji tych moich wyjść, załatwiałam na mieście za-kupy. Po wszystko trzeba było chodzić do miasta. Raz w tygodniu był dzień targowy. Wtedy Mały Rynek (nie taki znowu mały) był zatłoczony ludźmi. Tylko wtedy można było kupić nabiał i trochę warzyw. 

Ten okres życia był bardzo przyjemny. 

Czułam, że świat do mnie należy. (…) 

 

PRZYJEMNY CZAS 

Pomimo naszych wysiłków, planów, zabiegów życie ustawia nas, zależnie od sytuacji w różnych okolicznościach. 

Dla mnie, niespodziewanie, nastał czas bardzo korzystny. 

Bardzo dobry i kochany mąż, kochająca Mamusia, która ugotuje obiad i ja miedzy ludźmi w pracy. Po kilku miesiącach zaszłam w ciążę, którą bardzo dobrze znosiłam. 

Spokój, zadowolenie z siebie i z życia. 

W biurze sytuacja wyjątkowa. 

W pokoju, bardzo widnym, co ja lubię, jest nas troje. Biurka luźno rozstawione. Każdy ma swój odrębny dział, żadnych zależności. Urzędnikiem w średnim wieku jest mężczyzna przeciętny, ale patrzy na mnie z życzliwością. Pani Jadwiga, starsza ode mnie, postać zupełnie nietypowa. Niska, okrągła, na krótkich nogach, z twarzą tercjarki, ale zdecydowana, chodziła energicznie, rękę podawała po męsku, potrząsając nią. Używała zwrotu: 

- No to jesteśmy umówieni. 

Dawniej mówiło się tak tylko o randkach. Jej wygląd z randką nie miał nic wspólnego. 

Była mądra. Wniosła do mego umysłu sporo mądrości, poznanie świata i życia. Nie pytana nie odzywała się nigdy, ale zapytana chętnie i rzeczowo odpowiadała. Bardzo dużo czytała. Mieszkała z matką i bratem, również stanu wolnego, była zdecydowanie wierząca i przejęta duchem katolicyzmu. Do tego bardzo skromna, ale ona żyła na wyżynach. Bardzo wartościowy człowiek. 

Miała ciężki dział. Zawsze zapracowana, a w czasie robienia list płacy najbardziej. Pokazywała mi pękniętą opuszkę palca przy pisaniu list płacy. Nie zwróciła się jednak do dyrektora o pomoc. Z dyrektorem pracowała kilka lat w szkole, była jego sekretarką. Znała jego i jego dane personalne. Powie-działa mi w zaufaniu, że widziała dyplomy ukończenia dwóch fakultetów i to na celująco. 

Dwie osoby wyróżniały się wśród wszystkich pracowników BPP-u: dyrektor i pani Jadwiga rozumem i siłą charakteru. Dyrektor jeszcze prezencją. 

Dwie osoby umilały mi jeszcze życie w tym, błogim dla mnie, okresie. 

Był to czas, w którym prywatne rozmowy w biurze nikogo nie dziwiły. Życie płynęło powoli. Najważniejsze było: 

„nie narzekaj, nie podskakuj, siedź na dupie i potakuj. 

A dożyjesz starczej renty, nogą w tyłek nie kopnięty”. Albo drugie: 

„Mierny, bierny, ale wierny”. 

„Ciszej jedziesz, dalsze budziesz”. 

Nikogo nie dziwiło, że przychodził do mnie na pogaduszki sympatyczny, inteligentny młody pan, który rozszedł się z żoną. On był urzędnikiem, ja w ciąży żoną dyrektora technicznego. 

Oboje byliśmy na pewnym poziomie umysłowym i ciekawe spędzenie czasu było mile widziane. Rozmawiało nam się przyjemnie na różne tematy. 

Raz przyniósł mi kartkę z poezją: 

„Gdy cię długo nie widzę nie wzdycham, nie płaczę 

Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę 

Jednakże, gdy cię długo nie oglądam 

Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam 

I tęskniąc sobie zadaję pytanie 

Czy to jest przyjaźń 

Czy to jest kochanie 

- Przyjaźń, przyjaźń - odpowiedziałam. 

Drugim „adoratorem” był pan Kryśko, inżynier. O pańskiej postawie, twarzy i zachowaniu. Wysoki, interesujący, elokwentny. Darzył mnie sympatią i swoim towarzystwem. Umiał zachować się bardzo taktownie. Lat mógł mieć około 45. 

Co robił w biurze nie wiem. Był przez kilka miesięcy. Spał w hotelu robotniczym obok naszego mieszkania, z trzema innymi robotnikami. Po pracy był pijaczkiem. Upijał się co noc. Rano był znów panem inżynierem Kryśko. 

Pamiętam jeszcze jedno małe wydarzenie z tamtego okresu. 

Jechaliśmy grupą pracowników pociągiem do Ostrowca chyba, nie pamiętam po co, ja jako protokolantka. W wagonie naprzeciw mnie usiadł dyrektor. Pierwszy raz byłam obok niego i rozmawiałam z nim. To znaczy on zagaił. Potem z przerwami mówił o tym i owym. Wplątał potem do rozmowy swoje wspomnienia z czasów, gdy jako młody oficer stacjonował gdzieś w Białostockim, przed wojną. Nie będę tu przytaczać jego wspomnień. Byłam trochę zdziwiona i zadowolona z towarzystwa dyrektora. Taktownie milczałam. 

Jechaliśmy dość długo, bo na odcinku kolejowym za Dwikozami teren wyraźnie podnosi się i pociąg jedzie wolno. I tak było wiele lat. 

Po drodze patrzyłam na rozległe, płaskie tereny, częściowo pokryte śniegiem, a częściowo urozmaicone niebieskimi rozlewiskami i myślałam sobie, jak zmieniło się moje życie. Z zacisznego, wypełnionego tylko dwoma osobami, szczęśliwego zakątka domowego, na życie wśród wielu różnych ludzi. 

Ktoś trzeźwo woła: 

- Panie dyrektorze dojeżdżamy. 

Dyrektor przytomnieje; patrzy na mnie i mówi: 

- Jak pani interesująco potrafi słuchać. 

 

NOBILITUJĄCE ZAPOZNANIE 

Były to czasy, kiedy pracę dostawało się łatwo i mogła być już do emerytury. Różnice w wynagrodzeniach były nieduże, więc awans nie był istotny. Stanowiska dostawało się dzięki komitetowi PZPR. Do tych małych zarobków dochodziły przywileje. Dla wyższych stanowisk mieszkania, specjalne, ukryte sklepy, restauracje, premie a dla ogółu opieka lekarska, sanatoria, wczasy, grzybobranie i zabawy w zimie. 

Dyrektor BPP-u był poprzednio dyrektorem gimnazjum i liceum, które znajdowało się obok. W tym gimnazjum chłopcy - patrioci zawiązali organizację patriotyczną przeciwną komunizmowi. Młodzieńczy zapał i wybuch głupoty. Takie po-wstania i starsi w Polsce urządzali, a my do dziś czcimy to jako bohaterstwo. 

Dyrektor, osądzony przez mądrych w tym wypadku partyjniaków, nie poszedł do więzienia, tylko został przeniesiony na dyrektora do BPP. 

Żona dyrektora, jako profesorka wychowania fizycznego, pozostała w gimnazjum. 

Dyrektor miał bardzo dobrą renomę w tej szkole, nieoficjalne nazywała się ona Kolasówką. Mając z nią kontakt, raz BPP urządziło tam zabawę karnawałową dla swoich pracowników. Na tej zabawie dyrektor był sam. Żona nie przyszłaby bawić się z robotnikami. 

Teraz dyrektor wymyślił coś innego. 

Szkoła urządziła zabawę, zapraszając niektórych pracowników BPP-u. My dostaliśmy zaproszenie, żona dyrektora na zabawę urządzoną przez szkołę mogła przyjść. 

Przyszliśmy we dwoje z mężem na wypełnioną już salę balową - gimnastyczną. Niedługo podszedł do nas dyrektor i po krótkiej rozmowie powiedział: 

- Chciałem panią przedstawić żonie. 

Zaprowadził mnie do pokoju obok. Niedaleko drzwi, przy stoliku, siedziała pani, której mnie przedstawił. Przywitałyśmy się. 

Usiadłam. 

Była to kobieta średnio ładna, jednak w spojrzeniu, w ruchach miała to coś, co znamionuje damę. Była interesująca i wzbudzała szacunek. Zamieniła kilka słów mile i uprzejmie. W rozmowie powiedziała: 

- My jesteśmy do siebie podobne. 

Bardzo mile zaskoczyła mnie tym powiedzeniem. Zostałam zaakceptowana i przyjęta do towarzystwa. (…) 

 

SUKCES MĘŻA 

Przed przybyciem Męża do BBP-u dyrektorem technicznym był architekt, człowiek nijaki z wyglądu, który dobrze czuł się przy biurku przy czynności architekta. Wykonawstwo nie było jego specjalnością. 

Mąż, mając czteroletnie doświadczenie w Trzebnicy, na kierowniczym stanowisku w wykonawstwie, na budowach czuł się jak u siebie w domu. To był Jego żywioł. Do tego był bardzo dbały i obowiązkowy. 

Brak było wszystkiego. Materiałów budowlanych, wykwalifikowanych robotników, transportu, operatywność i energia dyrektora technicznego była konieczna. Żeby budowa mogła w ogóle działać, trzeba było ciągle przerzucać ludzi i materiały, aby nie było przestojów. (…) Mąż lubił swoją pracę. Miał dobry kontakt z ludźmi. Byt lubiany i szanowany przez przełożonych i robotników. Zyskał miano dobrego człowieka. Po kilku latach przedsiębiorstwo dostało pierwszą lokatę w województwie, a mąż medal. 

Był taki mało wymagający i nieśmiały, a umiał doskonale dbać o swoje interesy. 

Po roku pracy w Sandomierzu, a mając cztery lata pracy w Trzebnicy na kierowniczym stanowisku, mógł się starać o uprawnienia budowlane. Swoją pracą, nauką czy chorobą nigdy nie absorbował rodziny. W domu był mężem i tatusiem. Zapisał się na jakąś uczelnię, coś studiował i zdawał egzaminy i dostał uprawnienia budowlane. Mógł wykonywać niższe prace inżynierskie np. planowanie domów jednorodzinnych. 

Żyliśmy bardzo intensywnie. On ugruntowywał swoją pozycję w pracy, ja donaszałam ciążę. Zmieniło się nasze życie. Jedno zostało przyzwyczajenie. Po obiedzie zawsze kładliśmy się do łóżka. 

Jeden obrazek z ostatniego okresu ciąży utkwił mi w pamięci. 

Dyrektor Franciszek Kolasa, pani inspektor i mąż. Początek Jego owocnej pracy w BPP Sandomierz, z boku dwóch robotników. 

 

MDLEJĘ NA RYNKU 

Równe dwa lata upłynęło od naszego przyjazdu do Sandomierza do urodzin Marzenki. 

Mąż na tej zmianie zyskał. Był bardzo cenionym pracownikiem i miał pewność pracy w środku Polski na długie lata. Ja po roku również pracowałam. Mamusia natomiast straciła resztę pozycji, jaką miała w życiu. 

My do Mamusi, do końca jej długiego życia, odnosiliśmy się z szacunkiem i uznaniem. Było to jednak za mało dla jej dobrego samopoczucia. Straciła pozycję przywódczyni stada i uszła z niej energia. (…) 

Maż ciągle poza domem, zakupy musiałam robić ja. 

Było to przed rozwiązaniem. Chodziłam wyjątkowo gruba. W oczach przechodniów widziałam współczucie. 

Mamusia, 54-letnia staruszka, po zakupy nie chodziła. 

Ja musiałam iść przeszło kilometr do miasta, bo tylko tam były sklepy. 

A więc dotaszczyłam się do rynku. Jedyny punkt sprzedaży mięsa w małej murowanej budzie, u pana Jackowskiego. 

W sklepie trzy rzędy ludzi napiera na ladę. Lada z wagą na wierzchu sunie na niego. On wściekły krzyczy na ludzi. 

Postałam chwilę. Mowy nie ma, abym dostała się do lady. Wyszłam ze sklepu, zrobiłam kilka kroków i znalazłam się na ziemi. 

Mam świadomość, że leżę na wznak z rękami i nogami w nieładzie, koło siebie czuję nogi ludzi. 

- O Boże, kobieta ciężarna - słyszę. 

- Pogotowie! 

Ja trzeźwieję pomału. Przez głowę przesuwają mi się myśli - w szpitalu jeszcze gorzej. 

Uciekać do domu. Próbuję się podnieść. Pomagają mi. Odchodzę pomału. Kątem oka patrzę przez otwarte drzwi do sklepiku. Tam ciągle kłębi się tłum. 

Jak odlazłam z pięć metrów, usłyszałam sygnał karetki. Za chwilę dobiegł mnie jeszcze głos: 

- Gdzie ta ciężarna. Przecież tu była. 

Dolazłam do domu bez mięsa. 

Takie to były pierwsze lata naszego życia w Sandomierzu.


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości