ISET - rozdział XIIa

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Vampircia
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 283
Zobacz teksty użytkownika:

ISET - rozdział XIIa

Post#1 » 16 sty 2020, o 10:50

Rozdział I: viewtopic.php?f=122&t=8097 

Rozdział II: viewtopic.php?f=122&t=8136 

Rozdział IIIa: viewtopic.php?f=122&t=8181 

Rozdział IIIb: viewtopic.php?f=122&t=8182 

Rozdział IV: viewtopic.php?f=122&t=8221 

Rozdział Va: viewtopic.php?f=122&t=8271 

Rozdział Vb: viewtopic.php?f=122&t=8272 

Rozdział VI: viewtopic.php?f=122&t=8314 

Rozdział VII: viewtopic.php?f=122&t=8331 

Rozdział VIII: viewtopic.php?f=122&t=8348 

Rozdział IXa: viewtopic.php?f=122&t=8410 

Rozdział IXb: viewtopic.php?f=122&t=8411 

Rozdział Xa: viewtopic.php?f=122&t=8444 

Rozdział Xb: viewtopic.php?f=122&t=8445 

Rozdział XIa: viewtopic.php?f=122&t=8507 

Rozdział XIb: viewtopic.php?f=122&t=8508 

 

----- 

 

Rozdział XII - „Poziom 2” 

 

Widok sali, w której ostatnim razem zadano mu ból, wywołał w majorze same nieprzyjemne skojarzenia. Na dodatek Gareth miał teraz podwójne zmartwienie, bo towarzyszyła mu Joanna, a nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś jej się stało. Kobieta wyglądała na przerażoną, i nic dziwnego. Klęczeli przed okrutnym królem, otoczeni przez jego ludzi. 

- Wyglądacie znajomo – powiedział władca z udawanym zaskoczeniem. - Chyba już tu kiedyś byliście. 

- Niemożliwe. Zapamiętalibyśmy tak zacne miejsce i zacnego gospodarza – rzekł Gareth szyderczo. 

- Przyłóżcie mu raz a dobrze – zwrócił się król do swego przybocznego. 

Major otrzymał bolesny cios w twarz, ale na szczęście nie stracił przy tym żadnego zęba. 

- Ostatnim razem się wycwaniliście, ale drugi raz wam się nie uda – oznajmił złowieszczo Gildor. Brakowało tylko, by zaczął maniakalnie się śmiać. - Nie wiem, jakie relacje łączą cię z tą kobietą, ale skoro spotykam was ponownie razem, zakładam, że jej los nie jest ci obojętny. 

Gareth zmarszczył brwi. Przeczuwał, że król będzie chciał skrzywdzić Joannę, by zmusić go do mówienia, i najbardziej się tego obawiał. 

- Zrobimy tak: jak powiecie mi wszystko, co chcę wiedzieć, puszczę was wolno – ciągnął Gildor. - Zaś jeśli będziecie milczeć, oddam kobietę moim ludziom, a tobie każę patrzeć. Jak ją zerżnie dwudziestu, to albo ona się wygada, albo ty. 

Major spojrzał na Joannę. Była sparaliżowana strachem. W jego przypadku dominowało teraz uczucie wściekłości. Istniał milion rzeczy, które miał ochotę zrobić nikczemnemu władcy, ale musiały zaczekać. W tej chwili dobro Joanny było dla niego priorytetem. Co prawda dowódca nie powinien zdradzać wrogowi swoich planów, ale nie powinien też wystawiać podwładnych na hańbę i cierpienie. Nie mówiąc już o tym, że Joanna była dla niego kimś więcej niż zwykłym pracownikiem. 

- W porządku... powiem ci wszystko, ale najpierw puść ją wolno – rzekł stanowczo. 

- Po to, żeby zdążyła zawiadomić waszych koleżków? Nie sądzę. Gadaj! 

Joanna była zbyt przerażona by cokolwiek powiedzieć, zaś Gareth widział, że król zaczyna się niecierpliwić. 

- Ale wypuścisz ją potem? - upewnił się major. 

- Masz moje słowo. 

Kiepska to była gwarancja zdaniem Garetha, ale cóż mu pozostało? 

- W porządku... - westchnął. - Powiem... 

Joanna spojrzała na niego wielkimi oczami, jakby nie do końca wierzyła, że Gareth zaryzykował powodzenie całej misji, by ją chronić. 

Major odpowiedział na każde pytanie króla, zdradzając plany ataku na zamek, nic jednak nie powiedział na temat broni palnej. 

- Doskonale. Zaraz wyślę oddział do tej waszej wioseczki – rzekł uradowany król i zatarł ręce. - Wrzucić ich do jamy! 

Więźniom krew odpłynęła z twarzy, gdy to usłyszeli, choć nie do końca wiedzieli, o jaką jamę może chodzić. 

- Mówiłeś, że puścisz nas wolno! - zaprotestował major z wściekłością. 

- I ty w to uwierzyłeś? - Tym razem król zaśmiał się diabolicznie. 

Pojmani nie mieli zbyt wielkich szans na ucieczkę, mimo że szarpali się ze wszystkich sił, gdy strażnicy wyprowadzali ich z sali. Wkrótce znaleźli się w kolejnej i zauważyli, że w podłodze jest wielka dziura. Gareth nawet nie zdążył zareagować, gdy został ciśnięty w otchłań. Obrażeń udało mu się uniknąć tylko dzięki wojskowemu przygotowaniu, bo upadek z prawie czterech metrów mógł się zakończyć kiepsko. Joanna pisnęła, kiedy została pchnięta w otchłań, ale major zdołał ją pochwycić i zamortyzować jej upadek. 

- Nic ci się nie stało? - spytał Gareth, pomagając jej wstać. 

Kobieta zaprzeczyła ruchem głowy i usiadła pod ścianą. Nogi przysunęła blisko klatki piersiowej i zrobiła minę jak dziecko, które się zgubiło. Major zajął miejsce przy niej i otoczył ją ramieniem, a Joanna odruchowo oparła sobie o nie głowę. Mężczyzna rozejrzał się i zauważył, że loch, w którym się znaleźli, nie ma nawet odpływu, którym można by uciec, zaś jedyne źródło światła stanowił mały otwór w ścianie. Ucieczka raczej nie wchodziła w grę. Nawet gdyby Joanna stanęła Garethowi na ramionach i próbowałby ją podrzucić, nie było szans, by zdołała dosięgnąć krawędzi. 

- Nie wydostaniemy się stąd, prawda? - rzekła beznamiętnie kobieta. 

- Przyjaciele nas nie zostawią w tarapatach, nie martw się – zapewnił major. 

- Pod warunkiem, że sami wybrną z tarapatów. 

- Hilda wie, że jeśli nie wrócimy do dwóch godzin, ma przejąć dowodzenie i zmobilizować wszystkie siły. 

- A jeśli nie zdąży? 

- Zdąży – z tymi słowy Gareth pocałował Joannę w czubek głowy. 

 

 

Hilda spojrzała przed siebie, licząc, że zaraz dojrzy wracających przyjaciół, ale gdy tak się nie stało, nerwowo spojrzała na zegarek i weszła do chaty. 

- Minęły dwie godziny. Szykujcie te swoje fajerwerki – rzuciła do Abza i Chena. 

- Może jednak jeszcze trochę zaczekamy? - zasugerował geolog. 

- Nie będziemy czekać. Rozkaz to rozkaz – powiedziała stanowczo lekarka. 

Nawet jeśli mogła mieć do czynienia z fałszywym alarmem, wiedziała, że musi działać tak, jakby chodziło o realne zagrożenie, więc nie traciła czasu. Bezzwłocznie poinformowała wodza o swoich planach. 

- Za dziesięć minut każda zdolna do walki osoba ma być uzbrojona w cokolwiek – oznajmiła. 

Rozkazy zostały szybko przekazane i miejscowa ludność zaczęła masowo wyciągać miecze, łuki i topory ze swoich skrytek. Załoga Odysei z przygotowanymi koktajlami Mołotowa udała się pod bramy miasteczka, gdzie strażnicy wypatrywali wrogich wojsk. Cała wioska oczekiwała w ciszy na dalsze rozkazy. Czas się dłużył, ale wszyscy wykazali się cierpliwością i nie zmienili swoich pozycji, póki strażnik nie wypatrzył nadchodzącego zagrożenia. 

- Jest ich przynajmniej kilkadziesiąt – krzyknął. 

Hilda nawet nie musiała mówić, co należy zrobić, bo każdy doskonale wiedział, jakie zadanie ma do wykonania. Wystarczyło, że spojrzała na przyjaciół porozumiewawczo. 

Brama do miasta nie była zbyt wytrzymała i gdy tylko uderzył w nią taran, przyjaciele wiedzieli, że nie mają wiele czasu. Plan jednak to zakładał, więc zachowali zimną krew. Najpierw poleciało kilka koktajli Mołotowa, co już osłabiło siły przeciwnika. Wrzaski wroga nie zrobiły specjalnego wrażenia na badaczach. Działali w sposób spokojny, wręcz pozbawiony emocji, skupiając się jedynie na osiągnięciu celu. Po chwili łucznicy wystrzelili salwę. Przeciwnik uczynił to samo i kilku wieśniaków odniosło rany. Co prawda na razie obyło się bez ofiar, ale niektóre osoby wpadły w popłoch. Hilda nawet nie chciała słyszeć o tchórzostwie i surowo przypominała wszystkim o obowiązkach. 

Gdy wiadomo już było, że za kilka uderzeń brama ustąpi, nastąpiła szybka zmiana pozycji. Wrogowie nie mieli zielonego pojęcia, co ich czeka, gdy wpadną do środka. Pierwszą rzeczą, jaką ujrzeli po przekroczeniu granicy wioski, była armata wycelowana prosto w nich. Kilku zamarło na sam jej widok, bo nie rozumieli nawet do czego służy. Paru innych próbowało uciekać, ale nie zdążyli. Bam! - rozległ się huk i kula utworzyła wyrwę we wrogim wojsku. Dobicie reszty rycerzy nie stanowiło problemu. Otaczali ich uzbrojeni wieśniacy, a naprzeciwko stała Hilda z łukiem, Chen uzbrojony w kuszę i Abz ze swą nową strzelbą. 

 

 

Loch był zimny, ale anahibiańska technika przetrwania i wzajemna bliskość pomagały. Gareth i Joanna trwali w niezmienionej pozycji pod ścianą, czekając na ratunek, który mógł nigdy nie nadejść. Razem było łatwiej, bo mieli przynajmniej do kogo się odezwać. 

- Nie boli cię to? - spytała nagle kobieta. 

- Co? 

- Że nie możesz nic zrobić, tylko czekać, aż ktoś uratuje ci tyłek. 

- Tak to już jest w tym zawodzie. Raz ty ratujesz komuś tyłek, raz ktoś inny tobie – odparł ze spokojem Gareth. 

Oboje zamilkli. Czasami w sytuacji, w której rozmowa wydaje się najlepszym rozwiązaniem, zaczyna brakować słów. 

- Myślisz, że możemy tu umrzeć? - szepnęła niespodziewanie Joanna. 

- E tam... – Gareth jak zwykle zachowywał pogodę ducha. 

- A co jeśli... 

- Wtedy powinnaś powiedzieć, że to był zaszczyt pode mną służyć. 

Mimo ponurego nastroju Joanna prawie wybuchnęła śmiechem. 

- W jakim sensie pod tobą? - spytała z rozbawieniem i zauważyła, że Gareth również głupio się uśmiecha. Jednak po chwili kobieta spoważniała. - To był prawdziwy zaszczyt pod panem służyć, majorze – powiedziała, bynajmniej nie na żarty, i wlepiła wzrok w oczy mężczyzny. Wtedy usłyszeli huk wystrzału. 

Tylko ich przyjaciele posiadali broń palną, więc nadzieje zostały rozbudzone. Zwłaszcza że na jednym huku się nie skończyło i wszystko wskazywało na to, że rozpoczęła się bitwa. By mieć większe pojęcie na temat tego, co się dzieje, Gareth podsadził Joannę, by mogła spojrzeć przez małe okienko. Nie dawało ono zbyt wielkiego pola widzenia, ale wystarczyło, by stwierdzić, że trwają walki. Kobieta obserwowała z zapartym tchem, szukając znajomych twarzy. Gdy przed oczami mignął jej Abz, zaczęła krzyczeć. 

- Hej! Tu jesteśmy! Tu jesteśmy! - wołała z całych sił, aż mężczyzna spojrzał w jej stronę. 

Kiedy Joanna usiadła obok Garetha, była niezwykle szczęśliwa, że ratunek nadchodzi, ale nie mogła mieć gwarancji, że jej przyjaciele poradzą sobie z siłami wroga. Znowu pozostawało im czekać, tym razem w jeszcze większych nerwach niż poprzednio. Załoga miała sporą przewagę ze względu na środki wybuchowe, ale to nie znaczyło, że nie grozi jej niebezpieczeństwo. 

Nie wiedzieli, jak długo czekali, ale na pewno było to znacznie więcej niż kilka minut. Jednak gdy wreszcie usłyszeli wystrzał tuż nad głowami, a potem ujrzeli Abza nad krawędzią otchłani, ich szczęście było nieopisane. 

- Zaraz was stąd wyciągnę – powiedział Anahibianin, po czym obwiązał się fragmentem liny, a pozostałą część zrzucił do lochu. 

Była to dość ryzykowna operacja, bo Abz raczej nie ważył więcej od Garetha. Musiał się położyć i zaprzeć z całych sił, by utrzymać ciężar mężczyzny. Na szczęście wojskowy miał wprawę we wchodzeniu po linie, więc poszło mu szybko i sprawnie. Gdy obaj znajdowali już się u góry, mogli bez problemu wciągnąć Joannę. Kiedy wyszła, w pierwszej kolejności rzuciła się Abzowi na szyję, dziękując mu za ratunek. 

- Jednak jesteś bohaterem – szepnęła i spojrzała na martwego strażnika, któremu albinos zrobił dziurę w klatce przy pomocy strzelby. Teraz już nawet ten widok jej nie brzydził. 

- Urocze. Może powinienem dać wam trochę czasu na pożegnanie się ze sobą? - usłyszeli głos i zauważyli, że w przejściu stoi król. 

Miał na sobie czarną zbroję z fantazyjnymi ornamentami, a w ręce trzymał zbroczony krwią miecz. 

- Kobietę zabiję na końcu. Dam jej odrobinę szczęścia przed śmiercią – zaśmiał się i wszedł do komnaty. 

Ponowne naładowanie strzelby zajęłoby zbyt wiele czasu, więc Abz wyjął zza pasa nóż i rzucił nim w złego władcę. Trafiłby prosto w gardło, gdyby król nie odbił ostrza swoim mieczem. 

- Dobry jesteś, ale to za mało – powiedział władca i coraz bardziej zbliżał się do badaczy. 

Gareth od razu zareagował. Zabrał miecz martwemu strażnikowi i zasłonił swoich przyjaciół. 

- Lepiej się odsuńcie – powiedział, skupiając całą uwagę na zbliżającym się przeciwniku. 

Nie było miejsca na wahanie. Gareth pewnie zbliżył się do przeciwnika i gdy ten przeszedł do ataku, zablokował jego cios. Następnie sam spróbował zadać kolejny. Oponent nie miał żadnego problemu z osłonięciem się, ale majora to nie zniechęciło. Zamachnął się znowu. Król bez problemu odbijał jego cięcia, jakby bawiąc się z przeciwnikiem. Gareth zdenerwował się i zaatakował brutalniej. Jednak stawiając na siłę, zapomniał o koncentracji. Przeciwnik to wykorzystał. Zrobił unik, a przez to, że major nabrał rozpędu szybko znalazł się za nim i przejechał mu ostrzem po plecach. Joanna i Abz na chwilę wstrzymali oddech, ale rana nie okazała się głęboka, bo nie powstrzymała Garetha ani na chwilę. Dostał nauczkę za swe pochopne działanie i tym razem spojrzał na wroga w pełnym skupieniu. Pozwolił królowi zaatakować, ale tym razem nie zablokował ciosu. Wykonał unik. Mniej więcej w tym samym czasie przejechał mieczem po zbroi przeciwnika, zahaczając o jego pachę. Nie zadał mu tym poważnych obrażeń, ale na chwilę go spowolnił. Ciął dalej, szybciej niż poprzednio, ale w sposób w pełni wyważony. Oponent z trudem wykonał blok, a kolejny atak przyszedł jeszcze szybciej. Tym razem Gareth przejechał mu ostrzem po palcach. Władca wypuścił z dłoni broń. Major zamachnął się po raz ostatni. Odcięta głowa upadła na posadzkę. Joanna na chwilę odwróciła wzrok, zaś Abz rozdziawił usta, nie do końca wierząc własnym oczom. I nie chodziło o brutalność Garetha, tylko o jego niesamowite umiejętności. 

- Chodźmy to zakończyć – powiedział major, chwytając głowę złego władcy. 

Wyszedł na balkon, z którego miał widok na dziedziniec. Walki wciąż trwały, a niedobitki sił króla przegrywały z wieśniakami i załogą Odysei. Gareth uniósł głowę w iście filmowym stylu i przemówił. 

- Wasz król nie żyje! Poddajcie się, a wasze życie zostanie oszczędzone! 

Gdyby nie pulsująca w żyłach adrenalina, pewnie zaśmiałby się na dźwięk własnych słów. Inni potraktowali je całkiem poważnie i wznieśli okrzyk triumfu. 

 

 

Wszystko zakończyło się jak w hollywoodzkim filmie. Nowym królem został wódz wioski i mianował podróżników na rycerzy. Potem odbyła się uczta, podczas której załoga Odysei mogła zregenerować siły. Na szczęście obyło się bez poważniejszych ran. Jednak nowe tytuły na niewiele się przydały, bo nagle symulacja dobiegła końca, a badacze znaleźli się w tej samej jaskini, w której zaczęła się ich przygoda. Choć na razie nie można było mówić o powrocie do domu, to i tak uradowani zaczęli ściskać się nawzajem. Na podeście pojawił się znajomy im już hologram. Przyglądali mu się z uśmiechem, oczekując jakiejś mowy pożegnalnej. 

- Moje gratulacje, udało wam się ukończyć pierwszą symulację. Zaraz zostaniecie przeniesieni do drugiej. 

Cała radość prysła, pozostawiając wściekłość i niedowierzanie. 

- Jak to do drugiej?! Co to ma znaczyć?! Co to ma znaczyć?! - Garethowi puściły nerwy i zaczął wrzeszczeć. 

- Przecież wykonaliśmy zadanie! - krzyknęła wzburzona Joanna. 

- Wasze szkolenie nie dobiegło końca. Weźcie swój ekwipunek. Zaraz zostaniecie przeniesieni do bardziej zaawansowanej symulacji – wytłumaczył spokojnie hologram, a przy nogach każdego z badaczy pojawiło się tajemnicze zawiniątko. 

- Bardziej zaawansowanej czyli trudniejszej czy bardziej realistycznej? - spytał przezornie Chen, ale nie otrzymał odpowiedzi. 

- Niech nikt nic nie rusza! Musimy się stąd wydostać raz na zawsze! - rozkazał major. - Obejrzycie jeszcze raz ten podest – zwrócił się do Joanny i Abza. 

Naukowcy wątpili, by udało im się cokolwiek odkryć, ale wykonali polecenie. Po raz kolejny przeczesali każdy skrawek sali, ale znaleźli tyle co poprzednio, czyli nic. Próbowali też zadawać hologramowi różne pytania, rzucać hasłami, które, mieli nadzieję, mogłyby odblokować więcej informacji, ale za każdym razem słyszeli tylko, żeby wzięli swój ekwipunek. W ten sposób minęło kilka godzin. W końcu Abz dał za wygraną i podniósł swoje zawiniątko. 

- Zaczekaj, co jeśli ten program jest zepsuty i symulacje się nigdy nie skończą? - Joanna próbowała powstrzymać kolegę. 

- Tam przynajmniej można przetrwać. Tu nie mamy nawet wody i jedzenia – powiedział Anahibianin i rozpakował swój tobołek. 

Pierwszą rzeczą, którą wyjął, był krem z filtrem, a przynajmniej tak sądził. 

- Szkoda, że od razu mi tego nie dali – stwierdził i wyjął drugą rzecz. 

Był to płaszcz z kapturem, uszyty z cienkiego jasnego materiału. Abz domyślił się, że również miał pełnić funkcję ochrony przed słońcem. Oprócz tego znalazł garść blaszek, które skojarzyły mu się z walutą. 

Hilda westchnęła i uznała, że nie pozostaje jej nic innego, jak również sprawdzić zawartość swojego ekwipunku. Jej bagaż składał się z apteczki i futurystycznego pistoletu. Eksperymentalnie strzeliła w ścianę. Promień lasera zrobił w niej wyraźną dziurę. To trochę podniosło lekarkę na duchu. Miło było wreszcie trzymać w ręku broń z prawdziwego zdarzenia. Pozostali członkowie załogi poczuli się zmotywowani, by sprawdzić, jakie oni dostali „prezenty”. Gareth ucieszył się na widok podobnej broni i paczki C4. Chen wygrzebał kompas i mapę, zaś Joanna lornetkę i kalkulator. Do tego każdy otrzymał zestaw takich samych blaszek co Abz, wyglądało więc na to, że rzeczywiście są walutą. Badacze poczuli się trochę pewniej. Przynajmniej nie musieli zaczynać z pustymi rękami. Po chwili zostali przeniesieni do nowej lokacji i przeżyli istny szok termiczny. Stali w prażącym słońcu, na szczycie jakiegoś wzgórza. Krajobraz przypominał Arizonę lub wyschnięte partie krajów śródziemnomorskich. Niewiele rosło tu drzew. Większość terenu stanowiły skały i kamienie, gdzieniegdzie poprzeplatane krzewami. 

- Na święte lodowce! - wykrzyknął Abz, zakładając okulary. - Tu się nie da żyć! 

- Pożycz tego filtru – rzucił Gareth. Jemu również klimat nie odpowiadał, ale przynajmniej miał już doświadczenie w pracy w takich warunkach. 

Podczas gdy koledzy się smarowali, Chen wpatrywał się w dolinę, którą mieli przed sobą. Wyraźnie widział jakieś skupisko budynków i nie sądził, by to była fatamorgana. 

- Tam jest jakaś osada – powiedział, wskazując palcem. 

Udanie się w to miejsce było najbardziej sensownym rozwiązaniem. Abz westchnął rozpaczliwie na samą myśl o podróży w tym upale, ale Joanna dodała mu otuchy, klepiąc go po plecach. Ruszyli przed siebie i każdy wykazywał podobny brak entuzjazmu. 

 

 

Kiedy weszli do miasta wszyscy byli już zmęczeni i odwodnieni. Ich granatowe, zniszczone uniformy były dość przewiewne, ale w tych warunkach trudno było w nich wytrzymać. Co prawda mogli się rozebrać do białego podkoszulka na ramiączkach, ale wtedy ryzykowaliby więcej poparzeń. W szczególności Abz miał dosyć. Opierał się o ramię Joanny i powłóczył nogami. Na pytanie, czy wszystko w porządku, odpowiadał mruknięciem. Nie miał nawet siły, by rozejrzeć się dookoła. A bez wątpienia było co podziwiać, bo znaleźli się w dość osobliwym miejscu. Ziemianie poczuli się trochę jak w „Gwiezdnych Wojnach”, brakowało tylko dziwnych stworów. Miasteczko, w którym się znaleźli, z jednej strony wyglądało futurystycznie, a z drugiej przypominało jakąś zapadłą wioskę na pustyni. Przy kurzących drogach stały zarówno proste kamienne domki, jak i stalowe konstrukcje. Ulicami od czasu do czasu przemykały poduszkowce, a niektórym ludziom towarzyszyły roboty. Wielu tubylców nosiło płaszcze podobne do tego, który otrzymał Abz. 

Gareth swym sokolim wzrokiem wypatrzył bar i skinął na przyjaciół, by podążyli w tę stronę. Jednak gdy Joanna zrobiła krok, poczuła, że ciężar Abza opuszcza jej ramię, a po chwili usłyszała łomot, jakby coś runęło na ziemię tuż za jej plecami. 

 

 

Abz ocknął się w nieco chłodniejszym miejscu. Najpierw poczuł, że ktoś mu rozpina wierzchnią część uniformu, a potem przemywa twarz zimną wodą. Otworzył oczy i zauważył, że to Hilda się nim zajęła. Przycisnęła mu mokrą szmatkę do szyi i uniosła wskazujący palec, nakazując Abzowi podążać za nim wzrokiem. 

- Boli cię głowa? - spytała. 

- Nie. 

- To dobrze. Wygląda na to, że nic ci nie jest, ale ochładzaj szyję – poleciła lekarka. 

Joanna podała przyjacielowi szklankę wody. Dopiero teraz zauważył, że znajdują się w jakimś barze i siedzą przy metalowym stole. Potrzebował trochę czasu, żeby dojść do siebie. Ponieważ tu słońce mu nie zagrażało, zdjął okulary i rozebrał się do podkoszulka. Jego przyjaciele zresztą uczynili podobnie, by się trochę ochłodzić. Po pewnym czasie zaczęli przyzwyczajać się do temperatury. 

W pewnym momencie do ich stolika podeszły trzy śliczne czarnowłose dziewczyny o opalonej skórze. Miały jasne, częściowo prześwitujące sukienki i fantazyjną biżuterię, z twarzy wyglądały jednak dość niewinnie. Trudno było powiedzieć czy są prostytutkami, czy zwykłymi klientkami baru. 

- Jest pan z północy, prawda? Nigdy nie spotkałyśmy nikogo z północy. Możemy się dosiąść? - spytała jedna z nich Abza z zakłopotaniem, które równie dobrze mogło być udawane. 

Albinos poczuł się tak zmieszany, że jedynie przytaknął, nie wiedząc, co w ogóle powiedzieć. Jego przyjaciele również wyglądali na dość zdziwionych i w milczeniu obserwowali, jak ślicznotki zajmują miejsce obok ich kompana. 

- Pewnie jest pan bardzo bogaty i dzielny – powiedziała inna dziewczyna. 

- I ma pan takie piękne czerwone oczy. 

- Właściwie to są przezroczyste – mruknęła Hilda ze znudzeniem. 

Kobiety z załogi zaczynała irytować obecność tajemniczych panien. Za to mężczyźni nieco się ośmielili. 

- Ekhem... - chrząknął Gareth. - My też jesteśmy z północy. Jesteśmy bardzo dzielni i bogaci, prawda, Chen? 

- Tak, tak... - wymamrotał geolog wpatrzony w piękności. 

Po chwili każdemu z mężczyzn siedziała na kolanach jedna z dziewczyn, ku wyraźnemu zdegustowaniu żeńskiej części załogi. 

- Zawsze marzyłem o tym, żeby mieć trzy żony – powiedział rozanielony Abz. 

- Ej, nie podzielisz się z kolegami? - zażartował Gareth. 

Joanna zaczynała tracić cierpliwość. Popatrzyła na kolegów z niesmakiem. 

- Nie sądziłam, że jesteście tak prymitywni – zrugała przyjaciół. 

- Pochodzę z kultury poligamistycznej... - próbował wytłumaczyć się Abz, ale mina Joanny się nie zmieniła. 

- Wiecie co, moje drogie. Ponieważ jesteśmy dzielnymi wojownikami z północy, chętnie rozprawimy się ze złem w tej krainie. Powiedzcie mi, kto tu najbardziej daje się we znaki? - spytał Gareth, myśląc zdecydowanie bardziej strategicznie, niż mogło się to z pozoru wydawać. 

- Hmmm... Handlarze niewolników. Wszyscy się ich boją – powiedziała dziewczyna siedząca na kolanach Chena. 

- Tak, są straszni... Porwą każdego, kto oddali się od osady. 

Na twarzy Garetha widać było satysfakcję. Miał już mniej więcej pojęcie, jakie zadanie może ich czekać w tym świecie. 

 

----- 

 

Rozdział XIIb: viewtopic.php?f=122&t=8535

Obrazek

Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości