Zachęcamy do czytania naszych poradników!

ISET - rozdział XIVa

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Vampircia
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 283
Zobacz teksty użytkownika:

ISET - rozdział XIVa

Post#1 » 22 sty 2020, o 18:07

Rozdział I: viewtopic.php?f=122&t=8097 

Rozdział II: viewtopic.php?f=122&t=8136 

Rozdział IIIa: viewtopic.php?f=122&t=8181 

Rozdział IIIb: viewtopic.php?f=122&t=8182 

Rozdział IV: viewtopic.php?f=122&t=8221 

Rozdział Va: viewtopic.php?f=122&t=8271 

Rozdział Vb: viewtopic.php?f=122&t=8272 

Rozdział VI: viewtopic.php?f=122&t=8314 

Rozdział VII: viewtopic.php?f=122&t=8331 

Rozdział VIII: viewtopic.php?f=122&t=8348 

Rozdział IXa: viewtopic.php?f=122&t=8410 

Rozdział IXb: viewtopic.php?f=122&t=8411 

Rozdział Xa: viewtopic.php?f=122&t=8444 

Rozdział Xb: viewtopic.php?f=122&t=8445 

Rozdział XIa: viewtopic.php?f=122&t=8507 

Rozdział XIb: viewtopic.php?f=122&t=8508 

Rozdział XIIa: viewtopic.php?f=122&t=8534 

Rozdział XIIb: viewtopic.php?f=122&t=8535 

Rozdział XIII: viewtopic.php?f=122&t=8539 

 

----- 

 

Rozdział XIV - „Poszukiwania” 

 

Targ niewolników znajdował się na głównym placu miasta. Abz niezmiernie się cieszył, że osoba, która zaprojektowała to miejsce, zadbała o zadaszenie, bo nie wyobrażał sobie siedzenia w pełnym słońcu przez cały dzień. Zwłaszcza że miał na sobie tylko spodnie, podobnie jak pozostali niewolnicy. Nosił obrożę, do której przypięto łańcuch połączony ze sklepieniem metalowego dachu. Był na tyle długi, że pojmani nie musieli przebywać w pozycji stojącej. Dlatego Abz usiadł i zamknął oczy, by choć odrobinę dać im odpocząć od szkodliwego działania promieni ultrafioletowych. Wyglądało to tak, jakby medytował. Udało mu się opanować panikę i wierzył, że jego przyjaciele pędzą mu już na ratunek. 

- Dlaczego masz zamknięte oczy? - usłyszał nagle damski głos. 

Spojrzał przed siebie i zobaczył, że przed podestem stoi kobieta z czerwoną parasolką. Miała rude kręcone włosy oraz równie ognistą suknię, która opinała jej ciało. Usta wymalowane krwistoczerwoną szminką kontrastowały z jej jasną cerą. Była ładna, bardzo ładna, i wyglądała na bogatą. 

- Chronię je przed światłem słonecznym – wyjaśnił Abz, zapatrzony w kobietę. 

- Jesteś z północy? 

- Hmm... Tak... 

W albinosie wezbrało uczucie ulgi. Nie wiedział, kiedy przyjaciołom uda go się odnaleźć, ale czuł, że u tej pani będzie mu lepiej niż w rękach handlarzy. Do czego mógł być jej potrzebny? Jako lokaj? Jako towarzystwo? A może jedno i drugie? Tak czy siak brzmiało to nieźle. Nie uśmiechała mu się co prawda perspektywa niewoli, ale widział w tym mniejsze zło. 

- Jest pani zainteresowana? Jak chce go pani dokładniej obejrzeć, to zapraszam na zaplecze – zaproponował ubrany na beżowo szef handlarzy. 

- Nie trzeba... Ciekawy okaz, ale szukam kogoś większej postury – wyjaśniła kobieta. 

- A to proszę tędy... 

Abz spojrzał na dziewczynę zawiedzionymi oczami, gdy ta posyłała mu ostatni uśmiech, oddalając się od niego wraz z handlarzem. Jednak nie poszło po myśli Anahibianina. Westchnął, ale dostrzegał pozytywy zaistniałej sytuacji. Im dłużej tu siedział, tym większa była szansa, że przyjaciele zdołają go dogonić. 

- Jak zwykle szukam jakichś sprawnych fizycznie facetów do mojego kamieniołomu. - Tym razem usłyszał wyraźnie męski głos. 

Uniósł wzrok i zobaczył łysego, przysadzistego pana w pozłacanym płaszczu i z mnóstwem pierścieni na palcach. Nie wyglądał groźnie, ale Abz skrzywił się na samą myśl, że mógłby trafić w jego ręce. 

- Nie ma problemu. Jak zwykle mam takich pod dostatkiem – powiedział handlarz, który najwyraźniej znał się już z tym klientem. - Proszę, ten jest silny, ten też, ten też... 

Abz wzdrygnął się, kiedy poczuł wielką łapę na swoim ramieniu. 

- Ten też powinien dać radę – dokończył handlarz. 

Kiedyś dumny ze swej nowej rzeźby ciała, teraz Abz zaczynał żałować tych wszystkich treningów z Garethem. 

- Świetnie, biorę tych czterech – rzekł ucieszony klient. 

Abz popatrzył na nie niego w szoku. 

- Kamieniołom? - przełknął ślinę. - To nie jest dobry pomysł... Słońce mi szkodzi i... 

- Wszyscy z północy tak mówią, a potem jakoś dają radę – przerwał mu kupiec. - Bądź tak dobry i załaduj ich do mojego transportera – zwrócił się do handlarza. 

Nie na taki bieg wydarzeń liczył Abz. Ponownie wpadł w popłoch i zdał sobie sprawę, że jeśli w jakiś sposób nie zaznaczy tu swojej obecności, przyjaciele mogą go prędko nie ujrzeć. Co jednak należało zrobić? Był obserwowany, pilnowany i na smyczy. Jedyne, co mu pozostawało, to zwrócić na siebie uwagę na tyle, by przypadkowi ludzie go zapamiętali. Wtedy kompanom byłoby łatwiej dowiedzieć się o jego losie. Już miał zacząć krzyczeć i robić zamieszanie, gdy nagle został potraktowany paralizatorem w kształcie laski. Całe jego ciało przeszył ból, mięśnie odmówiły posłuszeństwa i dwóch pomocników kupca musiało go przytrzymać. 

- Wielu już próbowało urządzać cyrki, więc wyczuwam, kiedy to może nastąpić – wyjaśnił handlarz z paralizatorem w ręku. - Zabierzcie go stąd! 

 

 

Badacze się spieszyli, ale na plac dotarli po zamknięciu targu. Jedynym, co wskazywało na to, że trafili we właściwe miejsce, były duże zadaszone podesty z łańcuchami zwisającymi ze sklepienia. Po niewolnikach nie zostało ani śladu. Jednak przyjaciele nie tracili nadziei, bo wciąż mogli się dowiedzieć, w czyje ręce trafił Abz. Wystarczyło popytać. Wokół rynku stało wiele sklepów i straganów. Ktoś musiał coś zauważyć. 

Podeszli do budki z napojami i zauważyli, że za ladą stoi uśmiechnięty mężczyzna przy kości z czarnymi kręconymi włosami. Z tej perspektywy miał doskonały widok na targ. 

- Przepraszam, byli tu dziś handlarze niewolników? - spytała grzecznie Joanna. 

- Oczywiście, jak każdego miesiąca – odparł mężczyzna, układając szklanki. 

- A był może wśród pojmanych białowłosy mężczyzna? 

- Nie odpowiem ci na to pytanie, moja droga, bo miałem ręce pełne roboty. Nawet nie miałem czasu się przyjrzeć. A co, szukacie przyjaciela? 

- Tak – odparł Gareth, zaskoczony, że mężczyzna od razu domyślił się, o co chodzi. 

- Cóż... Pytajcie dalej. Ktoś musiał go widzieć. A w międzyczasie możecie zacząć zbierać pieniądze na jego wykupienie. W pośpiechu nic nie zdziałacie. 

- Nie zamierzamy go wykupywać, tylko odbić. - Chen zmarszczył brwi. 

Mężczyzna na chwilę zamilkł, widząc determinację podróżników. 

- Dam wam radę, nie róbcie tego. Myślicie, że nikt nie próbował? To się z reguły źle kończy. 

- Dziękujemy za troskę – rzekła Joanna i poszła pytać w innych miejscach. 

Sytuacja powtórzyła się kilka razy. Większość sprzedawców wyjaśniała, że była zbyt zajęta, by zwrócić uwagę, jakie osoby pojawiły się na targu. Ale w końcu badacze trafili na jakiś trop. 

- Białowłosy mężczyzna? - zastanowiła się właścicielka straganu z biżuterią. - Jakiś młody? 

- Tak – ucieszyła się Joanna, mając nadzieję, że tym razem się czegoś dowie. 

- Rzeczywiście był tam taki. Zwróciłam na niego uwagę, bo nawet przystojny. 

- Nie wie pani, kto go kupił? - spytał major. 

- Oj, niestety. Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że taki tu się przewinął. 

Dla przyjaciół ta wiadomość była już wystarczająco dużym pocieszeniem, by poczuli, że odnieśli sukces. Wiedzieli, że trafili w dobre miejsce, wiedzieli, że Abz żyje. Istniała nikła szansa, że chodziło o kogoś innego. Nie spotkali tu nikogo o tak jasnych włosach. 

- Co dalej? - spytała Hilda dowódcy w oczekiwaniu na rozkazy. 

- Będziemy wypytywać innych ludzi, aż dowiemy się czegoś więcej. Nie wiem, jak długo to potrwa, ale wypadałoby zdobyć jakieś pieniądze – powiedział Gareth, rozglądając się dookoła. 

Nauakuszut było dużą miejscowością jak na tutejsze standardy. Nie ogromną, ale dorównującą wielkością rodzinnemu miastu Joanny, czyli stolicy Tatr. Poszukiwania Abza mogły równie dobrze zająć jeden dzień, jak i tydzień lub miesiąc. 

- Gdzieś w pobliżu powinien być jakiś jarmark. To najlepsze miejsce na szybki zarobek. Na zasięgnięcie języka w sumie też – zauważył Derks. 

- Chyba nie chcesz kraść? - spytał zaniepokojony Chen. 

- Oczywiście, że nie. Chodźcie za mną. 

Po przejściu kilku ulic i popytaniu mieszkańców, badacze szybko trafili na jarmark. Panowała na nim tak wesoła atmosfera, że prawie zapomnieli, w jak niegościnnym świecie się znaleźli. Można tu było kupić napoje i pieczone szczury, a przynajmniej coś, co je przypominało. Na dodatek liczne stragany oferowały towary różnej maści. Nie brakowało też rozrywek. Uliczni grajkowie, magicy pokazujący sztuczki – oni wszyscy liczyli na szybki i łatwy zarobek, umilając ludziom czas. Do tego istniała możliwość zdobycia nagród w różnych grach rodem z wesołego miasteczka. Po Wielkim Turnieju badacze mieli pewien niesmak, ale te dyscypliny zdawały się dużo mniej zobowiązujące. 

- Popytajcie o Abza, ja spróbuję zdobyć trochę forsy – powiedział major i podszedł do strzelnicy. 

Udało mu się wygrzebać z kieszeni resztkę drobnych i zapłacić za jedną kolejkę. Zadanie wyglądało na śmiesznie proste. Wystarczyło trafić we wszystkie metalowe ptaki, którymi poruszał mechanizm. Gareth otrzymał broń, wyglądającą jak zwykła strzelba. Już jako mały chłopiec miał z taką do czynienia, więc potrafił jej używać. Ze swym sokolim wzrokiem i opanowaniem był pewien zwycięstwa. Oddał więc dobrze wyważoną serię i ze zdumieniem zauważył, że nie trafił ani razu. 

- Przykro mi. Może następnym razem będzie miał pan więcej szczęścia – powiedział właściciel. 

Jednak major nie oddał strzelby, tylko zaczął ją dokładnie oglądać. 

- Ta broń jest trefna – stwierdził. 

- Nonsens. Posądza mnie pan o oszustwo? - oburzył się właściciel. 

W odpowiedzi Gareth wyjął własny miotacz, a mężczyzna odruchowo schował się pod ladę. Jednak major wcale nie zamierzał robić mu krzywdy. Oddał kilka zdecydowanych strzałów, pozostawiając wszystkie metalowe ptaszki bez główek. Ten argument przeważył szalę na jego korzyść. 

- Wygrałem sto upi-upi. Zawsze coś – powiedział, gdy podbiegł do przyjaciół. 

- Pytaliśmy o Abza, ale nie dowiedzieliśmy się niczego nowego – wyjaśniła Hilda. 

Nim zaczęli ustalać, co robić dalej, zauważyli, że Derks wpatruje się w znajdujący się na podwyższeniu ring. Walczyło tam dwóch potężnych mężczyzn. Jeden z nich, rozebrany do pasa, z długimi blond włosami i jasną karnacją, nie przypominał żadnej ziemskiej rasy, bo rysy miał raczej afrykańskie, nie nordyckie. Przy ringu stała kobieta o tej samej urodzie, również dość umięśniona, i trzymała słój pełen pieniędzy. Jasnowłosy mężczyzna właśnie wygrywał walkę z ciemnoskórym przeciwnikiem, zakładając mu dźwignię. Gdy oponent wreszcie się poddał, zwycięzca wydał z siebie ryk triumfu. 

- Kto z was spróbuje pokonać potężnego Glokoga? - przemówiła kobieta ze słojem. - Zwycięzca zgarnie cały utarg i okryje się chwałą! Kto spróbuje? Za jedyne pięćdziesiąt upi-upi możecie zmierzyć się z wielkim Glokogiem! 

- Naomici? W tej symulacji jeszcze żadnego nie spotkałem – zauważył Derks, starając się ukryć zniesmaczenie. 

- To ta rasa, która zalazła ci za skórę? - bardziej stwierdził niż spytał Chen. 

- Cóż, wygrałem sto upi-upi, więc gdyby ktoś bardzo chciał się zmierzyć z potężnym Glokogiem... - oznajmił Gareth z lekkim rozbawieniem. 

- Ja już mam dosyć turniejów – rzekła stanowczo Hilda, podkreślając to gestem obu dłoni. 

Derks nic nie powiedział, tylko wręczył majorowi swoją broń palną, wziął od niego pięćdziesiątaka i wskoczył na podest. Tłum gapiów od razu zaczął wiwatować, wyraźnie złakniony widoku krwi. Mouk nawet nie spojrzał na publiczność. Ze spokojem wrzucił blaszkę do słoika i wszedł na ring. Ponieważ naomici mieli słaby wzrok i bardziej polegali na węchu, przeciwnik zbliżył się do niego i wciągnął powietrze w nozdrza. 

- Mouk – powiedział z satysfakcją i obwąchał go dokładniej. O dziwo Derks nawet nie drgnął. - Dziewica... - Glokog wyszczerzył zęby w uśmiechu, jakby próbując sprowokować swego przeciwnika. 

Z niezmieniającą się miną pokerzysty Derks spojrzał na obusieczne noże przypięte do paska oponenta. Wyglądało na to, że można było używać broni białej, ale uważał, że nie będzie mu potrzebna. Nie zastanawiając się dłużej, przyłożył przeciwnikowi pięścią w brzuch. Ten zgiął się lekko, ale szybko wyprostował i uśmiechnął wrednie. Zaatakował. Derks uchylił się przed jego pięściami i wymierzył mu kilka prostych w twarz. Glokog cofnął się, ale nie wyglądał na rannego. Szybko się zreflektował i rzucił na przeciwnika. Derks z łatwością pochwycił jego ręce. Tym razem wymierzył kilka kopniaków. Gdy trafił w kroczę, Glokoga nawet trochę zabolało. Ale bynajmniej nie spowolniło. Atakował dalej. Nie był w stanie nawet dotknąć Derksa. Mouk z łatwością unikał jego ciosów i zadawał mu coraz bardziej dotkliwe. 

- Niesamowity jest... Chcę go w swoim zespole... - wydukał Gareth, widząc, co się dzieje na ringu. 

- O Abzie tak nie mówiłeś – mruknęła Joanna. 

- Szkoda, że nie baba – rzekł zawiedziony Chen. - Jakby mu doprawić cycki, to miałby figurę lepszą od Umy Thurman. 

- No i ma trochę azjatyckie rysy. I jest wysoki. Pasowalibyście do siebie. - Joanna nie mogła się powstrzymać przed uszczypliwą uwagą. 

- Spadaj – zripostował Chen. 

Tymczasem Derks wyprowadzał kolejny cios z pół obrotu. Naomita zachwiał się. Wypluł zęba, a to go nieźle rozzłościło. Postanowił sięgnąć po noże. Ponieważ były obustronne, z rękojeścią pośrodku, można powiedzieć, że używał czterech naraz. Zaatakował bez ostrzeżenia. Derks szybko uruchomił swoje ukryte ostrza. Zablokował cios, krzyżując nadgarstki. Uchylił się przed kolejnym. Glokog ciął bez opamiętania, ale mouk nie dał się nawet drasnąć. On sam zaś zdołał kilka razy przeciąć skórę przeciwnika. Ten jednak na to nie zważał. Chciał za wszelką cenę zranić oponenta. Problem w tym, że go nie docenił. W końcu Derks podciął mu nadgarstki. Zmusił go do wypuszczenia noży. Zatopił ostrze w jego barku, raniąc go nieco dotkliwiej. Mógł skończyć tu i teraz, ale tego nie zrobił. Schował ostrza i przyłożył przeciwnikowi pięścią w podbródek. Siła uderzenia była tak duża, że podrzuciła naoimitę nieco w górę, przez co upadł na matę z jeszcze większym hukiem niż normalnie. 

Widzowie, łącznie z Garethem, zaczęli bić brawo i wiwatować. Zaś Derks, jak zwykle opanowany, wziął słój od kobiety, tak zszokowanej, że nawet nie protestowała, i z gracją zeskoczył z podestu. Dopiero gdy podszedł do badaczy, na jego twarzy pojawił się uśmiech satysfakcji. 

- Chodźmy przeliczyć pieniądze – powiedział. 

 

 

Kamieniołom był naprawdę pokaźnych rozmiarów. Do tego znajdował się przy nim spory kompleks baraków, do którego niewolnicy zostali skierowani zaraz po tym, jak wysiedli z transportera. Abz cieszył się, że przynajmniej pozwolili mu zachować płaszcz. Poza tym jednak nie miał zbyt wielu powodów do radości. Był zmęczony, spragniony, słońce paliło go w twarz i oślepiało. Nie wiedział, jak tu wytrzyma choćby dzień. Miał nadzieję, że przyjaciele szybko go odnajdą, albo inaczej sam będzie musiał pomyśleć o ucieczce. Jednak jego szanse na to drugie zostały znacznie zminimalizowane, gdy wraz z pozostałymi znalazł się w baraku. 

- To nasza gwarancja, że nie będziecie próbowali zwiać – przemówił koordynator straży i pokazał wszystkim czarną obrożę. - Jeśli się za bardzo oddalicie, detonowany zostanie ładunek wybuchowy. To samo się stanie przy próbie usunięcia urządzenia lub zniszczenia. 

Gdy niewolnicy otrzymali obroże, dostali trochę wody i od razu wrzucono ich w wir pracy. Abz dostał kilof do rąk i znowu poczuł żar lejący się z nieba, gdy tylko wypchnięto go po drugiej stronie na zewnątrz. Ujrzał dziesiątki mężczyzn łupiących skały i strażników przechadzających się z paralizatorami. Musiał się stąd wydostać. 

 

 

Po jarmarcznych przygodach badacze uzbierali prawie dziesięć tysięcy upi-upi. Starczyło na jedzenie, broń i miejsce na kempingu. Gareth kupił nawet miejscowe piwo do spróbowania, ale smakowało nieszczególnie. Jednak po przeżytych trudach i stresach dobre było nawet i to. Przynajmniej pozwoliło odrobinę zrelaksować się wieczorem. 

- Jutro się rozdzielimy i przeczeszemy całe miasto – powiedział major, siedząc z przyjaciółmi przed wozem na złomie, który tu znaleźli. - Starajcie się nie wzbudzać zbyt dużego zainteresowania. Nie szukajcie guza, ale noście przy sobie broń. 

Pozostali przytaknęli. Większość niedługo później udała się na spoczynek, ale nie Joanna. Tak przeżywała zaginięcie Abza, że nie za bardzo chciało jej się spać. Napiła się trochę piwa, z nadzieją, że to jej pomoże. Jedyną osobą, która jeszcze dotrzymywała jej towarzystwa, był Derks. On zadowolił się zwykłą wodą. 

- Ten Abz jest dla ciebie kimś ważnym, prawda? - przemówił kosmita. - Może to zbyt osobiste pytanie, ale jesteście parą? 

Joanna wyglądała na lekko rozbawioną, choć był to raczej gorzki uśmiech. 

- Nie... Jesteśmy przyjaciółmi. Dobrymi przyjaciółmi – wyjaśniła. 

- Wybacz... Czasami nie mogę się połapać w relacjach międzyludzkich. 

- Nic się nie stało. 

Joanna uniosła wzrok na Derksa, zastanawiając się, jak zmienić temat. Nie powinno być to dla niej trudne. Zawsze interesowali ją obcy. Ale teraz słowa nie przychodziły tak łatwo. 

- Jak to jest być moukiem? - wypaliła. 

Tym razem to Derks wyglądał na nieco rozbawionego. 

- Nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie – przyznał. - Jak to jest być kobietą? 

- Ciężko. Zwłaszcza na Ziemi. - Joanna wiedziała, że trochę przesadza, ale to były pierwsze słowa, które przyszły jej do głowy. 

- Patriarchat, co? 

- A znasz jakieś planety, na których rządzą baby? 

- Pewnie. Są takie. 

Tym razem uczona uśmiechnęła się bardziej szczerze. Rozmowa zaczynała jej się podobać. Zastanawiała się, czy nie ma jakiegoś wrodzonego talentu do nawiązywania kontaktu z obcymi. 

- Wy musicie mieć dobrze. Żadnej wojny płci, wszyscy są równi – stwierdziła i westchnęła. 

- Ale mamy swoje problemy. Jak każdy. Wbrew pozorom bycie moukiem wcale nie jest takie łatwe. Jesteśmy samotnikami. Musimy być twardzi. Musimy umieć radzić sobie ze wszystkim. 

- Masz jakieś dzieci? 

- Nie, ale mam młodszego siostra, więc coś o tym wiem. 

- Siostra? Hehe, dobre – zachichotała kobieta. 

- Translatory czasem się gubią, gdy coś jest nieprzetłumaczalne – wyjaśnił Derks i napił się wody. 

Przed podjęciem nowego tematu Joanna zrobiła krótką pauzę. 

- Ci... Naomici. Naprawdę są tacy źli? 

- Są – rzucił beznamiętnie mouk. 

Uczoną intrygowało jak wielką niechęcią Derks darzył tę rasę. Ciekawa była, ile jest prawdy w tym, co mówi. 

- Zrobili ci coś złe... 

- Nie lubię o nich rozmawiać. - Obcy wszedł jej w słowo. 

- Uh... Okej... W porządku... Nie będziemy o tym rozmawiać. 

Atmosfera trochę się zepsuła. Derks nie wyglądał na rozzłoszczonego, ale Joanna i tak poczuł się skrępowana. Zastanawiała się jeszcze, czy nie zmienić tematu, ale stwierdziła, że lepiej będzie iść spać. 

 

 

Po posiłek ustawiła się długa kolejka. Co prawda pomoc kuchenna nalewała do misek tylko jakąś papkę, ale niewolnicy byli tak głodni, że nie wybrzydzali. Do tego Abz miał inne powody do narzekania niż kiepska kuchnia. Płaszcz ochronił większość jego ciała przed słońcem, ale dłonie i twarz piekły go niemiłosiernie. Musiało to być bardzo widoczne, bo chłopak, który nalewał mu obiad, przez chwilę się na niego gapił. 

Abz zjadł, starając się nie myśleć o tym, co spożywa, i spędził na stołówce resztę przerwy. Nie miał ochoty się nigdzie ruszać, bo tu nie było niczego interesującego do zwiedzania. Nie było nawet żadnych mebli. Niewolnicy spali i jedli na podłodze. Trochę jak w igloo, w którym Abz raz mieszkał na obozie, ale tam przynajmniej panował przyjemny chłód. 

W pewnym momencie albinos zauważył, że w jego kierunku zmierza chłopak, który wcześniej dawał mu jeść. Trochę odstawał od reszty towarzystwa. Wyglądał na nie więcej niż szesnaście lat, miał długie blond włosy opadające na ramiona i niebieskie oczy. Widać też było, że niesie coś pod szatą. Chłopak usiadł naprzeciwko Anahibianina, rozejrzał się dookoła, i gdy miał pewność, że nikt ich nie obserwuje, wyjął spod ubrania kawałek sporego orzecha. Wyglądał trochę jak kokos, którego kiedyś Abz widział na zdjęciu. 

Młodzik nic nie powiedział, tylko oderwał kawałek skorupy i zeskrobał nim trochę miąższu. Następnie wziął powstały olejek na palce i zaczął delikatnie wcierać w dłoń albinosa. 

- Jestem z północy, więc gdy tu przybyłem, miałem podobny problem – wyjaśnił chłopak. - Dam ci tego orzecha, tylko musisz go trzymać w ukryciu. Ten olejek działa trochę jak filtr. Nie jakiś super, ale zawsze coś. 

- Dzięki... - wydukał zaskoczony Anahibianin. - Abz jestem... 

- Tino – przedstawił się nastolatek. 

- Od dawna tu jesteś? 

- Chyba... Nawet nie pamiętam, ile dokładnie – powiedział ze spokojem chłopak i zaczął smarować twarz Abza. - Nigdy nie widziałem nikogo z tak jasną skórą. To musi być dla ciebie ciężkie. 

- Bardziej się martwię o swoje oczy. Na zewnątrz aż boję się je otwierać. 

- Spróbuj bardziej opuszczać kaptur. Może to coś da. 

- Właściwie czemu mi pomagasz? 

Chłopak popatrzył na Abza w taki sposób, jakby nie do końca wiedział, co powiedzieć. 

- Jesteś taki... inny – odpowiedział zakłopotany. - Te osiłki mnie przerażają, a ty jakoś nie. 

Albinos się uśmiechnął. 

- Jeszcze raz dzięki za pomoc, ale ja nie mogę tu zostać – wyjaśnił. 

- Ale... stąd nie ma ucieczki. 

 

 

Minął prawie miesiąc, odkąd badacze rozpoczęli poszukiwania. Przez ten czas zdołali przepytać mnóstwo osób, ale nikt nie był w stanie podać wystarczających szczegółów na temat losu Abza. Powoli przyjaciele zastanawiali się, czy nie lepiej poczekać na kolejny targ niewolników, który miał mieć miejsce lada dzień, i dowiedzieć się u źródła. Jednak handlarze nie prowadzili inwentarza i również mogli nie udzielić wystarczających informacji. 

Powtarzali tę samą regułkę każdego dnia po setki razy.  

W niewielkim lecz gustownym sklepie z bielizną półki wypełniały różnokolorowe biustonosze i halki. Stojąca z posępną miną Joanna nie chciała niczego kupić. Wypytywała sprzedawczynię o Abza, ale ta również nie umiała udzielić odpowiedzi. Wyglądało jednak na to, że spytała niewłaściwą osobę. 

- Białowłosy mężczyzna? Targ niewolników? - zdziwiła się rudowłosa klientka w czerwieni, która usłyszała rozmowę. - Zaraz, widziałam kogoś takiego. Nawet z nim rozmawiałam. Ma czerwone oczy, prawda? 

Joannę na chwilę zatkało i zatrzęsły jej się ręce, gdy jej uszu doszły słowa kobiety. 

- Roz... Rozmawiała z nim pani? Czy wie pani, co się z nim stało? Dokąd trafił? - spytała z takim przejęciem, że z trudem zbierała słowa w jedno zdanie. 

- Hmmm... Był tam jakiś facet. Dobijał targu. Tak, słyszałam, bo byłam w pobliżu. Niech pomyślę... Do kamieniołomu chyba szukał ludzi. 

W tej sytuacji Joannie z trudem przychodziło trzymanie emocji na wodzy, ale na razie nie mogła dać się ponieść, bo musiała dowiedzieć się jak najwięcej. 

- Pamięta pani, jak wyglądał ten od kamieniołomu? 

- Gruby i łysy. Tyle pamiętam. 

Joannie to wystarczyło. Uściskała zaskoczoną kobietę i wybiegła ze sklepu. 

 

 

Było źle. Bardzo źle. Abz głowił się, jak dezaktywować obrożę, ale bez odpowiednich narzędzi nie mógł nic zdziałać. Zwłaszcza że najmniejszy błąd mógł go kosztować życie. Dni mijały, a ratunek nie przybywał. Jedynym, co trzymało Abza przy zdrowych zmysłach, była nadzieja, że ta symulacja kiedyś się skończy i wszystko wróci do normy. Nic więcej mu nie pozostało. Więc trzymał się jej ze wszystkich sił, bo wiedział, że jeśli puści, popadnie w taką rezygnację, że nawet własne życie przestanie mieć dla niego znaczenie. A ta nadzieja mogła mu wkrótce nie wystarczyć, bo czas mu się kończył. Czas udawania, że wszystko jest w porządku. Czas, gdy był jeszcze zdolny do pracy. 

- Gdzie ty kopiesz, cholero jedna! Ruda jest obok! Co ty, ślepy jesteś?! - wrzasnął strażnik. 

- Przepraszam... To się więcej nie powtórzy. - Abz spuścił głowę, licząc na to, że nie oberwie mu się z paralizatora. 

- Coś jakiś nieobecny się ostatnio zrobiłeś. Mam nadzieję, że niczego nie knujesz – warknął strażnik, ale zostawił go w spokoju. 

Na stołówce Abz znowu siedział do samego końca przerwy. Nie zawsze miał okazję porozmawiać z Tino, ale tym razem chłopak mógł mu dotrzymać towarzystwa. Z dnia nadzień albinos stawał się coraz bardziej markotny i nawet nie chodziło o ciągłe poparzenia. Zdążył się do nich przyzwyczaić. 

- Powiedz mi... Co robi zarządca z osobami, które nie są już zdolne do pracy? - spytał nieobecnym tonem. 

Tino przełknął ślinę, bo wyczuł co kolega ma na myśli. 

- Jest aż tak źle? 

- Twoja twarz... - wydukał Abz. 

- Co z nią? 

- Już prawie jej nie odróżniam od innych twarzy. 

Sądząc po minie hłopakowi wręcz trudno było uwierzyć, że Anahibianin był zdolny tak długo zachowywać względne pozory. Z trudem rozpoznawał ludzi, a co dopiero skały. 

- Nie zostało mi wiele czasu, Tino. Każdego dnia jest coraz gorzej... - wyznał Abz, wpatrując się w pustkę, bo i tak nie robiło mu zbytniej różnicy, gdzie skierował wzrok. 

- Nie wiem, co robi zarządca – Tino wrócił do tematu. - Nie wydaje się bardzo okrutny, ale... Był taki jeden, co złamał obie nogi. Gdzieś go zabrali, ale nie wiem gdzie. Nigdy nie wrócił. Może go gdzieś oddał, może zostawił na pustyni. Nie wiem. 

- Przynajmniej mogę chodzić - pocieszył się Abz, ale marna to była otucha. 

 

----- 

 

Rozdział XIVb: viewtopic.php?f=122&t=8552

Obrazek

Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości