ISET - rozdział XIVb

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Vampircia
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 283
Zobacz teksty użytkownika:

ISET - rozdział XIVb

Post#1 » 22 sty 2020, o 18:10

Rozdział I: viewtopic.php?f=122&t=8097 

Rozdział II: viewtopic.php?f=122&t=8136 

Rozdział IIIa: viewtopic.php?f=122&t=8181 

Rozdział IIIb: viewtopic.php?f=122&t=8182 

Rozdział IV: viewtopic.php?f=122&t=8221 

Rozdział Va: viewtopic.php?f=122&t=8271 

Rozdział Vb: viewtopic.php?f=122&t=8272 

Rozdział VI: viewtopic.php?f=122&t=8314 

Rozdział VII: viewtopic.php?f=122&t=8331 

Rozdział VIII: viewtopic.php?f=122&t=8348 

Rozdział IXa: viewtopic.php?f=122&t=8410 

Rozdział IXb: viewtopic.php?f=122&t=8411 

Rozdział Xa: viewtopic.php?f=122&t=8444 

Rozdział Xb: viewtopic.php?f=122&t=8445 

Rozdział XIa: viewtopic.php?f=122&t=8507 

Rozdział XIb: viewtopic.php?f=122&t=8508 

Rozdział XIIa: viewtopic.php?f=122&t=8534 

Rozdział XIIb: viewtopic.php?f=122&t=8535 

Rozdział XIII: viewtopic.php?f=122&t=8539 

Rozdział XIVa: viewtopic.php?f=122&t=8551 

 

----- 

 

Po dokładnym zebraniu informacji badacze ustalili, o który kamieniołom mogło chodzić. Byli w stanie dojechać do niego w ciągu jednego dnia, ale nie mieli pojęcia, co robić dalej. Nie mogli tam tak po prostu wpaść bez żadnego planu. Nawet nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać na miejscu. 

- To co, robimy im sieczkę? - spytał Derks, gdy wszyscy ślęczeli nad mapą. 

- Nie, spróbujemy go wykupić – zadecydował major, co zaskoczyło wszystkich. 

- Myślałem, że się z nimi rozprawimy – zdziwił się Chen. 

- W piątkę? Nawet nie wiemy, jak pilnie strzeżona jest ta placówka – wyjaśnił Gareth. - Oczywiście moglibyśmy to skrupulatnie zaplanować, ale to wymagałoby długich przygotowań, a i tak straciliśmy już zbyt wiele czasu. Musimy to rozegrać bez rozlewu krwi. Nie chcemy, żeby stało się coś Abzowi czy nam. 

- Za co chcesz go wykupić? - spytała Hilda. 

- Najpierw upewnijmy się, że on tam w ogóle jest. Potem się będziemy martwić funduszami. - Gareth wstał i złożył mapę. 

- Pytanie czy nas tam w ogóle wpuszczą – zauważyła Joanna. 

- Dlatego przydałby nam się jakiś fortel. Derks, ty powinieneś być dobry w te klocki. Co byś zrobił, żeby dostać się na teren strzeżonego kamieniołomu bez wzbudzania podejrzeń? - spytał major. 

- Pomyślmy... - Derks podrapał się po głowie. - Tacy przedsiębiorcy są z reguły pazerni na pieniądze, więc trzeba go przekonać, że wpuszczając nas tam, będzie miał z tego jakąś korzyść. Hmmm... Chyba mam pomysł, ale trzeba będzie trochę zainwestować. Powinno nam wystarczyć pieniędzy. 

 

 

Pojazd zatrzymał się przed kompleksem baraków. Dla badaczy była to ostatnia chwila na wzięcie głębszego oddechu i przećwiczenie swoich ról. Musieli się postarać, bo to nie był plan filmowy. Wiedzieli, że drugiego podejścia nie będzie. 

Derks został w wozie, a pozostali podeszli pod bramę. Mieli tremę, ale nie mogli dać tego po sobie poznać. W nowych strojach czuli się niekomfortowo, ale tak ponoć ubierała się szlachta z północy, więc nie było wyjścia. Hilda miała na sobie błękitną, koronkową suknię sięgającą do samej ziemi i pasującą do niej biżuterię. Do tego trzymała parasolkę tego samego koloru. Gareth czuł się jak klaun, bo nosił szerokie, bufiaste spodnie, które lśniły w słońcu od złotych nici, i luźną brązową tunikę ze sztucznego jedwabiu. Joanna i Chen popatrzyli na siebie porozumiewawczo, wyrażając niesmak. Przypadły im te gorsze role. Ponieważ nie przypominali zbytnio ludzi północy, musieli zagrać niewolników. Oboje stali z dużymi wachlarzami przy swoich „panach” i nieustannie ich ochładzali. Przynajmniej ubrania mieli wygodniejsze. W ich przypadku wystarczyły bardzo proste białe szaty. 

- Uh... państwo... w jakiej sprawie? - zmieszał się strażnik na ich widok. 

- Jestem Sir Gareth z północy, a to moja żona Lady Hilda – oznajmił major, który próbował zabrzmieć tak, jakby miał wyraźne poczucie wyższości nad innymi. - Jesteśmy właścicielami sieci zakładów kamieniarskich i chcielibyśmy porozmawiać z twoim panem o interesach. 

- I się trochę rozejrzeć, żeby wiedzieć, czy w ogóle jest po co robić interesy – dodała Hilda niby znudzonym głosem. 

- Och... - Strażnik się zmieszał. - Nie wiedziałem, że... pana teraz nie ma... ale zaraz go poinformuję. 

- No to zrób to natychmiast i wpuść nas do środka – rzekła Hilda, udając oburzenie. 

- Tak, tak... tylko, że... tu nie jest posprzątane i... 

„Arystokraci” nie zważali na słowa strażnika i weszli do baraku, gdy ten im tylko otworzył. Nie mieli stąd widoku na kamieniołom ani na żadnych niewolników, więc musieli grać dalej. 

- Jestem taka spragniona. Joanno, idź do jadalni i przynieś mi szklankę wody – rzuciła lekarka. 

- Zapraszam na zaplecze. Mam tam dużo dobrych napojów – powiedział strażnik przymilnym głosem. 

- A niechże dziewczyna ma jakąś robotę! - postawiła na swoim Hilda. 

Jej pomysł wydawał się całkiem dobry. Obsługa jadalni na pewno kojarzyła wszystkich niewolników. Mogła udzielić informacji. 

- Prosto tym korytarzem. - Strażnik wskazał Joannie drogę. 

Kobieta nie zwlekała. Pobiegła przed siebie, a serce jej waliło jak młot. Była o krok od ujrzenia Abza. O krok. Wystarczyło tylko dobrze odegrać swoje role. 

Gdy doszła na miejsce, zauważyła pustą halę z ladą na samym tyle. Podeszła więc tam i zobaczyła, że znajdujące się dalej drzwi są otwarte. 

- Jest tam kto?! - zawołała. 

Po chwili do lady podszedł młody blondyn, wyraźnie zaintrygowany obecnością kobiety. Zrobił parę niepewnych kroków, przypatrując się Joannie z zaciekawieniem. 

- Szukam kogoś – szepnęła z przejęciem uczona. - Błagam, pomóż mi. Białowłosy mężczyzna, na oko dwadzieścia pięć lat, zaginął miesiąc temu... 

- Chodzi ci o Abza? - spytał zdumiony chłopak. 

Joanna zamilkła i przez chwilę zdawało się, że zaraz zacznie płakać ze szczęścia. 

- Znasz go... - wydukała przez zaciśnięte gardło. 

- Tak, ale... - Jej radość początkowo udzieliła się młodzieńcowi. Szybko jednak posmutniał. - Już go tu nie ma. 

 

 

Kiedy Joanna wróciła ze szklanką wody, jej przyjaciele od razu zauważyli, że coś jest nie tak. Ręce jej się trzęsły, ale starała się trzymać emocje na wodzy. Nie mogła niczego dać po sobie znać. Gra trwała dalej. 

- Co tak długo, dziewczyno? - Hilda wróciła do swojej roli, udając złość szlachcianki, i wyrwała Joannie szklankę. 

Chwilę później drzwi do hangaru się otworzyły i wszedł przez nie tęgawy właściciel. 

- Mieli państwo szczęście, że akurat tu jechałem. Szkoda, że nie skontaktowali się państwo ze mną wcześniej – wytłumaczył grzecznie. 

Podczas gdy Gareth i Hilda z nim rozmawiali, Joanna zastanawiała się, jak wyciągnąć prawdę od przedsiębiorcy, nie wychodząc przy tym ze swojej roli. Nie mogła tego tak zostawić. Musiała spytać teraz, bo to była jedyna szansa, by dowiedzieć się, gdzie przebywa Abz. I czy w ogóle żyje. Czas uciekał. Teraz albo nigdy. 

- Proszę mi wybaczyć, ale widziałam, jak wynoszą rannego człowieka. Co się z nim stanie? - spytała, z trudem opanowując drżenie. 

- Jak śmiesz nam przerywać?! - Hilda spoliczkowała Joannę. Zrobiła to lekko, ale przekonująco. Musiała, jeśli mieli wypaść wiarygodnie. 

- Daj spokój kochanie, jest nowa – przemówił Gareth słodkim głosem. Najwyraźniej wyczuł, dokąd zmierza Joanna, więc musiał dać jej możliwość dojścia do słowa. 

- Przepraszam najmocniej... - uczona schyliła się nisko w stronę właściciela - ...ale mój brat trafił do niewoli, a jest chory... czy go zabiją? - Nawet nie musiała udawać rozpaczy. Była wystarczająco roztrzęsiona. 

- Nie wiem, na jakiego pana trafił. Jeśli mam być szczery, to ja wywożę takich do najbliższej osady, jak akurat mamy tam transport, i tam porzucam. Na odstrzał szkoda amunicji, a zostawić na pustyni... to takie prostackie – stwierdził mężczyzna. 

W oczach Joanny znowu zagościła nadzieja. 

 

 

Jak tylko wsiedli do wozu i mieli pewność, że nikt poza Derksem ich nie słyszy, Joanna zrzuciła maskę względnego spokoju i powiedziała wszystko. 

- Abz zniknął kilka dni temu. Jeśli ten facet mówi prawdę... to może jeszcze nie jest za późno. 

- Chen, dawaj mapę! - rozkazał Gareth, równie przejęty, co jego koleżanka. 

Nie mieli czasu do stracenia. Pognali na pełnej mocy. Osada oddalona była o kilka godzin drogi. Jak na pustynię, nie było to daleko, ale podróż bardzo się dłużyła. To, czy Abz żyje, znowu stanęło pod znakiem zapytania. A nawet jeśli żył, nie wiedzieli, w jakim stanie go zastaną. Joanna była w zbyt wielkim pośpiechu, by pytać chłopaka o szczegóły, a Hilda nie specjalnie chciała się dzielić swoimi teoriami z towarzyszami, by ich dodatkowo nie martwić. 

Niepokoili się równie bardzo, co na samym początku, gdy Abz zaginął. Teraz jednak wreszcie mieli poznać prawdę i o niczym innym nie marzyli, jaka by ona nie była. Mieli szczerze dość życia w niepewności. 

Zajechali do niewielkiej miejscowości i zatrzymali się pod samym barem. Wysiedli już przebrani we własne ubrania i wbiegli do środka. Za ladą wychudzony dziadek z siwą brodą czyścił kufle własną śliną. Na szczęście nie chcieli od niego niczego kupować. 

- Szukamy kolegi. Podobno właściciel kamieniołomu porzucił go tutaj – przemówił Gareth. 

- To sprawdźcie w Okrągłym Domu. Tam siostry miłosierdzia prowadzą przytułek – rzucił ze znudzeniem barman. 

- Gdzie go znajdziemy? 

- Z łatwością go rozpoznacie. Nie ma tu drugiego takiego budynku. 

Po dziesięciu minutach wałęsania się po osadzie badacze natknęli się na kamienną budowlę, która kształtem przypominała miniaturowy stadion. W środku ujrzeli kilka rzędów łóżek. Na niektórych leżeli ranni i chorzy ludzie, których doglądały kobiety w białych sukniach. Na innych siedzieli nieco zdrowsi, a niektórzy nawet grali w karty. 

Joanna od razu go ujrzała. Trochę schudł, a skórę miał zniszczoną od słońca, ale to bez wątpienia był on. Siedział bez ruchu, jakby nieobecny. Na jego widok uczona na chwilę wstrzymała oddech, a potem pobiegła do niego pędem. 

- Abz! - krzyknęła. 

Na dźwięk swojego imienia Anahibianin zerwał się na równe nogi, a jego twarz nie przypominała już kamiennej maski. Joanna rzuciła mu się na szyję i wtuliła policzek w jego ramię. 

- Abz... - powiedziała raz jeszcze, starając się opanować łzy szczęścia. 

Poczuła dłonie na swojej głowie. 

- Wiedziałem, że mnie odnajdziecie – szepnął albinos z zadziwiającym spokojem. 

Gdy uniosła głowę, by na niego spojrzeć, on dotknął jej twarzy, jakby chciał się upewnić, czy rzeczywiście należy ona do jego przyjaciółki. Uśmiechał się, ale jego oczy zdawały się wpatrywać w pustkę. Jeszcze przed chwilą Joanna chciała coś powiedzieć, ale teraz słowa uwięzły jej w gardle. Niby nie powinna być zaskoczona. Wiedziała, w jakim stanie prawdopodobnie zastanie , a jednak, gdy widziała go takim, bolało bardziej, niż się spodziewała. 

- Przepraszam, że dopiero teraz, stary... Przepraszam... - wyznał Gareth, a brzmiał przy tym trochę tak, jakby po części obwiniał się za jego nieprzyjemności. 

On również uściskał kolegę, a do kłębowiska dołączyli pozostali członkowie załogi. Derks przypatrywał się z ubocza. Uśmiechał się. 

 

 

Rozbicie obozu na obrzeżach wioski wydawało się dobrym pomysłem. Mieszkańcy okazali się bardzo życzliwi. Poczęstowali podróżników smacznym naparem i ciasteczkami, a nawet pożyczyli im krzesła, żeby mieli na czym usiąść przy ognisku. Słońce już zachodziło, ale nie oznaczało to odpoczynku. Hilda właśnie badała Abza i świeciła mu w oczy latarką pożyczoną od Derksa, obserwując reakcję, czy raczej jej brak. Joanna przypatrywała się wszystkiemu z bólem. 

- Dobrze, myślę że powinieneś się położyć. Musisz odpoczywać – powiedziała lekarka po zakończonym badaniu. 

- Zaprowadzę cię – zaproponowała Joanna. Chwyciła Abza za rękę i poczuła, jak sucha i szorstka jest jego skóra. Podążył za nią posłusznie, jakby się przyzwyczaił do robienia tego, co mówią mu inni. - Uważaj, stopień. 

Weszli do środka. Abz wymacał łóżko i się na nim położył. 

- Przepraszam. Przepraszam, że przeze mnie musieliście odłożyć misję – szepnął. 

Joanna nie mogła uwierzyć, że on jeszcze się obwinia. 

- Nie mów tak. To my powinniśmy byli się bardziej postarać. 

Wyszła, bo cierpiała, gdy widziała Abza takim. W milczeniu usiadła przy ognisku. 

- No i jak się sprawy mają? - zapytał Gareth Hildy, nie musząc jej tłumaczyć, co ma na myśli. 

- Uszkodzenie siatkówki spowodowało całkowitą utratę wzroku – rzekła lekarka beznamiętnie. 

- Może go odzyskać? 

- Nie. To nieodwracalne. Chyba że poznamy medycynę znacznie bardziej zaawansowaną od naszej. 

Na chwilę wszyscy zamilkli. 

- To co dalej? - odezwał się Chen. Cicho, jakby bał się przerywać ciszę. 

Dla Garetha był to czas na podjęcie bardzo trudnych decyzji. 

- Mieliśmy się rozprawić z handlarzami, prawda? - westchnął. 

- Jak to? A co z Abzem? Nie może walczyć! - zaniepokoiła się Joanna. 

- Umieścimy go w jakimś bezpiecznym miejscu na czas akcji. 

W ustach Garetha wszystko wydawało się łatwe, ale uczona nie potrafiła się z nim zgodzić. 

- A jeśli wtedy my wrócimy, a on nie? 

Trudno było nie przyznać, że jest pewna logika w rozumowaniu Joanny. Nawet Gareth się zmieszał. 

- Więc co proponujesz? - spytał. 

Teraz zmieszała się kobieta, ale w nieco inny sposób. Wyglądała tak, jakby chciała coś powiedzieć, ale nawet sama przed sobą bała się przyznać do swego pomysłu. 

- Nawet... nie wiemy, czy ten cykl da się przerwać. Derks mówił, że praktycznie nikt nie wraca... - wydukała. 

- Co proponujesz? 

Gareth czuł, że Joanna nie mówi wszystkiego, więc naciskał. Teraz nie było miejsca na sekrety i niedomówienia. 

- Zostańmy... Zostańmy z Abzem. Osiedlmy się w jakimś spokojnym miejscu – wyznała Joanna, bojąc się spojrzeć na kolegów. - Może zwariowałam, ale... ja po prostu już nie mogę. Mam dosyć tej walki... Walki nawet nie wiem o co... Wykorzystajmy to życie, które nam zostało... Nie chcę już walczyć! - krzyknęła rozpaczliwie. 

Nastała tak grobowa cisza, że słychać było tylko trzaskanie ogniska i pustynny wiatr. Dłużąca się cisza. Gareth sam musiał dokładnie przemyśleć sprawę, nim mógł cokolwiek powiedzieć. 

- Okej... kto chce się osiedlić? – spytał powoli, jakby zastanawiał się nad każdym słowem. 

Joanna już podjęła decyzję, więc od razu podniosła rękę. Spojrzała na pozostałych i widziała, że się wahają. Specjalnie unikali jej wzroku. 

Chen jako następny uniósł rękę, a to przynajmniej trochę pocieszyło uczoną. Milczenie pozostałych sugerowało, że wciąż nie są pewni, co robić. Nigdy jeszcze nie stanęli przed tak trudnym wyborem. 

W końcu przełamała się Hilda i dołączyła do koleżanki oraz kolegi. Gareth nerwowo oblizał wargi, pokazując cień wątpliwości. Dał jednak za wygraną i również uniósł rękę na znak solidarności. Popatrzył na Derksa. 

- Spłaciłeś swój dług i dziękujemy ci. Podrzucimy cię, gdzie będziesz chciał – zwrócił się do obcego. 

Derks odwzajemnił propozycję uśmiechem, ale westchnął głęboko, co wskazywało na to, że dla niego także nie jest to łatwa decyzja. 

- Zawsze byłem samotnikiem, ale... czuję, że z wami mam większe szanse – wyznał. - Czasami trzeba wiedzieć, kiedy dać sobie na wstrzymanie. 

Nagle powietrze zrobiło się jakieś inne. Bardziej wilgotne, chłodniejsze. Przed oczami nie mieli już ogniska, tylko panel kontrolny Odysei i czerń kosmosu. 

- Ja widzę – wydukał Abz. - Ja widzę! - powtórzył głośniej, wpadając w euforię. 

Dokładnie oglądał swoje ręce, jakby chciał sprawdzić, czy potrafi dostrzec tyle samo szczegółów, co kiedyś. Gareth podwinął podkoszulek i zauważył, że nie ma już blizny po oparzeniach, których nabawił się na torturach u Gildora. Nawet uniformy ich wszystkich wyglądały jak nowe. Jakby ubrali świeże tego ranka. Przyjaciele ze zdumieniem rozglądali się dookoła i wszystkiego dotykali, chcąc się upewnić, czy to nie iluzja. Na razie byli zbyt oszołomieni, by zacząć krzyczeć z radości. 

- Wciąż jesteśmy na orbicie Planety Widmo – powiedziała Joanna, zerkając na odczyty. - Zaraz... Wykrywam jeszcze obecność jakiegoś statku. I jakieś dziwne zawirowania materii w tym po... 

Stali się nagle świadkami niecodziennego zjawiska. Na ich oczach zmaterializował się Derks. 

- Mój teleporter. Uwielbiam go. - Mouk ucałował swoją bransoletę. 

- Derks! - wykrzyknął zdumiony Chen. 

- Tak... Mówiłem, że jestem prawdziwy. – Uśmiechnął się obcy. - Przetransportowałem się tu, jak tylko wykryłem wasz statek. 

Gareth gwałtownie wstał. 

- Wróć z nami. Chcę cię mieć w swojej załodze – powiedział z przejęciem. Naprawdę mu zależało. 

- Dziękuję za kuszącą propozycję, ale moja praca dostarcza mi wystarczająco mocnych wrażeń. Wygląda jednak na to, że znowu jestem wam dłużny, bo dzięki wam udało mi się wyzwolić – z tymi słowy rzucił majorowi przedmiot, który przypominał mały cylinder. - To komunikator podprzestrzenny. Gdybyście mnie kiedyś potrzebowali, dajcie znać. Wystarczy wcisnąć guzik. Do zobaczenia. 

Przyjaciele liczyli na nieco bardziej wylewne pożegnanie, ale nawet nie zdążyli powiedzieć „do widzenia”, bo Derks teleportował się z powrotem. Cieszyli się jednak, że nie użył słowa „żegnajcie”. 

- Spadajmy stąd – powiedział Gareth, wiedząc, gdzie już na pewno nigdy nie wróci. 

 

 

Doktor Suarez zajął miejsce przed profesorem Price'em i położył na stole wyniki testów. Poprawił okulary i napił się wody, by przepłukać gardło, bo po raz pierwszy miał do zdania tak istotny raport. 

- Zacząłem od standardowej procedury, ale nie wykazała żadnych anomalii, wszyscy powrócili z misji cali i zdrowi – podjął. - Jednak ich niecodzienna opowieść skłoniła mnie, żeby przyjrzeć się im trochę dokładniej. Początkowo myślałem, że coś rzeczywiście mogło przejąć kontrolę nad ich umysłami, więc wykonałem tomografię mózgu, ale niczego nie wykazała. Żadnych obcych ciał, żadnych zmian, żadnych śladów po zabiegach – urwał na chwilę. 

- Widzę wymalowane na pańskiej twarzy wielkie „ale” - skomentował profesor, wpatrując się w rozmówcę. 

- Natchnęło mnie, żeby im zrobić różne testy, między innymi wysiłkowe i sprawnościowe – kontynuował Fernandez. - I tu zaczęło się robić dziwnie. Przede wszystkim nastąpił nagły przyrost tkanki mięśniowej. Proszę, oto wyniki sprzed misji i po – wręczył profesorowi papiery. - Widać wyraźną różnicę. - Ich siła, refleks... Wszystko poszło w górę. To wymaga wielu miesięcy treningu. Takie zmiany nie mogły nastąpić w ciągu jednego dnia. 

Podniecenie lekarza kontrastowało ze stoickim spokojem profesora, któremu nawet brew nie drgnęła. 

- Dziękuję, wykonał pan kawał dobrej roboty – powiedział, przekonany, że raporty badaczy będą stanowić fascynującą lekturę. 

 

----- 

 

Rozdział XV: viewtopic.php?f=122&t=8566

Obrazek

Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości