Aneżka wyskoczyła przez okno, r. 1. Judyta

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
astrometrium
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 6
Zobacz teksty użytkownika:

Aneżka wyskoczyła przez okno, r. 1. Judyta

Post#1 » 22 mar 2020, o 17:00

Witajcie kochani! 

Ostatnio nawet się nie przywitałam, ale szczerze nie wiedziałam nawet od czego zacząć. Opowieść, którą tutaj widzicie jest pisana przeze mnie od wielu lat. Miała być ona wyzwaniem rzuconym mi przez przyjaciółkę, która zaproponowała bym napisała coś o moim rodzinnym mieście, zamiast o "wróżkach i skrzatach". To moja pierwsza powieść realistyczna, historyczna i romantyczna. Przyjmę chętnie wszystkie uwagi, szczególnie dotyczące niespójności i ogólnego odbioru.  

 

Za wszystkie komentarze jestem ogromnie wdzięczna!  

Całuję,  

Astrometrium 

 

 

 

“Weszłaś prosto z nocy  

I miałaś w dłoniach kwiaty,  

Teraz przyjdziesz z ludzkiego zamętu,  

Ze zgiełku słów mówionych o tobie.” 

~ Ezra Pound “Francesca” 

 

Między półkami wystawowymi ukrywał się czar secesyjnego szkła. Swoimi pogodnymi barwami siało spokój w umyśle Oresta, gdy dookoła panowała gorączka. Émile Gallé wzbudzał ostatnimi czasy burzę emocji wprost proporcjonalną do wybuchu dżumy. Orest cenił sobie powiew świeżości w sztuce, a kolejne nowinki prosto z Paryża, wzbudzały w nim dreszcz emocji. Wazony jednak nie stanowiły dla niego takiej atrakcji, jakby chciał. 

Starał się jednak traktować wystawę jak awangardowe szklane rzeźby i cieszyć oczy fantazyjnymi kolorami i kształtami, którymi hojnie ozdobiono francuskie wazy. Jedne połyskiwały metalicznie, a opalizujace barwy innych mieniły się w świetle lamp elektrycznych. 

Jedyny problem, jaki stawał się tym samym realnym zagrożeniem dla eksponatów, a nawet życia ludzkiego, stanowiły tłumy. Wystawa była nieodpłatna, tak, aby każdy miał prawo obcować ze sztuką.  

Większa część Breslau postanowiła się ukulturalnić i obejrzeć francuskie wazony i dzbany. W tłumie wypatrzył Aleksego, który przyciskał kapelusz wolną ręką do głowy, a w drugiej trzymał mokry od deszczu parasol. Gdy ten go zauważył, posłał przyjacielowi pytające i zmieszane spojrzenie, jakby chciał zapytać: "Orest, co tu się dzieje?". Ten tylko wzruszył ramionami i zaczął się przeciskać przez tłum. 

— Proszę uważać! — upomniała go pewna młoda dama, w ostatniej chwili chwytając podłużny granatowy wazon, chroniąc go przed upadkiem. 

Od stóp do głów ubrana w popiel i czerń z dobraną wyjątkowo ozdobną i modną złotą biżuterią. Jedna z nielicznych wiedziała, co tutaj robi, a sądząc po bogatych ozdobach, miała zamiar kupić przynajmniej jeden przedmiot z wystawy. Posłał jej przepraszający uśmiech, a zaraz Aleksy pociągnął go za rękaw i używając całej swojej siły, wyciągnął Oresta z tłumu i wypchnął za drzwi. 

— Nie fin-de-siècle, a fin-du-monde! — rzucił Aleksy, rozkładając parasol. 

W czarnej masie — ponieważ czerń królowała od ostatnich dwóch lat, idealnie wpasowując się w dekadenckie nastroje — ledwo można było dostrzec sens zamieszania. 

Aleksy otworzył parasol, rozpryskując deszczówkę na przechodniów, ci spojrzeli na niego z konsternacją i oburzeniem. Jedynie podał ramię Orestowi i pociągnął go w stronę rynku. 

— Michaszek ma niedługo swoje okienko między skeczami w Zeltgarten. Także mamy kawałek żywego spaceru — oznajmił Aleksy, ciągnąc nieco roztrzepanego dżentelmena. 

Orest miał tendencję do zapadania się w swojej głowie i rozmyślania nad rzeczami, których nikt zazwyczaj nie brał pod uwagę. Przykładowo: zwykł się zastanawiać, czy osoba rozjechana przez tramwaj zostanie przecięta na pół — przecież taki tramwaj nie przejedzie po niej, raczej koła są przytwierdzone do szyn, przez co w jego głowie pojawił się obraz maszyny oddzielającej mięso od kości. 

Aleksy posłał mu kuksańca w bok i powtórzył raz jeszcze, co właśnie robią i dokąd zmierzają. 

— Nie wiedziałem, że to dzisiaj. — Zmarszczył brwi. 

Aleksander w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami. 

— Wuj był bardzo niepocieszony, że w jego galerii ludzie będą podziwiać "szklane garnki", jak to ujął. — Podrzucił temat, dostosowując krok do tempa przyjaciela. — Mam nadzieję, że sam sobie poradzi. Wyraźnie ludzie potraktowali wydarzenie jak wizytację w muzeum znaczków pocztowych, a nie wystawę poprzedzającą ewentualną licytację. 

— To niewiarygodne, jak licznie ludzie przybyli... — Chwilowy entuzjazm zgasł niczym zdmuchnięta świeca. Tylko westchnął: — Czuć od ciebie wódką. 

— To wernisaż, naturalnie, że ludzie na nim piją - odparł pewnym siebie tonem i powrócił do tematu. - A co do wystawy, to sam byłem zdziwiony takim obrotem spraw. Sądziłem, że przyjedzie kilku zapaleńców. Być może recenzja tej wystawy pokaże się na pierwszej stronie dzienników... 

— Myślałam, że na wernisaż zakupiliście wino musujące — rzekł ostrożnie Aleksander. 

— Daj spokój. — Machnął tylko ręką. — Artyści śmierdzą najpodlejszą gorzałką, która bezdomnemu nie przystoi. Sztuka jest nieograniczona, przyjacielu, a w jej świecie nie ma miejsca na konwenanse. 

Aleksy już nie podjął tematu. Za każdym razem, gdy chciał lekko upomnieć przyjaciela, ten odnajdywał świetną wymówkę i wykręcał się ogonem jak śliski węgorz. 

Przez moment mieli chwilę zwątpienia, zastanawiając się, czy uda im się złapać tramwaj, co znacząco skróciłoby podróż i zminimalizowało spóźnienie. Miejska komunikacja, szczególnie szynowo-elektryczna, miała to do siebie, że stawała w byle jakim miejscu, o byle jakiej porze, to też czekając na nią, byliby jeszcze bardziej spóźnieni niż w momencie, gdy zeskoczyli z ostatniego stopnia schodów, prowadzących do kameralnej sali Zeltgarten. Była to przestrzeń mniej reprezentacyjna, ale zdecydowanie bardziej rozrywkowa. Tu miały miejsce wszystkie chanson, kabarety, varietes i oczywiście deklamacja poezji amatorskiej. 

Sala raczej przypominała wnętrze małego kościoła halowego o odsłoniętej czerwonej cegle i przeciętej dwoma rzędami filarów, podtrzymujących sklepienie krzyżowe. Z niego zwieszono — na poły bez gustu i wyczucia, na poły awangardowo w imieniu kontrastu z obskurnym, piwnicznym wnętrzem — kryształowe żyrandole. 

O tak wczesnej porze można było jeszcze zająć dobre miejsce. Orest swoim typowym dla siebie tanecznym krokiem podążył w kierunku ulubionego stolika: tuż pod ostatnim filarem przed sceną. Z tej pozycji dało się zobaczyć każdy skrawek sceny, usłyszeć nawet minimalny fałsz śpiewaczki. Do tego można było zniknąć z zasięgu wzroku pozostałych gości sali kameralnej Zeltgarten. 

Gdy zajmowali miejsca, Orest już dokleił się do lady i zamówił dwie Radtke—Niko, jako że wchodziła równie szybko, co jej imiennik, a Orestes nawykłszy do ekstremalnego biegu w swoim życiu, potrzebował równie szybkiej rozgrzewki. Aleksander przewrócił oczami, gdy urocza kelnerka postawiła przed jego przyjacielem dwa kryształowe kieliszki czystej. 

— Jedna dla ciebie — rzucił Orestes z entuzjazmem i postawił przed przyjacielem smukły kieliszek. 

Zarzucił czarny płaszcz na oparcie rzeźbionego krzesła, odsłaniając beżowy surdut, czarną kamizelkę haftowaną w żółte stokrotki i białą koszulę pod nią. Nie obyłoby się bez dziwacznego kwiatka w butonierce: tym razem padło na farbowaną na niebiesko chryzantemę. Ciemne poskręcane loki Orestesa, ścięte do połowy szczęki, wyglądały jakby nigdy nie widziały się z grzebieniem i wiły się bez ładu na wszystkie strony. Chociaż sam Orest uważał się za ikonę mody, to dla zwykłego zjadacza chleba prezentował się jak konkretny wariat. 

Szybko się okazało, że przed wejściem Michaszka będą miały miejsce jeszcze dwie chanson. Naturalnie, obaj panowie liczyli na skrawek repertuaru Moulin Rouge w postaci kankana, a jednak były to głupiutkie pioseneczki o nieszczęśliwej i naiwnej miłości, które miały zapewne jakieś zabawne rozwiązanie, bo nawet Aleksy bił brawo. 

Jedynie cała uwaga Oresta skupiła się na damie zajmującej miejsce przy stoliku obok. Musiał tęgo się wychylać, by dojrzeć ją zza filaru. 

— Przesuń się, bo polecisz na posadzkę — podsunął Aleksy, widząc akrobacje przyjaciela. 

— Gute Idee. — Z głośnym skrzypnięciem przesunął krzesło, a stojąca na scenie artystka, przestraszona nagłym hałasem, dopuściła się drobnego fałszu pod koniec refrenu i spiorunowała Oresta wzrokiem. 

Wszystko, by zerknąć na młodą kobietę siedzącą obok. Nie, to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Stanowczo zbyt dużo wypił od rana, by wierzyć w romantyczne zauroczenia. Wydawało się, że ją znał. Tylko już zapomniał skąd. Spojrzała na niego przelotnie, najwyraźniej poczuła, że wwierca w nią swoje spojrzenie. Chłodno skinęła mu głową, z grzeczności i odrzucając wszelkie jego chęci do zagajenia rozmowy. Wzruszył ramionami, choć poruszyło go to dogłębnie. Nie to, by nigdy nie spotkał się z odrzuceniem. Zdarzało się mu to nazbyt często, gdyż przeważnie nie ukrywał swego prowadzenia się. Jednak czasem pojawia się myśl-zagadka, która nie daje spokoju. Zdawał sobie sprawę, że jest bliski rozwiązania, że to oczywista sprawa i nie może jej ot tak poddać. 

To zbyt banalne. Powinien od razu kojarzyć, skąd ją znał. Przez co frustracja wzrosła, a myśl-zagadka nie dawała mu spokoju do ostatniej strofy wiersza Michasia. 

Gdy całą piwnicę zalała fala oklasków, ona jedna i Orest pozostali niewzruszeni na miód poezji Michaszka. On z roztrzepania, ona być może z pogardy lub była zbyt delikatna, by uderzyć jedną dłonią w drugą. 

Ten lokal, a dokładnie ta jedna sala, gdzie wszystko było średnie, pojawiały się przeważnie starzy bywalcy i choć ani Orest, ani Aleksy nie wymieniliby więcej niż dwóch z imienia i nazwiska, a także nie kłaniali się trzem ćwierci sali, to znali ich twarze. Damy bywały rzadko, ale za to bardziej rozpoznawalne. Tej jednakże nigdy tu nie widział. Przynajmniej nie kojarzył jej twarzy z tym miejscem. 

Możliwe, by spotkali się w innym życiu? Ponoć się to czasem zdarza. Czy w takim wypadku myśl-zagadka będzie go dręczyła do końca życia? Zaczął żałować, że w ogóle spojrzał w jej kierunku. Szybkim ruchem wychylił drugą Radtke-Niko i spojrzał na zbliżającego się, bordowego jak burak, Michaszka. 

Ich trójca była nierozerwalna. Orest był tym najstarszym, Michaszek najmłodszym, a Aleksy najrozsądniejszym. Tak też Aleksander był ich niepisanym przywódcą i przy okazji ojcem po każdej przeszłej i zapowiadającej się libacji. Urodzony pod znakiem wagi — i zgodnie ze swoim horoskopem — uchodził za uosobienie harmonii. Nawet ubierał się z wyczuciem: w czerń i biel, czasem ozdabiając butonierkę białym lub różowym goździkiem. Dyplomatycznie potrafił wyjść z każdej sytuacji i niejednokrotnie wyciągał swoich "podopiecznych" z kłopotów. Toteż natychmiast wstał i poklepał przyjaciela po ramieniu, gratulując udanego występu. 

— Należałoby to oblać — powiedział Aleksy, nie zwracając uwagi na praktycznie nieobecnego duchem Oresta, jakby nie chciał dolewać więcej alkoholu swojemu przyjacielowi. 

— O, doskonała myśl, stawiam pierwszą kolejkę! — wyrzucił z siebie Orest, ożywiając się na sugestię kolejnego trunku i natychmiast się podniósł z krzesła. 

W moment wypatrzył tamtą czarującą brunetkę i starając się unikać widoku damy obok (by nie podsycać podświadomie nierozwiązanej sprawy) żywym i lekko już chwiejnym krokiem podążył złożyć zamówienie. Idąc, niechcący trącił sąsiedni stół, przekrzywiając na nim fioletową serwetkę. 

— Proszę uważać — upomniała go łagodnie, acz dobitnie młoda kobieta-zagadka. 

Wtedy olśnienie spadło na niego jak grom z jasnego nieba. Wziął głęboki wdech i zatrzymał się na dłużej przy jej stoliku. 

— To panią spotkałem na wystawie Émile Gallé! Powinienem poznać po szykownej biżuterii. Nie mogłem skojarzyć twarzy, chyba nie jest pani tutejsza? — Z jego ust popłynął słowotok, a kobieta z roztargnieniem poprawiła niebieskie piórko z popielatego kapelusika, zdobionego złocistą siateczką i czarną wstążką. 

Patrzyła na niego dłuższą chwilę, jakby układała sobie jakąś konkretną wypowiedź. 

— Nie pierwszy raz coś pan przewraca lub trąca. Nie życzę sobie pańskiego towarzystwa, śmierdzi pan wódką — powiedziała ostatecznie w bezbarwnym, ale grzecznym tonie. 

Naturalnie Orest się tym nie przejął. Zadowolony, że frustrująca myśl go opuściła, ruszył ku przepysznej kelnerce, by zamówić owej śmierdzącej wódki jeszcze więcej. 

Dopiero w okolicach czwartego kieliszka poczuł pewnego rodzaju rozczarowanie. Praktycznie ich krótka wymiana zdań nie wniosła niczego nowego, a jedynie potwierdziła, że poznał ją przelotnie na wystawie "szklanych garnków", jak to określił jego wuj. 

No właśnie. Wuj. Na moment zastanowił się, jak powinien wrócić do domu, by nie zwrócić na siebie aż takiej uwagi. Ojciec chrzestny był o niebo lepszy od jego matki, która po tym, jak wyłowiono ciało jego ojca z Odry, popadła w dziwną nadwrażliwość na punkcie swojego jedynego dziecka. Prawdopodobnie uzasadnioną, a jednak dla Oresta kompletnie abstrakcyjną. Mimo wszystko Włodzimierz bardzo martwił się o swojego bratanka i obawiał się, że alkohol doprowadzi go również nad Odrę. Powszechnie wiadomo, że do rzeki można wpaść (przykładowo po pijanemu), można się w niej kąpać (również po pijanemu), można do niej skoczyć (także po pijanemu), a każda z tych opcji prawdopodobnie rozwiąże się utonięciem. 

Z rozmachem wychylił piąty kryształ. Michaszek i Aleksy byli pochłonięci jakąś chaotyczną dysputą. Orest już się przyzwyczaił, że zazwyczaj go ignorowali: czasem świadomie, a czasem nie. Bywali często pochłonięci swoim towarzystwem, co też mu nie do końca przeszkadzało. Mógł dzięki temu oddać się swojej wyobraźni. 

Szósty kieliszek. 

Poprosił kelnerkę, by podała piwo, by przepłukać usta od spirytusu. 

Nim brunetka wróciła, Orest zdążył się zorientować, że stolik obok zajęła czwórka rosłych mężczyzn a orkiestra wypełniała godzinną przerwę między pierwszą częścią repertuaru na czwartek, a szykującym się za sceną kabaretem. 

Jak ona wyglądała? — zapytał sam siebie, sięgając po kufel piwa. Jasne włosy, delikatne rysy, ale dosyć wyraźnie zarysowane szczęki. Jeszcze oczy, czarne jak u Cyganki. W jego głowie zaczęły przewijać się obrazy, starał się odnaleźć jej twarz, a jednak ilekroć próbował przypomnieć sobie ten krótki moment, w którym zamienili dwa zdania, wyobrażał sobie Judytę z obrazu Klimta. Na pierwszy rzut oka niepodobną, jednak coś w spojrzeniu bohaterki austriackiego obrazu sprawiło, że ta myśl przykleiła się do niego na resztę wieczoru. Te czarne oczy, pełne triumfu, pewności siebie, pewnego rodzaju dominacji... Znał bardzo dobrze to spojrzenie, chociaż zaskakujące, że żadna z kobiet, które wówczas miał na myśli wcale wizualnie n ie przypominały Judyty. W środku jednak były takie same. Powidok "Judyty z głową Holofernesa" prześladował go, gdy otwierał i zamykał powieki. Portret się zmieniał, coraz bardziej przyjmował wizerunek tamtej tajemniczej damy. Dreszcz przebiegł po jego karku, gdy uświadomił sobie, czyją głowę jego Judyta, tak beztrosko trzyma.


Tagi:

Awatar użytkownika
Mszczuj
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 298
Zobacz teksty użytkownika:

Aneżka wyskoczyła przez okno, r. 1. Judyta

Post#2 » 22 mar 2020, o 17:41

astrometrium pisze:— Nie pierwszy raz coś pan przewraca lub trąca. Nie życzę sobie pańskiego towarzystwa, śmierdzi pan wódką — powiedziała ostatecznie w bezbarwnym, ale grzecznym tonie.
 

Nie bardzo to było w grzecznym tonie :D 

 

Świetne! Piękny język, klimat, interesujące postaci. Będę czekał na ciąg dalszy.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość