Wrzos - rozdział II (fragment powieści)

Fantasy w stylistyce dworskiej.

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Cam
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 6431
Zobacz teksty użytkownika:

Wrzos - rozdział II (fragment powieści)

Post#1 » 27 mar 2020, o 11:53

Wrzos to pierwotny tytuł, więc zmieniłam w poprzednim wątku i będę pod takim wrzucać ;) Jak zwykle proszę o wszelkie uwagi, nawet drobnostki. Grosik za wasze myśli! 

 

Spis treści

Rozdział I 

 

Rozdział II Pozory 

 

Rozanie bardzo łatwo było przywołać kamienną, surową maskę na twarzy.  

Plotka o pojawieniu się posłańca oplotła cały dwór niczym ciasny kokon. Był pierwszy poranek siódmego cyklu, który po nowiu nadszedł dziwnie mglisty. Prawie zapomniano już o balu, choć jego widmo wciąż nie rozwiało się do końca. Prawie, bo cesarzowa wciąż o nim rozmyślała. Nie mogła pozbyć się tych myśli z głowy.  

Ilekroć myślała o reakcji cesarza, czuła coś, co boleśnie ściskało jej żołądek i ten rozlewający się chłód jakoś naturalnie przechodził na jej twarz. Idealną i reprezentacyjną, godną bogini – jak nazywał ją mistrz Erioz – choć żadna bogini pewnie nie byłaby tego samego zdania.  

— Podbródek nieco wyżej, ma pani. Język do podniebienia. Szyja wtedy smukleje, jest idealnie łabędzia — wyszeptał mistrz, zerkając na nią zza płótna. 

Posłusznie wyprostowała się, odruchowo wypinając pierś do przodu i odchylając ramiona do tyłu. Od razu poczuła na skórze nieprzyjemną taftę, z której uszyto suknię, a gorset ścisnął ją prawie jak imadło. Choć całe życie nosiła suknie, nie mogła przyzwyczaić się do tych, które szyli dla niej cesarscy krawcowie – nie dość, że były ciaśniejsze i sztywniejsze niż te, jakie znała, to tak przesadnie zdobione, że aż można było dostać oczopląsu. Bordowy gorset wyszyto tak gęsto rubinami, że ważył więcej niż nawet jej cesarska korona, a bursztynowy dół przypominał gobelin, bo miał wyszytą taką ilość wzorów i ornamentów, że gdyby stanęła obok jakiegokolwiek w sali gobelinowej, mogłaby się zlać z tłem. Sytuacji nie ratował ciężki płaszcz podszyty gronostajowym futrem. Duszący zapach kadzidła przyprawiał ją o mdłości, siateczka ze złotogłowiu ciągnęła za włosy, kolia za ciasno obejmowała szyję, a plecy drętwiały od siedzenia bez ruchu.  

Dragomir, swoim zwyczajem nie informując cesarzowej wcześniej, zarządził malowanie jej portretu, więc ciche pociągnięcia pędzla po płótnie towarzyszyły Rozanie od rana. Była zresztą pewna, że było to cesarzowi bardzo na rękę, bo na pozowaniu miała spędzić sporą część czasu przez najbliższe tygodnie. Nie chciała jednak dać mu tej satysfakcji i całkiem odpuścić.  

— Świeca wyżej, niech światło igra we włosach — rozkazał mistrz. Służka stojąca przy Rozanie natychmiast uniosła wielką gromnicę. Sama Rozana z rosnącą niecierpliwością i kamienną twarzą patrzyła na rozczochrane, rude włosy malarza, które co chwile wyzierały zza obrazu, gdy na nią zerkał. Duży, haczykowaty nos i gęsta broda sprawiały, że wyglądał raczej na łachmaniarza niż artystę, ale, widząc jego obrazy, nikt nie kwestionował talentu Erioza. I ceny jego usług.  

Wtedy zaskrzypiały drzwi do komnaty. Dymne powietrze natychmiast rozwiało się, gdy do pomieszczenia wpadła dwórka.  

— Pani.  

Katia Debrova dygnęła pospiesznie. Wyglądała na zdyszaną, kilka kosmyków włosów wymsknęło się z koka, suknię miała wygniecioną przy samej krawędzi. Rozana spojrzała na nią szybko, z westchnięciem przyjmując okazję. Machnęła dłonią na mistrza. 

— Dość. Wszyscy wyjść.  

Ten szybko zebrał pędzle i słoiczki z farbkami do skórzanej torby, ukłonił się i wyszedł. Służące w popłochu uciekły. Cesarzowa wstała i, szybko przechodząc przez komnatę, stanęła pod oknem niemal całkowicie zasuniętym ciężkimi kotarami. Za nimi rozciągał się widok na stolicę, brudną, głośną, upalną i pozornie tak bliską. 

— Co chciałaś, Katio? 

— Odwołano polowanie, pani. Dziś cesarska świta nie jedzie do borów — powiedziała, łapiąc oddech. Nawet tak potargana i zdyszana prezentowała się ładnie, godnie dwórki cesarzowej.  

— Co z tego? — Zaraz zrozumiała. Cosobotnie, letnie polowanie, swoisty rytuał Dragomira. — Zarządził Radę? 

— Na to wygląda. Cesarscy posłańcy rozeszli się z listami lakowanymi pieczęcią. Sama widziałam. Nawet Aleksiej Mrozow otrzymał. 

— Ale nie wiesz, jaki jest temat spotkania Rady? Nic a nic? 

Ton, jakim zadała to pytanie, widocznie zabolał Katię, co Rozana dostrzegła po jej zawziętym wyrazie twarzy. Niekoniecznie taki był cel. 

— Na dziedzińcu panuje grobowa cisza, nawet plotki przymarły. — Katia przez chwilę mierzyła cesarzową obrażonym wzrokiem. — Przeszłam przez arkady, sale i ogrody, ale nikt nie był skory do rozmowy, jakby mnie unikali. Byłam nawet pod donżonem, w którym znajduje się sala obrad, ale tam przepędzili mnie strażnicy. Tylko bogowie wiedzą. Pozostaje czekać. 

Pozostaje czekać, powtórzyła w myślach Rozana. Choć nie chciała przyznać tego przed samą sobą, tylko tyle mogła.  

Zacisnęła dłonie. Nie, pomyślała. Całe dnie słuchała, że może niewiele, i teraz całym jej ciałem wstrząsnął gwałtowny sprzeciw. Nie. Czas coś z tym zrobić. Nawet bogowie niech zejdą jej z drogi, jeżeli zechcą się wtrącać.  

— Ściągnij to ze mnie. Już. — Wskazała dłonią na płaszcz. Katia ze zdumieniem wykonała polecenie. 

 

 

 

 

Tupot obcasów niósł się złowrogim echem po wewnętrznych arkadach. Żar liznął jej twarz razem z podmuchem wiatru i prędko pożałowała, że nie zmieniła sukni na lżejszej. Wyglądała jak zjawa, która uciekła z portretu, prąc przed siebie bez towarzystwa nawet Katii. W tym momencie nie obchodziło ją nic. Narażała się na plotki, spojrzenia, komentarze i była pewna, że już szepczą o tym, że cesarzowa samotnie, w pełnej sukni, wypadła na dziedziniec. Ale nie chciała czekać. Nie potrafiła, zdobywszy się wreszcie na odwagę.  

Parła więc przed siebie, karmiona własną złością, dumą i tym wszystkim, co przełykała bez sprzeciwu przez miesiące. Nie była nawet pewna, co dokładnie chce powiedzieć Dragomirowi, jedno wiedziała – że nie zniesie pomijania choć jeden dzień więcej.  

O dziwo – pewnie za sprawą upału i wczesnej pory – po drodze spotkała tylko paru możnych, których nawet nie kojarzyła i którzy nie mogliby obchodzić jej mniej, a także kilkanaście osób ze służby. Ci pierwsi, dygając, wpatrywali się z zaintrygowaniem, ci drudzy odpryskiwali jej z drogi jak kamienie spod końskich kopyt, nie odważając się spojrzeć na nią. Dobrze, pomyślała, przynajmniej ci nie patrzą na nią jak na opętaną. Wręcz boją się spojrzeć. Bardzo dobrze.  

Przeszła spod arkad na słońce, mrużąc oczy. Żałowała teraz, że nie wzięła parasolki, ale, nie zwalniając, parła przed siebie w stronę ogrodów. Wybrukowany plac był tak nagrzany, że powietrze aż falowało. Czuła, jak wypieki wylewają się na policzkach, a odwaga, która tak w niej wybuchła, nagle zaczęła topnieć. Serce szalało w piersi, ale było w tym coś, co napędzało jej kroki – tak jakby ptak szarpał się w klatce, ale nie z desperacji, lecz by się uwolnić. Palce zadrżały, więc ścisnęła pięść i uniosła podbródek wyżej. Tak uczyła ją matka – gdy wątpisz, zrób coś, by poczuć się pewniej. Broda w górę, głęboki wdech. Nie, powtórzyła sobie w myślach. Nie możesz zawrócić.  

Stuk, stuk, stuk. Zwolniła, widząc w oddali bramę, za którą rozlewała się soczysta zieleń. Tam mogła natknąć się na tych wytrwalszych dworzan, którzy nawet w ukropie oddawali się flirtom wśród róż, rododendronów i lwich paszcz, dlatego zaraz skręciła i skryła się w cieniach krużganków przeciwległej strony dziedzińca. Idąc wzdłuż nich mijałaby tylko szklarnie cesarskie, które skrywały przepiękne, rzadkie kwiaty, ale nie były dość malownicze i tym samym nie interesowały właściwie kogokolwiek oprócz służby. Mogła więc bezpiecznie przejść do części zamku, wysokiej rotundy, w której znajdowały się ich prywatne kwatery, jedna z kilku bibliotek, ale przede wszystkim gabinet, w którym Dragomir niekiedy zamykał się na głucho. Przeszkadzać mu mógł tylko jego doradca i nie wątpiła, że to był właśnie taki dzień, ale jak nigdy nagle nic jej nie obchodziło.  

Do czasu.  

Najpierw usłyszała głośne brzdęknięcie, a potem wysoki zgrzyt otwieranych ażurowych drzwi. Zza nich wyłoniła się postać w granacie, skryta tkaniną niemal od stóp do głów, od koniuszków palców. Serce cesarzowej zabiło jeszcze mocniej, choć ledwie przed momentem powiedziałaby, że to niemożliwe.  

Zatrzymała się, patrząc prosto w ciemne oczy Maurii Tyrone. Ta, przez moment skonsternowana, powoli dygnęła z gracją. 

— Wasza Cesarska Mość.  

Jej głos był zaskakująco niski, pomyślała Rozana, kiwnąwszy w odpowiedzi głową. Nie pasował do sylwetki ani twarzy. Z bliska, w tych krótkich do karku, gęstych włosach wyglądała jak chłopak, być może wyjątkowo ładny, ale wciąż chłopak. Wcale nie sprawiało to, że wydawała się mniej onieśmielająca; paradoksalnie może bardziej. Mimo tej specyficznej urody Rozana nie mogłaby za nic ocenić, w jakim wieku mogła być magini. Wyglądała zupełnie inaczej, niż wyobrażała to sobie cesarzowa. Było to zaskoczenie, ale i rozczarowanie. 

— Jeżeli pozwolisz, pani.  

Magini najwyraźniej się spieszyła. Już dygała, już miała odchodzić, gdy cesarzowa odezwała się powoli: 

— Oczywiście. Ale najpierw pozwolę sobie zgadnąć.  

Magini wstrzymała się, a jej mina nie mówiła wiele, choć w oczach coś błysnęło. Uśmiechnęła się kącikami ust. Wyglądała tak, jakby w sekundę odgadła myśli Rozany. Jakby dokładnie wiedziała, co cesarzowa robi w tak niespodziewanym miejscu. Bez asysty druhen, bez wianuszka dworzan zachłannych uwagi cesarzowej.  

Sama.  

Rozanie serce zabiło mocniej, ale zaraz nakazała sobie spokój. Co miała do stracenia? Magini, nawet jeżeli nie zorientowała się od razu, domyśliłaby się na pewno.  

Cesarzowa wydęła usta. Broda do góry, głęboki wdech.  

— Słyszałam o nagłym zebraniu Rady. Jedną z osób wezwanych jesteś ty. Zgadłam?  

Ta nie wyglądała na zaskoczoną.  

— Najwidoczniej bardzo cenią twoją osobę. — Choć cesarzowa starała się, by zabrzmiało to lekko, wiedziała, że w jej słowach można było wyczuć wyrzut. Zazdrość.  

— Jestem magiem, nie strategiem, pani. — Mauria zaśmiała się krótko. — Moja pomoc jest żadna w tych tematach. Od takich spraw są tęższe umysły — żachnęła się.  

— To zbytnia skromność! Gdyby tak nie było, nie spotkałby cię taki zaszczyt. I to jak zasłużony — drążyła. Posłała Maurii uprzejmy uśmiech, choć w głębi czuła ogromny dyskomfort. — Ponoć jesteś potężną maginią.  

Ta odpowiedziała jej przenikliwym spojrzeniem.  

— To, co rozumiemy jako zaszczyt, być może widzimy inaczej, pani. Ale jestem wdzięczna cesarzowi za wniesienie mnie tak wysoko. Nigdy nie liczyłam na aż tak wiele. 

Zabrzmiało to jak wiele pochlebstw tego rodzaju, które cesarzowa słyszała wiele razy, choć jednocześnie było to podsycone goryczą. Rozana nie miała jednak pewności, czy może nie wydawało jej się. Spojrzała na kobietę, w te głębokie, granatowe oczy. Małą, trójkątną twarz rozświetlał uśmiech, ale coś w jej oczach nie współgrało z tą pozornie radosną ekspresją. Nie wyglądało jednak, by była to niechęć do cesarzowej czy złość – z czym Rozana spotykała się wiele razy, bo niejedna kobieta na dworze próbowała wkupić się w łaski, jednocześnie zazdroszcząc pozycji na tyle, by nienawidzić w duchu. To zdecydowanie nie było to.  

Zamilkły na chwilę.  

— Jeżeli mogę — mówiąc to powoli, magini pochyliła głowę, a cesarzowa skinęła w odpowiedzi. — Nie radzę realizować swoich planów. Nie jest to dobry moment.  

Rozana wydęła nozdrza, marszcząc brwi. Nikt nie będzie zwracał się do niej w ten sposób.  

Nikt oprócz cesarza.  

— Tak? — sarknęła. — Mogę wiedzieć dlaczego? Studiowanie ziół daje taką wiedzę?  

— Intuicja, pani. Można tak to określić.  

— Z pewnością można określić to inaczej. Słyszałam, że na tym polu też masz pewne sukcesy.  

Mauria spojrzała na nią ze skonfundowaniem. Na pewno zrozumiała, do czego piła Rozana. Do tych wielkich wizji, o których czasem plotkowano na dworze. Do tej najnowszej o wojnie.  

— Można, oczywiście. Ale nie jest to tak proste. Powiem coś, czego nie mówię wielu osobom, pani — odezwała się nagle magini.  

Rozana powoli skinęła głową, zaintrygowana. 

— Aspekty magii mogą być mylące. Widzenie to nieufny dar, potrzeba wiele wyczucia, ale też odpowiednich warunków, by wizje były precyzyjne. By nie rozwiewały się jak sen, który zapomina się minutę po przebudzeniu. W tym mieście… za dużo zgiełku, rozproszenia. Trudno ją skupić.  

— Nie rozumiem — odparła cesarzowa. Mimowolnie zmarszczyła brwi. — Magia ponoć otacza nas jak powietrze. 

— Owszem — przytaknęła. — Ale jak nad powietrzem, nie mamy nad nią władzy. 

— A jednak macie.  

Słowa cesarzowej zabrzmiały nieco cierpko. Mimowolnie zazdrościła magini w duchu. Magia była tak blisko, dosłownie na wyciągniecie palca, a jednocześnie dla niej tak daleko. Czuła niejako żal do Losu. W rodzinie przed paroma pokoleniami zdarzali się obdarzeni Talentem, zresztą dzięki temu ród zyskał pozycję i na szczęście przez wieki jej nie stracił; ona jednak, jak i rodzice, i babki, i dziadkowie, byli ślepi na magię.  

— Wszystko ma swoją cenę, pani — odparła lekko magini, jakby zupełnie nieadekwatnie do wypowiedzianych słów. — Każdy obraz z odległości wydaje się lepszy, niż jest. Perspektywa wiele zmienia.  

Rozana powoli skinęła głową. Pierwszy raz od dawna nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie do końca potrafiła też ocenić odpowiedzi magini — czy były prostolinijne, choć niekoniecznie tak brzmiały, czy kryło się w nich drugie dno. Oczywiście, że kryje się, pomyślała. Tylko jak głębokie. 

Wtedy za nimi poniósł się dźwięk kroków i cesarzowa przypomniała sobie, że nie są same. Że wciąż stoją na dziedzińcu, w cieniu arkad, wcale nie w oddali od spojrzeń innych. Mauria złapała spojrzenie cesarzowej, spojrzała na trójkę dworzan; przemknęli w odległości kilkunastu kroków, niby nie patrząc, a jednak rzucając im ukradkowe spojrzenia. Zwłaszcza na cesarzową, która wciąż przecież miała na sobie suknię tak obfitą, jakby żywcem wyszła z gobelinu. Ich rozmowa musiała wyglądać groteskowo.  

— Pani, pozwolę sobie odejść. — Dygnęła, a cesarzowa skinęła głową. — Przez ten ukrop nie czuję się najlepiej.  

— Oczywiście.  

Odwróciła się powoli, rzucając ostatnie spojrzenie cesarzowej. Było w nim coś nieodgadnionego.  

— Nie warto — odezwała się nagle magini. — Nie warto toczyć cudzych wojen. Własne są wystarczająco niebezpieczne.  

 

 

 

 

Ten dzień nadszedł dużo szybciej, niż się spodziewał. A w zasadzie nadszedł, choć nie oczekiwał tego ani on, ani jego ojciec. 

Aleksiej przyglądał się cesarskiej pieczęci odbitej w bordowym laku. Dębowe liście okalały postać smoka stojącego w pozie ryku. Symbole, które w oczywisty sposób kojarzyły się z Dragomirem, ale i Rozaną Dusaną — w herbie jej rodu znajdował się strzelisty dąb. Coś, co miało poświadczać, jak istotną dla cesarza była unia z rodem cesarzowej. Ten, choć nie mówiono o tym głośno, według hrabiego Mrozowa czasy swojej świetności już widział, wciąż był dumny i szanowany. A tam, gdzie kroczyła potęga, obok kroki stawiał Dragomir.  

Zaproszenie na spotkanie Rady. Zaszczyt, za który część aspirujących dałoby pozbawić się dłoni. Brzmiało jednak bardziej jak wezwanie. 

Nie było oczywiście niczym nowym ani niezwykłym, że cesarz wprowadzał do swojego bliższego grona synów czy innych krewnych arystokratów, których ślepą lojalność chciał tym samym uzyskać. Bliższego, ale członkowie rady jako tacy zdecydowanie też nie byli tym „najbardziej zaufanym”. Był to swojego rodzaju pakt, o który niektórzy żywo zabiegali — czasem było to efektem wielomiesięcznego wkupywania się w łaski cesarza, ale czasem to Dragomir sam wzywał do swojego kręgu. Jak tym razem. Jakakolwiek byłaby okoliczność, nowo powołany nigdy nie wątpił, że to swoisty cyrograf. Za jego sprawą życie może i stawało się pełne ewentualnej chwały czy władzy, ale zawsze za pewną cenę.  

W jego przypadku mogło być to nawet coś więcej. Ojciec naraził się zbyt wiele razy, więc Aleksiej czuł, że wniesienie go na członka Rady, o co nie zabiegał ani on, ani ojciec, kryje coś więcej. Nic nigdy nie było proste, jeżeli w jakikolwiek sposób dotyczyło Dragomira.  

Z opowieści ojca wiedział, że sala narad wyglądała jak uosobienie przepychu i monumentalności, wobec których każdy w niej obecny — z wyjątkiem cesarza — miał czuć się marnym pyłem wobec wielkości. I, co gorsza, te słowa okazały się nieprzesadzone. Serce boleśnie zadrgało mu w piersi jak ptak obijający się o pręty klatki, gdy zrobił krok przez próg wrót, które strzegło dwóch gwardzistów. Kątem oka zobaczył, jak jego sylwetka odbija się w idealnie wypolerowanych napierśnikach, pewnie również w ostrzach lanc i w zimnych oczach mężczyzn, ale lekkie dotknięcie dłoni ojca w jego bark przywróciło Aleksieja z rozważań do rzeczywistości. 

Choć sala nie była wyjątkowo duża, ba, jedną z wielu podobnie przestronnych w zamku, wydawała się nie mniej monumentalna niż sala balowa. Sklepienie z wapienia jaśniało niemalże śnieżną bielą w promieniach słońce, które wpadały przez wysokie okna. Nad wszystkim górowała przepychem mapa zajmująca niemalże całą powierzchnię ścian. Wonne kadzidła sączyły swój ciemny, aromatyczny dym. Pachniało igliwiem, prawie jak w lasach, które tak dobrze znał z północy kraju. Nic jednak nie było tu mu bliskie — wręcz przeciwnie, bardzo obce.  

Aleksiej nie wątpił, że każdy, kto wchodził do komnaty, zatrzymywał wzrok na wielkim arrasie. Środkowa część ogromnej tkaniny błyszczała złotą nicią w miejscu, gdzie wyszyto olbrzymie tereny cesarstwa, oplatane jedną stroną świata przez chłodny granat Morza Altańskiego i srebrzyste plamy wysp Io Altum. Na zachodzie delikatną szarością zaznaczono pustkowia i nieodkryte jeszcze tereny, zaś południe odcinało się jasną zielenią, dzieloną tylko granatowymi liniami granic małych państewek Południa Kupieckiego. Od południowego-wschodu błyszczała szafirowa plama morza Eneale, które w zasadzie wyglądem przypominało wielką zatokę, i położone wśród gór złote pasemko cieśniny prowadzącej bezpośrednio do Raeranu. Na wschodzie, daleko za raerańskim Murem Zachodnim, znajdowały się cieplejsze kraje egzotyczne słynące z win, tkanin oraz złotnictwa, tutaj muśnięte lekko brzoskwiniowym odcieniem.  

— Interesujące, prawda? — Padło, gdy tylko podeszli ku stołowi narad. Aleksiej rozpoznał w mężczyźnie hrabiego Debrova i zaskoczyło go, że to właśnie on odezwał się do nich jako pierwszy. Nie wiązało go nic z jego ojcem, a z Dragomirem wręcz przeciwnie.  

Z pewnością zauważył, że rozmawiałem z Katią. 

Aleksiej spojrzał na niego; barczysty, z sumiastym wąsem wyglądał jak byk ubrany w atłasy i jedwabie, krótkie włosy miał ścięte po żołniersku. Nie było w nim nic, co mogła odziedziczyć jego córka.  

Hrabia kontynuował: 

— Nie spodziewałem się, że sprawy się rozwiną tak szybko.  

Ja nie spodziewałem się, że zostanę wezwany, pomyślał Aleksiej. Wiedział, że cokolwiek się wydarzy na spotkaniu Rady, jego obecność nie była przypadkowa, choć wciąż niezrozumiała.  

— Bardzo szybko — zgodził się z nim hrabia.  

Nie byli pierwsi, ale też nie ostatni. Pięć miejsc było jedynymi pustymi, nie licząc tego u samego szczytu. Jedno bliżej końca ewidentnie przeznaczono dla Aleksieja, a drugie — znacznie bliżej cesarza — dla jego ojca. Moje, pomyślał Aleksiej, siadając, pewnie zajmował Nester, zanim nagle zniknął. Trzecie, zaraz po prawicy tego najważniejszego siedzenia, musiało należeć do Nikolaja Semionowa, który był najbliższym doradcą Dragomira — tak bliskim, że niektórzy nazywali go duchem będącym krok za cesarzem nawet wtedy, gdy mu nie towarzyszył. Aleksieja żywo zaintrygowało, na ile to, co mówiono o Semionowie, było prawdą. Rzadko kiedy uczestniczył w balach, jeszcze rzadziej na cesarskich polowaniach; złośliwie mówiono, że dlatego, że każdy przejaw radości czy ekscytacji ranił jego serce do bólu.  

Czwarte krzesło stało naprzeciwko niego. Podejrzewał, kto na nim zasiądzie, i, choć nie przyznałby tego, czuł ucisk w żołądku. Miało ich dzielić ledwie kilkadziesiąt centymetrów stołu.  

Ostatnie, oczywiście, najbardziej zdobione, stojące u szczytu stołu, było miejscem cesarza. 

Aleksiej powlókł spojrzeniem po zgromadzonych. Niektórych widział pierwszy raz w życiu, niektórych kojarzył z balu, a trzech ze spotkań i polowań w ich posiadłości na północy kraju. O wszystkich wiedział tyle, ile za potrzebne uznał ojciec. Ci ostatni udawali obojętność; na dworze wstrzymywali się z okazywaniem im sympatii z oczywistych dla Aleksieja względów. Wszelka ostrożność zawsze była wskazana, choć najprawdopodobniej cesarz i tak wiedział, co dzieje się poza murami stolicy. 

Wszyscy wpatrywali się w niego z mniej lub bardziej ukrytą konsternacją i Aleksiej — nie pierwszy raz, odkąd przybył na dwór — poczuł się jak wyrwany z innego świata. Ze świata, z którego z pewną ulgą uciekł, do miejsca jednocześnie kuszącego możliwościami i straszącego konsekwencjami nawet pstryknięcia palcem. 

Stary Mrozow ewidentnie zapatrzył się na wiszącą przed nimi mapę. Aleksiej wiedział, o czym myślał ojciec. Dragomir głośno mówił jedynie o podboju Raeranu, ale wątpliwe, by wojna się na tym nie skończyła. Następne w kolejce do podboju czekały rejony Południa Kupieckiego, a więc Bliźniacze Państwa i parę pomniejszych krajów. Jedynym, co mogło powstrzymać pazerność i dumę Dragomira, było to, przed czym nawet on sam nie mógł uciec.  

— Cesarz nadchodzi. — Rozległo się ciche syknięcie. Aleksiej, widząc, jak do komnaty wchodzi herold, a za nim podąża kilku przybocznych władcy, odruchowo wyprostował się jak uczniak, którego przyłapanego na garbieniu się i nieuwadze. 

Wszyscy wstali i skinęli głowami. Dragomir niespiesznie przeszedł obok nich, a Semionow, wysoki, szczupły i niemalże ptasi mężczyzna, towarzyszył mu jak cień, który osiadł zaraz u jego boku. Jego łysina lśniła w promieniach słońca. Zaraz za nimi pojawiła się Mauria Tyrone, w milczeniu świdrując ołowianym spojrzeniem zgromadzonych. Mijając ich, poprawiła długie rękawiczki.  

— Panowie. I pani.  

Zebrani jak na znak wypuścili ze świstem powietrze z ust. Dragomir spojrzał na nich wzrokiem, w którym Aleksiej nie potrafił wyczytać żadnych emocji. We włosach miał szeroką, osadzoną na skroniach złotą obręcz. Choć strój cesarza miał się daleko do tego z balu, nawet w czarnym aksamicie, prostym i niezdobionym, wyglądał tak, że nikt nie miałby wątpliwości co do jego pozycji. Młody Mrozow nie mógł odgadnąć, co za tym stało — czy to Dragomir emanował tak swoją pewnością, czy to konsternacja i cisza pełna szacunku nadawała tonu chwili. Zdawało się, jakby czas na chwilę zwolnił.  

— Nadszedł wreszcie czas, by omówić pewne sprawy. I, co ważniejsze, zacząć rozważać wcielenie w życie naszego planu. — Pozwolił sobie na efektowną pauzę, by zaraz podjąć: — Czas rozważyć wojnę.  

Semionow, gładząc swój długi zarost mający zasłonić zajęczą wargę, skinął głową z satysfakcją.  

Młody Mrozow spojrzał na swojego ojca. Ten miał na twarzy pozornie niewzruszoną minę, Aleksiej wiedział jednak, że ojcu daleko do obojętności. Część członków Rady uśmiechała się, niektórzy ironicznie. W ich oczach widać było ogniki zadowolenia.  

No, tak, pomyślał Aleksiej. Zacznie się dzielenie ochłapów, których jeszcze nie mieli w garści.  

— Ale najpierw bardziej przyziemne sprawy. — Cesarz uśmiechnął się. — Z wielką przyjemnością widzę nową twarz w naszym gronie. Tak ważne, gdy jednego z nas zabrakło — mówiąc to, wskazał dłonią na Aleksieja. Ten wstrzymał oddech. — Baron Nester porzucił Radę, tym samym i nas.  

Ktoś zaśmiał się rubasznie. Cesarz machnął ręką. 

— Nie będziemy plotkować, panowie — skarcił ich — jestem pewien, że omówiliście to wystarczająco podczas balu. 

— Orient to piękne miejsce — rzucił mężczyzna z kozią bródką na szerokim, rozlanym podbródku, siedzący po prawej stronie Maurii Tyrone. Aleksiej rozpoznał w nim hrabiego Gorsnego. Ten zarechotał, poniosło się parę cichych śmiechów.  

— Niewątpliwie. — Dragomir uśmiechnął się kącikiem ust. Błysk w jego oku wydał się Aleksiejowi niebezpieczny. Jakby ostatnie, co mógł Nester robić, to odpoczywać daleko w towarzystwie egzotycznych tancerek. — Baron porzucił nas i swój kraj — powtórzył. — Ale liczę, że Aleksiej Mrozow, który od dziś do nas dołączy, zrekompensuje nam ten brak.  

Wspomniany poczuł ukłucie w żołądku, ale odpowiedział skinieniem głowy, siląc się na uśmiech. W innych okolicznościach puchłby z dumy; tu czuł się jak w pułapce.  

Ojciec patrzył na niego w milczeniu, choć było widać, że usilnie nad czymś myśli. Aleksiej złowił spojrzenie magini; przyglądała mu się uważnie. Paru mężczyzn kiwnęło w ramach uznania.  

— Młodzi to nasza nadzieja — powiedział Gorsny, uderzając dłonią w blat stołu. — Gdybym miał synów, z pewnością też zasiadaliby w Radzie.  

— Z pewnością — odpowiedział uprzejmie Dragomir. Pewnie pomyślał o tym samym, co Aleksiej, czyli czy hipotetyczni synowie Gorsnego rzeczywiście byliby jego synami. Sława jego żony wyprzedzała ją wszędzie. — Wracając jednak do istotnego. Doszły nas wieści, że Raeran szykuje się do wojny — mówiąc to, przetoczył spojrzenie na zgromadzonych. — Trwa nabór powszechny, zaciągają do wojsk każdego, a wkrótce skończą budowę sześciu okrętów. Wzmocnili obronę posterunków i warowni granicznych. Nie mamy wątpliwości, co to oznacza. 

— Nie musi oznaczać niczego, panie. — W końcu odezwał się hrabia Mrozow, powoli wypowiadając słowa. — Każdy kraj ma prawo dbać o własne armie. To wręcz rozsądne, mając za sąsiada cesarstwo naszych rozmiarów. 

— Oczywiście — wtrącił Nikolaj Semionow, pierwszy minister. Zmierzył Mrozowa zimnym spojrzeniem, jakby chciał go zasztyletować, ale hrabia nie dał wytrącić się z równowagi. — Nie bądźmy jednak naiwni. 

— Nie nazwałbym tego naiwnością — odparował. Cesarz przyglądał mu się bacznie.  

Ktoś parsknął. 

— A czym? 

Mrozow ciągnął niezrażony: 

— Nigdy nie zdecydowaliby się zaatakować nas pierwsi. To tylko działania obronne, panie — zwrócił się prosto do Dragomira. — Methos nie jest władcą, który miałby ambicje tworzyć imperium. Nie mają ku temu możliwości. Nie stanowią zagrożenia. 

Dragomir uniósł się, opierając dłonie o blat stołu.  

— To j e s t naiwne myślenie.  

I jeden, i drugi Mrozow odrobinę zbladli. Aleksiej poczuł jednak oburzenie, że to paranoja doszukiwać się wszędzie wrogów i już miał się odezwać, ale złowił wzrok ojca jasno mu sugerujący, by milczał.  

— Mamy podejrzenia, że chcą wysłać szpiegów do Miru. Być może już tu są. Ponadto Methos stara się ściągać magów na dwór — podkreślił. — Potężnych magów. Tylko głupiec nie nazwałby tego zagrożeniem. 

— Być może, panie, ale jak pewne są to wieści? 

Choć było zasadne, nie było to najmądrzejsze pytanie. Aleksiejowi przemknęło przez myśl, że cesarz najpewniej ściąłby ojca w tej chwili, gdyby nie chciał zachować pozorów. 

— Pewne.  

Mauria Tyrone poruszyła się na krześle. Do tej pory siedziała cicho, jedynie słuchając.  

— Nasze kręgi są ciasne, panowie — powiedziała powoli, a Aleksiej od razu zrozumiał, że odnosi się do magów. — Nie jest nas tak mało, jak się zdaje wielu osobom, ale plotki krążą jak wszędzie. Od dawna mówi się, że magowie są mile widziani w Raeranie jak nigdzie indziej.  

— A cóż oni mogą? — zaśmiał się rubasznie Gorsny. — Większość chorób mogą wyleczyć medycy. Och, niech się magini nie krzywi, próbowałem i wierzcie mi, panowie i pani, leczą nawet te, których nie chcielibyście mieć. A ogień umiem rozpalić sam. Tyle razy prosiłem szanownej utalentowanej, by teleportowała mnie na dziedziniec, bo leźć mi się nie chciało przez te korytarze i schody, ale mówiła, że to nie jest takie łatwe! Więc co nam zrobią? Rzucą zaklęcie niekończącej się czkawki? Mam dość duże zapasy wina, by to przepić.  

Magini wygięła usta w uśmiechu podbarwionym kpiną. Nie wiedzieć czemu, Aleksiej pomyślał, że hrabia wcale nie lekceważy magów. Po prostu podjudza, chcąc dowiedzieć się więcej. Młody Mrozow przysunął się bliżej, słuchając.  

— Mogą wszelakie rzeczy, panie.  

— Tyle słyszałem, ale co konkretnie? Dlaczego mam się bać czegoś, skoro nawet nie wiemy czego?  

— Hrabio. Posiadają niezliczone talenty. Niektórzy nabywają je podczas nauki, inni mają wrodzone predyspozycje, ale każdy ma inne. Niektóre mniej potężne, owszem, ale niektóre mają owocne efekty. — Uśmiechnęła się chłodno. Wyglądała, jakby odpowiadanie nie było jej na rękę.  

Aleksiej spostrzegł, że i doradca, i dam cesarz przyglądają jej się z rezerwą.  

— Czyli co — ciągnął Gorsny — powiedzą: „Hokus pokus, twoja małżonka to brak pokus" i rozumiem, że mam problem?  

— Raczej to panu nie grozi.  

Gorsny parsknął śmiechem.  

— Wygadana ta magini, nie powiem.  

— Czyli mogą być wykorzystani przez inny kraj? — zainteresował się Debrov. — Mogą być szpiegami, może… zabójcami?  

— Nic nie jest wykluczone. — Głos Nikołaja Semionowa zabrzmiał chłodem.  

— Cóż. — Mrozow skinął głową. — To jednak nie oznacza, że należy zaatakować. Wypowiedzenie wojny powinno być ostatecznością.  

— Mamy więc pozwolić, by zrobili to pierwsi? — Zainteresował się hrabia Debrov.  

— Tego nie powiedziałem — odparł ostrożnie Mrozow — jednak zależałoby to rozegrać inteligentniej. 

— Inteligentniej — powtórzył cesarz. — Inteligentniej. 

Aleksiej zamarł. Wyglądało to jak bitwa na słowa, nie mniej dotkliwa niż walka na miecze. Wiedział, jak wiele zależało od tego, co padnie na tym spotkaniu. 

Cesarz powiódł groźnym spojrzeniem po sali; zapadła niezręczna cisza.  

— Dobrze. — Po chwili zasiadł, ale jego spojrzenie wcale nie było mniej zimne. — Dobrze więc. Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości? Najwyższa pora je wypowiedzieć. 

Wszyscy przywykli do nieznoszącego sprzeciwu tonu, wiedzieli też, że jeżeli Jego Cesarska Mość uważał coś za pewne, nikt go od tego nie odwiedzie. Aleksiej zawiesił wzrok na magini siedzącej naprzeciwko. Było w niej coś dziwnego. Wyglądała niegroźnie; nie miała w sobie niczego, co budziłoby niepokój, jednocześnie nie była na tyle piękna, by zawstydzać, a jednak czuł dreszcze. Mawiano, że Mauria Tyrone miała wizje. Niektórzy nazywali je proroczymi i, choć jego ojciec powątpiewał w ich prawdziwość, przemawiały do wyobraźni wielu. Aleksiej nie wiedział, co o nich sądzić, ale nie miał też podstaw, by uznać je za brednie.  

Najwięcej mówiono o śnie, który magini miała niedługo przed odbyciem się balu. Dopiero ojcu udało się wydrzeć od zaufanego, co dokładnie było przedmiotem wizji, bo choć wszyscy paplali o niej, mało kto znał jej treść.  

Powiewające sztandary, fale piechoty, wszędzie krew i tron Raeranu bez władcy. Cesarzowa w świetlistej szacie, wyglądająca jak anioł czy nimfa z rozwianymi włosami. Śpiewała pieśń zwycięstwa. Jakby bogini wiktorii. Ale miała związane oczy.  

W tych wieściach nie padło imię Rozany. Mrozowa zastanawiało, czy oznaczało to coś więcej. Nurtowała go ta bezimienna, niewidząca cesarzowa. 

— Ja, panie — odezwał się Gorsny. — Jaki jest dalszy plan? 

Semionow prychnął jakby teatralnie. 

— Dalszy plan? — Spojrzał na hrabiego z rozbawieniem. — Co pan sugeruje, hrabio? 

— Nie sugeruję. Chcę wiedzieć, czy są jakieś konkretne plany co do innych krajów. Każdego to interesuje, mam rację?  

— Niechybnie wzbudził pan zainteresowanie wszystkich zgromadzonych. — Dragomir przyjrzał mu się bacznie, mrużąc oczy. — Rozważam ten temat. Musimy wziąć pod uwagę korzyści lub straty.  

Poparcie ludu, koszty utrzymania wojsk na obcych terenach, tym większe, im większy opór — od razu domyślił się Aleksiej. Dragomir chce mieć pewność, że przejęcie Raeranu przejdzie gładko i nie będzie stratny, zanim wyciągnie rękę dalej. Tym bardziej, że zbliża się jesień, a zanim się zorientują, będzie zima. Liczy na szybkie wkroczenie do Raeranu i przejęcie.  

I może mu się udać.  

Zacisnął pięści pod stołem. Czyli oczywiście dojdzie do rozległej wojny, to tylko kwestia czasu. Rada to tylko formalność. Dragomir i tak zrobi, jak postanowił.  

— Nasza potęga przekłada się na życie naszego ludu — dodał Semionow, uśmiechając się ironicznie. — Kierujemy się dobrem poddanych. 

Hrabia Mrozow popatrzył na niego chłodno.  

— Jedynie własnym.  

Aleksiej cicho wypuścił powietrze. Dragomir natomiast ściągnął brwi tak, że gdyby tylko mogły, byłyby groźnie jak ostrza sztyletów wycelowanych prosto w pierś.  

— Oczywiście, że tak. Czy oczekujecie ode mnie, że rządząc, będę kierował się cudzymi korzyściami, ignorując to, co może być korzystnym dla nas? 

Zapadła cisza.  

— Rozumiem, że wszystko zostało wyjaśnione. — Podparł się dłońmi o blat stołu, patrząc z góry na Mrozowa.  

Ten jednak odezwał się powoli: 

— Mimo wszystko należy rozważyć pokojowe rozwiązanie. Dać Raeranowi szansę. 

Inaczej stanie się częścią Dormianu. I nie tylko on, dodał w myślach Aleksiej.  

Wyglądało to jak pojedynek. Dragomir i Mrozow świdrowali siebie wzajemnie wzrokiem; inni przyglądali się w milczeniu, czekając na rozstrzygnięcie. 

Cesarz uśmiechnął się kącikami ust i spojrzał na swojego doradcę. Aleksiejowi coś bardzo nie spodobało się w tym geście. 

— Dać szansę — powtórzył głośno Semionow, marszcząc czoło. — Osobliwe. Nie możemy tego zrobić naszym kosztem. Nie dostrzegasz tego, hrabio? Raeran od dawna jest z nami… w konflikcie — podkreślił to słowo — od panowania Turiana, chwała jego pamięci. — Wszyscy skinęli głowami, gdy padło imię ojca Dragomira, poprzedniego cesarza. — W zasadzie to całe pokolenia królów Raeranu były nam wrogie. Więc nie powinno nikogo dziwić, że wreszcie sięgamy po ostateczność. Dlaczego nie powinniśmy? 

— Być może, panie. Lecz... 

— Ależ hrabio — uciął Dragomir. — Jako że Raeran pierwszy podjął działania i zaczął się zbroić, powinniśmy się zgodzić co do tego, że czas na negocjacje minął. — Uśmiechnął się szerzej. — Zbrojąc się, okazali, że chcą walczyć. Zrobili to, wysyłając szpiegów.  

Reszta zgromadzonych przyglądała się Mrozowowi, który bladł z każdą chwilą. 

— Nie jestem jednak człowiekiem okrutnym — powiedział powoli cesarz. — Jeżeli będzie taka konieczność, zaatakujemy. Jednak, by udowodnić Methosowi, że jesteśmy mu życzliwi — uśmiech znów się poszerzył — wyślemy delegację z wiadomością. Do ostatniej letniej pełni Ione nie podejmiemy działań. Po tym czasie nie będzie odwrotu.  

Aleksiej wymienił się spojrzeniami z ojcem.  

— Panie — odezwał się powoli hrabia Mrozow — to niewiele ponad miesiąc.  

— Półtora, panie — doprecyzował Semionow, patrząc chłodno w odpowiedzi. — Dziś jest dopiero pierwszy dzień cyklu, przypominam. Mamy równo dwadzieścia sześć dni siódmego cyklu, a wtedy kolejnych trzynaście ósmego. Czy to nie jest dość? Moim zdaniem szczodry termin. Aż nadto.  

Hrabia zmierzył go wzrokiem i zwrócił się do Dragomira: 

— Methos nie będzie miał czasu na decyzję, panie. Podejmie ją w pośpiechu.  

Aleksiej pokiwał głową, nie bacząc na to, co o tym geście pomyślą inni. Ojciec miał rację. Przy braku utrudnień i dobrej pogodzie podróż do Ythin zajmowała blisko dwa tygodnie. Licząc, że kolejne dwa zajmie powrót, Methos nie będzie mógł zwlekać z odesłaniem delegacji. Miałby w najlepszym razie parę dni na podjęcie decyzji, która zadecyduje o jego kraju, i to jedynie przy założeniu, że wszystko pójdzie gładko. A Los nie zawsze na to pozwalał.  

— Wierzę, że tak ważne sprawy zostaną potraktowane przez niego z należytą powagą — odpowiedział chłodno cesarz. — Jak i przez naszą delegację. 

— Panie, mimo wszystko nie można zakładać, że nie będzie komplikacji, to zbyt ma… 

Dragomir przerwał mu ostrym tonem.  

— Czy to nie pan, hrabio, postulował o wyciągnięcie dłoni do Methosa? Wyciągam. Nie mogę jednak w tak istotnej kwestii pozwalać na zwłokę. Nie kosztem naszego bezpieczeństwa. 

— Panie, wydam natychmiast rozkaz, by dla ostrożności szykowano wojska. — Nikolaj podniósł się i wykonał ukłon.  

— Czas też wysłać nasz poczet. — Dragomir pozwolił sobie na teatralne wzniesienie dłoni, ale zaraz rozkaszlał się. Gdy wreszcie złapał oddech, powiedział powoli: — I nie wyobrażam sobie bardziej odpowiedniej osoby niż pan, hrabio Mrozow.  

— Prawda, panie — przytaknął Semionow. — Nie ma bardziej idealnego człowieka. 

Aleksiej Mrozow zdębiał. Pot sperlił mu się wzdłuż kręgosłupa, poczuł zimny dreszcz, jakby dostał wysokiej gorączki. Nagle zrozumiał, jaki był cel jego obecności. 

Był świadkiem wydania wyroku na swojego ojca.


Tagi:

Awatar użytkownika
Monone
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 87
Zobacz teksty użytkownika:

Wrzos - rozdział II (fragment powieści)

Post#2 » 27 mar 2020, o 17:45

Hej, 

Po pierwsze widzę, że zmieniłaś tytuł. Ciekawy, zagadkowy. 

Akcja łądnie się rozwija, dobrze wypadła też zmiana punktu widzenia. Wiele się już wydarzyło - bardzo na plus. Podoba mi się, zdecydowanie moje klimaty :) 

 

Wracając jednak do błędów, co mi zgrzytało: 

Była zresztą pewna, że było to cesarzowi bardzo na rękę, bo na pozowaniu miała spędzić sporą część czasu przez najbliższe tygodnie.Nie chciała jednak dać mu tej satysfakcji i całkiem odpuścić.  

 

Była - było powtarza się.  

I druga część zdania. Może rozważ stronę bierną?  

np: "bo na pozowaniu spędzi większość czasu przez najbliższe tygodnie." albo - "pozowanie zajmie ją teraz na wiele tygodni i to przez większość dnia" 

niebieska część - nie pasuje mi do reszty językowo. 

np: "Nie chciała jednak dać mu tej satysfakcji i znów pozostać milczącą, w jego cieniu jak ten obraz." 

W jego przypadku mogło być to nawet coś więcej. Ojciec naraził się zbyt wiele razy, więc Aleksiej czuł, że wniesienie go na członka Rady, o co nie zabiegał ani on, ani ojciec, kryje coś więcej. Nic nigdy nie było proste, jeżeli w jakikolwiek sposób dotyczyło Dragomira.  

 

Zagmatwane to zdanie. może:  

"za wyniesieniem go na członka rady, o co ani on, ani ojciec nie zabiegali, kryje się coś więcej" - kosmetyka, może to tylko takie moje czepialstwo. 

 

Ostatnia rzecz: 

Dosyć często używasz porównania bijącego serca do ptaka w klatce, gdy bohaterowie się denerwują/boją. Choć bardzo trafne, czasem wygląda jak pieczątka - nie wiem jak ująć to inaczej. Takie czepialstwo pewnie z mojej strony :P 

 

Czekam na więcej :) Rzecz jasna dedukuje już co będzie dalej, i jestem ciekawa, czy słusznie.


Awatar użytkownika
Cam
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 6431
Zobacz teksty użytkownika:

Wrzos - rozdział II (fragment powieści)

Post#3 » 27 mar 2020, o 18:18

Ślicznie dzięki! 

 

Zaraz przysiądę do poprawek. Za ostatnią uwagę też wielkie dzięki, nie nazwałabym tego czepialstwem. Na pewno będę zwracać na to uwagę.


szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 2860
Zobacz teksty użytkownika:

Wrzos - rozdział II (fragment powieści)

Post#4 » 25 kwie 2020, o 15:46

Lekko się czyta. Dialogi dobrze napisane. Fajnie poczytać i nie czuć na karku tego imperatywu, że krótko być musi. Ciężko treść ocenić. Zbyt mało przeczytałem.  

 

Kilka uwag: 

 

Prawie zapomniano już o balu, choć jego widmo wciąż nie rozwiało się do końca. Prawie, bo cesarzowa wciąż o nim rozmyślała. Nie mogła pozbyć się tych myśli z głowy.  

Ilekroć myślała o reakcji cesarza, czuła coś, co boleśnie...

Dwie sprawy: pierwsza to (jak zwykle) zaimki. Nie jest ich dużo, ale przeszkadzają. Druga - oszczędność wypowiedzi. Warto się nad nią pochylić przy kolejnej autokorekcie. Zamiast słów "Prawie, bo cesarzowa wciąż o nim rozmyślała. Nie mogła pozbyć się tych myśli z głowy." wystarczyłoby "Prawie, bo cesarzowa wciąż rozmyślała." Ale i tak "myśl" będzie się powtarzać. Warto zastąpić innym słowem. 

 

Nigdy nie liczyłam na aż tak wiele.  

Zabrzmiało to jak wiele pochlebstw tego rodzaju, które cesarzowa słyszała wiele razy, choć jednocześnie było to podsycone goryczą.

Powtórzone "wiele" 

 

o który niektórzy żywo zabiegali
który-niektórzy żle się łączy 

 

Nic jednak nie było tu mu bliskie — wręcz przeciwnie, bardzo obce.
"Tutaj oszczędność posunięta zbyt daleko. "bardzo obce", to zbyt mało. 

 

Tak czy inaczej rozwój wydarzeń zaciekawił.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości