Opowieści pradawne. Rozdział 2: Wyraj (cz.1)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Jerzy Sowiński
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 35
Zobacz teksty użytkownika:

Opowieści pradawne. Rozdział 2: Wyraj (cz.1)

Post#1 » 28 mar 2020, o 12:23

Nastał rok 620 n.e. Minęło dwadzieścia lat i było już widać, kto z wioski wypił wywar Damroki i zatrzymał starzenie. Okazało się, że brak zmian fizycznych to nie jedyny skutek uboczny tego specyfiku. Kto go wypił, ten stracił płodność. Dwadzieścia lat to sporo czasu, by się z tym przyzwyczaić i w jakiś sposób pogodzić. Natomiast trudno było rodzicom, ponieważ dzieci nie tylko nie dorastały fizycznie, ale też ich mózgi się nie rozwijały i mentalnie stanęły w czasie, w którym musiały się napić tego wywaru. Ludzie wciąż narzekali, że przez całe życie będą musieli opiekować się swoimi pociechami, zamiast przez kilkanaście lat, tak jak inni rodzice. 

Był okres żniw. W Witczynie magazyny zapełniały się ziarnami pszenicy i żyta. Zapowiedziano wiec, na który miał zostać wybrany przywódca wioski. Zresztą, któreś z kolei zgromadzenie, bo poprzednie nie dochodziły do skutku. Nie udało się dotychczas nikogo wybrać, bo praktycznie każdy uważał, że to on jest najlepszym kandydatem. Biezdar był tym poirytowany, bo uważał, że to on już od dawna powinien być przywódcą a mieszkańcy chyba po złośliwości jeszcze go nie wybrali. Zawsze przed wiecem próbował przekonać innych, że bardziej mądrzejszego i zaradnego przywódcy niż on, nie będzie.  

To nie było jego jedyne zmartwienie. Coś złośliwego grasowało w jego obejściu. Zjadało zapasy, niszczyło sprzęt i paskudziło. Biezdar zmarnował niejedną noc, by zaczaić się na szkodnika i go przyłapać. Nie potrafił go schwytać, co psuło mu dobry nastrój. Ale był zawzięty i postanowił że nie odpuści. Może to były myszy i szczury? Zwiększył ilość kotów w obejściu, nic to nie dało. Może to łasica? Przyniósł oswojonego borsuka, żadnych zmian nie było. A to coś stało się jeszcze bardziej złośliwe. Zasznurowało gospodarzowi buty tak, że cały ranek poświęcił, by je rozplątać. Zdążyło nasikać do kufla piwa, gdy Biezdar podczas kolacji na chwilę zaszedł do spiżarni. Gdy chłopina strudzony zasnął, to coś ogoliło go na łyso. W końcu miarka się przebrała i Biezdar udał się po poradę do Damroki. Ta sprzedała mu pewne mazidło, pouczając go, by rozsmarował na progu domu i uważał, by na tam nikt przypadkowo nie wdepnął. Tak też uczynił. Posmarował wieczorem wejście do domu. O świcie zauważył przylepionego do progu chochlika. Stworzonko miało wystraszony pyszczek, nasrożyło futerko i podkulił ogonek. Zadowolony Biezdar odczepił chochlika od progu i włożył go do wora, a worek zawiązał. Zawiniątko wylądowało w skrzyni. Gospodarzowi wrócił dobry humor. Poczuł satysfakcję, że jego wielodniowe i wielonocne wysiłki nie poszły na marne. Pomyślał, że można ten sukces wykorzystać w kampanii wyborczej. Zwołał swoich sąsiadów na plac znajdujący się w centrum wioski. 

- Ludzie, słuchajcie - oznajmił zebranym. - W wiosce zalęgło się zło wcielone. Wredny chochlik, duch zła. Wiele szkód mi powyczyniał. Podejrzewam, że wam też. Ale nie obawiajcie się, już go złapałem, dla naszego wspólnego dobra. Bo dobro naszej wioski wiele dla mnie znaczy. Szczęście moich drogich sąsiadów zawsze mi było na sercu. Wiem, że wszyscy czasem mamy jakieś problemy. Przynajmniej teraz mamy jeden problem mniej. Nasze dobra są już bezpieczne od chochlika. Moi drodzy! Sprawiedliwość to coś, co zawsze przestrzegam. Dlatego, zanim ukarzę chochlika, zorganizujemy nad nim sprawiedliwy sąd, by mógł zostać sprawiedliwie ukarany. Paskudztwo to odpowie za swój każdy czyn, za każdą chochlikową psotę wyrządzoną nam, dobrym ludziom. Dlatego też wysłucham od was, co on wam złego uczynił, bym mógł wymierzyć sprawiedliwość również w waszym imieniu. 

- Dobry z ciebie człowiek, Biezdar, że się za naszą krzywdą ujmujesz - pochwalił go Przemęt. - Ukarz go też za mnie. W nocy mnie dusił. Jeszcze by mnie udusił. 

- Jak on cię dusił? - spytał się Dziebor. 

- Gniótł mi pierś, aż tchu złapać nie mogłem. Dychawicy dostałem. A świszczałem, charczałem: chrych, chrych, jakoś tak. Aż się cały spocony obudziłem. 

- To nie chochlik. To był gnieciuch - odparł Dziebor robiąc mądrą minę. 

- Chochlik, nie znasz się – Przemęt nie dawał za wygraną. 

- A mi krowa ostatnio mało mleka daje, ukarz go też i ode mnie – wtrącił się Dziwisław. 

- Ukarzę go za wszystkie czyny, które wam wyrządził. Widzicie, potrafię zadbać o wasze interesy - oznajmił Biezdar. 

 

W południe po okolicznym lesie spacerowało dziecięce rodzeństwo: Niestek i Tomira. Tyle razy słyszeli od rodziców, by nie udawali się sami bez opieki do lasu i jak zwykle zawsze chcieli dostosować się do przestróg, tylko jakoś tak wychodziło, że zabawa często przenosiła się do lasu. Przez dwadzieścia lat dobrze poznały najbliższą okolicę Witczyna. Znały każdą ścieżkę, każdą polankę. 

- Nie za daleko odchodzimy? - spytała się Tomira. 

- Będziemy dotąd spacerować aż znajdziemy jakąś niespodziankę. 

- E, tak to możemy i do wieczora chodzić. Będziemy bardzo głodni. 

- Wcale nie. Na pewno będzie coś na poziomkowej polance. Zobaczysz. 

Udali się na poziomkową polankę. Usłyszeli w pobliżu jakieś odgłosy. Niestek pokazał siostrze, by zachowywała się cicho i nie ruszała się. Zaczął skradać się pomału w kierunku odgłosów. Zerknął za krzaczki, uśmiechnął się i pokazał dłonią by podeszła do niego. Tomira podeszła do brata, ciekawa, co tam zastanie. Jej oczom ukazały się dwa małe niedźwiadki. 

- Uważaj. Jak ich mama zobaczy nas, to będzie bardzo zła - wyszeptała. 

Niestek rozejrzał się dookoła.  

- Tu jej nie ma. Poszła zdobyć jedzenie - stwierdził. Podszedł do niedźwiadków i przykucnął obok nich. Zdziwione niedźwiadki popatrzyły na chłopca. 

- Kochane misie. Wasza mama niedługo przyjdzie i nie będziecie już same - powiedział w kierunku niedźwiadków. Jego siostra podeszła ostrożnie do misi i zaczęła je głaskać. 

- To chyba braciszek i siostrzyczka, jak my - zgadywała. 

- Musiałbym im zajrzeć pod ogonek a nie będę tego robił. Biedne misie, ciekawe jak długo czekają na mamę? 

Niestek też zaczął głaskać misie. 

- Może są już bardzo głodne? - rzekła Tomira. 

- Może. To poszukajmy im coś do jedzenia. Nie wiadomo kiedy ich mama przyjdzie. Co jedzą misie? 

- Miód. 

- No tak. Tu niedaleko jest barć. Przynieśmy im trochę miodu. 

Udali się w kierunku barci. 

- Jak weźmiesz miód? - dopytywała się Tomira. - Pszczoły cię pokłują. 

- Coś się wymyśli. Może kijem wydłubię? 

Zobaczyli z oddali barć. Musieli się schować za krzak, bo spostrzegli dobierającą się do miodu niedźwiedzicę. Dziuplę, w której mieszkały pszczoły, zasłaniał wiszący na długiej linie ciężki kloc drewna. Była to samobitnia chroniąca barć przed misami. Kłoda przeszkadzała niedźwiedzicy, wiec zirytowana odepchnęła ją z wielką siłą. Kloc odchuśtał się, lecz zaraz wrócił prosto na niedźwiedzicę. Ta, po oberwaniu spadła na ziemię. Oszołomiona zastanawiała się co zrobić. 

- Chodźmy, lepiej by nas nie zauważyła - szepnęła dziewczynka. Po cichu wycofali się kierując się na najbliższą ścieżkę. Po dojściu na dróżkę skierowali się w kierunku wioski. 

- Ciekawe, co będzie na obiad? - zgadywała Tomira. 

- Bób. 

- Na pewno nie. Mama wie, że nie lubię bobu. Jak będzie bób, to sam go zjesz. 

- Bób jest smaczny i zdrowy. 

- Wcale nie. Nie znasz się na kuchni. 

- A ty się znasz?  

- Znam. Potrafię obrać marchewkę.  

- To rzeczywiście dużo umiesz. 

Chłopczyk zatrzymał się i wskazał siostrze na najbliższy krzak. Oboje ukryli się za nim. Niedługo na ścieżce pojawiła się grupa czterech osób z włóczniami. 

- Ten niedźwiedź musi być gdzieś tutaj w pobliżu. Tutaj go widziano - powiedział Biezdar do pozostałych wędrowców. - Sadło z misia jest dobre na wszystko. Na wszystkie choroby. 

- Na łupież też? - spytał się Przemęt. 

- Też. Wetrzesz go sobie we włosy i po łupieżu - odparł Biezdar. - Upoluję dla was sam osobiście tego niedźwiedzia. I wytoczę z niego sadło. To będzie prezent ode mnie dla wioski. Wszyscy będą wiedzieć, że takie znaczenia jak "hojność" i "poświecenie" nie są dla mnie obce. 

- Potrafisz sam upolować niedźwiedzia?- w głosie Przemęta czuć było niedowierzanie. 

-A ty? 

- Owszem. Bez żadnego problemu. 

- To zapewne niejednego już upolowałeś. 

- Ani jednego. A to tylko dlatego, że jeszcze nie miałem czasu. Mam wiele spraw związanych z gospodarstwem na głowie. Muszę ciągle doglądać obejścia. 

- Tak myślałem. Zawsze narzekasz na brak czasu. 

Wędrowcy zauważyli, że najbliższy krzak się poruszył. Wyszedł z niego zapłakany Niestek a za nim jego siostra. 

- Wujku Biezdarze. Niedźwiedź nas napadł i gonił - łkał Niestek przecierając zapłakane oczy. 

- Bogowie. Co robiliście sami w lesie? - zdziwił się Biezdar. – Wiecie, że nie możecie sami chodzić po lesie? Gdzie ten niedźwiedź? 

- O tam, na bagnach. Jeszcze tam powinien być – chłopiec wskazał ręką kierunek odwrotny do barci. 

- Chodźmy, zaraz go upoluję - oznajmił Biezdar. 

- Ja odprowadzę dzieci bezpiecznie do wioski – zaoferował się Dziebor. Odprowadził dzieci a reszta wędrowców udała się na bagna. Biezdar rozglądał się badawczo, próbując wytropić niedźwiedzia. Zapuszczał się coraz bardziej w mokradła, wypatrując śladów drapieżnika. Nagle coś chwyciło go za nogę i wciągnęło do wody. 

- Ratunku! (gul, gul). Kurwa mać! (gul, gul) - krzyczał Biezdar próbując wydostać się z pułapki, co chwilę wychylając głowę na powierzchnię. W zamieszaniu stracił swój oszczep. 

- To utopiec - krzyknął Przemęt i ruszył z Dziwisławem na pomoc. Położył się i podał rękę topiącemu się przyjacielowi a Dziwisław próbował dźgnąć swoją włócznią napastnika. 

- Ał, kłuj utopca, nie mnie, idioto! - krzyknął Biezdar. Po jakimś czasie stwór musiał zostać zraniony, po puścił swą zdobycz i odpłynął. A niedoszły topielec został wyciągnięty na brzeg. 

- A niech to szlag! Mam zranioną nogę - rzekł Biezdar oglądając swoją krwawiącą nogę. - Zabierzcie mnie do Damroki. Niech mi przyłoży jakieś zioła do rany.  

I tak zakończyło się polowanie na niedźwiedzia. 

 

Godzinę później dzieciaki udały się do zagrody Biezdara. Nieśli w rękach kwiaty. Niestek kaczeńce a jego siostra chabry. 

- Skąd wiesz że on lubi kaczeńce? – spytała się. 

- Nie wiem. Ale na pewno nie chabry. Chabry są dla prostaków. 

- Nie znasz się na kwiatach.  

- Kwiaty nie zastąpią mu niedźwiedziego sadła, ale chociaż niech coś dzisiaj otrzyma miłego. Będzie mniej smutny. 

Nie zastali gospodarza, bo był on jeszcze wtedy u Damroki. Zostawili kwiaty w chałupie. Gdy wyszli na zewnątrz, usłyszeli z komórki znajdującej się obok chałupy, jakieś piski. Udali się do komórki z ciekawości. Leżał tam związany wór a w środku coś piszczało. Niestek delikatnie odwiązał worek i ostrożnie zajrzał do środka. 

- To chochlik - stwierdził. - Musiał tutaj nieźle napsocić, skoro Biezdar go złapał.  

- Biedne chochlątko. Biezdar na pewno mu nie podaruje – dziewczynka użaliła się nad chochlikiem. - Pokaż go. 

Zajrzała do worka i pogłaskała chochlika. 

- Nie zostawimy cię tutaj biedaku, prawda Niestek? - popatrzyła na brata. 

- No dobra, pomożemy mu - zgodził się chłopiec.  

Powędrowali z workiem do lasu. Bardzo daleko. Niestek postawił worek na ziemi i rozwinął go go, tak by chochlik mógł wyjść. 

- Idź sobie chochliczku. Idź daleko i nie wracaj. U nas nie można psocić, bo to nieładnie - powiedziała dziewczynka. 

Stworek wyszedł z worka i popatrzył zdziwiony na Tomirę. Pogłaskała go i rzekła: 

- Możesz już iść. Jesteś wolny. 

Chochlik popatrzył jeszcze chwilę na dzieci i czmychnął. Rodzeństwo z pustym workiem wróciło do wioski. 

- Wujek Biezdar będzie niepocieszony. Może coś wrzucimy do worka? - zaproponowała Tomira. 

- Dobrze. Może kurę? – jej brat zaczął rozglądać się za kurami. Nagle zobaczył, że coś skrada się przy płocie. Dał znać ręka siostrze by się zatrzymała. Przypatrzył się uważniej. To skradało się licho. Chłopiec podszedł cicho z tyłu szkodnika i szybko schwytał go do worka. Stworzenie miotało się w worku. 

- Zamiast chochlika wujek Biezdar będzie miał licho. Masz może sznurek? - spytał się Tomiry. Dziewczynka pokręciła przecząco głową. Zanieśli worek do komórki. Tam znaleźli sznurek i zawiązali worek, by licho nie mogło uciec. Uśmiechnięte dzieci poszły do rodziców na obiad a stworzonko jeszcze długo miotało się w worku aż się zmęczyło.  

 

Wieczorem Biezdar urządził na placu sąd nad chochlikiem. Zjawiła się prawie cała wioska. Wielu mieszkańców cieszyło się, że pomści on ich krzywdy, które rzekomo wyrządził im chochlik. 

- Moi drodzy. Czas na sprawiedliwość. Czas by to nieczyste plugastwo odpowiedziało za swe zbrodnie. Zaraz oznajmię mu sprawiedliwy wyrok, nie tylko w moim imieniu, ale też w imieniu nas wszystkich - przemawiał Biezdar. Rozległy się oklaski o okrzyki aprobaty. Mówca teatralnie podniósł worek do góry z wyrazem tryumfu na twarzy. Otworzył go i wyciągnął przed siebie licho. 

- Ależ to licho nie chochlik! - krzyknął zdumiony Przemęt. - Uważaj, ono przynosi różne choroby. 

Zdziwiony Biezdar przysunął licho bliżej do twarzy, by się mu bliżej przyjrzeć. Przestraszone stworzonko pierdnęło w kierunku patrzącego na nie mężczyzny i kichnęło. Ten z obrzydzeniem odruchowo rzucił stwora na ziemię. Licho nie czekało na rozwój wypadków, tylko od razu uciekło. Biezdar zakasłał. 

- Ludzie, odsuńcie się od niego, bo też się pozarażacie! - krzyknął Przemęt. Mieszkańcy poodsuwali się 2od Biezdara.  

- Ale jak to? Co się stało z chochlikiem? Ktoś go zamienił na licho - niedowierzał niedoszły sędzia. Sąd się skończył a Biezdar jeszcze tej samej nocy rozchorował się. Zanim choróbsko za kilka dni nie ustąpiło, to gospodarz nakasłał się, napocił, nacharczał, popuszczał gazy. Obiecał sobie, że jak się już dowie, kto mu podmienił chochlika na licho, to temu komuś porachuje wszystkie kości. 

 

Przez ostatnie dwadzieścia lat Awarom udało się podbić Bałkany, dotychczas wchodzące w skład Cesarstwa Rzymskiego. Zaczęli zasiedlać Bałkany razem z podległymi im Słowianami. By wzmocnić militarnie te tereny, sprowadzono tam część wojowników serbskich i chorwackich, znanych ze swej bitności. Serbowie dotychczas wciąż zamieszkiwali Dolny Śląsk a Chorwaci mieszkali na wschód od nich. Wśród Serbów zaczęły się rozchodzić informacje o nowych terenach na Bałkanach, gdzie panował cieplejszy klimat, była cywilizowana infrastruktura po Cesarstwie. Co prawda, zniszczona podczas działań wojennych, ale na Bałkanach były rozwinięte miasta, drogi, winnice a na Śląsku tylko nieprzebyte puszcze z drewnianymi grodami. Nic dziwnego, że wielu Serbów kusiły Bałkany. Od niepamiętnych czasów wielu narodów biło się pomiędzy sobą. Tak czynili starożytni Grecy, Celtowie, Germanie. Słowianie też nie byli wyjątkiem i prowadzili pomiędzy sobą wojny. Wtedy wiele wiosek było palonych, łupionych a ludność była mordowana lub sprzedawana w niewolę. Bo handel niewolnikami stanowił główny przychód dochodu narodowego wielu plemion. W roku 620 słabsi militarnie Morawianie wciąż obawiali się silniejszych Serbów, mieszkających na północ od nich, za Sudetami. Serbowie od wielu lat dawali się we znaki Morawianom i nie tylko im. Szczególnie, gdy jakaś grupa Serbów udawała się na Bałkany, bo wtedy szlak na Bałkany prowadził przez Morawy. Ludzie na Morawach z przerażaniem opowiadali sobie o Serbach. Rozchodziły się wieści, ze Serbowie lubią nabijać ludzi na pal, palić żywcem czy też zatłuc pałkami na śmierć.


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości