Opowieści pradawne. Rozdział 2: Wyraj (cz.3)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Jerzy Sowiński
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 35
Zobacz teksty użytkownika:

Opowieści pradawne. Rozdział 2: Wyraj (cz.3)

Post#1 » 29 mar 2020, o 22:58

Zima w marcu 621 zwodziła. Niby chciała odejść, już pakowała się na drogę, ale wciąż się guzdrała, jakby nie miała czasu pozabierać śniegu i chłodu. Ludzie czekali na nową porę roku, ale zima jakoś nie chciała wiośnie ustąpić miejsca. 21 marca, gdy dzień zrównał się z nocą, jak co roku rozpoczęły się Jare Gody. Dla Słowian zaczynał się wtedy nowy rok. Z rana, nad jezioro udał się korowód mieszkańców Witczyna. Przy odgłosach instrumentów i grzechotek niesiono kukłę Marzanny, bogini zimy i śmierci. Ludzie zatrzymali się przy jeziorze. 

- Pora by Marzanna odwaliła kitę, bo za długo trwała ta zima - rzekł Dziwisław. - Teraz jak się podsmaży i utopi, to może wiosna się pojawi.  

- A czemu ta kukła z twarzy jest podobna do mnie? - spytał się Biezdar przypatrując się kukle. 

- A gdzie tam. Nie widzę podobieństwa. Ta kukła ma bardzo inteligentny wyraz twarzy. Wygląda na mądrą i oczytaną. Wcale jest do ciebie niepodobna. 

- Te, Dziwisław, a chcesz wlecieć do wody zamiast Marzanny? - poirytował się Biezdar. - Bardzo zabawne. 

Marzanna została podpalona i ludzie patrzyli jak płonie. Następnie nadpalona kukła została wrzucona do jeziora. Gdy utonęła, ludzie wrócili do wioski. Trzeba było przygotować się do uczty. Wśród potraw nie mogło brakować pomalowanych jajek, symbolu życia, zdrowia i płodności.  

Radomił rąbał przed chałupą drewno. Poczuł ze ktoś smaga go po tyłku. Odwrócił się i zobaczył zadowoloną Czębirę z witką w ręku. 

- Śmigus - wyjaśniła. Zwyczaj smagania witką, czyli Śmigus, był obchodzony w Jare Święto i miał przynosić zdrowie, siłę i oczyszczenie. Młodzieniec odłożył siekierę i zaczął gonić swoją żonę, która z piskiem uciekła do chałupy. Tam dopadł ją, wyrwał witkę i podwinął suknię. Zaczął dawać razy na gołą pupę. Czębira krzyczała, a gdy skończył, uśmiechnęła się i rzekła: 

- Co tak słabo? Chcesz bym przez ten rok była chorowita? 

Radomił odrzucił witkę. 

- Może to dokończymy w inny sposób - rzekł spoglądając na jej nagie pośladki. Ściągnął spodnie i położył Czębirę na łożu. Nie dane im było długo się pokochać, bo niedługo usłyszeli jak ludzie wołają: 

- Wici! Wici! Będzie wojna! 

Radomił założył spodnie i wyszedł na zewnątrz ciekawy, co to za wojna. 

- Z kim walczymy? - spytał się posłańca, który przybył z pękiem łoziny. 

- Książę Samon zwołuje pospolite ruszenie. Trzeba się bronić przed Serbami - odparł przyjezdny. 

- Najwyższy czas - zauważył Przemęt. - Ostatnio Kninin mało co nie został jeszcze raz spalony. Dobrze, że tym razem to była niewielka grupka Serbów. Przechodzą sobie na Bałkany przez nasz kraj zachowując się gorzej od Awarów. 

- Damy radę? – u Dziebora pojawiły się wątpliwości. - Serbowie są bardzo bitni.  

- Książę Samon. Tfu, jaki z niego książę? - splunął Biezdar. - Dla mnie wciąż to kupiec. Mam nadzieję, że Samon przeorganizował jakoś militarnie te ziemie. Na pewno może też liczyć na wsparcie od Awarów. Miłoborze, mój synu, wreszcie będziesz miał okazje dokonać bohaterskich czynów. 

- Ty go lepiej pilnuj, by nie bohaterzył za bardzo – Mojmira spojrzała uważnie na swego męża. - Nie chcę byśmy stracili naszego syna. 

Czębira wyszła z chałupy, podeszła do swego męża i przytuliła się do niego. 

- Obiecaj, że nie będziesz szukał śmierci na polu bitwy - rzekła a w jej oku pojawiła się łza. - Chcę byś wrócił do mnie cały i zdrowy. 

- To wojna. A na wojnie nigdy nic nie wiadomo - odpowiedział. - Bardzo cię kocham. Jak tylko ta wojna się skończy, od razu wrócę do ciebie.  

- Będę się codziennie modliła w świętym gaju do Peruna, by cię wspierał w boju i nie dał ci zginąć. 

Stali tak wtuleni w siebie a potem wrócili do chałupy. Wciąż trwały Jare Gody, ale nastrój w to święto był już inny niż rankiem.  

 

W kwietniu, po obsianiu pól, zebrali się uzbrojeni mężczyźni na północy Moraw. Dominowała wśród nich skórzana zbroja, choć co bogatsi mieli na sobie kolczugi i hełmy. Głównym orężem były włócznie i topory. Niektórzy nie mogli się doczekać Serbów, by ich bić. Niektórzy z niepokojem oczekiwali na walkę, bo wiedzieli, że Serbowie mają lepsze wojsko. Biezdar podszedł do Miłobora. 

- Jak dojdzie do bitwy, to masz się trzymać blisko Niesiebora albo mnie. Młodyś jeszcze i głupi - poinstruował go.  

- Niech tata się nie boi. Poradzę sobie. Wojna to mój żywioł. 

- A na ilu już wojnach byłeś? Bo nie pamiętam, byś był choćby na jednej. 

- Musi się ojciec mnie czepiać? 

Radomił, Niesiebor i Zdamir mieli na sobie zdobyczne awarskie uzbrojenie, które miało dwadzieścia lat, ale było dobrze konserwowane, by nie zardzewiało. Różnili się więc trochę pośród innych wojów. Tak wielkie zbiorowisko ludzi było okazją, by przyjaciele mogli spotkać swoich bliższych i dalszych znajomych i napić się z nimi na zdrowie. Gdy pewnego dnia Radomił wychylał już drugi kufel, ujrzał Samona. 

- Tu jesteś. Dobry dzień, Radomile - przywitał się książę. - Chodź, musimy pogadać. 

Udali się do jednego z namiotów, które były porozstawiane wzorem Awarów. 

- Widzisz, znów się spotykamy. Strasznie się z tego cieszę – Samon uśmiechnął się przyjaźnie. - Mam dla ciebie delikatną misję. Trochę cię poznałem i wiem, że akurat sobie z nią poradzisz. Pojedziesz do Serbów, weźmiesz od nich okup i wrócisz z nim do mnie. Dam ci obstawę, by nikt po drodze nie zagarnął tego okupu. 

- Za co Serbowie mieliby tobie płacić okup? 

- Wysłałem zaufanych ludzi do Serbów. Udało im się niepostrzeżenie porwać dziesięć dzieci. Nie byle jakich dzieci, tylko synów lokalnych możnowładców. Gdyby nie udało mi się przekupić kilku Serbów, to nie wiem czy takie porwanie byłoby możliwe. Przywieziesz do mnie okup a potem odwieziesz im te dzieci. 

- Aż do takich środków się posuwasz? Porywasz dzieci? – w głosie Radomira odczuć było zdziwienie z gniewem. 

- W każdym cywilizowanym kraju jest coś takiego, jak oddawanie dzieci, jako zakładników. Zresztą Izbor, do którego jedziesz, też w dzieciństwie był zakładnikiem u Franków. Tam nauczył się czytać i pisać po łacinie.  

- Coś mi się zdaje, ze zakładników przekazuje się dobrowolnie a nie porywa. 

- To bez znaczenia. Przywieź mi ten okup. Przyda mi się każdy grosz. Taką masę ludzi, która się teraz zebrała, trzeba za coś nakarmić i utrzymać. 

 

Radomił pożegnał się ze swoimi bliskimi, znajdującymi się w obozie wojskowym i udał się na północ, przez Sudety, na Dolny Śląsk. Kierował wozem a towarzyszyło mu trzydziestu zbrojnych na koniach. Towarzyszył mu Serbski przewodnik, który pokierował go do grodu, w którym mieszkał Izbor. Po długiej podróży, poprzez słabo przejezdne drogi, dotarł do celu. Wjechali do grodu witani nienawistnymi spojrzeniami. Radomił został zaprowadzony do domu Izbora. Jak na tamte warunki, był to dość duży i przestronny dom, wskazujący na wysoką pozycję gospodarza w serbskiej hierarchii. Izbor był przywódcą jednego z najbardziej znaczących plemion serbskich. Książę Derwan, przywódca Serbów, musiał się liczyć z jego opinią.  

- Dobry dzień, przywożę list od księcia Samona - przywitał się młodzieniec, kłaniając się od progu i wyciągając list. - Ciekawy jestem, ile okupu chce ten się nachapać ten dzieciołap. 

- Dobry dzień, nie mówisz z szacunkiem o swoim księciu. 

- Bo po tym co zrobił, nie mam do niego szacunku. 

- Ale jesteś jego wysłannikiem. A na wysłannika wybiera sie osobę, której się ufa i która jest lojalna.  

- Uratowałem mu kiedyś życie. Wygląda na to, że mi ufa. 

- Jak masz na imię? 

- Radomił. Jestem z Moraw. 

- Ja jestem Izbor. Frankowe nazywają mnie Draconis, smok po łacinie. Bo bardzo dałem im się we znaki. I dlatego wszyscy tutaj nazywają mnie Izbor Drakonowicz. 

Gospodarz odebrał list, odpieczętował go i zaczął czytać. 

- Co? Skąd ja wezmę tyle złota? - oburzył się. - Poczekaj na zewnątrz. Sam nie mogę podjąć takiej decyzji. Muszę się naradzić z innymi. 

Radomił wyszedł na zewnątrz i usiadł na wozie. W domu Izbora zebrała się starszyzna. Po odgłosach domyślił się, że narada jest bardzo burzliwa. Trwało to dwie godziny. W końcu oburzeni Serbowie zaczęli opuszczać dom Izbora. Kilku z nich nawet pchnęło Radomiła ze złości, przechodząc obok, a jeden z nich splunął na niego. W końcu młody Morawianin został znów wezwany do Izbora. Wszedł do domu. Gospodarz wskazał mu ręką, by usiadł przy stole. Radomił usiadł, Izbor usiadł po drugiej stronie stołu. 

- Zapewne jesteś głodny. Zaraz dostaniesz coś do jedzenia – Serb spojrzał na swego gościa. 

- Dziękuję, nie spodziewałem się gościny. 

Przyniesiono talerze z jadłem i kielichy z winem. 

- Nie piłem jeszcze wina. To rzadkość na naszych ziemiach - przyznał się Radomił. 

- Stać mnie na wino. Pochodzi z południowej Galii. Częstuj się. 

Zaczęli spożywać posiłek. 

- Radomile, jak myślisz? Samon na pewno zwróci nam dzieci jak zapłacimy okup? – widać było, że Serba wciąż dręczą wątpliwości. 

- Jako wysłannik powinienem zapewne przekonywać cię o tym, jaki Samon jest honorowy. W rzeczywistości jednak praktycznie go nie znam. Nie wiem jak się zachowa. 

- To tacy mali chłopcy. Żaden z nich nie miał jeszcze postrzyżyn. W tym dwójka moich synków. Nagle zniknęli - Izborowi zaczął się łamać głos, gdy to mówił. - Zdrajcy ich podstępnie wyprowadzili a następnie zostali porwani przez waszych wojów. Dowiedziałem się, kto zdradził i już się z nimi policzyłem. Teraz Samon żąda za dzieci tyle złota, że nie wiem czy tyle uzbieramy. Usłyszałem od starszyzny, że trudno, trzeba opłakać dzieci i nie płacić, bo okup jest niewspółmiernie wielki. Ale to są moje dzieci, synkowie kochani. Inni gotowi są pogodzić ze stratą synów, ja nie. Spróbuję uzbierać okup, to potrwa. Radomile, obiecaj, że zrobisz wszystko by dzieci dotarły tu całe i zdrowe. 

- To, co mogę obiecać, to tylko to, ze postaram się wpłynąć na Samona, by się nie ociągał, gdy otrzyma już okup. 

Izbor położył rękę na barku młodzieńca.  

- Postaraj się. Potrafię się odwdzięczyć.  

- Postaram się. Ale dlatego, że żal mi tych dzieci, nie dla wdzięczności. 

- Dobry z ciebie człowiek, Radomile. 

 

Zebranie okupu trwało tydzień. Izbor musiał objeżdżać podległe mu miejscowości. Zebrano okup. Skrzynie z okupem trafiły na wóz. Radomił wyruszył w powrotną drogę. Podróż powrotna, wozem z wypełnionym skrzyniami, trwała jeszcze dłużej, niż przyjazd do Serbów. W końcu dojechał do Samona. Zastanawiał się, co on planuje. Armia już tyle czasu zgrupowana była w jednym miejscu. Trzeba było zadać sobie dużo wysiłku, by utrzymać dyscyplinę, nie mówiąc o sporych wydatkach. Książę jednak jakoś sobie z tym radził. Jego doborowy oddział przyboczny wszędzie budził strach i respekt. Radomił przekazał wóz. Następnego dnia Samon wezwał go do swojego namiotu.  

- Okup się zgadza. Wóz już jest załadowany beczkami miodu. Zawieziesz je do Izbora – poinstruował Radomiła. 

- Z tego co wiem, to umowa była inna. Miałeś przekazać Serbom ich dzieci, nie miód. 

- Wiem. Obiecałem ci, że odwieziesz im dzieci. Ciała tych dzieci są w beczkach z miodem. Miód konserwuje, ciała podczas podróży nie powinny się rozłożyć. Równo dziesięć beczek. Miałeś odwieźć dzieci, to je odwieziesz. Ja dotrzymuję słowa. 

- Draniu, czemu zabiłeś tych chłopców? – Radomił czuł, że narasta w nim gniew. 

- Zmarło im się. Wszystkie dzieci zmarły naraz. Cóż za przypadek. 

- To oddaj im okup.  

- Okup za dzieci, taka była umowa. W umowie nie było słowa, czy te dzieci miały być żywe czy martwe. Odwieź im dzieci. Tym razem sam, bez obstawy, bo nie ma na wozie nic cennego do pilnowania.  

- Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Sam odwieź im te ciała. W dupie mam ciebie i twoje księstwo. 

- Uważaj co mówisz. Jestem księciem. 

- Jesteś przydupasem Awarów, w dodatku mordercą. Jak chcesz, to możesz mnie też zabić, bo właśnie cię opuszczam. Jak pojadę z beczkami do Serbów, to też nie wrócę żywy. Wiesz dobrze, co oni mi zrobią. 

- Spokojnie Radomił, rób co chcesz. Nie mam zamiaru cie zatrzymywać na siłę. Chcę, byś sam zrozumiał, że twoje miejsce jest tutaj, wśród rodaków. Przemyśl to i wróć. A co do beczek, to są twoje. Nie obchodzi mnie co z nimi zrobisz. Sam zdecyduj, co zrobić z tymi ciałami. Zrób z nimi co chcesz i nie drążmy już tematu, bo mam na głowie inne ważniejsze sprawy. 

- Nigdy ci tego nie zapomnę! – krzyknął Radomił i wyszedł z namiotu. Podszedł do wozu, na którym stało dziesięć beczek. Patrzył na wóz i zastanawiał się, co ma zrobić. Postanowił w końcu, że ciała trzeba zwrócić rodzicom. Nie mógł zwrócić żywych dzieci, to chociaż zwróci im ciała, by mogły być godnie pochowane. Mógł się zwrócić do swoich bliskich o pomoc, chętnie by zabrali się z nim, ale nie chciał ich narażać. Pożegnał się z ojcem, bratem i bliskimi, mówiąc im, że musi coś załatwić dla Samona i odjechał wozem na północ. 

 

Niestek i Tomira szli w kierunku wioski.  

- Mówiłam, że szerszenia nie łapie się ręką – powiedziała dziewczynka. Jej brat masował prawą, spuchniętą rękę. Nie jęczał, próbował pokazać, jaki jest twardy, jednak z oczu mu kapały łzy. 

- Łapie się, łapie. Trzeba wiedzieć jak. Następnym razem ci pokażę.  

- Jakbyś umiał, to by cię nie dziabnął. 

- Bo tym razem trafiłem na cwanego szerszenia. Następny na pewno będzie głupszy. 

- Widzisz, nie potrafisz rozróżnić mądrego od głupiego szerszenia. 

- Potrafię, mądry jest trochę bardziej żółty, niż głupi. Teraz nie miałem czasu się przypatrzeć. 

Zjawili się we wiosce. Udali się do chaty Czębiry. Żona Radomiła przez wiele lat uczyła się zielarstwa u Damroki. Została wioskową zielarką, chociaż w świętym gaju też się pojawiała. Akurat wychodziła z chałupy, gdy nadeszły dzieci. 

- Czębira pomóż – rzekła Tomira. – Niestka użądlił szerszeń. 

Młoda kobieta znała każde dziecko w wiosce z widzenia, odpowiadała na powitanie, ale jakoś nie zapamiętała wszystkich imion. 

- Pokaż rękę – rzekła do chłopca. Przypatrzyła się opuchliźnie, następnie zaprosiła dzieci do chaty. Zaczęła sporządzać maść. 

- Szybko się zagoi? – dopytywała się dziewczynka. – Jak mama się dowie, że Niestek chwycił szerszenia, to będzie się na niego gniewała. 

- Mądry jesteś? Czemu próbowałeś złapać szerszenia? – spytała się Czębira Niestka. 

- Bo chciałem go oswoić. Jakby się ze mną zaprzyjaźnił to by mnie bronił. 

- Szerszenia nie da się oswoić. Z góry już ci to mówię. A teraz połóż rękę na stole. 

Chłopiec położył rękę. Czębira delikatnie wyciągnęła żądło, nasmarowała bolące miejsce i obwiązała rękę płóciennym paskiem.  

- Dziękujemy – podziękowała dziewczynka. Wyciągnęła z mieszka trzy chrabąszcze i położyła je na stole. 

- Udało mi się złapać te żuczki. Masz je, jako zapłatę. Może ci się do jakiegoś wywaru przydadzą – rzekła. Dzieci wyszły z chaty a Czębira wyniosła chrabąszcze na trawę.  

Chciała się udać do świętego gaju, gdy zauważyła, że w wiosce pojawił się Samon ze swoją ochroną. Mieszkańcy Witczyna bardzo się zdziwili, że książę osobiście się do nich pofatygował. Ludzie powychodzili z chat, zrobiło się zbiegowisko. Samon podjechał konno do żony Radomiła. Zszedł z wierzchowca. 

- Dobry dzień, Czębiro. Przyjechałem tu dla ciebie - rzekł do zdziwionej kobiety. Uśmiechnął się , wyciągnął mieszek i wręczył go dziewczynie. 

- To dla ciebie - rzekł. Czębira zajrzała do środka. Ujrzała pełno złotych cesarskich solidów. Warte spory majątek. 

- Tak bezpodstawnie? Za nic? - spytała się, rozmyślając w czym tkwi haczyk. 

- To jeszcze nie wszystkie prezenty. Zostaniesz moją żoną. Będziesz księżną tego kraju. Resztę podarków otrzymasz w mojej siedzibie. 

- Ojej, ale zaszczycona jestem. Tyle bogactwa dla mnie, po to, żebyś miał okazję mnie poruchać od czasu do czasu. No, no – pokiwała głową. 

Samon spoważniał i zrobił się czerwony na twarzy. Gapie byli zdziwieni bezpośrednią odzywką Czębiry. 

- Mówię poważnie. Chcę byś została moją żoną - powtórzył swoją ofertę. 

- Bezczelny jesteś. Wiesz, że mam już męża. 

- To pora sobie wymienić na nowego. Zresztą, jest wojna. Kto wie czy Radomił z niej wróci cały i zdrowy? 

- Jak jesteś księciem, to ci już wszystko wolno? Jesteś chamem i prostakiem, opakowanym w drogie szaty. Poszukaj sobie gdzieś żony, która będzie na twoim poziome intelektualnym. Zabieraj sobie te błyskotki. Nie kupisz mnie. 

Samon stał i milczał. Zastanawiał się, co zrobić z takim afrontem. W końcu rzekł: 

- Dobrze, zabieram podarek, skoro go nie potrzebujesz. Ciebie też zabieram. Za darmo. Nie chcesz być moją żoną, to będziesz moją nałożnicą.  

Dał znać wojom, by pojmali Czębirę. Ta wyciągnęła sztylet i rzuciła się na Samona. Została powstrzymana przez wojów. Wyrwano jej broń. Zaczęła się wyrywać. Próbowała też kopnąć Samona. 

- Lubię takie narowiste - uśmiechnął się książę.  

Ludzie zaczęli go błagać by nie zabierał im Czębiry.  

- Panie, zostaw nam zielarkę. Kto teraz będzie nas leczył? - prosili go. 

- Słyszałem, że mieszka tu na bagnach jakaś wiedźma. Ona też może was leczyć - odparł. - Nie chcę, byście byli za bardzo stratni brakiem zielarki. Weźcie sobie ten mieszek z monetami, jako zadośćuczynienie.  

Mieszkańcom nie spodobało się to, że Samon zabiera Czębirę. Chętnie by ją odbili, tylko że najwaleczniejsi mężczyźni zostali powołani do armii a wiosce pozostały praktycznie kobiety, dzieci i starcy. Książę wybrał czterech wojów. Kazał im zawieść żonę Radomiła do Mikulczic i jej tam pilnować, by nie uciekła. Sam natomiast, z pozostałymi wojami, wrócił do swojej armii.


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości