Zagłada

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika

Autor tematu
MostWanted
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca
Posty: 214
Zobacz teksty użytkownika:

Zagłada

Post#1 » 10 maja 2020, o 23:04

Na podstawie prawdziwych wydarzeń. 

 

Zagłada 

 

Ten dzień zaczął się zupełnie zwyczajnie i na początku nic nie zwiastowało nadchodzącej katastrofy.  

Apokalipsy. Zagłady.  

Gdyby wcześniej ktoś zapytał Aarona, jak zamierza spędzić ostatni dzień swojego życia, zapewne zamyśliłby się na chwilę, a później odparł, że przede wszystkim chciałby spędzić go z rodziną. Z żoną, Susannah, i czteroletnią córeczką, Gwyldą. Zabrałby je na drugi kraniec Kopuły, nad Jezioro Masek. To było jedno z ich ulubionych miejsc. Mała mogłaby swobodnie pluskać się w wodzie i korzystać z innych dziecięcych atrakcji, podczas gdy dorośli siedzieliby przy stoliku, sącząc drinka i patrząc sobie w oczy, szukając w nich wspomnień całego wspólnego życia. Potem wróciliby do domu, i gdy Gwylda spałaby po dniu pełnym wrażeń, on wraz z Susannah kochaliby się gorąco. Po raz ostatni, tak jakby był to pierwszy raz. Potem przyniósłby do łóżka również Gwyldę i trzymałby w objęciach obie kobiety swojego życia, aż do końca. 

Nie mógł wiedzieć, że w prawdziwym ostatnim dniu swojego życia wstanie wcześnie rano, gdy za oknem wciąż panował będzie blady, żółto-zielonkawy blask ziemnych latarni, ucałuje śpiącą żonę w policzek i zwyczajnie wyjdzie do pracy. 

Maszerował nieśpiesznie w stronę kompleksu zabudowań, w którym mieściło się całe centrum zwiadowcze. Wysokie budynki i ogromne hale znajdowały się na samym skraju Kopuły, niektóre były nawet ściśle przytwierdzone do jej powierzchni, stanowiąc integralną całość, niezbędną dla funkcjonowania maszyn. 

Aaron od lat młodzieńczych pracował w Maszynerii, jak potocznie nazywano cały kompleks. Od tamtego czasu jednak znacznie awansował. Rozpoczynał jako zwykły nadzorca systemu nawadniania – jak dla nowicjusza, funkcja niezwykle odpowiedzialna sama w sobie – jednak szybko poznano się na jego niezwykłym talencie do liczb i wnikliwym umyśle, toteż stopniowo otrzymywał coraz poważniejsze funkcje, aż do obecnej, która stawiała go niemal na samym szczycie w strukturze pracowniczej.  

Aaron zajmował się zdalną kontrolą wszystkich systemów, dzięki którym Kopuła była w stanie funkcjonować. Był tu wspomniany system nawadniający, w którym osobno wydzielone były zbiorniki, tworzące Jezioro Masek i Zalew Tęczowy; system cieplny; skomplikowany system filtracyjny i recyrkulacji powietrza; system świetlny i energetyczny, a także wiele innych, które długo by wymieniać.  

Królestwo Aarona stanowiło spore pomieszczenie z ogromnymi oknami na całej długości ściany, z których widać było niemal pełną panoramę Kopuły. Mieściło się na jednym z ostatnich pięter, było pełne komputerów i monitorów, na których wyświetlały się skomplikowane wykresy i ciągi liczb, które dla postronnego obserwatora stanowiły jedynie zbiór szlaczków, zaś dla Aarona niosły różnorodne informacje, począwszy od wydajności poszczególnych urządzeń, poprzez alerty o usterkach i wymaganych przeglądach, a skończywszy na raportach odnośnie funkcjonowania poszczególnych systemów. 

W związku z lokalizacją swojego miejsca pracy i pewnością, że nie zamierza go zmieniać, jakiś czas temu przeprowadzili się wraz z Susannah z Centrum do domu na obrzeżach Kopuły. Niewielu ludzi wybierało tę część, toteż mieli zapewnioną ciszę i spokój. A do Maszynerii mógł chodzić na piechotę. 

Przed sobą widział już główną bramę w ogrodzeniu wokół terenu. Wciągnął powietrze w płuca. Smakowało tak samo, jak zawsze, nieco metalicznie i sucho, mimo licznych filtrów powietrza. Wydało mu się jednak cieplejsze, niż zazwyczaj. W zamyśleniu przystanął, ukląkł i przyłożył dłoń do piaszczystego podłoża. Zmarszczył brwi. Było tak, jak podejrzewał – gleba okazała się bardziej nagrzana, niż się tego spodziewał i niż powinna być o tej porze dnia. Będzie musiał koniecznie sprawdzić wykresy systemu cieplnego, choć był pewien, że gdy wczoraj opuszczał gabinet, wszystko było w normie. 

Przechodząc przez bramę, pokazał identyfikator strażnikowi siedzącemu w budce po prawej, a ten przepuścił go, kiwając głową w uprzejmym powitaniu. Aaron odwdzięczył mu się tym samym i podążył do głównego budynku, gdzie znajdowała się cała administracja wraz z biurami dyrektorów, a także jego małe królestwo. 

Wspinając się po schodach na górę – nie zwykł korzystać z windy – nie spotkał absolutnie nikogo. Ale w końcu było bardzo wcześnie. Gdy wszedł do swojej pracowni, za oknami wciąż panował zielonkawy półmrok, toteż musiał zapalić lampy, które rozbłysły mu nad głową jaskrawym światłem, tak że aż zmrużył na chwilę oczy. Potem zrzucił z siebie lekką kurtkę, przewiesił ją przez oparcie obrotowego krzesła na kółkach, i zasiadł przed długim na ponad trzy metry biurkiem, za którym znajdowały się zawieszone na przezroczystej, pleksiglasowej ściance monitory.  

Wystukał kod dostępu na jednej z trzech klawiatur i nagle wszystkie ekrany rozbłysły jasnym światłem. Od razu przesunął się w kierunku tego, który pokazywał wskazania dotyczące systemu cieplnego. Na pierwszy rzut oka wszystko pozostawało w normie. Jednak odczucia towarzyszące mu podczas drogi do pracy nie dawały mu spokoju. Przeglądając kolejne dane, wgłębiał się we wskazania dzienne z ostatniego tygodnia. Miał rację – temperatura zwiększyła się o ponad dwa stopnie, i to w przeciągu paru godzin. Nigdzie jednak nie mógł dostrzec powodu tej anomalii. Maszyny zdawały się pracować bez zastrzeżeń, nie zmienił się także przepływ energii. Może powinien skontaktować się bezpośrednio z nadzorcą węzłów, odpowiedzialnych za temperaturę powierzchni? Postanowił, że poczeka parę godzin, co najmniej do nastania drugiej kwadry dnia. Może sytuacja unormuje się w miarę upływu czasu i temperatura się wyrówna; był dopiero ranek i miała wzrosnąć jeszcze o ponad dziesięć stopni, tak jak odbywało się to niezmiennie każdego dnia. Jeżeli ta różnica dwóch stopni utrzyma się bez względu na porę, wtedy da znać, komu trzeba, aby naocznie sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. 

Uspokojony swoją decyzją, zaczął standardowo przeglądać raport nocny. Nie zajęło mu to dużo czasu; mimo że spoglądał bardziej wnikliwie niż zwykle na wykresy i liczby, to dzięki swojemu doświadczeniu wystarczył rzut oka, aby wiedzieć, że nic nie odbiega od normy.  

Gdy skończył, wciąż było dość wcześnie, postanowił więc nie robić przerwy i kontynuować pracę rozpoczętą dnia poprzedniego: segregację starych dokumentów. Ostatnio stwierdził, że powoli brakuje mu miejsca w szafach, w których wala się mnóstwo teczek i akt, pozostawionych przez jego poprzedników. Zamierzał więc zrobić z tym porządek. Niepotrzebne papiery składował w przyniesionych wcześniej tekturowych pudłach, które zaścielały teraz podłogę pod wschodnią ścianą pracowni. Później miał je wynieść do Archiwum, znajdującego się w podziemiach budynku. 

Przeglądanie starych wydruków pochłonęło go aż do połowy drugiej kwadry dnia. Spędził ten czas, nie niepokojony przez żadne telefony czy wezwania ze strony kolegów. Dopiero burczenie w brzuchu uświadomiło mu, jak bardzo jest głodny i że już dawno minęła pora lunchu. Postanowił przedzwonić do szefa, a prywatnie dobrego kumpla – w budynku mieli wewnętrzną sieć połączeń, mimo że sieć ogólna, obejmująca całą Kopułę, nie miała możliwości zaistnieć - z pytaniem, czy nie ma ochoty wybrać się z nim do baru pracowniczego na pierwszym piętrze. 

Podnosił właśnie słuchawkę z widełek, kiedy to się stało. 

Wszystkie wykresy funkcjonowania systemów i działania maszyn oszalały. Linie skoczyły gwałtownie do góry, osiągając swe najwyższe wartości. Ekran główny wypluł ciąg cyfr, które przelatywały przez niego w takim tempie, że Aaron nie był w stanie wyłowić z tego żadnej informacji. 

I nagle wszystko ustało. Wskazania zatrzymały się w jednym punkcie. Przestały się pojawiać nowe liczby. Kursor migotał rytmicznie poziomą kreską. 

Aaron również zamarł. Nawet nie śmiał oddychać. 

A potem z monitorów zniknęło wszystko, co dotychczas pokazywały. I na każdym zamigotał jeden, ten sam obraz, pulsując nieśpiesznie fosforyzującą czerwienią. 

4.  

Jedna, jedyna cyfra, oznaczająca Alarm Czwarty. 

Alarm, o którym Aaron uczył się bardzo dawno, na samym początku, przyswajając podstawy funkcjonowania systemu. Alarm, znajdujący się w grupie oznaczeń ostrzegawczych, na samym dole niezbyt długiej listy. Jako jedyny wypisany pogrubionymi literami.  

Nauczyć się, zapamiętać, nie widzieć nigdy więcej, stwierdził wtedy z niejakim rozbawieniem jego wykładowca. Gdy Aaron spytał, dlaczego, tamten odparł, że jeśli zobaczy kiedykolwiek Alarm Czwarty wyświetlający się na ekranie, będzie to prawdopodobnie ostatnie, co ujrzy w życiu. 

Czwórka oznaczała zniszczenie. Totalną zagładę. Apokalipsę. 

Zaś jej techniczny opis brzmiał: Bezpowrotne i nienaprawialne naruszenie struktur zewnętrznych Kopuły w stopniu zbyt wysoce ingerującym w przestrzeń wewnętrzną.  

Aaron poczuł, że nie może złapać tchu, a jego dłonie stają się śliskie od potu. W głowie wibrowały mu słowa. Bezpowrotne i nienaprawialne… Ingerującym w przestrzeń wewnętrzną… Wiedział, co to oznacza. 

Nie spodziewał się ujrzeć tego alertu nigdy w życiu. Nikt się nie spodziewał. Nigdy. Był swojego rodzaju legendą, wplataną czasem ze śmiechem w żarty. „Prędzej dojdzie do Czwórki, niż skończysz ten raport” i tym podobne docinki. 

A teraz doszło do tego naprawdę. Czwórka w czerwieni #FF0000, migająca teraz na każdym monitorze, zamiast zwykłych wskazań, które w jej obliczu traciły na znaczeniu. Żadnego innego ostrzeżenia. Nie było wycia syren, nie było błyskania świateł. Tylko ta jedna cyfra, w którą Aaron wpatrywał się jak skamieniały, ściskając w dłoni słuchawkę telefonu tak silnie, że niemal wygiął plastik, ale kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy.  

Nagle drgnął. Trzeba powiadomić innych! Nie wiedział nawet, ile czasu im pozostało i czego się mają spodziewać. 

Gwałtownie wstał z krzesła, które odjechało aż pod ścianę i odbiło się od niej oparciem. Rzucił się w kierunku drzwi. Właśnie wyciągał rękę, aby nacisnąć klamkę, gdy wtem otworzyły się z drugiej strony. Stanął w nich Richard, do którego to miał zadzwonić jeszcze chwilę temu - gdy wszystko było w normie, a jego największym zmartwieniem był pusty żołądek. 

- Aaron! Szukałem cię, stary! – wykrzyknął Richard, otwierając szeroko ramiona w geście powitania. – Nie było cię na lunchu w czasie przerwy, pomyślałem więc… Aaron? Wszystko w porządku? 

Opuścił ręce, przypatrując się uważnie bladej twarzy przyjaciela. Od razu zauważył, że coś jest nie tak. 

Aaron stanął tak, że Richard nie widział, co znajduje się na ekranach monitorów. Aaron podszedł do niego i wczepił palce w jego ramię. 

- Czwórka… - wyszeptał pobielałymi wargami – Richardzie, to Alarm Czwarty… 

- Co?! – wykrzyknął Richard, unosząc brwi. – Co ty wygadujesz? 

Zdecydowanie odsunął Aarona na bok i zbliżył się do komputerów. Zatrzymał się tuż przed ekranem głównym, zawieszonym nieco poniżej jego twarzy. Patrzył w milczeniu na wyświetlacz przez kilkanaście sekund, w których umysł Aarona wypełniał się coraz większą pustką. Nie miał pojęcia, co robić. 

Richard odwrócił się na pięcie. Twarz miał bladą, usta zaciśnięte. 

- Idź na górę. Zawołaj chłopaków z mojego działu. Schodzimy do bunkra – oznajmił. 

- Do… bunkra? – powtórzył zdezorientowany Aaron. Nigdy nie słyszał nic o żadnym bunkrze. 

- Do bunkra, schronu, nazwij to jak chcesz, ale nie zadawaj pytań! Nie mamy czasu! – krzyknął Richard, ruszając do drzwi. – Spotkamy się przed windą na minus jeden. Tylko szybko! 

Po czym wybiegł z pracowni. 

Aaron, nie zwlekając, podążył za nim. Nie czekając na windę, wbiegł na schody, kierując się dwa piętra wyżej, gdzie znajdował się gabinet Richarda i innych najwyżej postawionych pracowników Maszynerii. Po drodze wpadł na zaskoczoną sekretarkę, która prawie oblała się kawą z trzymanego kubka, gdy mijał ją w pełnym pędzie. Zawołała coś za nim, ale ani nie usłyszał, ani się nie zatrzymał. Nie było czasu. Na nic. 

Wpadł na piętro. Ku swojej uldze, na końcu korytarza, wyścielonego miękką, piaskową wykładziną, dostrzegł czterech mężczyzn, rozprawiających o czymś wesoło. Wszyscy nosili wyprasowane w kant garnitury. Na jego widok przerwali dyskusję. Uśmiechy zastygły na ich twarzach. 

- Panowie… - wysapał Aaron, starając się uspokoić oddech. – Nastąpił Alarm Czwarty. Musicie teraz pójść za mną. Teraz!  

Na sekundę zapadła cisza, a potem rozległy się pytania, zadawane w tym samym czasie, jeden przez drugiego: 

- Alarm Czwarty? 

- Co ty mówisz, człowieku? 

- Czwórka…? 

- Nie czas na zadawanie pytań! – krzyknął Aaron, przerywając nagły chaos. – Musimy zejść do schronu. To polecenie Richarda.  

Jego słowa wywołały jednak kolejną burzę pytań, niedowierzania i zdumionych okrzyków. Aaron zacisnął powieki, czując wzbierającą panikę.  

- Ja wiem, o jakim schronie mowa – przerwał Michel, zastępca Richarda. – Jeżeli Richard uznał, że mamy tam zejść, powinniśmy się pośpieszyć. Prowadź – rzucił do Aarona. 

- Wezmę tylko… - zaczął Derek, główny księgowy, ale Aaron szarpnął go za ramię i syknął: - Nie mamy na to czasu! Idziemy. 

- A Peter? Jeszcze Peter… 

- No to biegnij po niego! 

Czekali niecierpliwie, patrząc, jak Derek znika w jednym z gabinetów i chwilę później wychodzi wraz ze starszym mężczyzną. 

Razem pośpieszyli wzdłuż korytarza. Postanowili pojechać windą, bowiem znajdowali się na dwunastym piętrze budynku i tak było szybciej, zwłaszcza że kabina czekała akurat na ich poziomie.  

Ktoś wcisnął -1 i winda ruszyła z lekkim szarpnięciem. Nie rozmawiali. Aaron spojrzał na swoje odbicie w ogromnym lustrze. W ostrym świetle jarzeniówki jego twarz wyglądała niezdrowo. Malowało się na niej przerażenie. 

Gdy wysiedli, Richard już na nich czekał, wraz z czterema innymi mężczyznami, z których Aaron znał tylko jednego, a był to Aleksander Lew, przełożony wszystkich kontrolerów maszyn. Pozostałych kojarzył tylko z widzenia. Nie byli oni tak eleganccy, jak współpracownicy Richarda; nosili zwykłe spodnie i koszule. W tej chwili jednak wszystkich łączyło jedno: strach przed niewiadomym. 

- Chodźcie za mną – powiedział od razu Richard bez żadnych wstępów, ruszając wzdłuż korytarza.  

W przeciwieństwie do wyższych pięter, tutaj ściany zrobione były z blachy, podobnie jak i podłoga. Aaron czuł się, jakby przechodzili przez metalową tubę. 

- Dokąd idziemy, Richardzie? – ktoś zapytał. 

- Bunkier znajduje się na poziomie minus czwartym, jeśli można tak to określić – wyjaśnił zapytany, nie przerywając marszu. – Musimy przejść obok Archiwum, przedostać się przez Składownię, a potem przejść tunelem poza teren budynku.  

W grupie zapanowało zdumienie. Nikt nigdy nie słyszał o poziomie minus czwartym. Winda dojeżdżała tylko na minus pierwszy, ale wiedziano, że poniżej znajdują się jeszcze dwa, na które można było dostać się jedynie schodami, jednak rzadko kiedy ktokolwiek się tam zapuszczał, bowiem znajdowały się tam tylko nieużywane pomieszczenia oraz Składownia, czyli miejsce, gdzie wynosiło się wszystko, co niepotrzebne, począwszy od dokumentów, które nie nadawały się do Archiwum, a skończywszy na starych meblach. 

Tylko Michael nie wyglądał na zaskoczonego. Zdawał się posiadać tę samą wiedzę, co Richard. I to on właśnie zadał nurtujące wszystkich pytanie, gdy przystanęli na chwilę przed dużymi, metalowymi drzwiami, po wydostaniu się z labiryntu korytarzy, podczas gdy Richard przeglądał zestaw kluczy, szukając tego właściwego. 

- Czy to naprawdę Alarm Czwarty, Richardzie? 

Wszyscy wstrzymali oddech. 

- Aaron wam powie – rzekł krótko Richard, wpychając klucz do zamka. – Ale może nie w tej chwili. 

Drzwi otworzyły się z głuchym jękiem, otwierając widok na wąski, nieoświetlony korytarz, którego dalsza część ginęła w mroku. Richard pstryknął włącznik światła i u całej długości sufitu rozbłysły nagie żarówki, rzucające mdłe, żółtawe światło na czerwonawą kostkę, z której zbudowane były ściany. Korytarz okazał się zupełnie prosty i nie tak długi, jak Aaronowi się wydawało. Jakieś sto metrów przed nimi majaczyły kolejne drzwi. Nie było żadnych bocznych odgałęzień od drogi, na której się znaleźli, toteż Aaron był pewien, że są to drzwi bezpośrednio do schronu. 

Ruszyli naprzód, a Richard zamknął za nimi drzwi z powrotem na klucz. Wyglądało na to, że nie sądził, aby ktokolwiek miał ich szukać bądź do nich dołączyć. 

Gdy w końcu znaleźli się u celu, okazało się, że wejścia do środka strzeże skomplikowany system zabezpieczeń, który Richard jął prędko rozbrajać. Aaron poczuł, że plecy oblewa mu zimny pot. Nie miał zegarka, ale czuł, że to wszystko zajmuje im zbyt wiele czasu.  

Było jednak już tak blisko. Blisko czego?, pytał sam siebie w duchu. Przed czym właściwie uciekamy? Poza informacją na ekranie jego komputera, nic się na razie nie wydarzyło. A może już się zaczęło, podczas gdy oni przemierzali podziemne korytarze? Po drodze nie towarzyszył im żaden dźwięk, za wyjątkiem tupotu ich własnych stóp. Nie wiedzieli, co dzieje się w budynku, i - co ważniejsze - na zewnątrz.  

Aaron obrzucił spojrzeniem całą grupę. Stał na samym końcu. Podczas gdy Richard wpisywał skomplikowany, wielocyfrowy kod, on przypatrywał się twarzom pozostałych mężczyzn. Większość wyrażała niepewność i obawę. Niektórzy prowadzili ciche wymiany zdań. Nagle poczuł ciężką gulę w żołądku. Przed sobą miał dziesięć osób. On był jedenasty. Czwórka oznaczała zagładę. Co zatem stanie się z pozostałymi? Tylko w ich budynku pracowało ponad pięćdziesiąt osób. Dlaczego Richard nie zabrał tutaj również ich? Dlaczego stali tutaj w tak skąpym składzie? 

Miał później znaleźć odpowiedzi na swoje pytania. Lecz teraz ciężkie, metalowe drzwi, grube na półtora metra, w końcu stanęły otworem, a potrzeba było aż trzech mężczyzn, aby rozsunąć je szerzej, tak aby można było swobodnie wejść do środka. Zamknięto je z głuchym tąpnięciem.  

Od razu znaleźli się w sporym pomieszczeniu, wykładanym metalem od dołu po sam sufit, na którym rozjarzyły się jasne lampy jarzeniowe. Na środku stał pusty blaszany stół wraz z krzesłami z miejscem na co najmniej tuzin osób. Richard wyminął go pośpiesznie i skierował się do stanowiska komputerowego, znajdującego się w lewym rogu naprzeciwległej ściany. 

- Mamy tutaj monitoring z szesnastu kamer, umieszczonych w różnych strefach Kopuły – oznajmił, wsuwając się na krzesło przed biurkiem i przysuwając sobie klawiaturę. – Postaram się to uruchomić, może uda nam się zobaczyć, co się dzieje… 

Pomrukami wydano zgodę. Mężczyźni rozglądali się po wnętrzu schronu. Było urządzone skromnie i minimalistycznie – tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Na drugim krańcu ściany od komputerów wykrojony był otwór na kształt drzwi, który prowadził do kuchni, jak domyślił się Aaron, po widoku charakterystycznych szafek i ekspresu do kawy, stojącego na blacie.  

Kolejny otwór znajdował się mniej więcej w połowie pomieszczenia i wychodził na niedługi korytarzyk, od którego odchodziły aż cztery pary drzwi, tym razem będących na swoim miejscu i zamkniętych na głucho – trzy z jednej strony, nieopatrzone żadną informacją, i jedne z drugiej, nad którymi widniał napis MAGAZYN. Nie było klamek. Aaron zbliżył się i pchnął drzwi do magazynu, ale nie otworzyły się. Wzruszył ramionami. W głównej sali toczyła się ożywiona rozmowa. Naparł na wejście do jednego z trzech pozostałych pomieszczeń i byłby się przewrócił, wpadając do środka, nie natrafiwszy na żaden opór. W ostatniej chwili chwycił się framugi i odzyskał równowagę.  

Wnętrze kryło pokój mieszkalny, równie sterylny, metalowy i anonimowy jak cała reszta. Znajdowały się tu trzy łóżka piętrowe, a właściwie żeliwne prycze z cienkim gąbkowym materacem – w sumie sześć miejsc do spania. Była też wysoka szafa, nieduży stolik i dwie lampki nocne. Dostrzegł jeszcze drewniane półki, po jednej wbitej w ścianę w obrębie każdej z pryczy. Z pewnością stanowiły miejsce na rzeczy osobiste, choć trudno było mu sobie wyobrazić ramki ze zdjęciami czy książki, określające przecież właściciela, w tak bezosobowej przestrzeni. 

Za drzwiami obok znajdował się identyczny pokoik. Nawet ustawienie sprzętów było dokładnie takie samo. Za to w ostatnim pomieszczeniu odnalazł maleńką, spartańsko urządzoną łazienkę. Na dwóch metrach kwadratowych jakoś upakowano klozet i kwadratową wannę o wysokich ściankach. Na umywalkę już miejsca nie starczyło. 

- Mamy to! – Usłyszał okrzyk z głównej sali. 

Szybko dołączył do pozostałych mężczyzn, którzy skupili się za plecami Richarda, siedzącego na obrotowym krześle przy biurku. Wpatrywali się w cztery spore monitory, zamocowane nieco powyżej głowy Richarda, na delikatnie wygiętej w łuk przezroczystej powierzchni. Każdy z nich podzielony był na cztery pola, wyświetlając obraz z czterech różnych kamer. Na razie widzieli tylko czerń i drobne literki u góry każdego z pól, podające informację o dacie i godzinie nagrania. Wkrótce ekrany zaczęły migotać, błysnął przez chwilę kolorowy obraz. Wszyscy wstrzymali oddech. 

- Za sekundę będzie… - Richard zawiesił głos, uderzając w palcami w klawiaturę. – Niestety nie posiadamy ścieżki audio, pozostaje tylko obraz… i właśnie… jest! 

W tej samej chwili na ekranach pojawił się kolorowy obraz w wysokiej rozdzielczości z kamer w Kopule. Tylko dwa pola pozostały czarne – najwidoczniej obiektywy zostały uszkodzone. 

Ich oczy przepatrywały małe kwadraciki w poszukiwaniu jakiejś anomalii. Wszędzie zdawał się panować chaos. Ludzie wylęgli na ulice, poruszali się grupami, w ich postawach czuć było niepokój. Wciąż jednak nie odnajdywali jego źródła. 

- Co to, kurwa, ma być? – zapytał Michel, wskazując palcem na pole w prawym górnym rogu drugiego monitora od prawej. 

Oczy wszystkich zwróciły się na ten jeden kwadracik.  

I nikt nie znajdował słów, mogących stanowić odpowiedź na zadane pytanie. 

- Dam to na całość – powiedział Richard, przyciskając kilka klawiszy. Głos zadrżał mu niemal niezauważalnie. Po chwili obraz z kamery powiększył się i wypełnił cały ekran. 

Kadr obejmował wyjście z Parku Oliwek i front kilku domów naprzeciwko. Kamera musiała być ustawiona dość nisko, może nawet na ziemi, i pod kątem, bowiem kamień, znajdujący się gdzieś obok niej, wydawał się być gigantyczny, a budynki z czerwonej cegły już niekoniecznie. Skierowana była tak, że widać było również sklepienie Kopuły – i ten właśnie widok budził tak wielką trwogę. 

Było skaleczone. W wyniku podłużnej rysy, od której biegła siateczka pęknięć, przestały działać lampy sufitowe, tak że uszkodzone miejsce stanowiło czarną plamę obok jasnego, dziennego światła, bijącego z reflektorów obok. 

Widok był tak niecodzienny, że zgromadził cały tłum ludzi, stojących pod rysą i zadzierających głowy do góry. Na ich twarzach malował się niepokój. Prowadzono ożywione rozmowy. Niektórzy gestykulowali gwałtownie, pokazując raz za razem na czarną plamę powyżej. Pewnie zastanawiano się, kiedy pojawią się technicy, aby naprawić szkodę. Kiedy usłyszą wyjaśnienie, co takiego spowodowało awarię. I zapewnienie, że wszystko wróci do normy. Ale nikt z nich nie mógł wiedzieć, czym to tak naprawdę groziło. 

Za to każdy z mężczyzn w schronie, wpatrujących się w ekran, zdawał sobie z tego sprawę boleśnie doskonale. 

Kopuła nie miała prawa się uszkodzić. Warstwa metalu, polimerów i specjalistycznych tworzyw, oddzielająca ludzi od środowiska zewnętrznego, była gruba na ponad sto pięćdziesiąt metrów. Nawet gdyby doszło do uszkodzenia wierzchnich warstw, nie było szans, aby miało to wpływ na wnętrze. Jakiekolwiek naruszenie zewnętrznych struktur nie mogło stanowić czynnika zagrażającego. Było to teoretycznie niemożliwe – Kopuła, niczym łono matki, od wielu lat chroniła ich od wszelkich niebezpieczeństw, dzięki swojej powłoce ochronnej i metrach twardego metalu. Była nie do złamania. 

A jednak… 

Alarm Czwarty. Zagłada. Apokalipsa. Bezpowrotne i nieodwracalne naruszenie struktur. 

- O, kurwa mać… - Ktoś westchnął.  

Aaron zacisnął pięści. Paznokcie wbiły mu się boleśnie w dłoń. Nie zauważył tego. 

Wszyscy zamarli w niemym przerażeniu. Jedenaście pobladłych twarzy wpatrywało się w koniec jedynego świata, jaki znali. 

Bo Kopuła nagle zaczęła pękać. Kawały ciężkiego metalu odrywały się od sklepienia i spadały na ziemię, wzniecając kurz i siejąc zniszczenie. 

Ludzie rozpierzchli się na wszystkie strony. A przynajmniej próbowali. Nie wszyscy zdążyli. A tych, którzy zdołali, śmierć doganiała zaledwie chwilę później. 

Widzieli, jak ogromny kawałek stali wgniata w ziemię kobietę i mężczyznę. Nie został po nich nawet najmniejszy ślad. Nie poczuli, że umierają, przywaleni kilkutonowym ciężarem. 

Widzieli, jak mniejszy odłamek uderza w starszą panią, trzymającą za rękę wnuczka. Przygniótł jej nogi, przepoławiając ją praktycznie na pół; na ziemi pozostał okrwawiony kadłub, z którego wypływały wnętrzności. Wnuczek zginął, trafiony odłamkami, które utkwiły w jego głowie, odcinając żuchwę i pozbawiając oka. Ich ciała leżały w powiększającej się kałuży krwi. Wciąż trzymali się za ręce. 

Widzieli, jak grad kawałków wielkości dwóch płyt chodnikowych spada w grupę ludzi, rozrywając ich na kawałki. Po betonie potoczyły się oderwane kończyny. Czyjaś głowa, niesiona siłą odrzutu, rozbiła szybę pobliskiego domu, wpadając do środka w deszczu szkła. 

Widzieli, jak domy nikną z powierzchni ziemi, rozpadają się w pył, zmieniają w szczątki cegieł i gruzu. Jeden z takich fragmentów odprysnął od walącego się budynku i trafił w kamerę, bowiem nagle ekran pociemniał i stracili obraz. 

To jednak nie odznaczało końca koszmarnego widowiska, które oglądali z zaciśniętymi ustami i łzami w oczach. Oni byli bezpieczni – przynajmniej na razie. A tam zostały ich rodziny, bliscy, przyjaciele. Wszystko, co znali i kochali. 

Widok z innych kamer był równie przerażający.  

Przez powstały otwór do wnętrza Kopuły wpadło rozgrzane do prawie dwustu stopni powietrze, wysysając tlen i siejąc ogień. 

Ludzie padali nagle jak muchy trafione packą. Ich ciała gotowały się od wewnątrz. Oczy wypływały na wierzch, białko ścinało się na twardo, krew gotowała w żyłach, eksplodując uszami i nosem. Ciała pęczniały i puchły. Niektórym włosy stawały w płomieniach, zamieniając ich w żywe pochodnie, zanim przewrócili się i już nigdy nie wstali. Na ziemi leżały dziesiątki poczerniałych trupów.  

Twarze konających wykrzywione były w grymasach potwornego bólu. W częściach Kopuły, położonych dalej od wyrwy w sklepieniu, ludzie wciąż próbowali się ukrywać, otwierając usta do krzyku, a na ich obliczach malował się strach i bezradność. Gorący oddech samej śmierci miał dosięgnąć ich lada moment. 

Nie było dźwięku. Może dlatego wrażenie było jeszcze bardziej przerażające. W głowach słyszeli okrzyki paniki i wrzaski zwierzęcego bólu, brzmiące tysiąc razy gorzej, wyobrażone i przepuszczone przez filtr rozpaczy. 

Ktoś zaklął. Ktoś po cichu odmawiał modlitwę, do której wkrótce przyłączyły się dwa kolejne głosy. Ktoś zakaszlał, a po chwili wytoczył się do kuchni i słychać było, że wymiotuje. Reszta milczała. Żadne słowa nie potrafiły wyrazić ogromu nagromadzonych uczuć i emocji. Żadne słowa nie mogły pomóc. Ani umierającym ludziom, ani im – cudownie ocalałym. Na jak długo? 

Aaron rozpaczliwie przepatrywał kolejne ekrany w nadziei, że odnajdzie na którymś z nich swoją żonę. Zadawał sobie pytanie, co by zrobiła, widząc pęknięcie w sklepieniu Kopuły. Czy wyszłaby, aby porozmawiać o tym z sąsiadami, których mieli tak niewielu? Czy raczej zostałaby w domu? Nie był pewien, dlatego do bólu wpatrywał się w monitory w poszukiwaniu Susannah. 

I nagle zobaczył. Nie ją, ale widok na swój własny dom. Kamera musiała być zamontowana gdzieś w okolicy sąsiedniego budynku, ukazując widok na skos wraz z frontem jego posiadłości i dalej całą długość ulicy, rozciągającej się na prawo od wejścia.  

W polu widzenia nie było żadnego człowieka. Nawet najmniejszego ruchu. Ale drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Tak jakby Susannah wyszła pośpiesznie, licząc, że zaraz wróci. 

Aaron wbił wzrok w ekran. Z łomoczącym w piersi sercem czekał, aż coś się stanie, jednak obraz pozostawał niezmienny. Czasu było coraz mniej. Żar pozbawiający życia był coraz bliżej. Może już nie żyła. Może tylko łudził się, że uda mu się spojrzeć na nią po raz ostatni. 

I nagle…  

Nagle na skraj kadru wpadła dziecięca zabawka. Miś z czerwoną kokardką na głowie, którego Gwylda tak uwielbiała. Miś, który teraz płonął żywym ogniem, a uszko miał oderwane. 

Sekundę później tuż obok niego na ziemię opadła drobna, kobieca dłoń, tak że widać było jeszcze kawałek przedramienia. Palce zadrgały konwulsyjnie, jakby chciały dosięgnąć maskotki, zwinęły się w pięść. I znieruchomiały na dwa centymetry od pluszaka. Aaron widział błyszczącą w blasku płomieni obrączkę na serdecznym palcu. Obrączkę, którą sam wsuwał na ten palec dziesięć lat wcześniej. 

I tyle. Nic więcej.  

Dopiero gdy poczuł czyjąś dłoń na ramieniu, zdał sobie sprawę, że klęczy na zimnej posadzce, a po policzkach spływają mu łzy. Rozejrzał się niewidzącym wzrokiem. Wokół wielu było w podobnym stanie. A nad nim stał Lew, rzucając mu smutne spojrzenie niebieskich oczu. 

- Wstań, stary – powiedział cicho. – Nikt nic nie mógł poradzić… 

Aaron miał mu odpowiedzieć, lecz w tym samym momencie rozległo się wycie zgrozy, dochodzące z kuchni. 

Wstał z pomocą Lwa, zataczając się lekko. Obaj pośpieszyli w tamtą stronę. 

W środku, tuż przy wejściu, o blat opierał się Derek. To on musiał krzyczeć. Trząsł się na całym ciele, z trudem utrzymując równowagę. Z oczu płynęły mu łzy, broda drżała od tłumionego łkania. 

- Ja… ja nie… nie m-mogłem… - wyjąkał, ukrywając twarz w dłoniach. 

A na podłodze leżał Michel. Był martwy. 

Powiększająca się wokół jego głowy kałuża czerwieni splamiła sterylną podłogę. To musiało stać się przed chwilą, bowiem z przeciętego gardła wciąż wypływały strugi krwi. Szkliste oczy patrzyły na coraz liczniejszą grupę zabranych. Na ustach zastygł grymas cierpienia. We wciąż zaciśniętej dłoni spoczywał nóż do mięsa z prawie trzydziestocentymetrowym ostrzem. Nie było wątpliwości, że sam odebrał sobie życie. 

- On m-mówił… - podjął Derek, wciąż wstrząsany spazmami szlochu – m-mówił, że to k-koniec… że Kopuły nie m-można nap-prawić i… m-mówił, że nie chce tu cz-czekać na śmierć… nie ma stą-ąd wyjścia… m-mówił, że wszyscy um-mrzem-my… że… że to kwestia k-kilku tyg-godni… 

Jego słowa zrobiły wrażenie. Było świeżo po katastrofie i dotychczas jeszcze nikt nie zastanawiał się, co dalej. Nikt nie myślał, jak będzie wyglądać ich najbliższa przyszłość, jak długo będą musieli pozostać w schronie. 

Derek pociągnął nosem i podniósł głowę. Utkwił wzrok w Richardzie. 

- Czy to prawda? – wyszeptał. – Czy my także umrzemy? 

Wszystkie oczy skierowały się na Richarda. Teraz, po samobójstwie Michela, już tylko on mógł odpowiedzieć na to pytanie. A także kilka innych, które nie zostały zadane, a na które wszyscy oczekiwali odpowiedzi.  

Był jedną z trzech osób, które wcześniej wiedziały o istnieniu schronu i znały możliwości jego eksploatacji. Drugą z nich był Jon, którego nie było pośród nich. Tego dnia wyszedł wcześniej z pracy, nie mógł więc udać się wraz z nimi do bunkra. A trzecia z osób, posiadających wiedzę odnośnie ich najbliższej przyszłości, leżała na podłodze w kałuży własnej krwi. 

Richard w ciszy patrzył na zwłoki Michela. Palcami potarł skronie, jakby wydłużając swój czas do namysłu. Westchnął cicho. Nie mógł dłużej milczeć. 

- Panowie. Wszyscy przeżyliśmy dzisiaj koszmar i zostaliśmy dotknięci niebywałą tragedią – zaczął powoli, stanowczym tonem. – Bardzo mi żal Michela, który nie wytrzymał tego ciężaru… Chcę jednak, abyście wiedzieli, że jego krok był niezwykle radykalny, a jego słowa nie były zgodne z prawdą. Może ogrom tragedii za bardzo go przytłoczył i nie myślał jasno; tego się już nie dowiemy. Nie miał jednak racji, mówiąc, że my także umrzemy. Znaleźliśmy się w schronie właśnie po to, aby przeczekać najgorsze, a potem zastanowić się, co dalej. Dopóki nie podejmiemy decyzji, nie jestem w stanie wam powiedzieć, jak długo będziemy musieli tu przebywać, załóżmy jednak od razu, że może być to dłuższy, kilkutygodniowy pobyt. Schron ma własny system filtrowania wody. W magazynie zaś znajdują się między innymi racje żywnościowe, z których proponuję od początku korzystać z rozwagą. Na ten moment nie mam nic więcej do powiedzenia. Myślę, że wszyscy powinniśmy odpocząć i trochę się uspokoić. Porozmawiamy znowu, gdy każdy odzyska trochę sił. Proszę, odłóżcie jakiekolwiek pytania na następny raz – dodał, widząc, że parę osób otwiera usta. 

Wyminął stojących mężczyzn i wyszedł z kuchni. Skierował się z powrotem do stanowiska komputerowego. Ściągnął obraz całego monitoringu na jeden ekran. A potem otworzył jakiś plik i wbił w niego wzrok. Ewidentnie wyglądał na osobę, która nie ma ochoty, aby jej przeszkadzano. 

Aaron obserwował go z drugiego kąta pomieszczenia. Wokół trwały ciche rozmowy. Zajęto się zwłokami Michela. Znaleziono klucz od magazynu i niektórzy przeglądali zaopatrzenie schronu. Inni wybierali miejsca do spania. To był idealny moment, aby zrobić to, co planował. 

- Richardzie – powiedział półgłosem, stając za jego plecami. Mężczyzna wzdrygnął się lekko. – Możemy zamienić słowo? 

- Aaronie, naprawdę… - Richard zobaczył wyraz jego twarzy. – No dobrze. Słucham cię. 

- Chciałbym, abyś powiedział mi prawdę odnośnie sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Bez tych ładnych słówek, jakie wciskałeś wszystkim w kuchni. 

- To była prawda – odparł Richard trochę za szybko. – Nie wiem, dlaczego sądzisz inaczej. Musimy się najpierw zebrać w parę osób, przedyskutować… 

- Przestań pieprzyć – przerwał mu ostro Aaron. - Wiem, że doskonale zdajesz sobie sprawę z naszego położenia. Zarówno pod względem możliwości naprawienia wyłomu, jak i funkcjonowania schronu. Wiem, że Michel też miał tę samą świadomość. I popełnił samobójstwo.  

Richard otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz zamknął je znowu. Odwrócił wzrok. Aaron dostrzegł, że lekko drży. Miał go właśnie ponaglić, gdy tamten przemówił głosem tak cichym, że Aaron musiał nachylić się nad nim, aby cokolwiek usłyszeć. 

- Nie mamy szans, Aarone, rozumiesz? Najmniejszych. Michel miał rację. Tego wyłomu nie da się naprawić. W żaden sposób. Nigdy już nie będziemy mogli opuścić tego bunkra. A przy pełnym obłożeniu, a jest niemal pełne, bowiem schron został przewidziany na dwanaście osób, tlenu i jedzenia wystarczy na maksymalnie trzy miesiące. A pewnie nawet mniej. Michel miał rację, Aaronie. Wszyscy umrzemy. 

Aaron słuchał w milczeniu, a jego twarz nie wyrażała absolutnie niczego. Gdy Richard skończył, odsunął się bez słowa.  

- Wybacz mi – powiedział tamten, rzucając mu błagalne spojrzenie.  

Aaron nie patrzył już na niego. Nie mógł znieść spojrzenia oczu człowieka, który wie, że pociągnął za sobą ludzi w objęcia szaleństwa. Zamiast tego wyprostował się i utkwił spojrzenie w ekranie, który wciąż wyświetlał obraz z kamer, umieszczonych w Kopule. Tym razem wszystko było nieruchome. Nigdzie nie było najmniejszych oznak życia. Jedynym wciąż żywym elementem były języki ognia, liżące czerniejące martwe ciała. 

Aaron odnalazł inne pole, z którego był widoczny duży fragment wyłomu w sklepieniu. Zmarszczył brwi. Nie zauważył tego wcześniej w chaosie śmierci i zniszczenia, ale wyrwa nie była pustą dziurą. Coś w niej tkwiło. Pochylił się nad monitorem i wpatrzył w niego uważnie. 

- Co tam masz? – Usłyszał głos Richarda, ale mu nie odpowiedział. 

Bo sam też nie do końca wiedział, na co patrzy. Ogromny, skręcony i ostry na końcu kawał metalu. Najbardziej przypominało mu to gigantyczne wiertło. Zadrżał na myśl implikacji, jakie niosło za sobą to odkrycie. Czy mogła to nie być przypadkowa katastrofa, a celowe działanie? Pytanie tylko: czyje? Przecież byli jedynymi ludźmi we wszechświecie. Czyżby Bóg, do którego modlili się naprawdę nieliczni, istniał naprawdę i właśnie postanowił ukarać niewiernych? Używając do tego… co?... wiertła…? 

Nie wierzył w tę myśl, i to nie podobało mu się jeszcze bardziej. Oznaczało bowiem, że może nie byli jednak tak jedyni, jak im się do tej pory wydawało. 

Ale teraz to i tak nie miało znaczenia. Ktokolwiek chciał zniszczyć ich świat, doskonale spełnił swoje zadanie.

Jesteśmy ludźmi tylko w takim stopniu, w jakim chcemy nimi być.

Tagi:

Awatar użytkownika

Autor tematu
MostWanted
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca
Posty: 214
Zobacz teksty użytkownika:

Zagłada

Post#2 » 10 maja 2020, o 23:11

Rosja, Półwysep Kolski, 1994 

 

Tego dnia prace znowu ruszyły na nowo po paśmie niepowodzeń z ostatniego tygodnia. Mimo że w końcu po wielu latach zbliżali się do osiągnięcia planowanej głębokości, wciąż napotykali kolejne problemy. Tym razem wiertło zaklinowało się na głębokości ponad dwunastu tysięcy metrów, napotykając na swojej drodze wyjątkowo twardy kawałek skały o niespotykanie dużej gęstości oraz dziwnej strukturze. Próbki oczywiście zostały pobrane do badań, ale wyniki miały dopiero nadejść. Dotychczas nie spotkano się ze skałą o podobnych właściwościach i profesor Jonaliew, dyrektor całego projektu, liczył na geologiczne odkrycie, które pomogłoby im pozyskać sponsorów na dalsze badania. Z pieniędzmi również był problem – odwiert SG-3 był projektem całkowicie naukowym. Ich celem nie było wydobycie żadnych surowców, mimo że jakiś temu trafili na obfite podziemne złoża ropy. Podejrzewali również obecność sporych pokładów złota. Mimo tego, mimo początkowego aplauzu odnośnie pomysłu – miał to być najgłębszy odwiert, jakiego dokonano w historii – po długim czasie braku jakichkolwiek rewelacji, sponsorzy zaczęli się wycofywać i nie chcieli dłużej finansować misji Jonaliewa. Profesor jednak parł do przodu, twierdząc, że wnętrze ziemi skrywa jeszcze wiele tajemnic, a już to, co dotychczas odkryli, całkowicie zmienia niektóre przekonania, jakie istniały w nauce odnoście wewnętrznych warstw powłoki ziemskiej. To był projekt jego życia. Słowa Jonaliewa były zresztą prawdą, tyle że niewielu ludzi interesowały, poza ścisłym środowiskiem geologów. 

Dwóch techników siedziało w namiocie ze słuchawkami na uszach. Gumowe obramowania skutecznie wyciszały dźwięki z otoczenia, pozwalając im skupić się jedynie na odgłosach wnętrza Ziemi.  

Jeden z nich rozparł się na krześle z zamkniętymi oczami. Wyglądał, jakby spał. Jego towarzysz świetnie go rozumiał – nie była to zbyt ekscytująca robota. W dodatku po wielu godzinach nieustannych szumów i wycia wirnika, dzwoniło im w uszach jeszcze na długo po opuszczeniu stanowiska. 

Drugi z techników zastanawiał się właśnie, czy nie skorzystać z toalety, gdy w transmisji dźwięków nagle zaszła jakaś zmiana. A potem… 

- Co jest, do… 

Jego kolega obudził się w jednej chwili. Popatrzyli na siebie wytrzeszczonymi oczyma. Zbledli. Pierwszy uchwycił się słuchawek jak deski ratunkowej. Zamarli, nic nierozumiejący. 

- Biegnij po profesora Jonaliewa – wyszeptał pierwszy. 

Drugi z techników zerwał się z krzesła. Popędził do wyjścia, odchylił połę namiotu i wypadł na zewnątrz. 

Na szczęście od razu dostrzegł smukłą sylwetkę profesora. Stał niedaleko początku odwiertu, wielkiej dziury, ziejącej w ziemi, rozmawiając z dwoma inżynierami. Pośpieszył bez zwłoki w ich stronę. 

- Profesorze! – wykrzyknął, zatrzymując się na metr przed naukowcem. – Musi pan ze mną pójść!  

- Co to ma znaczyć, Aleksjewicz? – Jonaliew był wyraźnie oburzony, że tak bezceremonialnie przerwano mu rozmowę. – Teraz omawiam ważną sprawę z… 

- To może poczekać, pan m u s i to usłyszeć! – przerwał mu technik. – Teraz, szybko! Sam pan się przekona! Profesorze Jonaliew, proszę… 

- No dobrze… 

Jonaliew rzucił mu ostatnie ostre spojrzenie, przeprosił inżynierów i pośpieszył za Aleksjewiczem do namiotu. 

W środku zastali pozostawionego na stanowisku technika, który siedział na krześle ze słuchawkami w rękach i ze zmartwiałą z przerażenia twarzą. Na ich widok poderwał się z miejsca i wyszeptał pobielałymi wargami: 

- To już się skończyło… ale… ale mamy zapis… 

- O czym wy, do diabła, mówicie? – warknął zirytowany Jonaliew. 

- Puść całe nagranie. Od wtedy, kiedy to zauważyliśmy. Niech pan po prostu posłucha. – Aleksjewicz zwrócił się do Jonaliewa. – To nie potrwa długo… 

Profesor z chmurną miną dał znak, żeby odtworzyć nagranie. 

A potem słuchał. 

Wrzaski rozległy się nagle. Rozpaczliwe okrzyki, brzmiące tak, jak gdyby ktoś przypalał żywych ludzi rozgrzanym do czerwoności żelazem. Zresztą w głowach techników właśnie taki obraz się odmalował, gdy usłyszeli te przerażające odgłosy. Ale… skąd głosy ludzkie na dwunastu tysiącach dwustu metrach pod ziemią? Dokąd się dokopali? Bali się formować dalsze myśli. Czy piekło istniało naprawdę? Czy to właśnie je odnaleźli przypadkiem? 

Stopniowo krzyki cichły, aż w końcu ustały zupełnie. 

Profesor w milczeniu wysłuchał nagrania. Jego twarz pozostała kamienna, nieprzenikniona. Nie skomentował ani słowem tego, co właśnie usłyszeli. Zamiast tego zapytał: 

- A nagranie z kamer? Gdzie jest obraz z kamery? 

Jeśli było to w ogóle możliwe, obaj technicy pobledli jeszcze bardziej. Na ich czoła wstąpiły kropelki potu. 

- Nie mamy obrazu z kamery – powiedział Aleksjewicz drżącym głosem. 

- Jak to: nie mamy? – Głos profesora zabrzmiał cicho i niebezpiecznie. 

Aleksjewicz głośno przełknął ślinę. 

- Kamera zepsuła się z samego rana – wyjaśnił. – To zdarzało się już wcześniej i za każdym razem wszystko samo wracało do normy. Rozumie pan, że nie mamy możliwości zdalnie naprawić sprzętu, a wyciąganie go na powierzchnię zabrałoby mnóstwo czasu… Dlatego sądziliśmy, że po prostu jak zwykle sama się naprawi. Skąd mogliśmy wiedzieć, że… nastąpi takie… coś – zakończył kulawo. 

- Nic samo się na tym świecie nie dzieje – oznajmił Jonaliew i powiódł po nich srogim spojrzeniem. – Jesteście pewni, że nie ma żadnego zapisu wideo oraz że to jest jedyny zapis audio, jaki istnieje? 

- Tak, panie profesorze… 

- Proszę mi go w takim razie oddać.  

- Ale… 

- Proszę dać mi tę kasetę. Natychmiast! 

Technicy wymienili spojrzenia, a potem jeden z nich pochylił się nad skomplikowanym sprzętem rejestrującym, wyłączył go i wyjął taśmę. Znajdował się na niej zapis dźwięków z ostatnich czterech godzin. Wyciągnął kasetę w stronę profesora, a ten niemal wyrwał mu ją z dłoni i schował do kieszeni. 

- Co zamierza pan z tą kasetą… 

- Nie było żadnej kasety. 

- Słucham? – zdziwił się Aleksjewicz. 

Profesor stał przed nimi, sztywno wyprostowany i oficjalny. Machinalnie położył dłoń na kieszeni, w której teraz spoczywała taśma. 

- To, co słyszysz, Aleksjewicz – oznajmił chłodno. – Nie ma żadnej kasety. Nic nie słyszeliście. Nic, rozumiecie? Macie wymazać z pamięci ostatnie pół godziny. Nikomu o tym nie wspominać. Nigdy. Czy to jasne? 

- Ale, panie profesorze…  

- Przypominam, że wraz ze składaniem wniosku do uczestnictwa w projekcie podaliście swoje dane adresowe wraz z danymi obojga rodziców. Nie chciałbym, aby cokolwiek zaszkodziło ich zdrowiu. Myślę wręcz, że powinniście czym prędzej wrócić do domów, aby sprawdzić, czy nic im nie dolega. Pociągi odjeżdżają nawet jutro. Otrzymacie oczywiście stosowną odprawę... Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno, panowie? 

Technicy w milczeniu skinęli potakująco. 

- Wspaniale. Cieszę się, że się rozumiemy – powiedział profesor, uśmiechając się lekko, ale jego oczy pozostały zimne i czujne. – Do swidania, panowie. 

Po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z namiotu. 

Gęsta cisza zawisła w powietrzu. Każdy z techników we własnej głowie rozpatrywał ponure możliwości, jakie rozciągały się przed nimi, w razie gdyby nie posłuchali sugestii profesora. Nie było wątpliwości, że właśnie zostali odsunięci od projektu pod groźbą bezpieczeństwa ich rodzin. Nie mogli zaprotestować. Nikt nie chciałby trafić w ręce KGB. Każdemu z nich jednak kołatało w głowie to samo pytanie: czego właściwie byli świadkiem? Co oznaczały te krzyki? 

- Jak myślisz, Siergiej… - zagadnął Aleksjewicz po dłuższej chwili – co to było? Czy to możliwe, że dokopaliśmy się… no wiesz… tam? 

- Nie wiem, Piotrze – odparł tamten. – Przecież nic nie słyszeliśmy, prawda? 

Popatrzyli sobie w oczy. Nie trzeba było nic więcej mówić. 

 

*** 

 

Turkotały koła pociągu. Za oknem wolno przesuwały się burzowe chmury, wiszące nad pustym, jałowym krajobrazem stepów tajgi. Piotr i Siergiej siedzieli sami w przedziale, każdy zapatrzony w szybę. Nie rozmawiali. 

Potem Piotr wyszedł to toalety przy końcu przedziału, która była ciasna i obskurna. Skorzystał, starając się niczego nie dotknąć. Z ulgą wrócił do przedziału. 

Chciał z powrotem usiąść na swoim miejscu, tyle że nie mógł. Bo nie było puste. Leżało na nim małe, papierowe zawiniątko. 

Piotr rzucił spojrzenie Siergiejowi, ale ten tylko wzruszył ramionami. Piotr sięgnął po pakunek i nie musiał zaglądać do środka, bo pod palcami od razu wyczuł, co to jest. Na jego twarzy rysował się wyraz zdumienia. 

- Skąd to masz? – zapytał. – Przecież oddaliśmy Jonaliewowi jedyną taśmę, jaka istniała. 

Siergiej westchnął i przeczesał włosy palcami. 

- Gdy tylko po niego pobiegłeś – zaczął wyjaśniać – od razu włączyłem nawijanie na drugą szpulę, żeby mieć kopię zapasową. Bałem się, że coś może się nie nagrać, a chciałem mieć pewność, że… sam rozumiesz. 

- I nie oddałeś jej profesorowi? 

- Jakoś zapomniałem w tym wszystkim… A później, gdy zorientowałem się, że wciąż istnieje kopia… no cóż. Nie ma prawa istnieć kopia kasety, której przecież nigdy nie było, prawda? 

Patrzyli na siebie intensywnie w milczeniu.  

Piotr ścisnął mocno zawinięty w papier plastik. Odkrząknął. 

- Co zamierzasz z tym zrobić, Siergiej? 

- Ja? Nic. Daję ją tobie. Ty zdecyduj. 

A potem wstał, naparł na szybę i uchylił okno. 

Nie na tyle, żeby móc cieszyć się lekkim wietrzykiem. 

Nie na tyle, żeby móc wystawić głowę. 

Akurat na tyle, żeby móc przecisnąć wąską, półtoracentymetrową kasetę.  

- Idę to toalety – oznajmił Siergiej, wstał, wyminął skonfundowanego Piotra i zatrzasnął za sobą drzwi przedziału. 

Piotr zdarł z zawiniątka szeleszczący papier. Teraz trzymał w dłoniach małą, niepozorną kasetę, zawierającą zapis tak niesamowitych wydarzeń. Które nigdy nie powinny się wydarzyć. O których nigdy nie powinien się dowiedzieć. Przez które mógł stracić nie tylko swoją rodzinę, ale również własne życie. 

Koła turkotały rytmicznie. Bił się z myślami. Spojrzał na uchylone okno. Zrobił krok w jego stronę. Odwrócił się i spojrzał na drzwi przedziału. Wydawało mu się, że usłyszał kroki wracającego Siergieja.  

A potem schował taśmę do kieszeni. 

 

------------------------------------------------------------- 

Nie mogłam napisać paru słów od siebie na początku, bo tak gonił mnie limit znaków. Stąd też dwa posty - nie chciałam rozbijać na dwa tematy, bo to jedna całość. To chyba jedyne opowiadanie z zakresu s-f w moim dorobku (przynajmniej na ten moment nie przypominam sobie innego) i jestem ciekawa, jak Wam się spodoba... i czy w ogóle. Nie zjedzcie mnie, błagam ;3 Ze mną jak z kurczaczkiem. Delikatnie trzeba. I nie można jeść, dopóki żyw!!! 

Dziękuję, jeśli ktoś dotarł aż dotąd (:

Jesteśmy ludźmi tylko w takim stopniu, w jakim chcemy nimi być.


Irys
kosa
kosa
Posty: 628
Zobacz teksty użytkownika:

Zagłada

Post#3 » 11 maja 2020, o 12:05

No ja dotarłem no i podobało się a nawet i bardzo, mam pewne skojarzenia z Lemem i jego Głosem Pana, ale takie bardzo luźne. Wciągająca opowieść.

Awatar użytkownika

Autor tematu
MostWanted
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca
Posty: 214
Zobacz teksty użytkownika:

Zagłada

Post#4 » 11 maja 2020, o 12:18

Irys pisze:No ja dotarłem no i podobało się a nawet i bardzo, mam pewne skojarzenia z Lemem i jego Głosem Pana, ale takie bardzo luźne. Wciągająca opowieść.
 

(widzę idealne zgranie w czasie :D) 

Chwała Ci za to, że dotarłeś! Nigdy jakoś nie mogłam się zabrać za Lema, choć wiem, że klasyk i tak dalej, ale ja ogólnie nie siedzę za mocno w s-f. Dziękuję Ci bardzo za komentarz i pozdrawiam.

Jesteśmy ludźmi tylko w takim stopniu, w jakim chcemy nimi być.

Awatar użytkownika

Memoria
kozik
kozik
Posty: 125
Zobacz teksty użytkownika:

Zagłada

Post#5 » 13 maja 2020, o 23:13

Ja również dotarłam, bo opowieść dobrze napisana pod względem stylistycznym i napisana z pomysłem na całość. Natomiast osobiście mniej mi się podobało - nie do końca są to moje klimaty, więc może to kwestia subiektywnego gustu. Nie czułam atmosfery, którą niewątpliwie odczuwali bohaterowie przeżywający koniec świata. Rozproszyły moją uwagę detale, które nie powinny (i pewnie nikogo innego nie rozpraszają) - na przykład, jeśli jest alarm ogłaszający nieodwołalną "apokalipsę" to znaczy, że ktoś przewidział, że z prostego, wykrywalnego powodu taka apokalipsa jest możliwa. Dlaczego nic z tym nie zrobili, nie zapobiegli, jeśli to było coś tak prostego do wykrycia dla automatycznego alarmu??? (Wiem, że nie o to chodzi w opku, ale nie mogłam przestać o tym myśleć przez całą pierwszą część tekstu! Może po prostu źle go zrozumiałam).  

 

I jeszcze jedna rzecz baaaaardzo subiektywna - osobiście denerwuje mnie, kiedy używa się w polskiej literaturze angielskich imion żeńskich takich jak "hannah" i "savannah" w prostego powodu, że na papierze się nie odmienia przez "h" na końcu, a w wymowie już tak, bo owe "h" jest nieme. I brzmi i to strasznie nienaturalnie. Osobiście pominełabym to "h" i odmieniła imię, ale wiem, jestem straszna i się czepiam, a to bardzo subiektywna rzecz :) 

 

Tak jak pisałam s-f to nie bardzo moje klimaty, ale co do stylu Twojego się wypowiadałam i zdanie podtrzymuję tutaj:) Pozdrawiam!

Voice is part of your body, it needs your presence. Writing, on the other hand, only needs a reader. I doesn't need you. - Elena Ferrante

Awatar użytkownika

Autor tematu
MostWanted
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca
Posty: 214
Zobacz teksty użytkownika:

Zagłada

Post#6 » 14 maja 2020, o 00:02

Dziękuję, Memorio, za komentarz, wiesz, jak bardzo je cenię. 

Jak mówiłam, to moja pierwsza próba z s-f, i to w dodatku takim 'nie do końca', jak ja to mówię, ale w momencie gdy przeczytałam o tych wydarzeniach - mam na myśli, że to, co opisałam w drugim poście, miało miejsce naprawdę, o ile wierzyć plotkom - to nie mogłam się powstrzymać przed dopowiedzeniem historii pochodzenia owych przerażających dźwięków, które usłyszano, bo nie jestem zwolennikiem teorii, jakoby rzeczywiście dokopali się do piekła (: Chociaż, kto wie, kto wie... 

 

Memoria pisze:Rozproszyły moją uwagę detale, które nie powinny (i pewnie nikogo innego nie rozpraszają) - na przykład, jeśli jest alarm ogłaszający nieodwołalną "apokalipsę" to znaczy, że ktoś przewidział, że z prostego, wykrywalnego powodu taka apokalipsa jest możliwa. Dlaczego nic z tym nie zrobili, nie zapobiegli, jeśli to było coś tak prostego do wykrycia dla automatycznego alarmu???
 

Oficjalna treść tego alarmu to 'bezpowrotne i nienaprawialne naruszenie struktur zewnętrznych Kopuły w stopniu zbyt wysoce ingerującym w przestrzeń wewnętrzną'; wiesz, to trochę tak za zasadzie wyjść ewakuacyjnych, które muszą być w każdym budynku publicznym. Zakładają drogę ewakuacji w razie np. strzelaniny, a nikt przecież nie rozdaje kamizelek kuloodpornych przy wejściu, bo nikt nie podejrzewa, że takie coś się wydarzy - aczkolwiek m o ż e się wydarzyć, choć jest to morze bardzo szerokie i głębokie. 

Nie napisałam tego w tekście, ale w Kopule nie mieszkali ludzie, którzy stworzyli ją i wszelkie instrukcje, dotyczące obsługi podtrzymujących jej funkcjonowanie systemów. To było któreś pokolenie i nikt tak naprawdę nie wiedział, skąd mogłoby nadejść zagrożenie, taki zapis istniał i tyle. Ci ludzie nie mieli przecież świadomości, że żyją we wnętrzu Ziemi, że istnieje jakaś inna cywilizacja poza nimi. 

I jeszcze jedna rzecz baaaaardzo subiektywna - osobiście denerwuje mnie, kiedy używa się w polskiej literaturze angielskich imion żeńskich takich jak "hannah" i "savannah" w prostego powodu, że na papierze się nie odmienia przez "h"
 

Planowałam dobrać imiona postaciom występującym w tekście możliwie jak najbardziej różnorodnie (stąd żydowski Aaron, wschodni Lew, Michel, którego powinnam zapisać z kreską nad e, żeby było bardziej francuskie), ale teraz widzę, że za bardzo zamerykanizowane to wyszło. W każdym razie, miało to być w związku z tym, o czym wspomniałam wyżej: we własnym mniemaniu byli jedynymi ludźmi, ktoś jednak musiał tam umieścić pierwszych z nich, ktos z Ziemi, tworząc dość różną kulturę, czego przykładem miały być imiona. Język, którym się posługiwali, też miał być specyficzny... może zupełnie nowy, na bazie zlepkow kilku języków z jakiejś grupy. Może trochę nie wyszło mi przedstawienie tego wszystkiego, ale też nie to było tematem tej historii. 

 

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam

Jesteśmy ludźmi tylko w takim stopniu, w jakim chcemy nimi być.

Awatar użytkownika

Memoria
kozik
kozik
Posty: 125
Zobacz teksty użytkownika:

Zagłada

Post#7 » 14 maja 2020, o 18:29

Dzięki za odpowiedź - ciekawie było przeczytać wyjaśnienia na temat tekstu i Twojego większego wyobrażenia rzeczywistości Kopuły, jak również trochę rozwiałaś te różne moje uwagi i domysły :)
Voice is part of your body, it needs your presence. Writing, on the other hand, only needs a reader. I doesn't need you. - Elena Ferrante

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości