Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika

Autor tematu
Memoria
sztylet
sztylet
Posty: 172
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#1 » 6 cze 2020, o 22:53

Zapraszam na dyżur wraz z młodymi lekarzami w czasie pandemii. Nie obiecuję, że wygramy, ale po drodze życzę miłego czytania i chętnie przyjmę wszelkie komentarze :) Jak zawsze, z podziękowaniami dla MostWanted za bezcenne uwagi. Pauzy z dedykacją dla Szczepana i podziękowaniami dla Whatername za patent ;-) Część poprzednia  

 

 

 

Kavi mówi, że pager jest jak okres. Kiedy masz go po raz pierwszy, czujesz się bardziej dorosła, a potem nienawidzisz przez resztę życia.  

Mimo tego nadal czułam dreszczyk ekscytacji za każdym razem, kiedy przejmowałam pager przed dyżurem. To był symbol prawdziwego lekarza, odpowiedzialnego za innych. Nigdy nie wiadomo, co przyniosą samotne godziny w szpitalu. 

Dotychczas nie przyniosły wiele, z czego ja byłam zadowolona, a Maks wręcz przeciwnie. Znudzony, od godziny ostentacyjnie kręcił się na fotelu obrotowym w pokoju lekarskim na hepatologii. Ja głównie klikałam w komputer, zdalnie wykonując zadanie, o które prosili lekarze i pielęgniarki za pośrednictwem pagera. Próbowałam pokazywać mu Epik i tłumaczyć system, ale szybko się znudził i wolał przeszkadzać mi różnorakimi pytaniami, które zwykle zbywałam lakonicznymi odpowiedziami. 

– Można gdzieś odpocząć? – zapytał, odpychając się od mojego biurka i szybko obracając wokół własnej osi. 

– Zwykle nie ma czasu – odparłam półgębkiem, przeglądając wyniki badań pacjentów, które dzienna zmiana przekazała mi do sprawdzenia. – Szpital zredukował liczbę dyżurujących do najmniejszego bezpiecznego mianownika. 

Po chwili siedzieliśmy w ciszy, aż przerwał ją nagły pisk pagera. Uniosłam słuchawkę telefonu i zadzwoniłam pod wyświetlony numer. A już miałam nadzieję, że przez chwilę będzie spokój. Może to tylko recepta na paracetamol i nigdzie nie będę się musiała ruszać? Dzięki Epikowi wszystko można było zrobić zdalnie. Wszystko, oprócz prawdziwej medycyny, z którą tak rzadko przecież miałam do czynienia.  

– Mówi Agata, lekarz dyżurny, dostałam pager.  

– Pani doktor… Dobry wieczór… – powiedział kobiecy głos. Wiedziałam, że należy do pielęgniarki. Lekarzy rozpoznawałam tak, jak Polaków. Intuicyjnie. – Chodzi o mojego pacjenta na piętnastce… 

– Na jakim oddziale? 

– Oddział Jot-trzy... Zna pani piętnastkę? 

– Nie znam. – Mam pod sobą dwanaście oddziałów i setki pacjentów, dodałam w myślach. - Jak się nazywa pacjent? 

– Chwileczkę.  

Bawiłam się ołówkiem, czekając na odpowiedź.  

– Zachary Donehue.  

– Jaki ma numer szpitalny? 

– Chwileczkę. 

Przewróciłam oczami, słuchając szelestów i rozmów po drugiej stronie słuchawki.  

– Jeden, cztery, dwa, osiem, trzy, osiem. 

Wpisałam numer do Epiku i strona pokazała mi dane sześćdziesięcioletniego mężczyzny. 

– Ma podniesioną częstotliwość oddechów i puls – mówiła pielęgniarka. – Wartość NEWS równa pięciu wymaga opinii lekarskiej... Przyjdzie pani? 

– Jakie są parametry życiowe? 

– Chwileczkę.  

– Nie! – zawołałam szybko. – Proszę się nie kłopotać. Już idę.  

– Dziękuję, pani doktor. Pani wie, oni wszyscy z koronawirusem są tacy biedni… 

Odłożyłam słuchawkę, zawahałam się, a potem spojrzałam na Maksa, wciąż obracającego się na krześle.  

– Chcesz zobaczyć koniec świata? 

Zatrzymał się nagle i zmierzył mnie wzrokiem. A potem się uśmiechnął. 

 

 

W milczeniu szliśmy pustym, ciemnym korytarzem. 

Lubiłam szpital nocą. Stawał się cichy po nieustannym zgiełku dnia, a wraz z gasnącymi światłami odchodziła resztka zewnętrznego świata. Znikała polityka i układy, a krzyki i plotki rozpraszały się po pustych korytarzach, aż trafiały w próżnię. W ciszy i spokoju można było zapomnieć, że jest coś poza tym, co najważniejsze. Poza medycyną. Tą prawdziwą. 

Z nią mogłam sobie poradzić. Ona mnie potrzebuje. I nie zostawi. 

Zatrzymałam się przed nowym oddziałem zakaźnym. Na drzwiach wisiał duży plakat ostrzegający przed wejściem i strzałka, wskazująca na półkę z środkami ochrony osobistej. 

– Nie ma okularów ochronnych – Maks stwierdził oczywistość. – Ani czepków.  

– Ani porządnych masek FFP – dodałam, zakładając maseczkę chirurgiczną. 

– Zaczekaj, musimy znaleźć resztę rzeczy. Na pewno jest tu jakaś pielęgniarka. 

– I co, wyczaruje? – Przewróciłam oczami. 

– Daj spokój, powinnaś mieć przynajmniej okulary, a jak ci nakaszlą na twarz? 

– To dostanę koronawirusa. – Włożyłam rękawiczki, naciągając lateks na palce. – Lepiej zaczekaj tutaj, im mniej kontaktów, tym lepiej.  

– Jak ty idziesz, to ja też.  

– Ja nie mam wyboru. 

Nie protestowałam jednak, kiedy podążył za mną na oddział. Był dorosły i mógł podejmować własne decyzje. Nie byłam za niego odpowiedzialna. 

Byłam natomiast odpowiedzialna za mężczyznę, który leżał z otwartymi oczami i tlenem płynącym przez kaniulę nosową. Był jeden, sam, na dużej sali z wieloma pustymi łóżkami. Zatrzymałam się, przez korytarzowe okno obserwując jego przyspieszony, ale równy oddech. Miał siwe włosy, lecz szczupłą i wysportowaną sylwetkę. Z dokumentacji wiedziałam, że nigdy wcześniej nie był w szpitalu. Aż do teraz.  

Są dwa rodzaje pacjentów – chorzy i stabilni. O tych pierwszych się martwimy, przychodzimy do nich po kilka razy na dyżurze, robimy testy w środku nocy, zamawiamy zdjęcia radiologiczne, bez względu na dzień i godzinę. Tym drugim dajemy przede wszystkim czas, żeby zainicjowane leczenie mogło zadziałać. 

Kilka miesięcy praktyki lekarskiej wystarczyły, żeby z daleka ocenić pana Donehue jako stabilnego. Ale to wcale nie znaczyło, że będzie zdrowy. 

– Nigdy nie widziałam takiej tomografii, a ty? – zapytałam, przypominając sobie brzydkie infiltracje na zdjęciach radiologicznych, na które pobieżnie spojrzeliśmy jeszcze przy komputerze w pokoju lekarskim. – Radiolog napisał w raporcie, że zapalenie objęło pięćdziesiąt procent płuc. 

– Nie wiadomo, jak to jest w skali koronawirusa. – powiedział Maks. – Znamy za mało przypadków. Może jeszcze z tego wyjdzie. 

– Naprawdę w to wierzysz? 

– A ty nie? 

– Ja nie wiem, więc się nie wypowiadam.  

Przycisnęłam guzik, otwierając drzwi do sali. Weszłam do środka, po raz pierwszy wdychając koronawirusowe powietrze. W zapachu niczym się nie różniło.  

– Dzień dobry, nazywam się Agata i jestem lekarzem dyżurnym – zwróciłam się do pacjenta. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale pielęgniarki były zaniepokojone pana parametrami. Jak się pan czuje? 

– Jak wcześniej, pani doktór… No, może trochę lepiej… tylko tchu mi ciągle brakuje. Od dwóch dni już tak dycham. Myślałem, że to grypa, ale tyle o tym koronawirusie mówią, a było coraz gorzej, no to przyjechałem… 

Wypowiadał zdania na jednym oddechu. To dobry znak.  

– Dzisiaj mnie właśnie tu przenieśli, na nowy oddział, tak tu pusto… 

Czułam się nieswojo, wiedząc, że Maks mnie obserwuje podczas zbierania wywiadu i badania pacjenta. Po raz pierwszy pomyślałam, że przecież jest ode mnie starszy. Gdybym robiła staż w Polsce, mógłby być moim rezydentem. Ma więcej doświadczenia, nawet będąc chirurgiem, na których interniści patrzyli z góry. Krępowała mnie jego obecność, ale nie miałam wyboru, mogłam tylko dalej robić swoje, próbując znaleźć odpowiedzi.  

Czy pacjent jest stabilny? Czy potrzebuje więcej tlenu? Czy musimy pobrać krew? Czy powinniśmy zrobić rentgen? Czy trzeba do kogoś zadzwonić? Czy niczego nie pominęłam? O czym pomyślałby ktoś starszy, mądrzejszy ode mnie? 

Czasami w medycynie najtrudniej jest nie robić nic.  

– Panie Zachary – zaczęłam, klękając koło łóżka – wydaje mi się, że robimy w tym momencie wszystko, czego pan potrzebuje. Niektóre parametry są za wysokie, ale nic ponadto, czego byśmy się nie spodziewali. Rozumie pan? 

Mężczyzna kiwnął głową.  

– Ten wirus… na to nie ma lekarstwa? – zapytał cicho. 

– Będziemy podawać tyle tlenu, ile pan potrzebuje. I paracetamol na gorączkę, to przez nią pana serce tak szybko bije. Ale ma pan rację, na wirusa nie ma lekarstwa. 

– Zaraziłem się w kościele, wyobraża sobie pani? – powiedział pomiędzy głębokimi, ciężkimi oddechami. – Śpiewam w chórze, razem z żoną mamy tam najlepszych przyjaciół. Córka jednego była we Włoszech, myśleliśmy, że to nic, że przecież nas to nie dotyczy, poza tym mówili, że jest zdrowa… Ta muzyka, ja bez niej nie mogę żyć, wie pani? 

Pomyślałam, że brak powietrza zabija szybciej, niż brak muzyki, ale równocześnie poczułam coś innego. Tęsknotę, o której próbowałam zapomnieć. Nieracjonalne zrozumienie, nie głową, a sercem. Przecież sama taka byłam, wtedy, kiedy jeszcze oddychałam muzyką i myślałam, że to nigdy się nie skończy.  

W pewnym sensie miałam rację. Moje życie skończyło się wtedy, razem z muzyką. Została cicha egzystencja ducha, który nawet nie chce pamiętać, jak to jest być człowiekiem. 

– Tylu ludzi umiera – rzekł cicho mężczyzna. – Młodszych ode mnie, zdrowszych. Nie ma lekarstwa…  

Jego głos załamał się i wziął nerwowy oddech.  

– Nie chcę umierać, pani doktor. 

Patrzył mi w oczy, jakby mnie o to prosił. Jakbym mogła cokolwiek zmienić. Jakbyśmy mieli ukryte moce, zarezerwowane dla tych, którzy błagają. Czekał na coś, czego nie mogłam mu dać. 

– Proszę być dobrej myśli – powiedział Maks, podchodząc. – Zrobimy wszystko, co w naszej mocy.  

Otworzyłam usta, ale było już za późno. 

– Dziękuję. – W głosie Zacharego zabrzmiała ulga. – Dziękuję, panie doktorze.  

Bez słowa wyszłam z sali, Maks tuż za mną. Stanęliśmy, mierząc się wzrokiem, podczas gdy za nami zamykały się drzwi. Czekaliśmy, gotowi do konfrontacji, ale to ja odezwałam się pierwsza.  

– Nie powinieneś był dawać mu nadziei. Widziałeś tomograf.  

– Widziałem też pacjenta – Maks spojrzał przez szybę na mężczyznę. – Boi się.  

– I ma dobry powód – syknęłam przez zaciśnięte zęby. – Udawanie, że jest inaczej, niczego nie zmieni. 

– Może nie zmieni śmierci, ale zmieni jego życie. – Na czole Maksa pojawiła się pionowa bruzda między zmarszczonymi w zamyśleniu brwiami. – Chciałabyś umierać w strachu?  

– Nie chciałabym umierać w kłamstwie – odparłam gorzko, a on pokręcił głową. 

– To nie jest kłamstwo. Nikt nie wie, co się stanie z Zacharym. Może tylko Bóg. 

– Więc wcale nie wiesz, czy powinien być dobrej myśli! 

– Ludzie potrzebują nadziei, Agata. Zwłaszcza teraz. Innego końca świata nie będzie. 

Podążyłam za jego wzrokiem, patrząc w wystraszone oczy chorego człowieka z siwymi włosami. 

Chciałam zaoponować, powiedzieć Maksowi, że nie zgadzam się z dawaniem fałszywej nadziei. Przekonać, że medycyna daje odpowiedzi, a udawanie jest kłamstwem, które nikomu nie pomaga. Kiedy w płucach brakuje muzyki, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i zrozumieć, że to koniec. Nie ma odwrotu. Nawet jeśli potem zostaje tylko duch, któremu już wszystko jedno. Przynajmniej jest prawdziwy.  

Ale odpowiedziałam tak, jak trzeba. 

– Innego końca świata nie będzie. 

 

 

– W dwa tysiące trzecim roku wysłałem oddział medyczny do Iraku. – Doktor Adams, ordynator medycyny ratunkowej, rozpoczął wieczorną odprawę spoglądając na pokój wypełniony po brzegi dziennymi i nocnymi lekarzami. Nikt na tych spotkaniach nie był zadowolony, bo połowa z nas miała przed sobą trzynaście godzin pracy i nieustannej walki z obezwładniającą sennością, a reszta chciała wreszcie iść do domu. 

Ale tym razem było inaczej. Słuchaliśmy, czując, że to nas dotyczy, wszystkich i bez wyjątku. 

– Przed wylotem zapytałem każdego z nich, co czuje. Powiedziałem, żeby zadawali sobie to pytanie codziennie, bo kiedy świat zmienia się nie do poznania i pracujemy w ciągłej niepewności, naszym uczuciom łatwo wymknąć się spod kontroli.  

Adams potoczył poważnym wzrokiem po pokoju, powoli i uważnie, jakby chciał spojrzeć w oczy każdego z osobna.  

– Następne kilka tygodni będzie najlepsze i najgorsze w dotychczasowej karierze, a praca stanie się waszym życiem w nowym tego słowa znaczeniu. Rozejrzyjcie się, spójrzcie na ludzi, z którymi będziecie ten czas dzielić. Którzy wam pomogą. Wielu z nas będzie pracować poza swoją strefą komfortu. Świat będzie wymagał niemożliwego i niektórzy nie poradzą sobie z wyzwaniem. Wielu z nas zachoruje. Ale zawsze będę dumny z tych, którzy walczą. Jakiekolwiek uczucia macie w sobie, noście je z dumą.  

– Kim on jest? – zapytał Maks, kiedy wychodziliśmy później ze szpitala, po tym, jak przekazałam nocnej zmianie naszych pacjentów. – To było super! 

– Doktor Adams nigdy nie da ci zapomnieć, że był na wojnie i walczył z Ebolą. – Uśmiechnęłam się krzywo, dobrze znając wątpliwą sławę jego mów motywacyjnych. 

– To jest właśnie to, o czym mówiłem! – zawołał Maks energicznie. – Wszystko dzieje się na naszych oczach. Świat, jaki znamy, się kończy… Ilu ludzi ma okazję tego doświadczyć? 

– Tak, pewnie, będziemy dzielnie walczyć z wirusem i pięknie umierać z bronią w ręku. – Zakręciłam oczami, nie mogąc powstrzymać się od ironii.  

– Daj spokój, nikt nie będzie umierać. Ale wiesz, mój dziadek ciągle opowiada o kompanach z czasów wojny, o braciach-żołnierzach…  

– Nie mówisz tego na serio. – Spojrzałam mu w oczy, które aż świeciły od entuzjazmu. – Te opowieści… to nieprawda. To tylko melodramaty napisane, żeby się nimi wzruszano. 

– Odwaga jest prawdziwa – stwierdził, zatrzymując się. – Walka ze złem również. 

– Jeśli myślisz, że czeka nas piękna, zwycięska bitwa, to bardzo się rozczarujesz – odparłam przyziemnym głosem. – Jeśli to jest wojna, to już przegraliśmy. A odwaga prędzej czy później cię opuści. 

– Skoro przegraliśmy, dlaczego jeszcze tu jesteś? – zapytał, kręcąc głową. 

– Bo nie nic innego mi nie zostało – powiedziałam cicho, ale bez wahania. 

Zadzwonił telefon i zerknęłam na ekran. Tata rzadko dzwonił tak późno, a nigdy wcześniej nie dzwonił tak często. Serce zabiło mi szybciej ze zdenerwowania.  

– Do jutra, Maks. – Pożegnałam się szybko, po czym odeszłam kilka kroków i odebrałam.  

– Tato, co się dzieje? – zapytałam niespokojnie. 

– Agusia, dziecko, jeszcze nie śpisz? – usłyszałam rozlane i rozwlekane słowa. 

– Wracam z pracy, coś się stało? 

– Nic się nie stało, jak się co miało stać. Siedzę w domu, sam, to pomyślałem, że do córuni zadzwonię… 

Znałam ten szczególny ton. Przeciągnięte samogłoski, połknięte spółgłoski. Wylewność, dezorientacja i brak kontaktu z rzeczywistością. Zatrzymałam się i przycisnęłam wolną dłoń do skroni, bardzo mocno.  

– Babcia tam jest? – zapytałam ostro. 

– Śpi… Agusia, bo ja sobie pomyślałem… tak, pomyślałem sobie, że do piątku to za daleko. Im wcześniej, tym lepiej, mówią… Co się z tym światem porobiło, mówię ci… Za moich czasów nigdy... 

– Tato – przerwałam mu. – Powiedziałam, że się zastanowię. Ale nie wiem, czy to dobry pomysł. 

– Jedną się ma rodzinę, Agusia… Co się z tym światem porobiło, córuniu… 

– Tato, ja pracuję na oddziale zakaźnym. Nie chcę wam tego przywieźć, rozumiesz? Nigdy bym sobie nie wybaczyła. 

– Aniołku, przecież ty nigdy byś nas nie skrzywdziła… przecież moim aniołkiem jesteś. 

– Tato? Ile wypiłeś? – zapytałam wprost, mimo że byłam w stanie przewidzieć odpowiedź.  

– Niedużo, aniołku, kropelkę... – mówił wesoło, jakby nic się nie stało. – Ja człek honoru jestem, obiecałem ci…  

– Właśnie, obiecałeś. – Ból w skroniach narastał, ale jeszcze nie rozpraszał. – Babcia jest w domu, jak tak możesz.  

– Wiem, aniołku, ale sam siedzę, smutno mi. Jakbyś wróciła, to lżej by było.  

Zacisnęłam usta. 

– Obiecaj mi.  

– Aniołku, oczywiście… 

– Obiecaj! 

– Obiecuję, obiecuję, coś ty taka uparta… po matce może… 

– Dobranoc. 

Rozłączyłam się i próbowałam zapomnieć, mimo że od słów brzmiących w uszach nie ma ucieczki. Szybkim krokiem wracałam do mieszkania, próbując odegnać natarczywe myśli, które jednak nie odchodziły. 

Doktor Adams powiedział, że mamy być dumni ze swoich uczuć, ale nie miał racji. Uczucia bolały. Przeszkadzały. Ucierały jak kamień w bucie, tylko gdzieś w klatce piersiowej. Jakby płuca nie miały wokół siebie wystarczająco wody i pocierały o żebra, trąc i szarpiąc przy każdym oddechu. Chciałam wrócić do łóżka, schować się w bańce ciszy i zniknąć między słowami książki.  

Wspinając się po schodach brzydkiego budynku z lat siedemdziesiątych, myślałam już tylko o tym, aby jak najszybciej wrócić do przytulnego pokoju. Jednak już przy wejściu zauważyłam, ze coś jest nie tak. Rosie, filipińska pielęgniarka, z którą aktualnie dzieliłam szpitalne mieszkanie, nigdy nie siedziała tak późno w kuchni z włączoną muzyką. Kiedy ona gotowała, pachniało azjatyckimi przyprawami, a nie piwem i odsmażanymi ziemniakami. To był ktoś nowy. Ktoś obcy. 

Przeklęłam bezgłośnie, zdejmując buty i myśląc o wszystkich grzecznościach, które będzie trzeba wymienić z nowym lokatorem i które zajmą zdecydowanie zbyt wiele czasu, podczas gdy moje ukochane łóżeczko będzie czekać, tak blisko, a jednocześnie tak daleko.  

A potem przeklęłam na głos. Przy stole siedział Maks, pośród imponującego bałaganu w naszej dotąd tak czystej kuchni. 

– Agata! – zawołał wesoło. – Mieszkasz tu? 

– Nie. Włamałam się tylko po to, żeby spędzić z tobą więcej czasu – oznajmiłam śmiertelnie poważnym głosem. 

– Super! – Uśmiechnął się od ucha do ucha. – Chcesz się napić? 

– Dobranoc, Maks – rzuciłam, odchodząc do swojego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi, rzuciłam się na łóżko i od razu zasnęłam.  

Koniec świata to naprawdę ciężka praca.

Voice is part of your body, it needs your presence. Writing, on the other hand, only needs a reader. I doesn't need you. - Elena Ferrante

Tagi:


szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 3378
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#2 » 7 cze 2020, o 19:40

Wiesz, jednak koniec świata, kiedy od najbliższych dzieli rzut beretem, jest łatwiejszy w użyciu. 

 

Dobrze się czytało, co oczywiście nie zmieniło chęci, by przeczytać wszystko na raz. 

 

I kilka uwag. 

 

...przerwał ją znienawidzony pisk pagera.
 

Kilka linijek wyżej pisałaś, że na dźwięk pagera czułaś ekscytację. W tym miejscu na słowo "znienawidzony" jest zbyt wcześnie. 

 

Lubiłam szpital nocą. Stawał się cichy po nieustannym zgiełku dnia, a wraz z gasnącymi światłami odchodziła resztka zewnętrznego świata. Znikała polityka i układy, a krzyki i plotki rozpraszały się po pustych korytarzach, aż trafiały w próżnię. W ciszy i spokoju można było zapomnieć, że jest coś poza tym, co najważniejsze. Poza medycyną. Tą prawdziwą.
 

Z punktu widzenia pacjenta miło coś takiego poczytać. 

 

Nie protestowałam jednak, kiedy podążył za mną na oddział.
 

W tym miejscu zrezygnowałbym z "jednak". Nie pytaj, dlaczego. Nie mam pojęcia. 

 

Byłam natomiast odpowiedzialna za mężczyznę, który z otwartymi oczami i tlenem płynącym przez kaniulę nosową.
 

Pewnie przerabiałaś to zdanie i zapomniałaś wyrzucić "który". 

 

...dobrze znając wątpliwą sławę jego mów motywacyjnych,
 

Zamień przecinek na kropkę. 

 

Chciałam wrócić do łóżka, schować się w bańce ciszy i zniknąć między literami książki.
 

"Między słowami książki" będzie lepiej. A może jakaś inna metafora? Chociaż nie. Ta jest dobra. 

 

Koniec świata to naprawdę ciężka praca.
 

Wlałaś w moją duszę odrobinę optymizmu. Naprawdę.


Awatar użytkownika

Autor tematu
Memoria
sztylet
sztylet
Posty: 172
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#3 » 8 cze 2020, o 22:13

Serdecznie dziękuję za wizytę, Szczepanie. Zastosowałam się do uwag i wrzuciłam poprawiony tekst :) 

 

szczepantrzeszcz pisze:Kilka linijek wyżej pisałaś, że na dźwięk pagera czułaś ekscytację. W tym miejscu na słowo "znienawidzony" jest zbyt wcześnie. 
 

Nie ja, nie ja, tylko Agata! :D Zgadzam się z komentarzem i poprawiłam, dzięki. To właśnie jedna z sytuacji, kiedy rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż można w sposób logiczny pokazać w tym momencie opowieści. Bo naprawdę na dźwięk pagera można czuć zarówno ekscytację, jak i nienawiść ;-)  

 

szczepantrzeszcz pisze:W tym miejscu zrezygnowałbym z "jednak". Nie pytaj, dlaczego. Nie mam pojęcia. 
 

Przymierzyłam kilka razy bez "jednak", ale nie grało mi to (raziła mnie sprzeczność między słowami bohaterki a moment później jej brakiem reakcji). Na razie zostawiłam bez zmian. 

 

szczepantrzeszcz pisze:
Byłam natomiast odpowiedzialna za mężczyznę, który z otwartymi oczami i tlenem płynącym przez kaniulę nosową.
Pewnie przerabiałaś to zdanie i zapomniałaś wyrzucić "który". 
 

Zjadłam "leżał" ;d  

 

szczepantrzeszcz pisze:"Między słowami książki" będzie lepiej. A może jakaś inna metafora? Chociaż nie. Ta jest dobra. 
 

Podoba mi się "między słowami książki", dziękuję :) 

 

szczepantrzeszcz pisze:Wiesz, jednak koniec świata, kiedy od najbliższych dzieli rzut beretem, jest łatwiejszy w użyciu. 
 

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, ale takiego końca świata nie znam, więc się nie wypowiem ;-) Ale to: 

 

szczepantrzeszcz pisze:Wlałaś w moją duszę odrobinę optymizmu. Naprawdę.
 

Mnie bardzo ucieszyło :) 

 

Raz jeszcze serdecznie dziękuję za przeczytanie i uwagi :)

Voice is part of your body, it needs your presence. Writing, on the other hand, only needs a reader. I doesn't need you. - Elena Ferrante

Awatar użytkownika

whatsername
Furia Pustyni
Furia Pustyni
Posty: 1753
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#4 » 10 cze 2020, o 00:10

Hm. Faktycznie, dobrze się to czytało; szybko, ładnie, składnie, nic dodać, nic ująć. Szczepan się przysadził do jakichś intów i ortów, bardzo ładnie z jego strony i cieszę się, że bierzesz sobie do serca wszelkie poprawki. Muszę niestety wtrącić do nich swoje trzy grosze: zapisywanie liczb w dialogach. Powinniśmy to robić słownie, nieważne czego dotyczą. Czasami jest to irytujące, zwłaszcza jeśli akcja pędzi, a dialogi mają być krótkie i żołnierskie, ale taka jest zasada. Można od niej odejść, kiedy liczebniki przewijają się zbyt często-gęsto, aczkolwiek ja w tym przypadku bym poklepała nieco dłużej w klawiaturę i zapisała numer szpitalny słownie. Tak mówią mądre książki i tak mnie uczono; może wyedukowani bardziej niż ja będą mieli na ten temat inne zdanie.  

 

W tej części znowu zalała mnie drama. Byliśmy świadkami tak po prawdzie jedynie jednej konkretnej sceny, jednego niekonkretnego dialogu i jednego dużego kroku w stronę wyczekiwanego przeze mnie romansu (:D) i czuję, że to było jednocześnie i za dużo, i za mało. Dużo dramy, o czym już wcześniej wspomniałam, to raz. Nieco sztampowa sprzeczność poglądów (dawać złudną nadzieję czy walić prawdą prosto w oczy bez względu na okoliczności), to dwa. Dialog, który nie wniósł nic, to trzy (no, potencjalny alkoholizm ojca, niech będzie). Końcówka, na temat której już się wypowiedziałam, to cztery.  

Czuję, jakbym za mało przeczytała. I nie jest to niedosyt w stylu Kurczę, super rozdział, ale się wciągnęłam, szkoda, że nie ma więcej, tylko taki, w którym ma się poczucie, że użyto wielu słów do opisania niewielkiej treści. 

Mam wrażenie, że cały czas wprowadzasz czytelnika w świat przedstawiony i robisz to trochę zbyt wolno zbyt małymi kroczkami.  

 

Cenię realizm, bardzo. Podoba mi się podejście Agaty do całej imprezy. Dzięki recepcie na paracetamol śmiechłam - to takie stereotypowe podsumowanie brytyjskiej podstawowej służby zdrowia. :|> No i kto lubi szpitale nocą? :facepalm:prze ra ża ją ce

 

Pozdrawiam cieplutko! <3

where does everybody go when they go?

Awatar użytkownika

MostWanted
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca
Posty: 214
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#5 » 10 cze 2020, o 00:55

whatsername pisze:No i kto lubi szpitale nocą? :facepalm: Są prze ra ża ją ce.
 

Ja lubię. Właśnie dlatego (:

Jesteśmy ludźmi tylko w takim stopniu, w jakim chcemy nimi być.


szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 3378
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#6 » 10 cze 2020, o 08:58

whatsername pisze:Nieco sztampowa sprzeczność poglądów (dawać złudną nadzieję czy walić prawdą prosto w oczy bez względu na okoliczności)
Masz rację, do bólu sztampowa. Z drugiej strony jako pacjent i człowiek, który wielu lekarzy pośród znajomych posiada, myślę, że sztampowość nie uwolni (nigdy nie uwolni) lekarza przed owym dylematem. Każdy stanął (jeżeli nie stanął, to stanie) wobec problemu, a postawy będzie odróżniac jedynie teatralność gestu. 

 

whatsername pisze:No i kto lubi szpitale nocą? :facepalm:prze ra ża ją ce
W szpitalach pory roku tracą na znaczeniu. W szpitalach (nie dotyczy porodówek) zawsze kończy się jesień. Noc w szpitalach jest potrzebna, bo pozwala ten fakt zaakceptować.


verbena
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1850
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#7 » 10 cze 2020, o 09:53

W kwestii sztampowości... 

Zgadzam się, że każdy lekarz w pewnym momencie staje przed tym problemem i w zasadzie podejrzewam, że od strony lekarza patrząc sprawa nie wygląda tak sztampowo. Każdy człowiek, z którym lekarz się spotyka jest inny. Co jest leprze? Powiedzieć prawdę, półprawdę, zawoalowaną prawdę, czy jedynie pocieszyć? Wybory trudne. Jeśli wybierzesz źle, ktoś może się załamać. Wielka odpowiedzialność.  

Tak to sobie wyobrażam :)


Awatar użytkownika

Autor tematu
Memoria
sztylet
sztylet
Posty: 172
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#8 » 10 cze 2020, o 10:08

@whatsername - bardzo dziękuję za wizytę i komentarz :)  

 

Zapis numeru szpitalnego poprawiłam - dzięki za zwrócenie na to mojej uwagi, nawet o tym nie pomyślałam! 

 

whatsername pisze:Dużo dramy, o czym już wcześniej wspomniałam, to raz.
 

Troszkę nie rozumiem, o co chodzi - mogłabyś mi wytłumaczyć? Zgaduję teraz - czy chodzi o światopoglądowe wypowiedzi bohaterów, wzmianki o "końcu świata" (mam nadzieję, że nie odbierane kompletnie na serio), sposób narracji, czy konflikt? 

 

whatsername pisze:Czuję, jakbym za mało przeczytała. I nie jest to niedosyt w stylu Kurczę, super rozdział, ale się wciągnęłam, szkoda, że nie ma więcej, tylko taki, w którym ma się poczucie, że użyto wielu słów do opisania niewielkiej treści. Mam wrażenie, że cały czas wprowadzasz czytelnika w świat przedstawiony i robisz to trochę zbyt wolno zbyt małymi kroczkami.  
 

Też trochę nie wiem, co z tym począć, czyli jak zrobić, żeby było lepiej :( Jeśli chodzi o opisy i ekspozycję, to chcę zachować realizm pracy lekarzy w czasie pandemii i niestety chyba już nie jestem w stanie opisać tego krócej, nie tracąc przy tym wiarygodności (a dużo można w tym tekście krytykować, ale medycyna jest i zostanie prawdziwa ;-) ). A jeśli chodzi o fabułę i wydarzenia między bohaterami... ich relacja na początku opiera się właśnie na wspólnej pracy i różnicy w podejściu do pacjentów. Głównym problemem Agaty jest decyzja o powrocie do domu i te wszystkie czynniki - czyli jej rozmowy z rodziną, kontakt z pacjentami chorymi na koronawirusa i relacja z Maksem - pod koniec pierwszego aktu wpłyną na jej decyzję. Dlatego trudno wyrzucić mi którąś z tych scen jako zbędną :( 

 

whatsername pisze:Nieco sztampowa sprzeczność poglądów (dawać złudną nadzieję czy walić prawdą prosto w oczy bez względu na okoliczności), to dwa.
 

Ech, no sztampowa, nie mogę się z Tobą nie zgodzić, ale też bardzo prawdziwa. Kiedy chory człowiek Ci mówi, że nie chce umierać, wierz mi, pokusa jest ogromna, żeby chwycić go za rękę i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. A z drugiej strony lekarze często "wiedzą", że ktoś już z tego nie wyjdzie, zanim możemy to powiedzieć, bo kiedy te słowa padną, nie ma już odwrotu, to jest dla ludzi jak wyrok. Gdzieś pomiędzy jest złoty środek, który jest niezmiernie trudny do znalezienia. Pomyślę, jak to lepiej oddać w tekście, żeby nie wyszła taka sztampa - będę pracować na formą, która lepiej odda tę treść. Bo treść, może oczywista i kiczowata, jest po prostu prawdą.  

 

Jeszcze raz Ci dziękuję, whatsername, jak widzisz, dałaś mi bardzo do myślenia!

Voice is part of your body, it needs your presence. Writing, on the other hand, only needs a reader. I doesn't need you. - Elena Ferrante

Awatar użytkownika

whatsername
Furia Pustyni
Furia Pustyni
Posty: 1753
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#9 » 10 cze 2020, o 11:51

Hai! ♥ 

Zacznę od końca. 

whatsername pisze:Nieco sztampowa sprzeczność poglądów (dawać złudną nadzieję czy walić prawdą prosto w oczy bez względu na okoliczności), to dwa.
 

Ech, no sztampowa, nie mogę się z Tobą nie zgodzić, ale też bardzo prawdziwa. Kiedy chory człowiek Ci mówi, że nie chce umierać, wierz mi, pokusa jest ogromna, żeby chwycić go za rękę i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. A z drugiej strony lekarze często "wiedzą", że ktoś już z tego nie wyjdzie, zanim możemy to powiedzieć, bo kiedy te słowa padną, nie ma już odwrotu, to jest dla ludzi jak wyrok. Gdzieś pomiędzy jest złoty środek, który jest niezmiernie trudny do znalezienia. Pomyślę, jak to lepiej oddać w tekście, żeby nie wyszła taka sztampa - będę pracować na formą, która lepiej odda tę treść. Bo treść, może oczywista i kiczowata, jest po prostu prawdą.

 

Podstawą wielu sztamp jest prawda. Do bólu powtarzalne zachowania, myśli, wątki życia ludzkiego czynią ją tym, czym jest. Ja sama piszę do bólu wyświechtane rzeczy, bo uważam, że nie ma w tym absolutnie nic złego, jeśli podamy je w znośnej formie. To, co napisałam, to tylko stwierdzenie faktu, serio - dyskusja między bohaterami, która się wywiązała, by ukazać odmienność ich poglądów, była ciekawa, dobrze napisana i jest w niej fragment, który mi się spodobał: 

– Może nie zmieni śmierci, ale zmieni jego życie. – Na czole Maksa pojawiła się pionowa bruzda między zmarszczonymi w zamyśleniu brwiami. – Chciałabyś umierać w strachu?  

– Nie chciałabym umierać w kłamstwie – odparłam gorzko, a on pokręcił głową.

 

 

whatsername pisze:Czuję, jakbym za mało przeczytała. I nie jest to niedosyt w stylu Kurczę, super rozdział, ale się wciągnęłam, szkoda, że nie ma więcej, tylko taki, w którym ma się poczucie, że użyto wielu słów do opisania niewielkiej treści. Mam wrażenie, że cały czas wprowadzasz czytelnika w świat przedstawiony i robisz to trochę zbyt wolno zbyt małymi kroczkami.  
 

Też trochę nie wiem, co z tym począć, czyli jak zrobić, żeby było lepiej :( Jeśli chodzi o opisy i ekspozycję, to chcę zachować realizm pracy lekarzy w czasie pandemii i niestety chyba już nie jestem w stanie opisać tego krócej, nie tracąc przy tym wiarygodności (a dużo można w tym tekście krytykować, ale medycyna jest i zostanie prawdziwa ;-) ). A jeśli chodzi o fabułę i wydarzenia między bohaterami... ich relacja na początku opiera się właśnie na wspólnej pracy i różnicy w podejściu do pacjentów. Głównym problemem Agaty jest decyzja o powrocie do domu i te wszystkie czynniki - czyli jej rozmowy z rodziną, kontakt z pacjentami chorymi na koronawirusa i relacja z Maksem - pod koniec pierwszego aktu wpłyną na jej decyzję. Dlatego trudno wyrzucić mi którąś z tych scen jako zbędną :(

 

Tak jak mówiłam - ja niezwykle cenię realizm twojego tekstu. Jest on bardzo wartościowy, zwłaszcza w tych czasach, i sądzę, że warto, by stał się poczytny, nawet jeśli miejscem akcji jest Wielka Brytania, a nie nasza paradoksalna Polsza. Teraz zaczęłam się zastanawiać, w jakim kierunku chcesz ten utwór poprowadzić i jaki jest jego cel - czy ma to być beletryzowany dokument, coś w guście reportażu, czy beletrystyka? Nie wiem, ile w tym tekście jest Ciebie jako autorki - i naprawdę nie chcę wiedzieć, nie lubię się wdawać w takie szczegóły - aczkolwiek uważam, że realizm fabuły, świata przedstawionego, bohaterów, niekoniecznie musi obdzierać utwór z literackości.  

Masz taki styl i ja to szanuję, nie wdajesz się w zbędne szczegóły, szpital jaki jest, każdy widzi, nie trzeba się nad nim rozwodzić, ale trochę mi tego brakuje. Pamiętaj tylko, że to moja subiektywna opinia. 

 

whatsername pisze:Dużo dramy, o czym już wcześniej wspomniałam, to raz.
 

Troszkę nie rozumiem, o co chodzi - mogłabyś mi wytłumaczyć? Zgaduję teraz - czy chodzi o światopoglądowe wypowiedzi bohaterów, wzmianki o "końcu świata" (mam nadzieję, że nie odbierane kompletnie na serio), sposób narracji, czy konflikt?

 

Patos jest czymś, czego z całego serca nie dzierżę. Tobie udaje się go unikać (całe szczęście!) podejściem głównych bohaterów do tego, z czym się mierzą, co bardzo mi się podoba. Nie da się też ukryć, że cała ta "pandemiczna" sytuacja jest szczerze dramatyczna i ten dramat wybiega daleko poza szpitalne mury, przez co nie da się go uniknąć, ale rozmowa, a raczej to, co mówił pan Zachary - to było dla mnie zbyt wiele. :D  

Miałam rację. Moje życie skończyło się wtedy, razem z muzyką. Została cicha egzystencja ducha, który nawet nie chce pamiętać, jak to jest być człowiekiem.
 

To trochę też. :D 

Ale pamiętaj - to jedynie mój subiektywizm, możesz ładować tu tyle fragmentów w podobnym guście i mówić czytelnikom Take it or leave it, ile tylko Ci się podoba. Ja je przeczytam i przeżyję, skupię się na tym, co mi się podoba i będę szła przez życie bez żadnej skazy na mózgu. :D 

 

Bardzo się cieszę, że i jak mi odpisałaś, bo byłam strasznie niezadowolona ze swojego komentarza i cieszę się, że dałaś mi szansę sprecyzować niektóre myśli.  

Powtórzę się na koniec: lubię Twój tekst, podoba mi się, będę go czytać. Cieszę się również, że daję Ci do myślenia, ale pliz, bierz mój subiektywizm przez pół. Nie musisz się z nim zgadzać. Absolutnie.  

 

Pozdrawiam ciepło i trzymaj się zdrowo! ♥

where does everybody go when they go?

Awatar użytkownika

Autor tematu
Memoria
sztylet
sztylet
Posty: 172
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#10 » 10 cze 2020, o 12:15

Whatsername - ogromnie Ci dziękuję za rozwinięcie Twoich myśli. Dużo mi rozjaśniły w odniesieniu do Twojego pierwszego komentarza.  

 

Niektóre z rzeczy, o których pisałaś, rzeczywiście są świadomym wyborem, mniej lub bardziej trafionym - na przykład dramatyczne określenia bohaterki na temat jej przeszłości to część jej sposobu narracji, odzwierciedlająca jej "skrzywiony" obraz samej siebie. Jest subiektywnym narratorem i często mówi rzeczy, które są nieprawdziwe i wynikają z jej sposobu myślenia. Bardzo jednak możliwe, że miejscami przesadziłam i zdecydowanie ten aspekt wezmę sobie do serca, bo co za dużo, to nie zdrowo ;-)  

 

whatsername pisze:Patos jest czymś, czego z całego serca nie dzierżę. Tobie udaje się go unikać (całe szczęście!) podejściem głównych bohaterów do tego, z czym się mierzą, co bardzo mi się podoba. Nie da się też ukryć, że cała ta "pandemiczna" sytuacja jest szczerze dramatyczna i ten dramat wybiega daleko poza szpitalne mury, przez co nie da się go uniknąć, ale rozmowa, a raczej to, co mówił pan Zachary - to było dla mnie zbyt wiele.  
 

Dziękuję Ci za te słowa, bo ogromnie boję się patosu w tym tekście. Próbuję oddać to, co dzieje się w rzeczywistości - te dramaty naprawdę dzieją się na naszych oczach, ale my przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Odnośnie pana Zacharego - absolutnie przyjmuję na siebie niedoskonałą formę, w jakiej to ujęłam, ale to, co mówił pan Zachary, naprawdę się wydarzyło. Oczywiście to nie broni tekstu ani nie sprawia, że dobrze to oddałam. Próbuję jedynie powiedzieć, że same jego słowa są prawdziwe i jeśli nie działają, to muszę im po prostu znaleźć lepszą otoczkę.  

 

Teraz zaczęłam się zastanawiać, w jakim kierunku chcesz ten utwór poprowadzić i jaki jest jego cel - czy ma to być beletryzowany dokument, coś w guście reportażu, czy beletrystyka? Nie wiem, ile w tym tekście jest Ciebie jako autorki - i naprawdę nie chcę wiedzieć, nie lubię się wdawać w takie szczegóły - aczkolwiek uważam, że realizm fabuły, świata przedstawionego, bohaterów, niekoniecznie musi obdzierać utwór z literackości.
 

Ma być to beletrystyka, ale mocno osadzona w realiach pandemii, która wpływa na życie bohaterów. Pandemia jest jakby całym światem, w którym się obracają. Dlatego bardzo dużo sytuacji szpitalnych i spotkań z pacjentami jest oparta na prawdziwych zdarzeniach. Natomiast postaci Agaty i Maksa oraz ich relacje ze sobą i z innymi są zmyślone :) (Musiałam to powiedzieć dla własnego spokoju, bo wiem, że pierwszoosobowa narracja i wspólny zawód to dosyć potężny łącznik :D

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za tak merytoryczną dyskusję, baaaardzo doceniam :kocham2: 

 

Edit: 

Verbana - w tym, co napisałaś, jest dużo prawdy. Każdy człowiek jest inny i mimo że istnieją dla nas wytyczne, pacjenci czasem potrzebują różnego podejścia, a niestety czasem ma się na to tylko jedną szansę. Wiec masz rację pisząc, że od naszej strony to nie wygląda tak sztampowo (natomiast jeszcze chciałabym to niesztampowo pokazać w tekście ;-) )

Voice is part of your body, it needs your presence. Writing, on the other hand, only needs a reader. I doesn't need you. - Elena Ferrante


Melibea
rapier
rapier
Posty: 435
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#11 » 20 lip 2020, o 15:57

Przejmujące... To pierwsze słowo, jakie przychodzi mi na myśl po przeczytaniu tego fragmentu. Przejmujące... 

Tekst napisany bardzo sprawnie, lekko, wartko. Czyta się z przyjemnością i łatwością pozwalającą skupić się na treści. 

 

Jeśli mogę się przyczepić, to przyczepię się do interpunkcji. Wiem, że własne teksty najtrudniej się poprawia i przy piątym czytaniu wszystkie znaki przestankowe tańczą już prawie w balecie :-) Zaznaczę brakujące przecinki na czerwono. 

 

Memoria pisze:Kavi mówi, że pager jest jak okres. Kiedy masz go po raz pierwszy, czujesz się bardziej dorosła, a potem nienawidzisz przez resztę życia.  

Mimo tego nadal czułam dreszczyk ekscytacji za każdym razem, kiedy przejmowałam pager przed dyżurem. To był symbol prawdziwego lekarza, odpowiedzialnego za innych. Nigdy nie wiadomo, co przyniosą samotne godziny w szpitalu. 

Dotychczas nie przyniosły wiele, z czego ja byłam zadowolona, a Maks wręcz przeciwnie. Znudzony, od godziny ostentacyjnie kręcił się na fotelu obrotowym w pokoju lekarskim na hepatologii. Ja głównie klikałam w komputer, zdalnie wykonując zadanie, o które prosili lekarze i pielęgniarki za pośrednictwem pagera. Próbowałam pokazywać mu Epik i tłumaczyć system, ale szybko się znudził i wolał przeszkadzać mi różnorakimi pytaniami, które zwykle zbywałam lakonicznymi odpowiedziami. 

– Można gdzieś odpocząć? – zapytał, odpychając się od mojego biurka i szybko obracając wokół własnej osi. 

– Zwykle nie ma czasu – odparłam półgębkiem, przeglądając wyniki badań pacjentów, które dzienna zmiana przekazała mi do sprawdzenia. – Szpital zredukował liczbę dyżurujących do najmniejszego bezpiecznego mianownika. 

Po chwili siedzieliśmy w ciszy, aż przerwał ją nagły pisk pagera. Uniosłam słuchawkę telefonu i zadzwoniłam pod wyświetlony numer. A już miałam nadzieję, że przez chwilę będzie spokój. Może to tylko recepta na paracetamol i nigdzie nie będę się musiała ruszać? Dzięki Epikowi wszystko można było zrobić zdalnie. Wszystko, oprócz prawdziwej medycyny, z którą tak rzadko przecież miałam do czynienia.  

– Mówi Agata, lekarz dyżurny, dostałam pager.  

– Pani doktor… Dobry wieczór… – powiedział kobiecy głos. Wiedziałam, że należy do pielęgniarki. Lekarzy rozpoznawałam tak, jak Polaków. Intuicyjnie. – Chodzi o mojego pacjenta na piętnastce… 

– Na jakim oddziale? 

– Oddział Jot-trzy... Zna pani piętnastkę? 

– Nie znam. – Mam pod sobą dwanaście oddziałów i setki pacjentów, dodałam w myślach. - Jak się nazywa pacjent? 

– Chwileczkę.  

Bawiłam się ołówkiem, czekając na odpowiedź.  

– Zachary Donehue.  

– Jaki ma numer szpitalny? 

– Chwileczkę. 

Przewróciłam oczami, słuchając szelestów i rozmów po drugiej stronie słuchawki.  

– Jeden, cztery, dwa, osiem, trzy, osiem. 

Wpisałam numer do Epiku i strona pokazała mi dane sześćdziesięcioletniego mężczyzny. 

– Ma podniesioną częstotliwość oddechów i puls – mówiła pielęgniarka. – Wartość NEWS równa pięciu wymaga opinii lekarskiej... Przyjdzie pani? 

– Jakie są parametry życiowe? 

– Chwileczkę.  

– Nie! – zawołałam szybko. – Proszę się nie kłopotać. Już idę.  

– Dziękuję, pani doktor. Pani wie, oni wszyscy z koronawirusem są tacy biedni… 

Odłożyłam słuchawkę, zawahałam się, a potem spojrzałam na Maksa, wciąż obracającego się na krześle.  

– Chcesz zobaczyć koniec świata? 

Zatrzymał się nagle i zmierzył mnie wzrokiem. A potem się uśmiechnął. 

 

 

W milczeniu szliśmy pustym, ciemnym korytarzem. 

Lubiłam szpital nocą. Stawał się cichy po nieustannym zgiełku dnia, a wraz z gasnącymi światłami odchodziła resztka zewnętrznego świata. Znikała polityka i układy, a krzyki i plotki rozpraszały się po pustych korytarzach, aż trafiały w próżnię. W ciszy i spokoju można było zapomnieć, że jest coś poza tym, co najważniejsze. Poza medycyną. Tą prawdziwą. 

Z nią mogłam sobie poradzić. Ona mnie potrzebuje. I nie zostawi. 

Zatrzymałam się przed nowym oddziałem zakaźnym. Na drzwiach wisiał duży plakat ostrzegający przed wejściem i strzałka, wskazująca na półkę z środkami ochrony osobistej. 

– Nie ma okularów ochronnych – Maks stwierdził oczywistość. – Ani czepków.  

– Ani porządnych masek FFP – dodałam, zakładając maseczkę chirurgiczną. 

– Zaczekaj, musimy znaleźć resztę rzeczy. Na pewno jest tu jakaś pielęgniarka. 

– I co, wyczaruje? – Przewróciłam oczami. 

– Daj spokój, powinnaś mieć przynajmniej okulary, a jak ci nakaszlą na twarz? 

– To dostanę koronawirusa. – Włożyłam rękawiczki, naciągając lateks na palce. – Lepiej zaczekaj tutaj, im mniej kontaktów, tym lepiej.  

– Jak ty idziesz, to ja też.  

– Ja nie mam wyboru. 

Nie protestowałam jednak, kiedy podążył za mną na oddział. Był dorosły i mógł podejmować własne decyzje. Nie byłam za niego odpowiedzialna. 

Byłam natomiast odpowiedzialna za mężczyznę, który leżał z otwartymi oczami i tlenem płynącym przez kaniulę nosową. Był jeden, sam, na dużej sali z wieloma pustymi łóżkami. Zatrzymałam się, przez korytarzowe okno, obserwując jego przyspieszony, ale równy oddech. Miał siwe włosy, lecz szczupłą i wysportowaną sylwetkę. Z dokumentacji wiedziałam, że nigdy wcześniej nie był w szpitalu. Aż do teraz.  

Są dwa rodzaje pacjentów – chorzy i stabilni. O tych pierwszych się martwimy, przychodzimy do nich po kilka razy na dyżurze, robimy testy w środku nocy, zamawiamy zdjęcia radiologiczne, bez względu na dzień i godzinę. Tym drugim dajemy przede wszystkim czas, żeby zainicjowane leczenie mogło zadziałać. 

Kilka miesięcy praktyki lekarskiej wystarczyły, żeby z daleka ocenić pana Donehue jako stabilnego. Ale to wcale nie znaczyło, że będzie zdrowy. 

– Nigdy nie widziałam takiej tomografii, a ty? – zapytałam, przypominając sobie brzydkie infiltracje na zdjęciach radiologicznych, na które pobieżnie spojrzeliśmy jeszcze przy komputerze w pokoju lekarskim. – Radiolog napisał w raporcie, że zapalenie objęło pięćdziesiąt procent płuc. 

– Nie wiadomo, jak to jest w skali koronawirusa. – powiedział Maks. – Znamy za mało przypadków. Może jeszcze z tego wyjdzie. 

– Naprawdę w to wierzysz? 

– A ty nie? 

– Ja nie wiem, więc się nie wypowiadam.  

Przycisnęłam guzik, otwierając drzwi do sali. Weszłam do środka, po raz pierwszy wdychając koronawirusowe powietrze. W zapachu niczym się nie różniło.  

– Dzień dobry, nazywam się Agata i jestem lekarzem dyżurnym – zwróciłam się do pacjenta. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale pielęgniarki były zaniepokojone pana parametrami. Jak się pan czuje? 

– Jak wcześniej, pani doktór… No, może trochę lepiej… tylko tchu mi ciągle brakuje. Od dwóch dni już tak dycham. Myślałem, że to grypa, ale tyle o tym koronawirusie mówią, a było coraz gorzej, no to przyjechałem… 

Wypowiadał zdania na jednym oddechu. To dobry znak.  

– Dzisiaj mnie właśnie tu przenieśli, na nowy oddział, tak tu pusto… 

Czułam się nieswojo, wiedząc, że Maks mnie obserwuje podczas zbierania wywiadu i badania pacjenta. Po raz pierwszy pomyślałam, że przecież jest ode mnie starszy. Gdybym robiła staż w Polsce, mógłby być moim rezydentem. Ma więcej doświadczenia, nawet będąc chirurgiem, na których interniści patrzyli z góry. Krępowała mnie jego obecność, ale nie miałam wyboru, mogłam tylko dalej robić swoje, próbując znaleźć odpowiedzi.  

Czy pacjent jest stabilny? Czy potrzebuje więcej tlenu? Czy musimy pobrać krew? Czy powinniśmy zrobić rentgen? Czy trzeba do kogoś zadzwonić? Czy niczego nie pominęłam? O czym pomyślałby ktoś starszy, mądrzejszy ode mnie? 

Czasami w medycynie najtrudniej jest nie robić nic.  

– Panie Zachary – zaczęłam, klękając koło łóżka – wydaje mi się, że robimy w tym momencie wszystko, czego pan potrzebuje. Niektóre parametry są za wysokie, ale nic ponadto, czego byśmy się nie spodziewali. Rozumie pan? 

Mężczyzna kiwnął głową.  

– Ten wirus… na to nie ma lekarstwa? – zapytał cicho. 

– Będziemy podawać tyle tlenu, ile pan potrzebuje. I paracetamol na gorączkę, to przez nią pana serce tak szybko bije. Ale ma pan rację, na wirusa nie ma lekarstwa. 

– Zaraziłem się w kościele, wyobraża sobie pani? – powiedział pomiędzy głębokimi, ciężkimi oddechami. – Śpiewam w chórze, razem z żoną mamy tam najlepszych przyjaciół. Córka jednego była we Włoszech, myśleliśmy, że to nic, że przecież nas to nie dotyczy, poza tym mówili, że jest zdrowa… Ta muzyka, ja bez niej nie mogę żyć, wie pani? 

Pomyślałam, że brak powietrza zabija szybciej, niż brak muzyki, ale równocześnie poczułam coś innego. Tęsknotę, o której próbowałam zapomnieć. Nieracjonalne zrozumienie, nie głową, a sercem. Przecież sama taka byłam, wtedy, kiedy jeszcze oddychałam muzyką i myślałam, że to nigdy się nie skończy.  

W pewnym sensie miałam rację. Moje życie skończyło się wtedy, razem z muzyką. Została cicha egzystencja ducha, który nawet nie chce pamiętać, jak to jest być człowiekiem. 

– Tylu ludzi umiera – rzekł cicho mężczyzna. – Młodszych ode mnie, zdrowszych. Nie ma lekarstwa…  

Jego głos załamał się i wziął nerwowy oddech.  

– Nie chcę umierać, pani doktor. 

Patrzył mi w oczy, jakby mnie o to prosił. Jakbym mogła cokolwiek zmienić. Jakbyśmy mieli ukryte moce, zarezerwowane dla tych, którzy błagają. Czekał na coś, czego nie mogłam mu dać. 

– Proszę być dobrej myśli – powiedział Maks, podchodząc. – Zrobimy wszystko, co w naszej mocy.  

Otworzyłam usta, ale było już za późno. 

– Dziękuję. – W głosie Zacharego zabrzmiała ulga. – Dziękuję, panie doktorze.  

Bez słowa wyszłam z sali, Maks tuż za mną. Stanęliśmy, mierząc się wzrokiem, podczas gdy za nami zamykały się drzwi. Czekaliśmy, gotowi do konfrontacji, ale to ja odezwałam się pierwsza.  

– Nie powinieneś był dawać mu nadziei. Widziałeś tomograf.  

– Widziałem też pacjenta – Maks spojrzał przez szybę na mężczyznę. – Boi się.  

– I ma dobry powód – syknęłam przez zaciśnięte zęby. – Udawanie, że jest inaczej, niczego nie zmieni. 

– Może nie zmieni śmierci, ale zmieni jego życie. – Na czole Maksa pojawiła się pionowa bruzda między zmarszczonymi w zamyśleniu brwiami. – Chciałabyś umierać w strachu?  

– Nie chciałabym umierać w kłamstwie – odparłam gorzko, a on pokręcił głową. 

– To nie jest kłamstwo. Nikt nie wie, co się stanie z Zacharym. Może tylko Bóg. 

– Więc wcale nie wiesz, czy powinien być dobrej myśli! 

– Ludzie potrzebują nadziei, Agata. Zwłaszcza teraz. Innego końca świata nie będzie. 

Podążyłam za jego wzrokiem, patrząc w wystraszone oczy chorego człowieka z siwymi włosami. 

Chciałam zaoponować, powiedzieć Maksowi, że nie zgadzam się z dawaniem fałszywej nadziei. Przekonać, że medycyna daje odpowiedzi, a udawanie jest kłamstwem, które nikomu nie pomaga. Kiedy w płucach brakuje muzyki, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i zrozumieć, że to koniec. Nie ma odwrotu. Nawet jeśli potem zostaje tylko duch, któremu już wszystko jedno. Przynajmniej jest prawdziwy.  

Ale odpowiedziałam tak, jak trzeba. 

– Innego końca świata nie będzie. 

 

 

– W dwa tysiące trzecim roku wysłałem oddział medyczny do Iraku. – Doktor Adams, ordynator medycyny ratunkowej, rozpoczął wieczorną odprawę, spoglądając na pokój wypełniony po brzegi dziennymi i nocnymi lekarzami. Nikt na tych spotkaniach nie był zadowolony, bo połowa z nas miała przed sobą trzynaście godzin pracy i nieustannej walki z obezwładniającą sennością, a reszta chciała wreszcie iść do domu. 

Ale tym razem było inaczej. Słuchaliśmy, czując, że to nas dotyczy, wszystkich i bez wyjątku. 

– Przed wylotem zapytałem każdego z nich, co czuje. Powiedziałem, żeby zadawali sobie to pytanie codziennie, bo kiedy świat zmienia się nie do poznania i pracujemy w ciągłej niepewności, naszym uczuciom łatwo wymknąć się spod kontroli.  

Adams potoczył poważnym wzrokiem po pokoju, powoli i uważnie, jakby chciał spojrzeć w oczy każdego z osobna.  

– Następne kilka tygodni będzie najlepsze i najgorsze w dotychczasowej karierze, a praca stanie się waszym życiem w nowym tego słowa znaczeniu. Rozejrzyjcie się, spójrzcie na ludzi, z którymi będziecie ten czas dzielić. Którzy wam pomogą. Wielu z nas będzie pracować poza swoją strefą komfortu. Świat będzie wymagał niemożliwego i niektórzy nie poradzą sobie z wyzwaniem. Wielu z nas zachoruje. Ale zawsze będę dumny z tych, którzy walczą. Jakiekolwiek uczucia macie w sobie, noście je z dumą.  

– Kim on jest? – zapytał Maks, kiedy wychodziliśmy później ze szpitala, po tym, jak przekazałam nocnej zmianie naszych pacjentów. – To było super! 

– Doktor Adams nigdy nie da ci zapomnieć, że był na wojnie i walczył z Ebolą. – Uśmiechnęłam się krzywo, dobrze znając wątpliwą sławę jego mów motywacyjnych. 

– To jest właśnie to, o czym mówiłem! – zawołał Maks energicznie. – Wszystko dzieje się na naszych oczach. Świat, jaki znamy, się kończy… Ilu ludzi ma okazję tego doświadczyć? 

– Tak, pewnie, będziemy dzielnie walczyć z wirusem i pięknie umierać z bronią w ręku. – Zakręciłam oczami, nie mogąc powstrzymać się od ironii.  

– Daj spokój, nikt nie będzie umierać. Ale wiesz, mój dziadek ciągle opowiada o kompanach z czasów wojny, o braciach-żołnierzach…  

– Nie mówisz tego na serio. – Spojrzałam mu w oczy, które aż świeciły od entuzjazmu. – Te opowieści… to nieprawda. To tylko melodramaty napisane, żeby się nimi wzruszano. 

– Odwaga jest prawdziwa – stwierdził, zatrzymując się. – Walka ze złem również. 

– Jeśli myślisz, że czeka nas piękna, zwycięska bitwa, to bardzo się rozczarujesz – odparłam przyziemnym głosem. – Jeśli to jest wojna, to już przegraliśmy. A odwaga prędzej czy później cię opuści. 

– Skoro przegraliśmy, dlaczego jeszcze tu jesteś? – zapytał, kręcąc głową. 

– Bo nie nic innego mi nie zostało – powiedziałam cicho, ale bez wahania. 

Zadzwonił telefon i zerknęłam na ekran. Tata rzadko dzwonił tak późno, a nigdy wcześniej nie dzwonił tak często. Serce zabiło mi szybciej ze zdenerwowania.  

– Do jutra, Maks. – Pożegnałam się szybko, po czym odeszłam kilka kroków i odebrałam.  

– Tato, co się dzieje? – zapytałam niespokojnie. 

– Agusia, dziecko, jeszcze nie śpisz? – usłyszałam rozlane i rozwlekane słowa. 

– Wracam z pracy, coś się stało? 

– Nic się nie stało, jak się co miało stać. Siedzę w domu, sam, to pomyślałem, że do córuni zadzwonię… 

Znałam ten szczególny ton. Przeciągnięte samogłoski, połknięte spółgłoski. Wylewność, dezorientacja i brak kontaktu z rzeczywistością. Zatrzymałam się i przycisnęłam wolną dłoń do skroni, bardzo mocno.  

– Babcia tam jest? – zapytałam ostro. 

– Śpi… Agusia, bo ja sobie pomyślałem… tak, pomyślałem sobie, że do piątku to za daleko. Im wcześniej, tym lepiej, mówią… Co się z tym światem porobiło, mówię ci… Za moich czasów nigdy... 

– Tato – przerwałam mu. – Powiedziałam, że się zastanowię. Ale nie wiem, czy to dobry pomysł. 

– Jedną się ma rodzinę, Agusia… Co się z tym światem porobiło, córuniu… 

– Tato, ja pracuję na oddziale zakaźnym. Nie chcę wam tego przywieźć, rozumiesz? Nigdy bym sobie nie wybaczyła. 

– Aniołku, przecież ty nigdy byś nas nie skrzywdziła… przecież moim aniołkiem jesteś. 

– Tato? Ile wypiłeś? – zapytałam wprost, mimo że byłam w stanie przewidzieć odpowiedź.  

– Niedużo, aniołku, kropelkę... – mówił wesoło, jakby nic się nie stało. – Ja człek honoru jestem, obiecałem ci…  

– Właśnie, obiecałeś. – Ból w skroniach narastał, ale jeszcze nie rozpraszał. – Babcia jest w domu, jak tak możesz.  

– Wiem, aniołku, ale sam siedzę, smutno mi. Jakbyś wróciła, to lżej by było.  

Zacisnęłam usta. 

– Obiecaj mi.  

– Aniołku, oczywiście… 

– Obiecaj! 

– Obiecuję, obiecuję, coś ty taka uparta… po matce może… 

– Dobranoc. 

Rozłączyłam się i próbowałam zapomnieć, mimo że od słów brzmiących w uszach nie ma ucieczki. Szybkim krokiem wracałam do mieszkania, próbując odegnać natarczywe myśli, które jednak nie odchodziły. 

Doktor Adams powiedział, że mamy być dumni ze swoich uczuć, ale nie miał racji. Uczucia bolały. Przeszkadzały. Ucierały jak kamień w bucie, tylko gdzieś w klatce piersiowej. Jakby płuca nie miały wokół siebie wystarczająco wody i pocierały o żebra, trąc i szarpiąc przy każdym oddechu. Chciałam wrócić do łóżka, schować się w bańce ciszy i zniknąć między słowami książki.  

Wspinając się po schodach brzydkiego budynku z lat siedemdziesiątych, myślałam już tylko o tym, aby jak najszybciej wrócić do przytulnego pokoju. Jednak już przy wejściu zauważyłam, ze coś jest nie tak. Rosie, filipińska pielęgniarka, z którą aktualnie dzieliłam szpitalne mieszkanie, nigdy nie siedziała tak późno w kuchni z włączoną muzyką. Kiedy ona gotowała, pachniało azjatyckimi przyprawami, a nie piwem i odsmażanymi ziemniakami. To był ktoś nowy. Ktoś obcy. 

Przeklęłam bezgłośnie, zdejmując buty i myśląc o wszystkich grzecznościach, które będzie trzeba wymienić z nowym lokatorem i które zajmą zdecydowanie zbyt wiele czasu, podczas gdy moje ukochane łóżeczko będzie czekać, tak blisko, a jednocześnie tak daleko.  

A potem przeklęłam na głos. Przy stole siedział Maks, pośród imponującego bałaganu w naszej dotąd tak czystej kuchni. 

– Agata! – zawołał wesoło. – Mieszkasz tu? 

– Nie. Włamałam się tylko po to, żeby spędzić z tobą więcej czasu – oznajmiłam śmiertelnie poważnym głosem. 

– Super! – Uśmiechnął się od ucha do ucha. – Chcesz się napić? 

– Dobranoc, Maks – rzuciłam, odchodząc do swojego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi, rzuciłam się na łóżko i od razu zasnęłam.  

Koniec świata to naprawdę ciężka praca.

Melibea

Awatar użytkownika

Autor tematu
Memoria
sztylet
sztylet
Posty: 172
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#12 » 20 lip 2020, o 16:28

Baaaardzo Ci dziękuję za twoje słowa i uwagi! Już poprawiam przecinki - tak jak powiedziałaś, własny tekst poprawia się najtrudniej ;) 

 

Jedynie z jednym przecinkiem się nie zgadzam: 

Zatrzymałam się, przez korytarzowe okno obserwując jego przyspieszony, ale równy oddech.
 

Przecinek, którego wymaga imiesłów "obserwując" dałam już wcześniej: "zatrzymałam się, przez ". "Przez korzytarzowe okno" nie może moim zdaniem stać samopas... tak mi się przynajmniej wydaje. 

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za wizytę :)

Voice is part of your body, it needs your presence. Writing, on the other hand, only needs a reader. I doesn't need you. - Elena Ferrante


Melibea
rapier
rapier
Posty: 435
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#13 » 20 lip 2020, o 16:30

Masz absolutną rację :)
Melibea


szczepantrzeszcz
Szczepan I Złotousty
Szczepan I Złotousty
Posty: 3378
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#14 » 20 lip 2020, o 17:51

A tak przy okazji, Memorio, jak się ma całość tekstu? Fermentuje, czy może już po kolejnej destylacji? :))

Awatar użytkownika

Autor tematu
Memoria
sztylet
sztylet
Posty: 172
Zobacz teksty użytkownika:

Kolejka na tamten świat (cz. IV)

Post#15 » 20 lip 2020, o 20:15

Niestety redakcja idzie mi jak po grudzie, trochę z powodu tak zwanego życia, a trochę z braku umiejętności redakcyjnych i generalnego zwątpienia. Ale idzie, idze, byle do przodu, mam nadzieję, że do sierpnia ogarnę drugi draft ;-) 

 

Zastanawia mnie szczególnie, czy powinnam wyciąć stwierdzenia narracyjne Agaty nawiązujące do jej przeszłości w tej początkowej części tekstu (typu "Odepchnęłam wspomnienia, które..." i "Ale to było dawno, kiedy jeszcze..." itp, jest ich dużo). Chciałam, żeby budowały głos i psychikę bohaterki i pokazywały wewnętrzną walkę z przeszłością, której nie może (jeszcze) zaakceptować, ale nie wiem czy po prostu nie wychodzą irytująco, jakby sie nad sobą ciągle użalała. Nawiązują one oczywiście do "backstory", które będzie ujawnione w połowie powieści i nie chciałabym tego zmieniać... Ale nie mogę ich wszystkich usunąć, bo przemiana bohaterki straci sens:( 

 

Może moglibyście doradzić, jak te stwierdzenia wyszły w Waszym odczuciu, czy one "działają"?

Voice is part of your body, it needs your presence. Writing, on the other hand, only needs a reader. I doesn't need you. - Elena Ferrante

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości