Kamiński na tropie

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).


Autor tematu
Mszczuj
rapier
rapier
Posty: 486
Zobacz teksty użytkownika:

Kamiński na tropie

Post#1 » 16 sie 2020, o 12:26

Siedziałem w swoim gabinecie kartkując czasopismo pornograficzne. Były to czasy, w których porno kupowało się w kiosku w papierowej formie. Trzymało się je w dolnej szufladzie, albo pod łóżkiem i korzystało w wolnych chwilach, tak jak dzisiaj z telefonów i komputerów. Pisemka były tańsze niż telefony i zmuszały nas do wytężenia wyobraźni, bo nie poruszały się i nie jęczały z mikroskopijnych głośników tak jak dzisiejsza elektronika.  

Gdy drzwi do gabinetu otworzyły się, schowałem gazetę pod biurko. Rzuciłem pytające spojrzenie w stronę mojej sekretarki, pani Jodłowskiej. 

- Jakiś pan do pana. 

- Proszę pukać. 

- Przepraszam, wpuszczę tego pana, dobrze? 

Pani Jodłowska pracowała od miesiąca i nadal nie radziła sobie z podstawowymi zadaniami, jakie jej zlecałem. 

- A zapytała pani o cel wizyty? 

- Zapomniałam. Zapytać? 

- Teraz to już niech pani wpuści. 

Pani Jodłowska zamknęła za sobą drzwi i po chwili do gabinetu wszedł starszy jegomość w szarym płaszczu. Miał bujne wąsy, łysą głowę i wielki brzuch, który niósł przed sobą w stronę mojego biurka, wyciągając prawicę na przywitanie. 

- Kamiński – przedstawiłem się i wskazałem na krzesło – Proszę siadać. 

Grubas posadził się na krześle i pogłaskał po łysinie, jakby chciał poprawić sterczące włosy. Zapewne dawny nawyk. 

- Kozłowski, Aleksander – powiedział nagle, jakby sobie przypomniał, że wypadałoby się przedstawić. 

- W czym mogę pomóc? 

- Mam dla pana bardzo delikatne zlecenie. 

- Co to znaczy delikatne zlecenie? 

- Wymagające ogromnej dyskrecji. 

- W mojej branży każde zlecenie jest tego rodzaju. 

Kozłowski przyjrzał mi się swoimi świńskimi oczkami. Miał głębokie zmarszczki, sugerujące, że często się uśmiechał. Myślał chwilę, zastanawiając się zapewne, czy nie zrezygnować w ostatniej chwili. 

- Chodzi o moją żonę. Podejrzewam ją o zdradę. – powiedział podniesionym tonem głosu. Odchrząknął, niczym chłopiec przechodzący mutację i kontynuował swoim zwyczajnym barytonem. – Od jakiegoś czasu chodzi na tańce towarzyskie. Każdy wieczór w tygodniu spędza w gronie tych tancerzy. Ja nie mogę jej towarzyszyć, bo widzi pan, w młodości kontuzjowałem sobie kolano, a też nie jestem typem faceta, który kontroluje swoją kobietę na każdym kroku. 

- Z pewnością. 

- Poza tym jestem zapracowanym człowiekiem. Widzi pan, bardzo wcześnie w życiu otrzymałem ogromną odpowiedzialność, jaką jest dyrektorskie stanowisko w dużym zakładzie produkcyjnym. Większość dnia spędzam w pracy, więc wieczorem jestem zmęczony. Na początku cieszyłem się, że znalazła sobie hobby. Nie pracuje, cały dzień siedzi w domu, może to i lepiej, że pójdzie sobie potańczyć. Nasze jedyne aktywności poza domem sprowadzają się do kółka różańcowego i to tylko raz w miesiącu. Rozumiem, że chciałaby się czymś zająć. 

Wysłuchałem jeszcze kilku nieistotnych szczegółów, żeby sprawić mojemu klientowi przyjemność. Na koniec zawarliśmy umowę, zgodnie z którą miałem dostawać sto złotych za każdy dzień śledzenia pani grubasowej. Obiecał premię za dowody zdrady oraz wyraził pobożną nadzieję, że to wszystko tylko jego wydumane domysły. Dał mi swój adres i zdjęcie żony. 

Zainkasowałem pierwszą stówę, odprowadziłem go do drzwi, powiedziałem pani Jodłowskiej, że nie przyjmę już tego dnia nikogo i wyjąłem z barku butelkę Jacka Danielsa. Rozłożyłem się na kozetce i wychyliłem jednym haustem szklankę bursztynowego płynu. Przewertowałem myśli w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Przypomniałem sobie o świerszczyku. 

Niezwykle cieszyło mnie zlecenie, ale wbrew zapewnieniom danym jeszcze na odchodne klientowi, nie miałem zamiaru się za nie zabierać tego samego dnia. Wyjąłem gazetkę i zacząłem wpatrywać się w wypięte panienki o nienaturalnie dużych biustach. Chwilę później siedziałem w samochodzie i jechałem do Ząbek, do znanego mi burdeliku, w którym moja nowo nabyta stówa mogła kupić mi trochę miłości. 

Rozmieniłem banknot w sklepie. Kupiłem czteropak, Pall Malle i ćwiartkę i zostało mi trochę ponad pięć dych. W sam raz na loda. 

Zadzwoniłem dzwonkiem i starsza kobieta wpuściła mnie do środka. Z siedzących w pokoju gościnnym panienek wybrałem sobie taką, która na oko nie cierpiała na chorobę jamy ustnej. Ładna była, młoda, cycuszki sterczały jej jeszcze do góry gdy zdjęła stanik. Zabrała się do roboty, a ja pogrążyłem się w rozmyślaniach nad zleceniem. Sięgnąłem do kieszeni marynarki wiszącej na krześle przy łóżku i wyciągnąłem z niej fotografię żony klienta. Miała bystre spojrzenie, ostre rysy twarzy, cienkie, pomalowane czerwoną szminką usta. Była niewątpliwie atrakcyjna. Zdjęcie obejmowało tylko twarz, ale wyobrażałem sobie, że ciało też ma niczego sobie. Jeżeli co wieczór kręciła tyłeczkiem w rytm latynoskiej muzyki, zapewne miała śliczne, krągłe pośladki i pełne, umięśnione uda… 

Skończyłem w ustach małej obciągary, na co popatrzyła na mnie obrażonym wzrokiem i poszła wypluć moje dzieci do kibla. Schowałem zdjęcie do kieszeni i zacząłem się ubierać. 

- Myślisz, że jak żona po piętnastu latach małżeństwa zapisuje się na lekcje rumby, to szuka romansu na boku? – rzuciłem w stronę drzwi do łazienki. 

- Co? 

- Moja żona chodzi co wieczór tańczyć rumbę w klubie „Mocca” na Powiślu. 

- I co z tego? 

- Myślę, że mnie zdradza. 

Wyszła z łazienki ubrana w swój kombinezon roboczy. Buty na koturnach, pończochy, koronkową bieliznę, gorset, sztuczne rzęsy. 

- Zabrałeś wszystko? 

Wróciłem do gabinetu. Pani Jodłowska zmierzyła mnie nieprzychylnym wzrokiem. Zapewne poczuła od progu alkohol. W drodze powrotnej opróżniłem ćwiartkę. 

- Żadnych telefonów – powiedziałem przechodząc obok jej biurka i zatrzasnąłem za sobą drzwi. 

Otworzyłem piwo, rozwaliłem się na kozetce i wróciłem do swojego sprośnego pisemka. Przypomniałem sobie o zdjęciu w kieszeni marynarki. Wpatrując się raz w zdjęcie żony klienta, raz w narządy płciowe aktorek porno, zacząłem się masturbować. 

Wysączyłem piwo, schowałem ptaka do majtek i zapiąłem rozporek. 

- Pani Jodłowska! – krzyknąłem - Gdzie jest moja kabura na szelkach? 

Usłyszałem, jak podnosi się ze swojego krzesła i idzie w stronę drzwi. Otworzyłem górną szufladę biurka i wyjąłem z niej pistolet. Wśród wszelkiego rodzaju szpargałów, obok pistoletu powinna leżeć moja fałszywa odznaka policyjna. Gdzieś się zapodziała. 

Pani Jodłowska weszła do gabinetu i pisnęła widząc jak z pistoletem w ręku przetrząsam wszystkie szuflady biurka. 

- Widziała pani moją kaburę na szelkach? I odznakę policyjną? – Starałem się wyglądać i brzmieć normalnie, ale czułem, że mam czerwoną gębę i słyszałem jak plącze mi się język. 

- Poszukam – powiedziała tylko i zamknęła drzwi. 

Po chwili wróciła z oboma rekwizytami. Podziękowałem, założyłem kaburę i schowałem do niej pistolet. Pochlapałem się ruską wodą kolońską ze stadionu i poprawiłem włosy. Nalałem sobie jeszcze bursztynowego rozchodniaka. Poklepałem się po kieszeniach aby upewnić się, że czegoś nie zapomniałem. 

Pojechałem pod adres zapisany na odwrocie fotografii. Dom był wielki, luksusowy. Mój stary Opel wyglądał na jego podjeździe niczym gówno na podeszwie eleganckiego lakierka. Zadzwoniłem dzwonkiem. 

Drzwi otworzyła mi śliczna, czterdziestoparoletnia blondynka, której zdjęcie nosiłem w kieszeni marynarki. 

- Mariusz Kamiński, Komenda Stołeczna Policji – powiedziałem i pokazałem jej odznakę. 

- Coś się stało? 

- Prowadzimy dochodzenie w sprawie zaginięcia pewnego… Eee – zawahałem się – wagonu węgla w zakładzie produkcyjnym pani męża. Pani Kozłowska, jak się domyślam? 

- Proszę wejść, zawołam męża. 

Wszedłem do obszernej sieni. Pani Kozłowska poprowadziła mnie dalej w głąb domu, kręcąc ponętnie tyłeczkiem. Była ubrana w luźny sweterek, pod którym nie miała wiele. Próbowałem oderwać wzrok od jej nagich nóg. Bezskutecznie.  

W domu było bardzo ciepło, w salonie na kominku płonęły szczapy drewna. Zdjąłem marynarkę. W przepoconej koszuli i z pistoletem pod pachą wyglądałem jak filmowy glina. Gospodyni zapytała czy czegoś się napiję. Rozsiadłem się na skórzanej kanapie i poprosiłem o piwo, na co uniosła brwi. Poszła do kuchni, przyniosła mi Żywca i czystą szklankę, po czym poszła po męża. 

Kozłowski na mój widok zaczerwienił się na świńskiej twarzy. 

- Dzień dobry panie Kozłowski – powiedziałem poważnym tonem i wstałem z kanapy, żeby podać mu rękę. – Przepraszam za najście, ale sprawa jest poważna. Chodzi o wagon węgla, który ktoś ukradł na pana hali produkcyjnej. Proszę siadać. Pani również. 

- Jaki wagon węgla do chuja? – wymamrotał Kozłowski, ale usiadł na wskazanym przez mnie miejscu. Pani Kozłowska wzięła ze stolika niedopity kieliszek wina i usiadła po mojej drugiej stronie, zakładając nogę na nogę. 

- Pamięta pan, jak zgłaszał pan kradzież dwa miesiące temu na komendzie? Otóż właśnie śledztwo stanęło w martwym punkcie i potrzebujemy pana pomocy. 

- Ach tak… Śledztwo… – Trybiki w łysej głowie zaczęły się obracać i widać było, że klient zaczyna współpracować. Pociągnąłem zdrowo z butelki. 

- Czy pani o tym wiedziała? – zwróciłem się w stronę małżonki. 

- Nic a nic – odpowiedziała szybko. Wpatrywałem się chwilę w jej oczy próbując nie zjechać wzrokiem w dół, na cycuszki. 

- Będę musiał panią przesłuchać. Zgodnie z polskim prawem nie może pani zeznawać w jednym pomieszczeniu z małżonkiem. – Odwróciłem głowę w stronę Kozłowskiego. – Czy mógłby pan nas zostawić samych? 

Wybałuszył na mnie gały, jakby chciał zapytać: Co ty odpierdalasz? Ale pokiwał głową i wystękał: „Oczywiście, oczywiście…” Po czym wstał, wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Znakomicie odegrał swoją rolę, jak na naturszczyka. 

Wstałem, zbliżyłem się do pani K. i odgarnąłem z jej twarzy kosmyk włosów. Teraz to ona wytrzeszczyła oczy. Nachyliłem się w jej stronę i pocałowałem ją. Długo i namiętnie. Wsunęła mi język do ust. Opadłem z powrotem na swoje miejsce na kanapie i wychyliłem pół butelki piwa na raz. 

- Co z ciebie za chory zboczeniec? – zapytała bez ogródek. 

- Nie jestem policjantem – powiedziałem. Też nie byłem fanem ogródek. 

- Co ty nie powiesz. 

Dopiła swoje wino i podeszła do barku, żeby sobie dolać. Ja dopiłem piwo. Usiadła koło mnie. 

- Twój mąż wynajął mnie, żebym zdobył dowody na to, że go zdradzasz. 

Wpatrywała się we mnie przez chwilę. Nie wiedziałem co zrobić z tą ciszą, więc pocałowałem ją jeszcze raz. Położyłem rękę na jej nagim udzie i posunąłem ją w górę, aż do majtek. Wplotła palce w moje włosy. Trwaliśmy tak chwilę miziając się i liżąc, gdy rozległo się pukanie do drzwi. 

- Jeszcze chwilę! – Krzyknąłem w stronę drzwi. – Proszę nie podsłuchiwać, to niezgodne z prawem! 

Pani Kozłowska zachichotała jak mała dziewczynka. Złapałem ją za tyłek i pociągnąłem w swoją stronę, drugą ręką rozpinając rozporek. Usiadła na mnie okrakiem i odsunęła majtki na bok. Zdjąłem z niej sweterek. Nie miała pod spodem stanika. 

- Chcesz powoli kotku? – zapytałem, na co pokiwała głową. Przymknęła oczy i zaczęła pocierać palcami swoje sutki. Posunąłem ją głęboko, powoli, raz, drugi i trzeci, gdy nagle drzwi do pokoju rozwarły się z hukiem i do środka wpadł Kozłowski. Miał na twarzy obłęd, jakiego nie widziałem nigdy na twarzy człowieka. Może wściekłe psy, albo wilki mają taki wyraz na pyskach, ale nie ludzie. 

- TY KURWA JEBANY GNOJU! ZAJEBIĘ CIĘ KURWA! – Zaczął się wydzierać i runął w moją stronę niczym szarżujący byk. 

Jego żona rzuciła się na bok, jedną ręką sięgając po sweterek. Ja, ze sterczącym kutasem, zamglonym spojrzeniem i gotowy w każdej chwili wystrzelić w sufit materiałem genetycznym, zapomniałem że mam pod pachą klamkę. Tłuste paluchy objęły moją szyję gotowe zmiażdżyć tchawicę. Złapałem go za nadgarstki, żeby zerwać uścisk. Sturlaliśmy się z kanapy na dywan, wywracając stolik i rozlewając wino pani K. 

Nie mogłem się wygramolić spod tłustego cielska dyrektora. W dodatku jego ręce zacisnęły się niczym stalowe obcęgi. Ślina ciekła mu z ust prosto na moją twarz. Zacząłem tracić przytomność. Sięgnąłem lewą ręką pod pachę i z trudem odpiąłem pasek zabezpieczający pistolet przed wypadnięciem z kabury. Wyjąłem ciężki, metalowy przedmiot, wziąłem zamach. Straciłem wizję. Oddech Kozłowskiego, krzyki jego żony, ucisk na brzuchu, wszystko stawało się co raz bardziej odległe. Uderzyłem na oślep, wkładając w to całą siłę jaka mi została. 

Uścisk na szyi zelżał, ogromny ciężar przygniótł mi klatkę piersiową. Wziąłem płytki wdech, zakaszlałem. Mało brakowało a udusiłbym się pod nieprzytomnym ciałem mojego klienta. Na szczęście gospodyni pomogła mi zepchnąć go na bok. 

- Zabiłeś go – powiedziała. Mało mnie to w tym momencie obchodziło. Próbowałem nabrać powietrza przez zmaltretowaną szyję.  

Schowałem pistolet do kabury, usiadłem na kanapie i czekałem aż przed oczami przestaną mi migać białe plamy. Kozłowska klęczała nad mężem, szukając pulsu wśród podbródków. 

Podszedłem do niej, złapałem dyrektora za nadgarstek, pod palcem wskazującym poczułem szybkie tętno. Nie odzywając się słowem wyszedłem z domu, wsiadłem do Opla i odjechałem.


Tagi:


Kusy
miecz
miecz
Posty: 366
Zobacz teksty użytkownika:

Kamiński na tropie

Post#2 » 1 paź 2020, o 13:45

To dobre jest, hehe. Zabawne.


Autor tematu
Mszczuj
rapier
rapier
Posty: 486
Zobacz teksty użytkownika:

Kamiński na tropie

Post#3 » 1 paź 2020, o 17:16

Dzięki za komentarz, Kusy. Cieszę się, że się podobało.

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 13 gości