Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

"Łzy życia" [rozdziały 1-60]

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 15

Post#21 » 18 wrz 2018, o 19:59

Przewód sądowy rozpatrujący sprawę zabójstwa Benjamina Storcha rozpoczął się półtora roku po dokonanym przestępstwie. Takie opóźnienie nie było niczym nadzwyczajnym w kraju przeładowanym wszelkiego rodzaju procesami. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że do rozprawy doszło stosunkowo szybko. Zwłaszcza że nieoczekiwana ucieczka młodocianego zabójcy z aresztu domowego nie mogła, naturalnie, pomóc w przyspieszeniu formalności prawnych.  

Ujęto go dopiero po prawie sześciu miesiącach, w sierpniu 2006 roku, w dużej dyskotece, gdzie sprowokował pod wpływem alkoholu burdę, pobił jakiegoś młodzieńca, a chłopcom z ochrony, którzy oddali go w ręce policji, odgrażał się, że załatwi ich jak Blondasa.  

Rozpoznany na komisariacie jeszcze tej samej nocy (nie miał przy sobie żadnych dokumentów, za to kilkaset euro niewiadomego pochodzenia, i podawał się za Włocha) wylądował w najbliższym zakładzie penitencjarnym, gdzie pozostał już do dnia rozprawy.  

Postępowanie sądowe rozpoczęło się i zakończyło tego samego dnia.


Tagi:

Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 16

Post#22 » 18 wrz 2018, o 23:42

Elvis znowu miał swój gang.  

Grupa była bardziej liczna od poprzedniej i składała się z samych twardzieli i zdeklarowanej recydywy. Ze starej ferajny doszlusował jedynie Karl.  

No i dobra! Reszty bojaźliwych, zdradliwych śmierdzieli nie potrzebował.  

Wtedy, przed kilkunastoma miesiącami, nie wytrzymał z wyczekiwaniem na postępowanie sądowe i dał w końcu nogę z aresztu domowego. Po około pół roku został aresztowany na dyskotece. Tym razem zapuszkowali go w kozie, gdzie pozostał już do dnia procesu. Siedem miesięcy. I tak było dobrze, zważywszy na późniejszy, zdumiewająco łagodny, wyrok.  

Oczekując w pudle na swoją rozprawę, poznał kilku chłopaków, dzięki którym – po ogłoszeniu zaskakującego, również dla niego, werdyktu i wyjściu na wolność – mógł nawiązać obiecujące kontakty. Wyrok w zawieszeniu nieco Elvisa rozczarował. Nastawił się bowiem na zdobywanie w więzieniu ostróg – niezbędnych w kryminalnej działalności na wielką skalę, jaką od dłuższego czasu planował. Na sali sądowej mówił bardzo przekonująco o swoich wyrzutach sumienia, o żalu z powodu popełnionego zabójstwa; prosił gorąco o przebaczenie nieobecnego ojca Blondasa (nigdy go nie widział); matki przepraszać nie musiał – podobno kopnęła w kalendarz.  

Z premedytacją, zamierzając wziąć sędzinę na łzy, zaczął świadomie opowiadać o (prześladujących go istotnie) koszmarach sennych z udziałem Blondasa. Tak się wczuł w rolę gnębionej przez sumienie, zbłąkanej czarnej owieczki, iż faktycznie udało mu się zalać rzewnymi łzami. Był z tego dumny. Słyszał, że tylko dobrzy aktorzy potrafią beczeć na zawołanie. Do swojej godnej pożałowania krótkiej przeszłości dorzucił pozbawione miłości, przegrane dzieciństwo w bezdusznej muzułmańskiej rodzinie. Mówiła o tym wcześniej psycholog, a on wykorzystał to, bezlitośnie pogłębiając zarzuty wobec rodziny i wyolbrzymiając jej winę, ile się tylko dało. Dobrze wiedział, że tak postępując odcina sobie powrót do Mustafów. Nie szczędził nikogo. Nawet Semy. Miał to gdzieś. Chętnie rozstanie się z nimi choćby i do końca życia.  

Obecni na Sali członkowie klanu najpierw słuchali z niedowierzaniem bezwstydnie przesadzonych oskarżeń. Choć był świadom, że przegina niemiłosiernie, robił to jednak z zadowoleniem. Chciał im zdrowo dowalić, wybielając jednocześnie siebie.  

Zaraz potem podniósł się rwetes.  

Męska część obecnych na sali członków rodu wyzywała go od najgorszych, groziła zemstą. Siedział ze spuszczoną głową – biedny, sponiewierany, opuszczony przez świat – i cieszył się w duchu, że ci durnie robią mu przysługę tym zajadłym ubliżaniem i wygrażaniem. W końcu przybyli tutaj jako wsparcie. Po jego oskarżeniach zapomnieli o tym i ogarnęła ich żądza odwetu. I, chcąc nie chcąc, wspierali go właśnie!  

Wuj Kujtim, jeden z najinteligentniejszych pośród Mustafów, zorientował się, że idą jego bezczelnemu bratankowi na rękę, więc uciszył rozjuszone towarzystwo jednym gestem i powiedział spokojnie lodowatym tonem: 

– Lepiej dla ciebie, abyś zgnił w więzieniu. Jesteś pękającym ropniem na zdrowym ciele rodu Mustafów. Musisz więc zostać wyciśnięty. Ambicją naszą będzie teraz ukaranie ciebie za splamienie honoru rodziny. A co to oznacza, wiesz dobrze!  

Wuj chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy dotarli doń porządkowi i przerwali groźby. Z pogardą spoglądając na oskarżonego – pisklę z własnego gniazda – cała trupa ponad dwudziestu krewnych z rozsierdzonym Ibrahimem na czele opuściła gmach sądu. Choć słowa wuja Kujtima spowodowały, że przeszły mu ciarki po plecach, Elvis zdawał sobie sprawę, że i ta wypowiedź była mu pomocna. Po niezwykle korzystnym dla niego werdykcie końcowym pożałował trochę swojego aktorstwa i brutalnego obciążania rodziny. Cieszył się przecież na krótką odsiadkę i zbieranie nauk od starych wyjadaczy. Po to wszakże upokarzał się przed sędziną, płacząc, skamlając i oczerniając najbliższych, aby nie dostać za dużo.  

A tu masz ci babo placek: ulitowali się nad nim, biednym młodocianym i… nie dowalili mu wcale. Dostał wyrok w zawieszeniu! Dużo mniejszą „zawieszkę” skasował Karl. A tego mazgaja Saszy w ogóle nie ukarali.  

Teraz był jednak zadowolony. Tych ponad dwieście dni w pace przed rozprawą pozwoliło mu na nawiązanie kontaktów, dzięki którym dochrapał się w końcu bandy, mogącej pomóc w realizacji jego planów. 

Przez pewien czas gang rozwijał się spontanicznie, bez jakiegokolwiek przewodnika. Elvis jako organizator grupy od początku starał się nadawać ton wszelkim wspólnym zamierzeniom. Po początkowych niesnaskach, kiedy wiodącą rolę w gangu próbował przejąć Wiktor – przesiedleniec z Białorusi i spec od kradzieży bryk – doszło jesienią do pojedynku wygranego spokojnie przez Elvisa, po którym jego ranga bossa została zapewniona.  

Po wyjściu na wolność zamelinował się u Karla, w jego zapuszczonej budzie; Schuster, od kiedy pogonił z domu swoich starych, nie miał nikogo, kto dbałby o porządek wokół niego.  

Elvis powrócił do treningów karate w swoim dawnym klubie. Trenował tym razem bardzo pilnie, na zajęciach nie wychylał się, był grzeczny i hamował swoją przewrażliwioną ambicję, powodującą wcześniej wpadanie w mściwą wściekłość, gdy przegrywał w treningowych barażach z bardziej doświadczonymi zawodnikami. Ograniczał się również z alkoholem. Czynił wyraźne postępy. Wyrobił się kondycyjnie – stał się bardzo sprawny, silny i szybki. Twardy trening ze znacznym akcentem na hartowanie nie tylko ciała, ale także ducha, podbudował dodatkowo jego pewność siebie.  

Na tym właśnie etapie z pomocą Karla i Hanysa zaczął montować nowy gang. Tego ostatniego zarekomendował mu w pierdlu „Wrzód”– bandzior, który w Stanach za swoje „zasługi” już dawno zaliczyłby czapę. Dał Wiktorowi baty, świadomie jednak nie poniżając zbytnio Białorusina. Jego przewaga w brutalnej bójce była tak przygniatająca, że mógł się nie obawiać kolejnych konfrontacji z innymi wątpiącymi: Wiktor uchodził za twardziela i zabijakę.  

Tak więc został zaakceptowany jako szef gangu. Nie bez znaczenia pozostawał oczywiście fakt, że zaszlachtował faceta i nawet nie zaliczył za to porządnej odsiadki.  

Postanowił przystąpić powoli do urzeczywistniania swoich wielkich kryminalnych planów. Nigdy nie zapomniał telewizyjnego reportażu o najgłośniejszym napadzie rabunkowym minionego stulecia. Zrabowano wtedy w Wielkiej Brytanii ponad – w przeliczeniu na dzisiejszą walutę – 60 milionów euro z przewożącego taką kasę pociągu. Również film – na kanwie tego wielkiego w świecie przestępczym wydarzenia – wywarł na Elvisie niezatarte wrażenie. Wiedział, że banda, która dokonała tego majstersztyku, składała się z bardzo inteligentnych ludzi, a zarazem fachowców w różnych branżach. Jego ludzie nie grzeszyli wprawdzie inteligencją, ale był wśród nich utalentowany haker – Thomas, a także Ian – specjalista od wszelkiego rodzaju zamków. Poza tym członkowie jego paczki, każdy jeden, byli facetami zdecydowanymi na wszystko i – jak oceniał – potrafiącymi zachować zimną krew w wymagającej tego sytuacji.  

Dlaczego więc i oni nie mieliby dokonać skoku dającego miliony? Chłopaki, których skupił wokół siebie, nie potrzebowali być Einsteinami. Wystarczyło, że on miał głowę na karku i potrafił nimi odpowiednio pokierować.  

Po objęciu przewodnictwa w grupie, skoncentrował się na planowaniu i realizacji mniejszych włamań jako treningu przygotowującego i sprawdzającego jego gang przed poważnym skokiem w przyszłości.


Mozets
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 256
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 16

Post#23 » 19 wrz 2018, o 10:21

Proza "Łzy życia" zawiera dużo autentycznych obrazów z życia krajów, które mając kłopoty z siłą roboczą i przyrostem naturalnym (w Szwecji; Szwedki nie chcą rodzić dzieci ani zajmować się domem, praniem, gotowaniem) ściągnęły na swoje terytoria mnóstwo bardzo młodych mężczyzn. Którzy nie znają języka, nie chcą się asymilować, żyją w dzielnicach do których autochtoni wolą nie wchodzić. Nawet policja z oporami tam wyrusza. Ci młodzi ludzi są sfrustrowani. Często są analfabetami, ale umieją obsługiwać bardzo drogie telefony. Mimo ,że dostają prawie wszystko za darmo, żądają samochodów, mieszkań i kasy. Palą publicznie flagę szwedzką, gwałca Szwedki i zabijają z byle powodu. Pracować nie umieją i nie chcą.Wyjaśnię w następnym komentarzu dlaczego.  

Powiem tylko o jednym zdarzeniu , które koreluje z "bohaterem" tekstu. 

Mój znajomy z Falun( Szwecja) Polak , członek klubu karate opowiedział jak do klubu przybył Afgańczyk i trenował wraz z nimi.  

Jednego razu przyjechał gościnnie z Nowego Jorku mistrz karate z jakimś najwyższym kolorem pasa. Pokazywał obronę przed nożem, kopnięciem, duszeniem itp. Afgańczyk zaproponował mu, że zaatakuje go drewnianym nożem. Mistrz zgodził się.  

Mistrz odparował kilka dość wymyślnych uderzeń i wtedy Afgańczyk pokazał swoją tajną broń wytrenowaną gdzieś w Azji. Udał ,że przerywa atak, mistrz dał się nabrać, wtedy muslim zadał mu w ułamku sekundy 3 ciosy w nerki . Mistrz stwierdził, że wszystkie były śmiertelne.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 17

Post#24 » 19 wrz 2018, o 22:47

Nagle w życiu Ralfa, zwłaszcza życiu wewnętrznym, coś zaczęło się zmieniać. Nastąpiło to po rozmowie, jego uzewnętrznieniu się przed Adamem. Wierzył już bez zastrzeżeń, że zawodowo istotnie trudnił się on wykonywaniem zabójstw na zlecenie. Była w nim bowiem klasa, inteligencja, rzeczowość oraz brak zarówno chwalipięctwa, jak i arogancji. Poza tym poznał jego zimne, niebezpieczne spojrzenie, potężny – świadczący o dużej sprawności fizycznej – uścisk dłoni i trzeźwą logikę rozumowania. A wszystko to pod powłoką przeciętnego, łysiejącego i banalnego wręcz z wyglądu faceta z zarysowującym się brzuszkiem. Dlaczego nie? Doskonały kamuflaż! Bez bliższego poznania nikt nie podejrzewałby w nim profesjonalisty i przestępcy wielkiego formatu, poszukiwanego przez policje wielu krajów. Wciąż nie mógł uwierzyć, że taki człowiek – osobnik działający poza nawiasem społeczeństwa i zabijający dla pieniędzy – zdobył jego zaufanie i dał kopa stymulującego zanikającą w nim stopniowo i nieuchronnie aktywność życiową.  

Ralf z trudem przyznawał: w tak tragicznym okresie przydarzyło mu się poznać, a co gorsza polubić, poszukiwanego – w co ani trochę już teraz nie wątpił – kilera.  

I ten właśnie handlujący śmiercią mężczyzna wyprowadził go z psychicznego, ślepego zaułka, zwracając życiu. Od zamordowania Bena ani razu nie rozważał możliwości odwetu na Mustafie. Rozpacz i ból dręczące go po utracie ukochanych ludzi, tłumiły wszelkie inne uczucia. Nawet nienawiść do człowieka będącego przyczyną tych wszystkich nieszczęść nie zdołała się przebić przez szalejącą w głowie Ralfa burzę nieustannego cierpienia i tragicznych, rwących bólem refleksji. Przez ponad dwa lata nie robił nic innego – pomijając bezcelowe wałęsanie się po kraju – jak uparte przyzywanie w pamięci najpiękniejszych chwil spędzonych z żoną i z synem. Jako że w pracy nie zdołał wykrzesać z siebie niezbędnego minimum energii i koncentracji, obligatoryjnych dla profesjonalnego leczenia pacjentów – zamknął praktykę.  

Zaraz po tym zaczął pić na umór i włóczyć się bez celu z miasta do miasta. Nie miał żadnych dokumentów, a wpadając czasem w oko stróżom prawa twierdził, że skradziono mu portfel z dowodem osobistym i paszportem. Zmyślał jakieś fałszywe nazwisko. Ponieważ obiecywał niezwłoczne wyrobienie nowego dokumentu tożsamości, policjanci nie zawracali sobie więcej głowy śmierdzącym menelem i Ralf, katowany wewnętrznym cierpieniem, dalej szwendał się po kraju bez żadnych planów. W końcu upadł tak nisko, że nocował w przytułkach dla bezdomnych, zaś resztki życiowej energii utrzymywał kaloriami z publicznych zupek dla biedaków, a wszystko to, podczas gdy jego konto opiewało na sumę blisko miliona euro!  

Któregoś dnia – około sześciu tygodni przed poznaniem Adama Degambe – ocknął się straszliwie obolały w obcym mu mieście między poprzewracanymi kubłami na śmieci.  

Był zakrwawiony, orzygany, a w kroku czuł własne, zaschnięte już odchody.  

Próbował się podnieść, ale jęknął tylko z bólu i zrezygnował, nadal leżąc w swoim smrodzie i beznadziei. Niejasno przypominał sobie obrabiające go ostatniego wieczora dwie pary ciężkich buciorów. Sięgnął do kieszeni, w której miał dzień wcześniej kilkanaście euro otrzymanych w urzędzie socjalnym. Pieniądze zniknęły. Nie zrobiło to na nim specjalnego wrażenia. Zresztą w tym kraju, tak czy inaczej, nie pozwolą człowiekowi umrzeć z głodu.  

Pomacał zbolałe ciało rękami chirurga i stwierdził, że ma prawdopodobnie złamane dwa, może nawet trzy żebra. Inne obrażenia uznał za powierzchowne.  

Spotęgował wysiłki postawienia siebie na nogi. Jednak, próbując przyjąć postawę wyprostną, przewracał się za każdym razem. Znowu leżał wyczerpany, dysząc ciężko. Było jeszcze ciemno. Po odgłosach rozpoznał, że zaczyna się kolejny dzień pracy. Nie był to więc weekend. Musiało być gdzieś między piątą a siódmą rano. Ponownie uświadomił sobie, iż pił wczoraj cały dzień z jakimiś przypadkowo poznanymi łachudrami. Czy to dwóch z nich tak go skatowało? Zresztą co za różnica, kto. Obojętne było mu też, że nie dokonał żywota tylko dzięki akurat łagodnym temperaturom tej doby.  

A miał dużo szczęścia! Przy mroźnej nocy w tym samym miejscu przed paroma dniami jeszcze, czy chociażby przedwczoraj, leżałby teraz sztywny i twardy jak indyk w zamrażalniku, i byłby od paru godzin nie mniej od niego martwy.  

Teraz skostniał wprawdzie z zimna, i choć kompletnie przemoczony (musiało w nocy padać) i głodny jak wilk, żył wciąż jednak.  

W tym momencie dotarło do niego, dlaczego nie może ustać na nogach. Nie było to wyłącznie następstwem pobicia. Od przynajmniej półtorej doby nie miał niczego w ustach oprócz alkoholu, a od dłuższego już czasu odżywiał się raz dziennie, czasem nawet raz na dwa dni. Zdumiewało go, że choć klei się do ziemi w obrzydliwym, bolesnym i cuchnącym upokorzeniu, dociera do niego uczucie głodu. Nie pamiętał, kiedy jego żołądek podobnie zdecydowanie domagał się swoich praw.  

Gdy walcząc ze słabością, ponownie usiłował się wyprostować, ktoś wkroczył pomiędzy kubły na śmieci. Jakaś niemłoda już kobieta. Odkryła go i krzyknęła z lekkim przestrachem. Upadając kolejny raz, Ralf był pewien, że ucieknie ona czym prędzej. Zamiast tego, ostrożnie podeszła bliżej, by przyjrzeć się leżącej na wznak, rzężącej, sponiewieranej istocie. Przykucnęła, zaglądając w kiepsko widoczną w marnym świetle pobliskiej latarni, zakrwawioną twarz. Zajrzała w słabo błyszczące w nikłej poświacie, głęboko zapadnięte na koszmarnie zmaltretowanym obliczu, oczy. Ralf nie miał pojęcia, co obca kobieta w nich dostrzegła, dość że zmieniła się raptem w kłębek energii. 

– Wstawaj, chłopie! Chyba nie chcesz tu sczeznąć jak ten pies ostatni.  

Mówiąc to, ujęła Ralfa pod pachy i z jej pomocą udało mu się wreszcie przyjąć postawę wyprostną godną osobnika homo sapiens.  

Mamrotał podziękowania, kiedy zrozumiał, że w dalszym ciągu przez kobietę podtrzymywany, popychany jest jednocześnie w kierunku niewyraźnego w półmroku, dość sfatygowanego budynku. Nie opierał się i Antje zaprowadziła go do swojego mieszkania. Tam wykąpała jak niemowlaka obcego jej mężczyznę, nakarmiła i położyła do czystej pachnącej pościeli, w której zasnął głęboko na dwanaście godzin.  

Antje zrobiła z niego znowu człowieka!  

Byczył się u troskliwej kobiety, spędzając z nią kilkanaście sielankowych dni. Była stanowcza i od początku nie pozwalała mu nawet na kropelkę alkoholu. Można go było wprawdzie nazwać pijakiem, lecz na szczęście nie zdążył stać się alkoholikiem. Niemniej w pierwszym okresie dochodzenia do siebie brakowało mu ciągle czegoś mocniejszego. Po tygodniu pijacka obsesja opuściła Ralfa. Cieszyło go to! Sam nie wiedział, dlaczego. Również wspomnienia Bena i Marii przechodziły jakoś częściej bokiem, oszczędzając psyche.  

Kochali się z Antje często. Czule i delikatnie, celebrując seks, jakby nigdy już nie mieli go zaznać. Nie tyle był szczęśliwy, co po raz pierwszy od tragedii czuł się naprawdę dobrze. Zaczął też, poznawszy jak ciężko przez lata doświadczana była Antje, z nieco innej perspektywy, bardziej neutralnie patrzeć na własną przeszłość.  

Antje nie wiedziała o nim nic. Rozmawiali godzinami (pogawędki z inteligentną kobietą sprawiały mu dużo przyjemności) o jej smutnych perypetiach życiowych, a także o wszystkim innym, tylko nie o nim. Była bardzo taktowna i zorientowawszy się, że Ralf nie jest skory do wynurzeń, dała spokój z indagacjami. Domyślała się jedynie, że musiał przeżyć coś strasznego. A potem któregoś dnia, gdy Ralfa ze zdwojoną siłą ponownie dopadł ból wspomnień, i kiedy Antje była na zakupach, ukradł gospodyni pięćdziesiąt euro i zniknął z jej życia bez słowa podzięki.  

Wiedział, że starzejąca się kobieta zaczyna darzyć go uczuciem. Przestraszył się i stchórzył, kiedy dotarła doń rosnąca także i w nim sympatia ku Antje. Chociaż dobiegała już czterdziestki, miała figurę, której nie powstydziłaby się dwudziestoparolatka. Pomimo zarysowującej się sieci zmarszczek, jej twarz promieniała swoistym urokiem, zaś spojrzenie wyrażało podbudowującą dobroć.  

Polubił tę kobietę!  

A nie chciał…  

Za skradzione pieniądze powrócił do domu.  

Już po kilku tygodniach stwierdził jednak, że nie jest w stanie zdzierżyć na miejscu ze swoimi, na nowo aktywnymi duchowymi mękami i świadomością, iż to tutaj… był kiedyś szczęśliwy. Wiedział też, że siedząc w domu prędzej czy później powróci do alkoholu.  

Więc podjął w banku pokaźną sumę gotówki i postanowił ot tak, spontanicznie, przelecieć się pierwszym lepszym samolotem gdzieś poza Niemcy.  

„Trochę wytworniejsza forma włóczęgostwa” – spuentował z ironią swoją żywiołową decyzję.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 18

Post#25 » 21 wrz 2018, o 00:26

Edgar Cosharov alias Boris Schmidt alias Roland Tussant et cetera, obecnie Adam Degambe, siedział w zatłoczonym terminalu lotniska i czytał gazetę. Cierpliwie czekał na opóźniający się lot. Tylko doświadczony obserwator odkryłby, iż ten znacznie już po trzydziestce, łysiejący mężczyzna z lekko zarysowanym brzuszkiem czyta, zarazem bacznie lustrując otoczenie. Niewiele uchodziło uwadze stalowych, przenikliwych oczu. Nie pasowały one w żadnym stopniu do pogodnej, dobrodusznej wręcz twarzy. Uznawszy, że jest bezpiecznie, Degambe oddał się swojemu nie do końca uświadomionemu hobby: psychologicznej analizie ludzi przypadkowo przebywających w tym samym, co on, pomieszczeniu. Nikt go bliżej nie zainteresował i byłby rozczarowany, gdyby nie szczupły, właściwie nawet chudy mężczyzna, pięćdziesięciolatek, siedzący w odległości około pięciu metrów diagonalnie względem niego. Gość był kompletnie siwy, a jego poorana jakąś tragedią twarz stawała się natychmiast uosobieniem bólu i cierpienia, gdy tylko nawiązano kontakt z szarymi, pełnymi smutku i beznadziei, zapatrzonymi w coś w przeszłości oczami. Nie, pięćdziesiątki nie będzie jeszcze miał, jest dobrze po czterdziestce, zawyrokował Adam. Swój dramat przeżył nie tak dawno, co dodało mu ładnych parę lat. Wyglądało na to, że ciągle jeszcze nie otrząsnął się ze swojego kataklizmu życiowego, cokolwiek by to było.  

Jak dotąd Adam Degambe nie musiał się trapić jakimś poważnym, dotyczącym go osobiście życiowym nieszczęściem. Swoich rodziców ani ewentualnego rodzeństwa nigdy nie miał okazji poznać i dawno już nie pragnął zmieniać tej odwiecznej sytuacji. Marzył o tym jedynie przez krótki okres dzieciństwa – zmuszony do ponurej, pozbawionej ciepła domowego i autentycznej miłości, egzystencji w sierocińcu. Jak sięgał pamięcią nikogo nigdy nie kochał, nie zamierzał pokochać, i nie sądził – po tym wszystkim, czego się w życiu dopuścił – by w ogóle był jeszcze zdolny do wyższych uczuć. Nie miał i nie szukał przyjaciół. Wegetował sam dla siebie, a mimo to – tak uważał – nie był większym egoistą niż inni mu współcześni.  

Adam był bardzo oczytany, miał talent do języków obcych i znał ich kilka, co było bardzo przydatne w jego profesji. W profesji tej niewiele mniejsze znaczenie od inteligencji miała sprawność fizyczna, a tej Adam nigdy nie zaniedbywał. Nie, nie… nie odwiedzał klubów sportowych czy siłowni. Nie mógł sobie na to pozwolić ze względów bezpieczeństwa. Zwłaszcza że osiągnięta sprawność fizyczna stawiała go swoją jakością w jednym szeregu ze sportowcami wyczynowymi. Zbytnio rzucałby się w oczy! Nie, żadne publiczne spotkania na sportowym polu nie wchodziły w jego przypadku w rachubę. Wystarczy, że biegał, napotykając od czasu do czasu innych ludzi; robił to zresztą zawsze w bezpiecznej odległości od miejsca zamieszkania. Sprawność, siłę i szybkość trenował codziennie… w swoich aktualnych czterech ścianach. Czy to w jego niewielkim mieszkanku, czy w przypadkowym hotelu. Każdego dnia minimum godzinę. Przeciętny śmiertelnik nie zdaje sobie sprawy, że ćwicząc tak skromnie, ale konsekwentnie, można utrzymać się w formie na najwyższym poziomie. Zarówno podciąganie na drążku, jak i zwykłe pompki zawierają w sobie mnóstwo, różnie oddziałujących na układ mięśniowy wariacji. Szybko, wolno, pod tym lub innym kątem, przy użyciu dwóch bądź też jednej tylko ręki. I tym podobnie. Degambe po latach upartej, domowej zaprawy podciągał się wielokrotnie zarówno na prawej, jak i na lewej ręce; jeszcze swobodniej radził sobie z pompkami. W codzienny trening włączał także każdorazowo od dziesięciu do piętnastu minut sit-ups*, co oznaczało zwykle tysiąc i więcej powtórzeń hartujących mięśnie brzucha. Sit-ups zaniedbywał od czasu do czasu celowo. W tym okresie świadomie obficie (słodko i tłusto) się odżywiał; w ten sposób hodował dla kamuflażu małego maćka. Widoczny brzuszek nie dopuszczał myśli u przypadkowego obserwatora, by właściciel nadmiaru tłuszczu w talii mógł być mężczyzną o nadzwyczajnej sprawności fizycznej. Żył samotnie, ale interesowali go ludzie. Ich losy i przeznaczenia. Nie gardził nimi, jak niektórzy koledzy po fachu czy mafijni zleceniodawcy. Mało tego – istnieli mu współcześni, których szanował, a nawet podziwiał, choć nie zawsze do końca rozumiał. I nie były to bynajmniej postacie typu Rambo czy Terminator.  

Rzucał żebrakowi jałmużnę, nie dociekając, czy ten wyda pieniądze na alkohol. Przygodnym zagubionym, chętnie i nie żałując czasu, udzielał pomocnej informacji. Obce dziecko potrafił spontanicznie czymś obdarować… i, o dziwo, odczuwał znaczną satysfakcję, dokonując tego typu, wprawdzie drobnych, ale jednak dobrych uczynków. Był oczywiście świadom perwersji wynikającej ze sprzeczności występujących w jego postępowaniu. Profesjonalnie (i z wyboru) przyczyniał się bezpośrednio do rozlicznych ludzkich nieszczęść. Nie przeżywał tego, nie analizował, łatwo zapominał i wyłączał ze swojego prywatnego światka – cóż, taki fach wykonywał, koniec, kropka. Spał dobrze. Inaczej nie mógłby się trudnić tym, czym się trudnił. Zawodowo był chłodny, pozbawiony emocji i uczuć; doświadczony, inteligentny i wyrafinowany w tym, co czynił. Prywatnie – szary, nie rzucający się w oczy obywatel; życzliwy, pomocny, niekiedy wspaniałomyślny (wiedział, że to nic nadzwyczajnego, uwzględniwszy jego nabite przez lata, tłuste konto w Szwajcarii) i czujący się z tym wszystkim całkiem okay. Tam gdzie mieszkał od kilku lat, sąsiedzi lubili go, starsze sąsiadki niemalże – jak podejrzewał – kochały. Wiedzieli, że dużo służbowo podróżuje. Dzięki wrodzonej umiejętności odpowiedniego sterowania rozmową, nauczył ich nie zadawać zbyt wielu pytań. Przesadna, ale niezbędna ostrożność na każdym kroku i przy każdej czynności, umożliwiała mu tak długo pozostawać niezagrożonym w jednym miejscu. Z powodzeniem ugruntował w aktualnym miejscu zamieszkania opinię o sobie, jako podtatusiałym rozwodniku francuskiego pochodzenia z dziećmi gdzieś tam. Ot, taki tam miły sąsiad, niegroźny człowieczyna. I tak już ponad trzy lata. Trzy lata w tej pipidówie – kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Londynu. Odpowiadało mu to, mimo że oznaczało odpuszczenie ważnej w branży reguły. Reguły nieustannego ruchu; był już jednak zmęczony ciągłymi przeprowadzkami dla zatarcia śladów. Poza tym nie sądził, by groziła mu dekonspiracja. Jego obecny image nie mógł być w najmniejszym stopniu zbliżony do tego, jakim dysponował Interpol. I tak było dobrze. Bezpiecznie. Jedyne co posiadały służby bezpieczeństwa były jego odciski palców. Zdobyła je policja nowojorska za czasów, kiedy Adam mieszkał jeszcze ze swoim przybranym ojcem. Niczego jednak gliny z tego nie miały, jak długo nie natrafią na nie ponownie. A on był bardzo ostrożny z pozostawianiem gdziekolwiek jakichkolwiek śladów po sobie.  

Obserwował z dyskretnym zaciekawieniem siwego mężczyznę, którego oczy i ich oprawa przypominały mu kogoś znanego… piosenkarza, aktora, sportowca?  

Facet siedział całkowicie nieruchomo, wbiwszy wzrok w odległy, jemu tylko znany punkt z minionego czasu. Degambe nie był pewny, czy nie uległ złudzeniu, ale miał wrażenie, że po policzku mężczyzny spłynęła mała łza. 

– Pasażerowie czekający na opóźniony lot do Londynu z godziny dziesiątej czterdzieści pięć, proszeni są do przejścia numer trzydzieści dwa. Maszyna stoi gotowa do odlotu. Prosimy pamiętać o wszystkich bagażach – zabrzmiał nad głowami oczekujących miły kobiecy głos. Dwukrotnie. Najpierw po niemiecku, potem jeszcze raz w języku angielskim. 

Sala terminalu ożyła niemrawo niczym reanimowany z narkozy pacjent. Wywołani pasażerowie poczęli obładowywać się wszelkim możliwym sakwojażem, kobiety napominały dzieci, by trzymały się blisko, po czym maszerowano zgodnie, tworzącymi się spontanicznie małymi grupkami, we wskazanym kierunku.  

Choć był to jego lot, Adam siedział jeszcze jakiś czas w nadziei, że intrygujący obiekt jego podpatrywań również ruszy do przejścia numer trzydzieści dwa. W końcu podniósł się zawiedziony i pospieszył śladem innych podróżnych. Przyjął lukratywne zlecenie i musiał lecieć ze Szwajcarii (gdzie odwiedził swój bank) do Londynu. Stamtąd po ustaleniu z klientem – telefonicznym, rozumie się (budki telefoniczne były w jego przypadku podobnie istotnym elementem pracy jak dla agentów w szpiegowskich filmach sensacyjnych) – szczegółów umowy, udać się do USA celem zrealizowania zamówienia. Po pierwszym etapie niedługiej podróży do Wielkiej Brytanii, dla lepszego zatarcia ewentualnych śladów, dokonywał zbędnej w normalnych okolicznościach przesiadki w Hanowerze, która następowała właśnie teraz.  

W samolocie zajął miejsce w sektorze drugiej klasy, w ostatnim szeregu foteli i nie pod oknem, a przy przejściu. Zawsze tak rezerwował. Zazwyczaj starał się mieć możliwie wszystkich pasażerów przed sobą na oku. Niektóre miejsca były wolne, również to przy oknie po jego prawej. Rozglądał się niespiesznie, ale czujnie, by punkt po punkcie wyeliminować wszystkie możliwe niebezpieczeństwa. Prędko odkrył dwóch specjalistów do walki z piractwem powietrznym. Nie widział tych dwóch mężczyzn w poczekalni, a ich wygląd wymownie zdawał się świadczyć o tym, że są w stanie poradzić sobie z terrorystą nawet bez użycia broni palnej.  

„Gdybym zamierzał porwać samolot, rozwaliłbym najpierw was obu. Na lekcjach z konspiracji najwyraźniej wagarowaliście” – pomyślał zdegustowany.  

Po uznaniu położenia za niezagrożone, rozparł się wygodnie z zamiarem ucięcia sobie drzemki, kiedy spostrzegł, że do środka wkroczył jeszcze jakiś spóźnialski. Był to ów, tak mocno przyciągający jego uwagę, facet z poczekalni. Szedł teraz środkiem maszyny, rozglądając się za swoją rezerwacją. Przystanął przy fotelu, parę kroków przed Adamem. W sąsiedztwie miejsca spóźnionego pasażera rozwalił się korpulentny jegomość, który zdążył już rozlokować laptopa i inne swoje klamoty obok, na wolnym do tej pory siedzeniu. Widząc, że mężczyzna zatrzymał się właśnie przed nim, facet z nadwagą zaczął z demonstracyjną i widoczną także dla innych pasażerów niechęcią, oswabadzać fotel ze swojego majdanu.  

Wyłapawszy wzrok siwego, Adam skinął mu przyjaźnie, wskazując ruchem podbródka wolne miejsce przy oknie po swojej prawicy. Ostatni przybyły podróżny przyjął po krótkim wahaniu zaproszenie, podszedł i wrzucił niewielką walizeczkę na regał nad głowami siedzących. Zatrzasnął schowek, po czym – przecisnąwszy się między oparciem a kolanami uprzejmego pasażera – usiadł na zaoferowanym miejscu przy owalnym okienku, które, choć w samolocie, zawsze przywodziło na myśl Degambe okrętowy iluminator.  

Siwy natychmiast zatopił wzrok na zewnątrz w obszernej scenerii pełnej samolotów.  

Gruby sapnął gniewnie, jakby zrobiono mu właśnie potężne świństwo.  

Po chwili zaproszony przez Adama gość, nie odwracając twarzy od widoku na płycie lotniska, rzucił cicho: 

– Dziękuję.  

Adam, zaskoczony nieco, postanowił kuć żelazo póki gorące. 

– Och… każdy by tak postąpił.  

Tym razem intrygujący współrozmówca popatrzył na niego otwarcie, uśmiechając się lekko. Sympatyczny łobuzerski uśmiech, zauważył zabójca na zlecenie. 

– Nie sądzę – Siwy wskazał nieznacznym gestem na tęgiego jegomościa, po czym powrócił do obserwacji przesuwającej się teraz powierzchni lądowiska.  

Samolot kołował na pas startowy.  

Znajdowali się na wysokości ponad trzydziestu tysięcy stóp, kiedy Adam ocknął się z niedługiej drzemki. Rzucił kątem oka na dziwnego towarzysza podróży. Siedział on niewzruszenie wpatrzony przed siebie, dokładnie tak, jak to zapamiętał przed zaśnięciem.  

– Człowieku, co się z panem dzieje? – Nie wytrzymał. – Wygląda pan jakby się pańska dusza za życia w piekle smaliła.  

Siwy nawet nie drgnął. Adam zwątpił już, czy mózg milczącego mężczyzny w ogóle zarejestrował jego słowa. 

– Bo się smali… – odparł nieoczekiwanie siwy dżentelmen stłumionym, ale wyraźnym głosem. I zanim Adam zdążył cokolwiek powiedzieć, zapytał: 

– Obserwuje mnie pan od dłuższego czasu. Jest pan z policji?  

Zaproszony na wolne miejsce obok sąsiad patrzył mu teraz prosto w oczy. Natarczywie i chłodno; wyczekująco.  

Adam dawno już nie czuł się tak zbity z pantałyku. Wytrzymał jednak wnikliwe spojrzenie intrygującego go człowieka. Z fascynacją zagłębił się w niezwykłych oczach. Odczytywał w nich nieznaną mu tragedię tajemniczego pasażera. I raptem, z niepohamowaną siłą, ponownie zapragnął poznać historię tego dziwnego mężczyzny, na którego zwrócił uwagę na lotnisku. Patrząc w jasnoszare oczy towarzysza podróży – Kevin Costner, olśniło go – poczuł się rozszyfrowany, niezdolny do kłamstwa. Imponował mu wpływ, jaki miał na niego ten obcy w końcu człowiek. Podziw Degambe wzbudziło, że choć w poczekalni tylko raz przechwycił wzrok siwego, facet – z całą pewnością amator – doskonale wyczuł jego dyskretną inwigilację. Musiał zdobyć zaufanie tego nietuzinkowego mężczyzny o silnej osobowości, dzielącego z nim miejsce w maszynie do Londynu. Ale jak zdobyć zaufanie kogoś tak niestereotypowego? Chyba metodą równie nieszablonową… Tak, nagle wiedział, co zrobić. Choć to niebezpieczne i wbrew regułom. Chętnie się jednak bawił w psychologa oraz lubił ryzyko, a poza tym polegał na swojej intuicji. „Niepospolici ludzie wymagają niekonwencjonalnych metod” – podsumował w duchu. 

– Nie, nie jestem gliną… – zawahał się raz jeszcze. Musiał jakoś zgrabnie określić swoje zajęcie. – Trudnię się eliminowaniem… niewygodnych. Profesjonalnie.  

Po raz pierwszy wyraz twarzy i oczy Siwego zamanifestowały odrobinę zainteresowania.  

– I jako płatny zabójca obnosi się pan z tym przede mną, obcym panu człowiekiem. Nie sądziłem, że jest to symptomatyczne dla waszego fachu. Teraz pojmuję, dlaczego jesteście tacy nieuchwytni dla depczących wam po piętach tabunów policji i tych wszystkich innych organów ścigania na całym świecie: puszycie się wszem i wobec swoją działalnością, dzięki czemu odwracacie od siebie uwagę tropiących.  

Obrócił głowę do owalnego okienka, dodając obojętnym tonem: 

– Podobnej bzdury dawno nie słyszałem.  

Adam roześmiał się swobodnie. I z ulgą. Zdołał wciągnąć w rozmowę tego interesującego czterdziestoparolatka! Czuł też, że mężczyzna skłonny był mu wierzyć. Inaczej nie zniżyłby tak diametralnie głosu, za co był mu zresztą wdzięczny. Postawa nieznajomego jednak znowu zbiła go z tropu. Ten naznaczony cierpieniem człowiek przyjął wyznanie Adama, jakby się właśnie dowiedział, że ten dorabia sobie… roznosząc gazety czy handlując kartoflami. 

– Zwykle nie pozwalam sobie na podobne zwierzenia – rzucił zimno, przestając się uśmiechać. – Z profesjonalnego punktu widzenia nie jest to oczywiście mądre… za to niebezpieczne.  

Ich spojrzenia zetknęły się ponownie i Ralf odczytał z oczu mężczyzny, że ten zdecydowanie i bez wahania zastosowałby w razie zagrożenia znane mu „metody profilaktyczne”.  

Towarzysz Degambe znowu pogrążył się w milczeniu. Najpierw wyglądało na to, że zamierza zakończyć konwersację. Adam zauważył jednak, iż tym razem nie gapi się on już przed siebie tępo w masochistycznym cierpieniu, a głęboko nad czymś zastanawia.  

Siwy otrząsnął się z zadumy i znowu zaskoczył go, niespodziewanie wyciągając rękę. 

– Nazywam się Storch. Ralf Storch.  

I ściskając rękę gościnnego współpasażera dodał, lustrując wymownie nowego znajomego: 

– W moim przypadku dane te odpowiadają prawdzie.  

Degambe uśmiechnął się. 

– Adam Degambe – przedstawił się, odwzajemniając równie krzepko silny uścisk dłoni Storcha. – Mam panu okazać paszport, Ralf? 

– Och… nie mam wątpliwości, iż przedstawił się pan zgodnie z danymi w dokumentach tożsamości.  

Po paru sekundach dodał cierpko: 

– Naturalnie mam na myśli pańskie AKTUALNE dokumenty.  

Na obliczu Adama zakwitł kolejny lekki uśmiech.  

Zamilkli obydwaj.  

Milczenie trwało parę minut.  

I raptem Ralf zaczął opowiadać. Rozkręcając się powoli, opisywał swoją tragedię – miejscami rzeczowo i ze swadą, miejscami chaotycznie, przepełniony emocjami i bólem. Język opowiadającego był bogaty, inteligentny i pozbawiony patosu. Adam śledził relację Storcha z uwagą zainteresowanego lekcją ucznia. Ich boeing lądował na lotnisku Heathrow, a Ralf, jak w transie, nieprzerwanie relacjonował minione przeżycia. Po raz pierwszy od śmierci Bena opowiadał komuś swoją historię. Komisarza Ernsta kierującego dochodzeniem przeciwko Mustafie doprowadzał do szału swoim milczeniem i obojętnością na wyniki śledztwa. Teraz zrozumiał, że w podświadomości dawno pragnął podzielić się z kimś swoją udręką. Przed kimś wypłakać i oczyścić duszę z ponurych demonów szlachtujących jego psyche. Nie chciał już więcej przeżywać w snach – ciągle od nowa – najróżniejszych wersji śmierci syna i Marii. Ten obcy człowiek, Adam Degambe – jak chciała ironia losu: zabójca na zlecenie – okazał się nieoczekiwanie wdzięcznym słuchaczem. Rzucał od czasu do czasu pasujący, taktowny wtręt, stymulując wręcz Ralfa do najintymniejszych wyznań z jego drogi krzyżowej.  

Chirurg przerwał, kiedy przyszło zbierać się do wysiadania. Adam wręczył mu dyskretnie chusteczkę i Ralf, nie zważając na zdziwione spojrzenie zażywnego pasażera (gruby spostrzegł jego łzy oraz gest sąsiada i przez moment sprawiał nawet wrażenie, jakby zamierzał podejść i coś powiedzieć) osuszył starannie wilgotne policzki.  

Opuścili samolot i po przejściu rutynowej kontroli celnej udali się do najbliższego przylotniskowego baru. Tam dokończyli niedokończone. Doprowadziwszy swoją historię do końca, Storch poczuł niemal ekstatyczną ulgę. Jakby uwolnił się właśnie od pokaźnej części ogromnego balastu, zwalając ją na barki Degambe.  

Adam, sumienny w brudnej robocie, z powodzeniem oddzielał dotąd aspekty życia zawodowego od nudnej zazwyczaj, prywatnej codzienności. Ale w obu tych światach kierował się dotąd neutralnością i bezemocjonalnością. Dlatego też nie podobało mu się za bardzo, że historia Storcha poruszyła w nim uczucia, których – nawet jeśli je u siebie podejrzewał – zwykle nie dopuszczał do głosu. Za szczególnie niepokojący uznał fakt, iż zaczynało mu chodzić po głowie, żeby zrobić coś dla tego człowieka. Dawało też o sobie znać uczucie lekkiej zazdrości o miłość, jaką Ralf tak bezwarunkowo darzył żonę i syna. Minęły już grubo ponad dwa lata, od kiedy ich stracił, a on nadal nie mógł pogodzić się z tą jego tak wielką, osobistą przegraną. Wciąż żył wspomnieniami o nich, ciągle byli dla niego oczkiem w głowie. „Historia w gruncie rzeczy banalna” – myślał Adam. „Mnóstwo podobnych tragedii zdarza się na tym bezwzględnym świecie każdego dnia”. A jednak usłyszany dramat życiowy poruszył w nim struny sympatii i współczucia dla Storcha. Odgadywał, skąd się to brało. Nie przeżył dotąd czyjegoś dramatu tak bezpośrednio. Nie przypominał sobie, aby ktoś mu się kiedykolwiek otworzył tak ufnie i całkowicie w całym bezmiarze swojego bólu. Adam miał oczywiście świadomość cierpień, na jakie skazywał bliskich swoich ofiar. Były to jednak tragedie rozgrywające się daleko od niego, a przez to i abstrakcyjne. Jeden jedyny raz okoliczności sprawiły, że rozmawiał krótko z żoną (a raczej wdową) biznesmena, którego zastrzelił nieco wcześniej w Paryżu, kiedy ten w doskonałym humorze opuszczał ekskluzywny burdel. Początkowo poczuł się nieswojo. Kobieta na owym party nie miała naturalnie pojęcia, że rozmawia z zabójcą swojego męża. Sprawiło mu ulgę, a w końcu nawet rozbawiło, kiedy ta świeżo owdowiała niewiasta dała (na lekkim rauszu) wyraz rozczarowaniu faktem odebrania jej możliwości własnoręcznego dokonania zbrodni na „tej egoistycznej, zakłamanej kanalii”. Zresztą facet tak czy siak nie miał przed sobą długiego życia. Za głęboko wlazł w interesy z włoską mafią i za dużo wiedział, nie należąc jednocześnie do żadnej z rodzin. Bogiem a prawdą od początku był przegrany.  

Teraz, skonfrontowany oko w oko z rozpaczą kochającego ojca i męża, Adam spróbował sobie wyobrazić siebie samego na jego miejscu. Nie bardzo jednak dawał radę z własnym wyimaginowanym wizerunkiem przykładnego małżonka i oddanego bez reszty potomstwu rodzica. 

– Nie do wiary, że ten cały Mustafa wywinął się wyrokiem w zawieszeniu – odezwał się, kiedy przemilczeli jednego drinka i barman nalał im kolejnego.  

W knajpce, jak na tak wczesną porę dnia, było stosunkowo tłoczno. Czy ci wszyscy mężczyźni tutaj, przychodzą, by przy szklaneczce whisky roztrząsać swoje problemy? 

– Z drugiej strony wiem z doświadczenia, że w tym kraju to możliwe – kontynuował.– Szczególnie w stosunku do młodocianych.  

Ralf patrzył ponuro na rozkołysane kostki lodu w bursztynowym trunku. 

– I co dalej, Ralf? Co zamierzasz? 

– Albo znajdę drogę powrotną do życia, albo strzelę sobie w łeb. Nie mam już sił dalej się zadręczać. 

– A zatem, żeby się nie wykończyć, potrzebujesz jakiegoś nowego celu w życiu; czegoś, na czym mógłbyś skoncentrować całą swoją uwagę, a co jednocześnie nadałoby sens twojej dalszej egzystencji. 

Ralf łypnął na niego posępnie sponad szkła ze szkocką marki Chivas Regal. 

–Taak…? – mruknął z nutką ironii w głosie. – Mam się zająć filatelistyką? 

– Nie… Zemstą! 

 

* Sit-ups (ang.) – ćwiczenia mięśni brzucha, brzuszki.


Mozets
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 256
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 18

Post#26 » 21 wrz 2018, o 10:33

Zemsta jest rozkoszą bogów. /Bykowski/ 

Jednak nie jesteśmy bogami. I nie daje nam to tak szerokiej perspektywy co bogom. Nie możemy już nic więcej zrobić obiektowi zemsty. I dalej cierpimy. Bo powód dla którego dokonaliśmy zemsty już zniknął. Wtedy wypadałoby umrzeć. Tak byłoby najlepiej- bo wtedy w zaświatach spotkalibyśmy znienawidzonego ducha. Ale co wtedy? Drugi raz nie moglibyśmy go już zaciukać... najwyżej spojrzeć mu w oczy duszy. By zrozumiał bezsens zła. 

Czy Clint Eastwood na westernie - po dokonaniu zaplanowanej w szczegółach totalnej zemsty odjeżdża w kierunku zachodzącego słońca szczęśliwy? Czy jeszcze bardziej mroczny. My widzowie , czytelnicy cieszymy się zło zostało wdeptane w kurz i błoto. Czujemy ulgę. Bo chcemy wierzyć w sprawiedliwość. Na Ziemi jednak nie ma sprawiedliwości. Jedyna sprawiedliwość jest na cmentarzu. Tam wszyscy są równi. I nic im z marmurowego nagrobka. Tyle samo jest wart dla nieżywego co kilka sosnowych desek i trawa nad głową. Jedyne co by nas uspokoiło to takie samo cierpienie w duszy naszego krzywdziciela, zrozumienie złego uczynku i chęć poprawy. Jak wyznanie dobrego łotra na krzyżu. W końcu życie to chwila w wieczności. Gdybyśmy potrafili wybaczyć stalibyśmy się równi Bogu. I ON uznałby to. 

Trudne zadanie przed Tobą Krzytawy. Ale coś czuję, że dasz sobie radę z dalszym ciągiem.  

Mozets.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 19

Post#27 » 21 wrz 2018, o 22:54

Zaczynało szarzeć.  

Był ciepły wieczór pierwszej dekady maja. Typowo wiosenna pogoda.  

Przybył tutaj przed prawie godziną i z przyjemnością przysłuchiwał się ptakom szczebioczącym radośnie w nisko stojącym słońcu. Po pewnym czasie, wraz ze zniknięciem za koronami drzew szkarłatnozłotej tarczy, świergoty ucichły.  

Bubu (więzienna ksywa), jego niezawodny od lat informator, i tym razem wypełnił precyzyjnie zadanie, które mu zlecił. Z zadowoleniem utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy w opustoszałym już parku w odległości stu kroków pojawiło się dwóch mężczyzn. Niebawem, w kilkuminutowych odstępach, dołączyło do nich jeszcze trzech innych.  

Znajdował się w bardzo niepopularnej – gnębionej przez wszelkiego rodzaju pasożyty społeczne i kryminalistów – dzielnicy Hamburga. Bubu bezbłędnie określił czas i miejsce spotkań członków bandy przed startem do ich szemranej działalności. Kiedy w zapadającym zmierzchu zaczął tracić z oczu obserwowany punkt zbiórki gangu, zaświeciły nieliczne sprawne latarnie.  

Adam ponownie przyłożył do oczu lornetkę. Stał pośród krzewów, ukryty za grubym pniem obficie rozgałęzionego klonu, niewidoczny dla szóstki (doszedł jeszcze jeden mężczyzna) śledzonych przezeń osobników. Czterech z nich odpowiadało opisowi informatora. Na temat dwóch pozostałych nie miał żadnych wskazówek.  

Było to obojętne.  

Interesował go wyłącznie Mustafa, a tego rozpoznał już w przybyłej na samym początku pierwszej parze młodych ludzi. Elvis był najdrobniejszy w grupie. Adam szybko ustalił, że Bubu miał rację. Zabójca Benjamina okazał się wprawdzie pośledniejszej postury niż pozostali członkowie gangu, najwyraźniej jednak dowodził szajką tych podejrzanych indywiduów. Teraz mówił coś spokojnie do w większości starszych od niego mężczyzn. Ci słuchali, a kiedy ich smagły przywódca skończył, zaczęli gestykulować i spierać się o coś między sobą.  

Adam zmieniał właśnie pozycję obserwacyjną przy pniu drzewa na wygodniejszą i przekładał lornetkę do lewej ręki, gdy za plecami – bezpośrednio za nim – rozległo się znienacka jazgotliwe ujadanie jakiegoś kundla. Drgnął, upuszczając lornetkę na ziemię. Zamachnął się nogą w kierunku niewielkiego, majaczącego tuż za nim, szczekającego psiaka. W odpowiedzi na ten nieprzyjazny gest zwierzę zaskowyczało jak obdzierane ze skóry i popędziło z podkulonym ogonem na przełaj przez polanę. Kundelek wybiegł na asfaltową alejkę, gdzie dobrze oświetlony przez pobliską latarnię, stał się widoczny dla Mustafy i jego bandy.  

Miał ich znowu w wizjerze swoich silnych szkieł. Wszyscy oni spoglądali w kierunku nieoczekiwanego hałasu, aż ujrzeli przerażonego pieska. Ten spostrzegł ich nieco później i zatrzymał się niezdecydowany paręnaście metrów przed grupą nieznanych mu ludzi otaczających parkową ławkę i blokujących ścieżkę, którą pędził. Adam analizował uważnie reakcję obserwowanych mężczyzn i doszedł do wniosku, że nie słyszeli jednak upadającej lornetki (w jego odczuciu stuknęła dosyć głośno o wystający korzeń drzewa) oraz że nie łączą z nagłym psim lamentem jego obecności. Odprężył się, oparł wygodniej o drzewo i, patrząc przez soczewki powiększające, czekał. Miał zamiar tego wieczora tak długo niepostrzeżenie deptać im po piętach, a w razie konieczności i w nocy, aż zaczną się kiedyś rozstawać i Mustafa zostanie w końcu sam. Na rzuconą przez kogoś z grupy Elvisa puszkę po piwie pies zareagował kolejnym żałosnym skowytem i pomknął przed siebie, oddalając się przezornie zarówno od grupy przy ławce, jak i od stanowiska Degambe. Ukryty za drzewem mężczyzna skonstatował, iż Elvis powiedział coś do towarzyszy, na co ci odpowiedzieli zgodnym rechotem. Następnie sięgnął do rozporka i zagłębił się w pobliskich zaroślach, przestając być widocznym. Uparcie nie spuszczał z oczu obleganej ławeczki, aż trenowany przez lata instynkt samozachowawczy zasygnalizował mu nagle, że coś jest nie tak.  

Mustafy nie było zbyt długo jak na załatwienie drobnej potrzeby fizjologicznej! Cichy szmer za plecami uzmysłowił mu popełniony błąd: chłopak odgadł jego obecność! Nie docenił gnojka! W tym samym ułamku sekundy – nie odwracając się – przypadł do ziemi zwinnie jak łasica, w ostatnim momencie czując i słysząc silne uderzenie prześlizgujące się po jego karku i lądujące z głuchym łoskotem na pniu drzewa. Z ust napastnika rozległ się przytłumiony syk bólu i rozczarowania. Wyskakując błyskawicznie z przyklęku, Adam wykonał półobrót i mierząc intuicyjnie w miejsce, gdzie powinna się znajdować głowa atakującego, rąbnął na odlew obydwiema rękami uzbrojonymi w małą, ale ciężką lornetkę. Niewiele większy niż półmetrowy odstęp pomiędzy walczącymi nie pozwolił na pełne wyprowadzenie morderczego ciosu. Mimo to Elvis – trafiony dokładnie w podbródek – zwalił się ciężko u stóp Degambe. Adam dopadł leżącego, chwycił za gardło i wziął zamach do unieszkodliwiającego uderzenia, jednak wyczuwszy bezwładność ciała pod sobą, poniechał pierwotnego zamiaru. Usłyszał oddalone głosy. Poderwał się i rzucił okiem w kierunku kompanów Mustafy. Mężczyźni opuszczali leniwie ławkę, ruszając bez pośpiechu w stronę jego kryjówki. Gestykulowali, krzycząc coś i śmiejąc się hałaśliwie.  

Po krótkim namyśle chwycił pod pachy nieprzytomnego chłopaka, postawił bez specjalnego wysiłku na nogi, po czym, podtrzymując bezwładne ciało, spojrzał do góry na rozłożyste drzewo. Głosy zbliżały się coraz bardziej. Z zimną krwią najpierw kopnął precyzyjnie – leżącą znowu w trawie – lornetkę pod pobliską choinkę. Niczym w kleszczach zamknął drobnego mężczyznę między korpusem a lewym ramieniem. Prawą ręką chwycił niższą z gałęzi, sprężył muskulaturę i w paru susach, z pomocą wolnych kończyn… brody i adrenaliny wdrapał się po konarach kilka metrów nad ziemię, gdzie przywarował w bardzo już obfitym jak na tę porę roku listowiu, możliwie stabilnie sadowiąc siebie i ofiarę w rozwidleniu potężnych odgałęzień klonu. Wiosenna, rozbuchana w utrzymującej się ciepłej i dżdżystej pogodzie, zieleń dawała niezłą kryjówkę. Krótko po tym, jak znieruchomiał z młodzianem na kolanach, ujrzał pod sobą zamazaną sylwetkę mężczyzny. Po chwili stracił go z pola widzenia – luka w listowiu była zbyt skromna dla szczegółowej obserwacji otoczenia. Mimo to rozpoznał, że ludzie Mustafy maszerowali szpalerem, w odstępach, robiąc tu i tam mały wypad. Ledwie ich widział – bardziej wyczuwał. Po wcześniejszej hałaśliwości, teraz zachowywali się ciszej, a w ich głosach wychwytywał zaniepokojenie. 

– Elvis!? Gdzie się, kurwa, podziałeś? Znalazłeś kogoś? – zawołał w końcu któryś z łotrzyków; miał słowiański akcent. Adam wyczuł, kiedy minęli jego kryjówkę i rozglądając się – przez chwilę widział w świetle najbliższej lampy prawie całą grupę – szli przed siebie, oddalając się wreszcie od jego klonu. Na szczęście drzewo nie rzucało się w oczy. Drzew było tu mnóstwo. No i słabe światło latarń, przewaga mroku, nie sprzyjały poszukiwaniom. Głosy ucichły, po pewnym czasie wróciły – ktoś i tym razem przeszedł pod jego drzewem, rozglądając się uważnie; spojrzał nawet krótko, acz bez efektu do góry. Po paru minutach znowu ucichło. Niebawem kolejny raz dotarły do niego głosy poszukujących szefa kumpli. Jakby na złość Adamowi, przyjacielskie ciepło zniknęło bez śladu z chwilą zapadnięcia ciemności. Zrobiło się chłodno. Nie dość, że marzł, to prawe udo cierpło mu coraz bardziej w niewygodnej pozycji i pod ciężarem bezwładnego ciała. Musiał opuścić kryjówkę, nim straci czucie w nodze. Kilkakrotnie osuszał krew kapiącą z otarcia na podbródku, który tak wydatnie pomógł mu we wspinaczce z Elvisem pod pachą. Dał się słyszeć słaby jęk. Chłopak dochodził do siebie. Degambe sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, wyciągając małą buteleczkę. Wprawnie nasączył materiał chusteczki – tej samej, którą pielęgnował zadrapanie na brodzie – paroma kroplami płynu i szybko przycisnął ją do ust i nozdrzy budzącego się młodego mężczyzny. Nie za długo. Nie chciał, by ten zasnął zbyt twardo. Nie miał ochoty na dźwiganie do samochodu bezwładnego ciała unieszkodliwionego watażki.  

Natężył słuch. Mimo ciszy w parku odczekał jeszcze ponad kwadrans, zanim zsunął się wreszcie mozolnie na ziemię wraz ze swoją ofiarą. Kulejąc, wepchnął śpiącego pod niewielki, ale rozłożysty świerk, gdzie wcześniej wylądowała lornetka, po czym z trudem doprowadził do stanu używalności kłującą go niemiłosiernym bólem prawą nogę. Następnych parę minut poświęcił na niezbędny rekonesans drogi do samochodu. Na koniec tej małej wycieczki podjechał maszyną możliwie blisko swojego wcześniejszego punktu obserwacji. 

Teraz działał prędko.  

Teren był wyludniony, więc chciał to wykorzystać zanim natknie się na przypadkowych świadków jego operacji wieczorową porą lub, co gorsza, na kontrolujący od czasu do czasu te okolice zmotoryzowany patrol policji. Bubu nie mógł mu tutaj posłużyć dokładną informacją. Stwierdził tylko, że policyjne wypady są nieregularne i nieprzewidywalne, choć – jeśli nic się nie działo i nie napływały skargi od okolicznych mieszkańców – raczej sporadyczne; nawet w tym tak niebezpiecznym rejonie… a może właśnie dlatego. Wytaszczył spod nisko wiszących iglastych gałęzi pochrapującego cicho młodego Mustafę, dobył z kieszeni jedną z zawczasu przygotowanych linek i skrępował mu od przodu obie ręce. Spoliczkował jeńca raz, drugi, trzeci… aż siedzący chwiejnie Elvis zaczął coś niewyraźnie mamrotać. Adam odszukał lornetkę, którą wrzucił do jednej z obszerniejszych kieszeni swojej lekkiej, ale praktycznej kurtki. Wreszcie postawił chłopca na nogi, otoczył prawym ramieniem i trzymając lewą ręką nadgarstki w miejscu skrępowania, ruszył, popychając półprzytomnego mężczyznę w stronę samochodu. Dla ewentualnego przypadkowego obserwatora przedstawiał widok kogoś troszczącego się o pijanego kamrata. Szef przestępczego gangu, mimo więzów i otumanienia, spróbował zaatakować głową prowadzącego go gdzieś faceta. Po otrzymaniu dotkliwego ciosu łokciem w żebra spokorniał jednak i dał się potulnie doprowadzić do czekającego w ciemnościach pojazdu. W wynajętym oplu Degambe dodatkowo związał chłopaka, aby zapewnić sobie bezpieczną jazdę. Zrobił to dokładnie, znając już przebiegłość smagłego zawadiaki. Na wpół leżąc, przywiązany do fotela Elvis miał przed oczami radio; pokonywana przez samochód trasa miała być dla niego poza zasięgiem wzroku. Nim samochód ruszył, Elvis, mimo bólu w szczęce, ponownie zapadł w ciężki sen. Adam włączył silnik i po chwili wóz toczył się ulicami Hamburga w kierunku najbliższego wjazdu na autostradę. Niedługo potem auto sunęło A7 na południowy-zachód z nie wpadającą w oko prędkością 110 km/h. 

Kiedy trochę później Elvis częściowo oprzytomniał… zaczął go ogarniać strach… i bał się coraz bardziej. Przez kilkanaście minut mężczyzna, w którym wyraźnie wyczuwał lepszego od siebie – ba, któremu czuł, że nie dorasta do pięt – nie odpowiadał na żadne jego pytania. Nie pomogły ani krzyki, ani w końcu rozpaczliwe wręcz błagania. Ten niesamowity facio o gębie niegroźnego kutafona nie zaszczycił go nawet jednym spojrzeniem. Zupełnie jakby najzwyczajniej w świecie zapomniał, że wiezie kogoś ze sobą. Ostatecznie wrodzona duma porwanego Albańczyka nakazała mu zamilknąć i Elvis postanowił na razie pogodzić się z sytuacją. 

Płatny zabójca wiózł do miejsca przeznaczenia mordercę dla szpanu.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 20

Post#28 » 23 wrz 2018, o 02:35

Ocknął się z niespokojnej drzemki, w którą kolejny raz zapadł jego otumaniony nokautem i chemikaliami organizm.  

Samochód stał zaparkowany w mroku pogłębionym wiszącą nad nim koroną olbrzymiego dębu. 

Obudził go ostry ból w kłykciach prawej ręki. Jak mógł nie trafić w karczycho tego pierdziela? Jak mógł spierdolić coś takiego? On, niepoczątkujący już w końcu zawodnik karate!  

Rozwiązywany właśnie z pęt przez tego dziwnego draba, penetrował ospałym wzrokiem otoczenie. Stali przed jakimś dużym, eleganckim domem, na ile zdołał to rozpoznać w stonowanym świetle przydomowej latarenki, pod wielkim drzewem i u wjazdu do czyjegoś garażu.  

Zawodowiec, uwolniwszy pojmanego mężczyznę z mocujących do fotela linek, chwycił więźnia za ramię i pomógł mu się wydostać z samochodu. Ręce pozostawił związane. 

– Będziesz się szarpał? – Elvis po raz pierwszy usłyszał głos tego niepozornego, a tak niebezpiecznego typa. Aż drgnął, zaskoczony. Głos ten – zważywszy na okoliczności – wcale nie zabrzmiał odpychająco. Jednocześnie jednak wyczuwało się w nim lodowaty chłód. Chwilę nie odpowiadał. Nie, nie był w nastroju do szarpania się; wiedział już zresztą, że nic by to nie dało. 

– Nie… czy to ojciec pana na mnie nasłał? Chcą się jednak mścić…?  

Tak jak w ciągu całej podróży z Hamburga, nie uzyskał odpowiedzi. Chociaż wciąż jeszcze oszołomiony, odczuł ponownie silne ukłucie lęku.  

Minąwszy garaż, milczący porywacz prowadził go gdzieś na tyły willi. 

„Chyba nie po to, by mnie… rozwalić…?”. Zimny pot wystąpił na czoło Elvisa.  

Zeszli po paru schodkach do wejścia prowadzącego do części piwnicznej budynku.  

Przerażony już teraz nie na żarty Elvis zapragnął nagle wołać o pomoc. Mężczyzna przekręcający właśnie klucz w zamku, odgadł jego intencje i w cichej groźbie boleśnie ścisnął trzymane ramię. Kiedy weszli do środka i zamigotało mdłe światło, Elvis został zmuszony do dalszej wędrówki w głąb piwnicznego labiryntu. Tam, po kilkunastu metrach i dwóch zakrętach, Adam pociągnął do siebie stalowe drzwi, otwierając je szeroko; usytuowane były one w rogu i tuż przy bocznej ścianie lokum, do którego prowadziły.  

Następnie wepchnął porwanego Albańczyka do mrocznego pomieszczenia.  

W podziemnej izbie było ciemno, zaś wystrój wnętrza rysował się niewyraźnie w mizernym świetle wpadającym z korytarza. Piwnica była spora. Dało się to odgadnąć pomimo słabej widoczności.  

Nie zapalając światła, płatny zabójca podprowadził Mustafę do majaczącego niewyraźnie w półmroku, leżącego pod ścianą za drzwiami, materaca. Tam sprawnie zakleszczył mu na lewym nadgarstku obręcz kajdanek wyciągniętych z jednego z licznych zakamarków praktycznej kurtki. Obręcze połączone były kilkudziesięciocentymetrowym łańcuchem, a raczej solidnym stalowym łańcuszkiem o mniej więcej półcalowych ogniwach. Przeciwległy koniec kajdanek zatrzaśnięty został na wystającym ze ściany tuż nad podłogą metalowym półpierścieniu.  

Chwilę potem kidnaper uwolnił jeńca od niepotrzebnego już, krępującego dotąd ręce sznura. Wrócił do potężnych drzwi i zanim zamknął je za sobą na klucz, rzucił na pożegnanie: 

– Nie znam twojego ojca, chłopcze.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 21

Post#29 » 23 wrz 2018, o 21:00

Ralf patrzył z łomoczącym sercem na wyjeżdżający spod ich pięknego dębu i znikający w ciemnościach nocy samochód z Adamem.  

Po chwili w mroku zbliżył się do barku, otworzył go, a zapalone automatycznie światło zaprezentowało zestaw od dawna nie ruszanych trunków. Chwycił opróżnioną w dwóch trzecich flaszkę jacka daniel’sa, podszedł do okna z widokiem na pogrążony teraz w ciemnościach ogród, zdjął nakrętkę i wlał w siebie potężną porcję alkoholu. Delektował się palącym przełyk i wnętrzności ognistym płynem. Pielęgnowana od paru tygodni, wybudzona za sprawą Adama nienawiść do Elvisa Mustafy osiągnęła swoje apogeum.  

Dopiero od niedawna uświadamiał sobie tak jasno i z taką oczywistością, że ten i tylko ten człowiek – bzdura! półczłowiek – był okrutną przyczyną wszystkiego najgorszego, co przydarzyło się w jego życiu.Storch, mimo że był mężczyzną już niemłodym, nigdy dotąd nie przeżył naprawdę, zwłaszcza tak intensywnego jak teraz, uczucia nienawiści.  

Lekarza ogarnął nastrój złowrogiej błogości na myśl, że oto ma w rękach mordercę swoich najbliższych. Wierzył, że karząc Elvisa za wszystko, co ten uczynił jemu, Benowi i Marii, dozna wreszcie – uwalniającego od dręczących go latami cierpień – katharsis.  

„Zadam ci, bestio, męki, o jakich nie masz zielonego pojęcia. Także duchowe, choć… nie wiem… bo przecież takie można zadać tylko komuś, kto duszę posiada. Ty bestio, gadzino, kanalio… ty zero, parazycie na tej ziemi! Cóż ci mój biedny Benni uczynił… był przecież takim dobrym, kochanym chłopcem!”.  

Psychiczny tygiel z mieszanką przeciwstawnych sobie emocji wrze teraz w duszy Ralfa: nienawiść… miłość… tęsknota… I ból! Potworne cierpienie – serce w kleszczach udręki.  

Twarz Ralfa zalana jest łzami. Słone krople skapują mu z brody na kitel chirurga, który ma na sobie. Jak w transie przechodzi z butelką do okna wychodzącego na ulicę. I stoi tam długo – wpatrzony w słabo oświetlone podwórze przed domem, obserwując oczyma wyobraźni Benjamina przemierzającego je w różnych fazach swojego krótkiego życia.  

Dopija resztkę whisky i postanawia nie odkładać dłużej tego, co zaplanował.  

Wychodzi z salonu, kierując się do pomieszczenia w piwnicy, do salki, w której boksował z Benjaminem, a do której przeniósł ostatnio część wyposażenia gabinetu chirurgicznego.  

Czekał tam na niego „pacjent”.  

Pierwszy od tragedii.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 22

Post#30 » 24 wrz 2018, o 21:29

Ralf pociągnął masywne drzwi nieznacznie (jedynie tyle, by móc się przez nie przecisnąć), włączył główne światło, po czym szybko wszedł do dawnego fitnessraum*, będąc gotowym na ewentualne niespodzianki. Adam przedzwonił krótko na jego komórkę i przestrzegł przed przebiegłością zabójcy Benjamina.  

Mustafa stał na lekko ugiętych nogach, niedaleko otwartych teraz drzwi, na leżącym pod ścianą materacu. I choć wyglądał jak gotujący się do ataku drapieżnik, miał – ku zadowoleniu Ralfa – dość mocno przestraszoną minę, i usiłował właśnie przywyknąć do nagłej, oślepiającej jasności. Ralf szybko skonstatował, że do ugięcia nóg zmuszał więźnia nieco przykrótki łańcuszek do kajdanek, a nie chęć na bezsensowną w tej sytuacji napaść. 

Czekając, aż Elvis przywyknie do nagłego blasku, przyglądał się mu z nienawiścią pomieszaną z zaciekawieniem. Chłopak wyglądał bardzo młodo. Ralf nie dałby mu więcej niż osiemnaście lat. Wbrew sobie poczuł przez chwilę litość dla chłopca. Wiedział jednak, że będzie ich miał, tych lat, wkrótce dwadzieścia. Młody mężczyzna miał na gołym ciele czarny wełniany pulower ze sporym wycięciem pod szyją. Wprawne oko byłego sportowca trafnie oszacowało wytrenowanie Mustafy, dostrzegając pod wełną jego drobne, ale sprężyste, muskularne ciało.  

Storch w zadumie świdrował jeńca wzrokiem, nie dostrzegając zrazu rosnącego zakłopotania porwanego mężczyzny.  

Nagle w oczach Elvisa pojawiło się zrozumienie i zaraz potem… strach; Ralf rozpoznał tę odmianę po stężałych raptem rysach młodej twarzy. 

– Pan jest… ojcem… – wychrypiał z trudem zabójca Benjamina.  

Nie zdołał ukryć przerażenia. Uświadomił sobie bowiem, że nie przeżyje tej nocy, jeśli nie zacznie natychmiast działać, jeśli się nie uwolni. Ten facet zaszlachtuje go tutaj: był tego pewien. Tak przynajmniej zrobiłby Ibrahim, jego stary i głowa rodu zarazem. On sam zresztą też by tak postąpił na miejscu ojca Blondasa.  

Ralf wahał się… Nie żeby chciał się wycofać. Był już teraz przekonany, że nie może darować temu bezdusznemu gówniarzowi odebrania mu jedynego ukochanego dziecka i Marii, miłości jego życia. Postanowił jednak zmienić pierwotny plan przystąpienia do zemsty już teraz, w tej chwili. Nagle wzięły w nim górę, ukryte gdzieś w zakamarkach mrocznej duszy, sadyzm i mściwość. Zapragnął raptem nieodparcie doprowadzić zdanego na jego łaskę i niełaskę mordercę Benjamina do namiastki choćby cierpień, jakie maltretowały go na przestrzeni ostatnich lat. 

– Jak się czujesz, chłopcze? – zapytał wręcz grzecznie, nieoczekiwanie miłym dla więźnia głosem. Nie umknęło mu, że Mustafa drgnął na dźwięk jego słów i jakby skarlał bojaźliwie. Jednak po dłuższej chwili odezwał się, i to bynajmniej ani strachliwie, ani uprzejmie. 

– A jak się mam, kurwa, czuć po tym, jak mnie ten skurwiel przykuł tu do ściany… nawet skakać nie mam tu jak z radości. 

– I nie będziesz skakał, oj nie będziesz… zapewniam cię. – Tym razem Ralf rzucił to lodowatym głosem, w którym doskonale wyczuwało się całą potęgę nagromadzonej w nim nienawiści. 

Panika znowu chwyciła Elvisa za gardło; musiał przełknąć i wziąć się w garść, by móc zapytać w miarę normalnym głosem. 

– Co pan chce mi zrobić…?  

Ralf przemilczał.  

Jeszcze się nie zdecydował. W każdym razie chwilowo zmienił plany. Zabójcę jego syna postanowił pozostawić na razie w spokoju. Razem z dręczącymi go strachem, niepewnością i rozpaczliwymi myślami.  

Zarejestrował obtartą do krwi i lekko napuchniętą rękę porwanego watażki. Adam musiał natrafić na agresywny opór Mustafy, który jednak, jak się okazuje, ani trochę chłopakowi nie pomógł. Nocnik leżał przewrócony poza zasięgiem jego (czuł okrutne zadowolenie z powodu tej „własności”) przykutej do ściany ofiary. Storch podszedł do „mobilnego pisuaru” i nogą przysunął tak, by stał się dla Elvisa osiągalny. Uwięziony mężczyzna obserwował go w milczeniu, a chirurg spostrzegł w rozbieganych, ciemnych oczach, że coś knuje. 

– Nie nadwyrężaj mózgownicy. Jeszcze się nadumasz… – I podchodząc do drzwi, dodał: 

– Co chcę z tobą zrobić…? Coś strasznego, niewyobrażalnie paskudnego… możesz mi wierzyć.  

Sam się przestraszył własnego głosu. Na pewno nigdy jeszcze nie zabrzmiało w nim tyle ponurej złowieszczości. Z ręką na klamce dłuższą chwilę spoglądał w milczeniu na panicznie strwożonego mordercę jego jedynego dziecka. Będąc już za drzwiami, nie odmówił sobie przyjemności, by raz jeszcze je uchylić i ponownie popatrzeć z posępną satysfakcją na – skulone teraz pod ścianą – uosobienie śmiertelnego przerażenia.  

Zanim w końcu odszedł, zgasił jednak litościwie światło w pomieszczeniu z uwięzionym Kosowo-Albańczykiem  

 

*Fitnessraum (niem.) – siłownia, studio sportowe


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 21a

Post#31 » 25 wrz 2018, o 21:22

Po dwóch kwadransach od przykucia kajdankami Elvis uwolnił się jako tako od oszałamiającego wpływu specyfiku, którym „poczęstował” go w parku nieznajomy porywacz.  

Zaczął wreszcie myśleć w miarę jasno i… szybko stwierdził, że nie ma szans siłą wyswobodzić się z krępujących jego rękę, mocnych stalowych kajdanek.  

Na ile pozwalał mu metalowy łańcuszek, swobodną ręką i stopami wymacał w egipskich ciemnościach otoczenie. Ocenił, że materac leży nie bezpośrednio na betonie, a na sprężystym i wykonanym najwyraźniej z jakiegoś sztucznego tworzywa podłożu. Zbadał około dziesięciu metrów kwadratowych podłogi wokół siebie, ale nie znalazł w ograniczonym kajdankami promieniu niczego oprócz… nocnika.  

Już zamierzał nim cisnąć z wściekłością w ciemność, kiedy spoza ciężkich drzwi dotarł do jego uszu jakiś dźwięk.  

Wstrzymał oddech, aby zyskać pewność, że słuch go nie myli. Nie… ktoś schodził do piwnicy… odgłosy stały się wyraźniejsze.  

Mustafa szurnął nocnik w bok, żeby mieć wolne ręce.  

Po chwili przekręcono klucz w zamku.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 21a

Post#32 » 25 wrz 2018, o 21:24

Sorry, fragment ten przegapiłem. Miał być rozdziałem 22.

Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 21a

Post#33 » 25 wrz 2018, o 22:16

Jeszcze raz przepraszam, Przyjaciele! 

Stwierdzam, że doprowadzłem do chaosu w moich tekstach. 

Znowu coś przegapiłem. 

Weźmy to na karb intensywnej terapii radiologicznej, której  

teraz doświadczam, a która nie pozostaje bez wpływu na koncentrację. 

Póki jeszcze jako tako kontaktuję, wstawiam tutaj ponownie 

cały fragment "Łez życia" począwszy od rozdziału 21, poprzez  

r.21a, r.22 po nowy fragment (r.23). Mam nadzieję, że ta poprawka 

umożliwi zadowalającą "czytliwość" moich tekstów.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdziały 21-23

Post#34 » 25 wrz 2018, o 23:22

Ralf patrzył z łomoczącym sercem na wyjeżdżający spod ich pięknego dębu i znikający w ciemnościach nocy samochód z Adamem.  

Po chwili w mroku zbliżył się do barku, otworzył go, a zapalone automatycznie światło zaprezentowało zestaw od dawna nie ruszanych trunków. Chwycił opróżnioną w dwóch trzecich flaszkę jacka daniel’sa, podszedł do okna z widokiem na pogrążony teraz w ciemnościach ogród, zdjął nakrętkę i wlał w siebie potężną porcję alkoholu. Delektował się palącym przełyk i wnętrzności ognistym płynem. Pielęgnowana od paru tygodni, wybudzona za sprawą Adama nienawiść do Elvisa Mustafy osiągnęła swoje apogeum.  

Dopiero od niedawna uświadamiał sobie tak jasno i z taką oczywistością, że ten i tylko ten człowiek – bzdura! półczłowiek – był okrutną przyczyną wszystkiego najgorszego, co przydarzyło się w jego życiu. Storch, mimo że był mężczyzną już niemłodym, nigdy dotąd nie przeżył naprawdę, zwłaszcza tak intensywnego jak teraz, uczucia nienawiści.  

Lekarza ogarnął nastrój złowrogiej błogości na myśl, że oto ma w rękach mordercę swoich najbliższych. Wierzył, że karząc Elvisa za wszystko, co ten uczynił jemu, Benowi i Marii, dozna wreszcie – uwalniającego od dręczących go latami cierpień – katharsis.  

„Zadam ci, bestio, męki, o jakich nie masz zielonego pojęcia. Także duchowe, choć… nie wiem… bo przecież takie można zadać tylko komuś, kto duszę posiada. Ty bestio, gadzino, kanalio… ty zero, parazycie na tej ziemi! Cóż ci mój biedny Benni uczynił… był przecież takim dobrym, kochanym chłopcem!”. Psychiczny tygiel z mieszanką przeciwstawnych sobie emocji wrze teraz w duszy Ralfa: nienawiść… miłość… tęsknota… I ból! Potworne cierpienie – serce w kleszczach udręki.  

Twarz Ralfa zalana jest łzami. Słone krople skapują mu z brody na kitel chirurga, który ma na sobie. Jak w transie przechodzi z butelką do okna wychodzącego na ulicę. I stoi tam długo – wpatrzony w słabo oświetlone podwórze przed domem, obserwując oczyma wyobraźni Benjamina przemierzającego je w różnych fazach swojego krótkiego życia.  

Dopija resztkę whisky i postanawia nie odkładać dłużej tego, co zaplanował.  

Wychodzi z salonu, kierując się do pomieszczenia w piwnicy, do salki, w której boksował z Benjaminem, a do której przeniósł ostatnio część wyposażenia gabinetu chirurgicznego.  

Czekał tam na niego „pacjent”.  

Pierwszy od tragedii.  

 

* * *  

Adam Degambe bez zarzutu wypełnił zadanie, za które Storch z góry go opłacił.  

Nie zrobił Ralfowi przysługi dla tych stosunkowo niewielkich pieniędzy. Nie potrzebował ich. Już dawno zabezpieczył się na całe życie, więc o pazerności nie mogło być mowy.  

Rzecz w tym, że niełatwo było obudzić w zrozpaczonym chirurgu pragnienia zemsty, chęci odwetu. Adamowi wydawało się wręcz dziwne, że Ralfa nie interesował człowiek winny jego wszystkich nieszczęść.  

Po długich dyskusjach w jego willi, ojciec zakłutego Benjamina „zrozumiał” w końcu.  

Tak się Adamowi przynajmniej wydawało.  

Ten człowiek szmat życia poświęcił na wychowanie syna w miłości bliźniego i uczciwości.  

Ralf nie wierzył w Boga. Mimo to był zagorzałym pacyfistą. Choć kiedyś trenował namiętnie boks, pozostawał człowiekiem z natury pokojowym, nie znoszącym przemocy i respektującym tylko pokojowe formy rozwiązywania wszelkich konfliktów. I to bez względu na ich znaczenie: czy to w rodzinie, czy na poziomie światowym. Za cholerę nie chciał zaakceptować stanowiska Adama, pozytywnie ustosunkowanego do agresywnej polityki George’a Busha względem fanatycznych terrorystów arabskich.  

Degambe jako psychologa-amatora zdumiewało na tym tle, że ten negujący przemoc człowiek… polubił go. Profesjonalista wyczuwał to doskonale – Ralf polubił zimnego, wyrachowanego, zawodowego zabójcę. Storch był pierwszym w jego anonimowym życiu człowiekiem, który okazywał mu przyjaźń, mimo że znał odstraszającą każdego normalnego Kowalskiego profesję Adama. Wyczuwając tę sympatię już wtedy, podczas rozmowy w samolocie, nie potrafił jej nie odwzajemnić. Tak naprawdę to od wczesnego dzieciństwa nie zdarzyło mu się poznać osobiście i polubić drugiego człowieka.  

Dlatego spontanicznie i bez dłuższego namysłu postanowił pomóc temu naznaczonemu tragedią mężczyźnie. Wprawdzie namówił go niejako do owej pomocy, ale nie miał wątpliwości, że ojciec Bena powinien pomścić bezmyślnie zabitego syna. Zwłaszcza że w tym zwariowanym świecie morderca nie otrzymał… nie tyle wielu lat mamra do odsiadki, co nawet jakiejkolwiek odczuwalnej kary!  

Spotkali się w domu lekarza trzykrotnie.  

Za trzecim razem Ralf dojrzał!  

Adam ucieszył się, widząc w jego oczach coś nowego.  

Dobrze wiedział, co to jest!  

Poprzez rozmarzone spojrzenie jego znajomego z samolotu, w trakcie wspominania Bena bądź Marii, coraz częściej błyskało coś niebezpiecznego.  

Degambe odetchnął z ulgą: to budziła się żądza mordu.  

* * * 

Po dwóch kwadransach od przykucia kajdankami Elvis uwolnił się jako tako od oszałamiającego wpływu specyfiku, którym „poczęstował” go w parku nieznajomy porywacz.  

Zaczął wreszcie myśleć w miarę jasno i… szybko stwierdził, że nie ma szans siłą wyswobodzić się z krępujących jego rękę, mocnych stalowych kajdanek. Na ile pozwalał mu metalowy łańcuszek, swobodną ręką i stopami wymacał w egipskich ciemnościach otoczenie. Ocenił, że materac leży nie bezpośrednio na betonie, a na sprężystym i wykonanym najwyraźniej z jakiegoś sztucznego tworzywa podłożu. Zbadał około dziesięciu metrów kwadratowych podłogi wokół siebie, ale nie znalazł w ograniczonym kajdankami promieniu niczego oprócz… nocnika. Już zamierzał nim cisnąć z wściekłością w ciemność, kiedy spoza ciężkich drzwi dotarł do jego uszu jakiś dźwięk.  

Wstrzymał oddech, aby zyskać pewność, że słuch go nie myli. Nie… ktoś schodził do piwnicy… odgłosy stały się wyraźniejsze.  

Mustafa szurnął nocnik w bok, żeby mieć wolne ręce.  

Po chwili przekręcono klucz w zamku. 

* * * 

Ralf pociągnął masywne drzwi nieznacznie (jedynie tyle, by móc się przez nie przecisnąć), włączył główne światło, po czym szybko wszedł do dawnego fitnessraum*, będąc gotowym na ewentualne niespodzianki. Adam przedzwonił krótko na jego komórkę i przestrzegł przed przebiegłością zabójcy Benjamina.  

Mustafa stał na lekko ugiętych nogach, niedaleko otwartych teraz drzwi, na leżącym pod ścianą materacu. I choć wyglądał jak gotujący się do ataku drapieżnik, miał – ku zadowoleniu Ralfa – dość mocno przestraszoną minę, i usiłował właśnie przywyknąć do nagłej, oślepiającej jasności. Ralf szybko skonstatował, że do ugięcia nóg zmuszał więźnia nieco przykrótki łańcuszek do kajdanek, a nie chęć na bezsensowną w tej sytuacji napaść.  

Czekając, aż Elvis przywyknie do nagłego blasku, przyglądał się mu z nienawiścią pomieszaną z zaciekawieniem. Chłopak wyglądał bardzo młodo. Ralf nie dałby mu więcej niż osiemnaście lat. Wbrew sobie poczuł przez chwilę litość dla chłopca. Wiedział jednak, że będzie ich miał, tych lat, wkrótce dwadzieścia. Młody mężczyzna miał na gołym ciele czarny wełniany pulower ze sporym wycięciem pod szyją. Wprawne oko byłego sportowca trafnie oszacowało wytrenowanie Mustafy, dostrzegając pod wełną jego drobne, ale sprężyste, muskularne ciało.  

Storch w zadumie świdrował jeńca wzrokiem, nie dostrzegając zrazu rosnącego zakłopotania porwanego mężczyzny.  

Nagle w oczach Elvisa pojawiło się zrozumienie i zaraz potem… strach; Ralf rozpoznał tę odmianę po stężałych raptem rysach młodej twarzy. 

– Pan jest… ojcem… – wychrypiał z trudem zabójca Benjamina.  

Nie zdołał ukryć przerażenia. Uświadomił sobie bowiem, że nie przeżyje tej nocy, jeśli nie zacznie natychmiast działać, jeśli się nie uwolni. Ten facet zaszlachtuje go tutaj: był tego pewien. Tak przynajmniej zrobiłby Ibrahim, jego stary i głowa rodu zarazem. On sam zresztą też by tak postąpił na miejscu ojca Blondasa.  

Ralf wahał się… Nie żeby chciał się wycofać. Był już teraz przekonany, że nie może darować temu bezdusznemu gówniarzowi odebrania mu jedynego ukochanego dziecka i Marii, miłości jego życia. Postanowił jednak zmienić pierwotny plan przystąpienia do zemsty już teraz, w tej chwili. Nagle wzięły w nim górę, ukryte gdzieś w zakamarkach mrocznej duszy, sadyzm i mściwość. Zapragnął raptem nieodparcie doprowadzić zdanego na jego łaskę i niełaskę mordercę Benjamina do namiastki choćby cierpień, jakie maltretowały go na przestrzeni ostatnich lat. 

– Jak się czujesz, chłopcze? – zapytał wręcz grzecznie, nieoczekiwanie miłym dla więźnia głosem. Nie umknęło mu, że Mustafa drgnął na dźwięk jego słów i jakby skarlał bojaźliwie. Jednak po dłuższej chwili odezwał się, i to bynajmniej ani strachliwie, ani uprzejmie. 

– A jak się mam, kurwa, czuć po tym, jak mnie ten skurwiel przykuł tu do ściany… nawet skakać nie mam tu jak z radości. 

– I nie będziesz skakał, oj nie będziesz… zapewniam cię.– Tym razem Ralf rzucił to lodowatym głosem, w którym doskonale wyczuwało się całą potęgę nagromadzonej w nim nienawiści.  

Panika znowu chwyciła Elvisa za gardło; musiał przełknąć i wziąć się w garść, by móc zapytać w miarę normalnym głosem. 

– Co pan chce mi zrobić…?  

Ralf przemilczał.  

Jeszcze się nie zdecydował. W każdym razie chwilowo zmienił plany. Zabójcę jego syna postanowił pozostawić na razie w spokoju. Razem z dręczącymi go strachem, niepewnością i rozpaczliwymi myślami.  

Zarejestrował obtartą do krwi i lekko napuchniętą rękę porwanego watażki. Adam musiał natrafić na agresywny opór Mustafy, który jednak, jak się okazuje, ani trochę chłopakowi nie pomógł. Nocnik leżał przewrócony poza zasięgiem jego (czuł okrutne zadowolenie z powodu tej „własności”) przykutej do ściany ofiary. Storch podszedł do „mobilnego pisuaru” i nogą przysunął tak, by stał się dla Elvisa osiągalny. Uwięziony mężczyzna obserwował go w milczeniu, a chirurg spostrzegł w rozbieganych, ciemnych oczach, że coś knuje. 

– Nie nadwyrężaj mózgownicy. Jeszcze się nadumasz… – I podchodząc do drzwi, dodał:  

– Co chcę z tobą zrobić…? Coś strasznego, niewyobrażalnie paskudnego… możesz mi wierzyć. 

Sam się przestraszył własnego głosu. Na pewno nigdy jeszcze nie zabrzmiało w nim tyle ponurej złowieszczości. Z ręką na klamce dłuższą chwilę spoglądał w milczeniu na panicznie strwożonego mordercę jego jedynego dziecka. Będąc już za drzwiami, nie odmówił sobie przyjemności, by raz jeszcze je uchylić i ponownie popatrzeć z posępną satysfakcją na – skulone teraz pod ścianą – uosobienie śmiertelnego przerażenia.  

Zanim w końcu odszedł, zgasił jednak litościwie światło w pomieszczeniu z uwięzionym Kosowo-Albańczykiem.  

 

*Fitnessraum (niem.) – siłownia, studio sportowe 

 

* * *  

 

Elvis był rozwścieczony.  

Dręczył go paniczny strach, a jednocześnie miotała nim burza gniewu, że tak bardzo się boi tego siwego faceta, ojca Blondasa.  

[akapit][/akapit]„Co on mi może, kurwa, zrobić…? Na pewno nie ukatrupi, bo by tyle nie gadał i straszył, tylko by mnie już wykończył. Chce mnie może torturować…? No i dobra… potorturuje i przestanie. Przekona się, że żadna ciepła klucha ze mnie”.  

Pocieszał się tak swoją nieustraszonością, ale nie było to zbyt skuteczne. Zimna obręcz trwogi ściskała serce na wspomnienie tonu, jakim ten dziadek (dla niego wyglądał bardziej na dziadka niż na ojca Blondasa) wypowiedział ostatnie słowa przed opuszczeniem piwnicy. 

– Muszę się stąd, do kurwy nędzy, wydostać! – bluznął głośno, usiłując nadać swoim słowom zdecydowanie i pewność siebie. – Albo mi ten popierdoleniec… gały wykłuje.  

Na samą myśl, że ten cały Storch mógłby go pozbawić wzroku, poczuł, jak mu włosy dęba stają.  

Nagle stracił nerwy i zaczął szarpać desperacko łańcuchem, wyjąc rozpaczliwie z całych sił. Dopiero ostry ból nadgarstka kazał mu się opamiętać. Zacisnął zęby, próbując logicznie rozpatrzyć swoje położenie i możliwości wybrnięcia z pułapki. Przywołał w pamięci wygląd pomieszczenia, w którym się znajdował. Pożałował teraz, że całą uwagę koncentrował na ojcu Blondasa, ignorując otoczenie. Pamiętał jedynie jego jakby sportowy charakter.  

„O! Tak… tam na ścianie w głębi salki wisiały dwie czy trzy pary rękawic bokserskich. Ależ oczywiście! Ta piwnica musiała służyć kiedyś jako sala sportowa, ring bokserski. Tylko co mi z tego odkrycia? Co mi z wiedzy, do chuja pana, że Blondas z kumplami naparzali się tutaj kiedyś?!”.  

Zastanowił się trochę dłużej.  

Nie… nie uwolni się stąd za pomocą jakichkolwiek narzędzi. To jedno pamiętał dobrze: najbliższe przedmioty znajdowały się przynajmniej metr od miejsca, do którego był w stanie sięgnąć stopami, po możliwie maksymalnym rozciągnięciu na podłodze swojego ciała. Mógłby wprawdzie zdjąć ciuchy, zmajstrować coś w rodzaju liny z pętlą i próbować przyciągnąć jakiś masywny przedmiot. Tylko jak to zrobić w kompletnej ciemności (usiłował osiągnąć wyłącznik światła w rogu, z drugiej strony drzwi, ale okazało się to niemożliwe). No, a gdyby to się nawet udało, nie sądził, by po omacku dał radę rozerwać solidny stalowy łańcuszek kajdanek. Poza tym nie wyglądało na to, by mógł się stąd wydostać bez klucza.  

Przez kilka minut naciskał prawą ręką na klamkę – z trudem jej dosięgał – metalowych drzwi, ze wszystkich sił napierając na nie jednocześnie plecami i barkiem. Jednak tkwiły one w żelaznej framudze równie niewzruszenie, jakby były do niej przyspawane.  

Kiedyś w kiciu jeden z recydywy zaoferował się nauczyć go otwierania zamków wszelkiego rodzaju. Nie wykazał zainteresowania. W obecnej sytuacji stało się to kolejnym minusem – być może poradziłby sobie teraz z prostym mechanizmem zamku od kajdanek, a potem z tym w drzwiach jego więzienia. Znalazł nawet w kieszeni kawałek drutu i grzebał nim dobry kwadrans w otworze na kluczyk do stalowych oków.  

W końcu uświadomił sobie, że jego próby przypominają usiłowania człowieka pierwotnego, pragnącego rozniecić ogień przy pomocy krzesanej iskry i mokrej trawy.  

W piwnicy było ciepło. Musiało tu działać ogrzewanie.  

[akapit][/akapit]Elvis czuł, że znowu zaczyna go morzyć senność.  

Ale nie chciał – nie wolno mu było zasnąć!  

Przecież nie da się tu zarżnąć jak ten wieprzek!  

Musiał coś wymyślić. Równie bezradnie czuł się chyba po raz ostatni, gdy ojciec przegnał Michaela, którego tak lubił, a jednak nic nie mógł poradzić na decyzję apodyktycznej głowy rodziny.  

Od paru minut krążył mu po głowie pewien rozpaczliwy pomysł, i – zanim jednak zasnął – w końcu chwycił się desperacko tej ostatniej deski ratunku. Spróbuje sprowokować siwego do, choćby krótkiego, otwarcia kajdanek. Na przykład powie mu, że jest takim samym tchórzem, jakim był Blondas, bo się go po prostu boi i dlatego trzyma na łańcuchu. Co? Nie jest tchórzem? Proszę bardzo: niech więc się tylko odważy otworzyć kajdanki, a przeżyje szok swojego życia! A gdy mu się ten podstęp powiedzie – nie może się nie udać! – wtedy będzie musiał sobie poradzić z tym starym człowiekiem. „Na pewno nie jest takim zawodowcem, jak ten jego kumpel, który tak swobodnie mnie załatwił”.  

Coraz dokuczliwiej doskwierało mu pragnienie, jednak mimo to zasnął tuż po północy.  

Usnął z mocnym postanowieniem wprowadzenia w czyn swojego tak wysoce niepewnego planu.  

Krótko przed świtem, śpiąc niespokojnie, nie był świadom, że przez manipulowany wywietrznik dostają się do salki piwnicznej opary pewnego gazowego związku chemicznego o silnych właściwościach usypiająco-znieczulających..


Mozets
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 256
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdziały 21-23

Post#35 » 27 wrz 2018, o 10:23

Czytelnikom próbującym się domyślać, co wyszkolony chirurg może zrobić swojemu krzywdzicielowi podaje opis ( fakt autentyczny z lat 70-tych) działania pani weterynarz zgwałconej przez 2 osiłków w lesie.  

Po zaspokojeniu chuci dwóch Jaśków z Konkolewa Dolnego (pani weterynarz nie krzyczała, nie traciła energii na obronę, która była niemożliwa, ponadto opór mógłby pchnąć ich do okaleczenia lub zabójstwa ) ofiara udała zadowoloną i zaproponowała; 

Wiecie panowie nie było tak źle, jednak wolałabym to powtórzyć w kulturalnych warunkach. Zapraszam panów do mojego domu na kolację.  

Osiłkowie dali się nabrać. Weterynarz mieszkała w pięknej willi na uboczu wioski. Zawiozła ich swoim samochodem do domu. Poprosiła by się wykąpali, dała im czyściutkie szlafroki, postawiła zakrapianą suto kolację. W trakcie podała im do alkoholu silny środek nasenny. Potem zaaplikowała im narkozę i wykastrowała. Ich klejnoty rzuciła swojemu psu na pożarcie. Opatrzyła, zaszyła, fachowo . By nie było infekcji i obudziła. Powiedziała im co zrobiła. Sprawa sądowa zakończyła się skazaniem osiłków na 2 lata w zawiasach ( za gwałt) i tak samo pani weterynarz 2 lata za okaleczenie Jaśków. (Przepraszam wszystkich Jaśków i Konkolewo -jeśli takie istnieje). 

Mozets karabela z resora od samochodu.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdziały 21-23

Post#36 » 27 wrz 2018, o 16:13

Znałem tę historię Mozets- była głośna swego czasu. 

Inteligencja i zachowanie zimnej krwi przez ową panią doktor zaimponowały mi wtedy. 

Są tu oczywiście pewne paralele z moją historią, acz u mnie zemsta Ralfa prowokuje dopiero dalsze, istotniejsze problemy związane z jego odwetem i wcześniejszym mordem na jego synu. 

Nie wiem czy wspominałem, że "Łzy życia" bazują na wydarzeniach, które rzeczywiście zaistniały w Niemczech, zaś część bohaterów ma swoje pierwowzory w rzeczywistości.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 24

Post#37 » 27 wrz 2018, o 17:09

Elvis Mustafa, młody zabójca Benjamina Storcha – wschodzącej gwiazdy niemieckiej piłki nożnej – obudził się z ciężkiego snu dobre szesnaście godzin po powzięciu swojego na wodzie pisanego planu. Planu uwolnienia się z rąk ojca zakłutego przezeń chłopaka. Zanim otworzył oczy, stwierdził, że cierpi bardziej niż na wielkim kacu. Huczało mu w głowie. Jama ustna była wyschnięta do cna, mimo to czuł w niej smak żelaza i czegoś innego jeszcze, czego nie znał.  

Ni z tego, ni z owego uprzytomnił sobie całkiem jasno, że znowu odwiedził go w snach Blondas.  

"Za późno, za późno, za późno, idioto… nie powiedziałeś mu… choć tak bardzo cię o to prosiłem… a teraz jest już za późno."  

Elvisa ogarnęło tak paniczne przerażenie na to ciągłe „za późno, za późno”, że zaczął żarliwie zapewniać Blondasa o chęci szybkiego naprawieniu błędu. 

"To koniec… za późno…– mówiły płaczące w ciemności oczy. – Nie osiągniesz już Ralfa… nie pozwoli, byś do niego chodził”. 

Elvis zalewał się łzami razem z płaczącymi, niebieskimi oczami Bena, a imadło śmiertelnego lęku miażdżyło mu serce. 

Wybudzony teraz, leżał na wznak, wciąż nie otwierając oczu. Były zaropiałe, a powieki sklejone. Po dłuższej chwili z wysiłkiem zdołał je minimalnie otworzyć. Stwierdził, że nie leży już na podłodze, a na jakimś twardym, wąskim i wysokim łożu. Chciał przetrzeć utrudniające widzenie miejsca w oczodołach, ale odkrył, że jego ręce przymocowane są czymś do leżanki, na której spoczywał. Z trudem, ignorując ból, rozwarł w końcu powieki. W pomieszczeniu włączona była zawieszona prowizorycznie nad nim silna lampa. Nie główna jednak w piwnicy, bo ta, która w tej chwili wisiała dokładnie nad jego łóżkiem, łagodnie rozpraszała mrok, nie rażąc w oczy. Jego głowa górowała nieco nad resztą ciała. Leżał teraz w drugim końcu piwnicznego więzienia na, jak słusznie w końcu wywnioskował, szpitalnej kozetce operacyjnej, a jego ręce unieruchomiono na niej szerokimi pasami.  

Białe prześcieradło okrywało go do wysokości bioder.  

Coś tu się nie zgadzało… 

– Jak tam twoje samopoczucie, morderco mojego chłopca?  

Elvis obrócił głowę w lewo, skąd przemówił do niego Siwy.  

Ojciec Benjamina spoglądał na niego poważnymi, rozognionymi i zmęczonymi oczami. Po policzkach wyraźnie postarzałego od wczoraj mężczyzny spływały łzy. Oczy jego były bardzo podobne do tych ze snu.  

Poczuł ból w dolnych partiach nóg.  

Wstrzymał oddech... nie pozwoli, byś… chodził.  

Elvis podrywa się gwałtownie ze zjeżonym włosem i sercem boleśnie skaczącym do gardła.  

Nie przyjmując do wiadomości wrzynających się boleśnie w przedramiona pasów, patrzy z niebywałym, trwożnym niedowierzaniem, z paraliżującą wszelkie zmysły zgrozą na płasko ścielące się prześcieradło w miejscu, w którym powinny sterczeć jego stopy.


Mozets
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 256
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdziały 21-23

Post#38 » 27 wrz 2018, o 20:30

OK. Nie wnikam w inspiracje tego utworu. To królestwo autora. Raczej poruszam się po ścieżkach fabuły. Oczywiście, że życie pisze najciekawsze scenariusze. Twój scenariusz wydarzeń jest dobrze dobrany bo czytelnik jest zainteresowany dalszym ciągiem. Nie ma płycizn i niepotrzebnych dłużyzn.  

Interesująco dawkujesz napięcie i dramatyzm wydarzeń. Tekst może zainteresować poważnych wydawców. Jednak obłędna "correct political" może studzić ich zapały. Nie rozwijam tego wątku. Z wiadomych przyczyn. Ogólnie sposób prowadzenia akcji w twoim utworze jest kompatybilny z niezawodnym schematem "Szakala". (Film - jeden z lepszych w tym gatunku). 

Mozets karabela z resora od samochodu.


Krzytawy
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 160
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 25

Post#39 » 29 wrz 2018, o 11:07

Ralf Storch został skazany na dziesięć lat odosobnienia za zaplanowane, trwałe okaleczenie Elvisa Mustafy oraz sześcioletni zakaz wykonywania zawodu po wyjściu na wolność. Nie przejął się surowym wyrokiem – dla niego życie po utracie Marii i Bena tak czy owak pozbawione zostało wszelkiego sensu.  

A jednak nawet on dostrzegał niesprawiedliwość w ekstremalnej różnicy w wysokości wyroków wydanych teraz na niego i wcześniej na mordercę jego dziecka. Po dokonaniu szokującej ogół obywateli zemsty nie odezwał się do kogokolwiek jednym słowem. Nie dawał się wciągnąć w jakiekolwiek dywagacje na temat tego, co zrobił. Ani z policją, ani z psychologiem, ani z przyznanym mu z urzędu obrońcą, z sędzią prowadzącym rozprawę czy też z dziennikarzami.  

Jego postępek wzbudził kontrowersje w mediach i w społeczeństwie. Zdania były podzielone. Byli tacy, którzy przyklasnęli takiemu ukaraniu młodocianego mordercy, kpiącego sobie z prawa i mającego gdzieś wszelkie zasady moralne. Inni oburzali się i porównywali Ralfa do terrorystów, którzy uzurpowali sobie prawo do mordowania na prawo i lewo. Samosądy dobre były w średniowieczu czy na dzikim zachodzie, nie w kraju cywilizowanym, który do ścigania i karania za przestępstwa dysponuje odpowiednio wyspecjalizowanymi i skutecznymi organami. Że za mord na Benjaminie Storchu Mustafa nie poniósł konsekwencji? Jak to nie? Otrzymał przecież wyrok w zawieszeniu, co oznaczało, że przy kontynuowaniu aktywnej przestępczej działalności, prędzej czy później znalazłby się na długo za kratkami. Wielu antagonistów śmiało się tylko na takie argumenty, podając inne przykłady bezkarności kryminalistów w Niemczech, którzy mieli już „zawieszki” i zamiast lądować hinter schwedischen Gardinen*, po popełnieniu dalszych przestępstw, „skazywani” zostawali na kolejne kary w zawieszeniu. A poza tym: jak się ma niezwykle surowy wyrok wydany na wziętego chirurga, do tego „błazeńskiego” – jak z oburzeniem wyżywano się w internecie na niemieckim systemie karnym, który zasądzono zabójcy Benjamina Storcha? I to zabójcy cudzoziemskiego pochodzenia! To są kpiny ze sprawiedliwości – grzmieli zwolennicy linczu. Ten ceniony – co z zapałem zaznaczano – lekarz miał mimo wszystko usprawiedliwiającą okrutny czyn motywację. Mustafa, obcy na niemieckiej Ziemi – o czym również z ochotą przypominano (zwłaszcza neofaszyści) – zabił niemieckiego sportowca jedynie dla zaspokojenia żądzy mordu i nie poniósł z tego powodu żadnych – z jego punktu widzenia – dotkliwych konsekwencji.  

Ralfowi cały ten zgiełk wokół jego osoby był absolutnie obojętny.  

Zrobił, co zrobił… i spłynęła na niego odprężająca ulga. Czuł się jak ktoś, kto poczynił posługę odeszłym z tego świata bliskim, kto wypełnił swój ostatni względem nich obowiązek.  

W więzieniu znalazł się już niecałe cztery miesiące po amputowaniu nóg mordercy jego rodziny. Na rozprawie sądowej niczemu nie zaprzeczał. Po prostu milczał. Mógł prawdopodobnie wywalczyć niższy wymiar kary, ale był ponad tym wszystkim. Czekał tylko, aż przestaną go ciągać tam i z powrotem po sądach, psychiatrach i urzędach. Chciał się znaleźć w celi i mieć wreszcie spokój – tych parę lat, które mu zasądzą. Okazało się, że tych parę lat oznaczało ich całe dziesięć! Ale i to przyjął ze stoickim spokojem. Nie miał żadnych planów na przyszłość, więc długość odsiadki ani go grzała, ani ziębiła.  

Jednakowoż bardzo niemile zaskoczyło go, gdy wsadzony został do celi wraz z dwoma innymi jeszcze więźniami. To już bowiem nie było. mu obojętne! Po raz pierwszy wykorzystał swoje koneksje, przedzwonił do Roberta, dawnego przyjaciela ze szkoły średniej, który był teraz szychą w środowisku prawniczym.  

Po miesiącu dostał dużo mniejszą, ale własną celę i mógł się wreszcie napawać spokojem.  

Od początku – i tak już pozostało do końca – brał umiarkowany udział w aktywnościach minispołeczeństwa odseparowanego od świata wysokim murem. Robił wspólnie z innymi więźniami wyłącznie to, co musiał i czego nie mógł uniknąć, nie chcąc wchodzić w konflikt z władzami zakładu karnego. Zakład penitencjarny, w którym przyszło mu odsiedzieć zasądzony wyrok, miał zaostrzony reżim, a odpokutowujący tu swoje winy przestępcy rzadko odzyskiwali wolność wcześniej niż po upływie pięciu lat. Przepustkę za mur regulaminowo można było dostać dopiero po odbyciu jednej trzeciej kary, a i wtedy należało na nią najpierw zapracować.  

Teoretycznie – w demokratycznym systemie niemieckim – mógł otrzymać urlop już nawet w pierwszym roku odsiadki. Musiałby jedynie dla osiągnięcia tego celu zabrać się do pisania odpowiednich, możliwie wiarygodnie umotywowanych podań. Tego jednak, w swoim tępym uporze oraz ze strachu przed powrotem do życia w społeczeństwie, nie zamierzał robić.  

Ralf Storch nie musiał się więc na razie pucować, by otrzymać prawo do krótkiego urlopu. Póki co nie potrzebował się tym kłopotać. Poza tym było mu tu dobrze. Do świata na zewnątrz nie ciągnęło go, a w swojej maleńkiej celi mógł, przez nikogo nie nagabywany, leżeć godzinami na pryczy, wpatrywać się w sufit i marzyć, i wspominać, wspominać, wspominać…  

Od popełnienia aktu zemsty przestał bezmyślnie i pełen bólu rozpaczać po Benjaminie i Marii. Za to setki razy wracał teraz w pamięci do wszelkich przyjemnych chwil z dawnych szczęśliwych czasów ze swoją skromną, kochaną rodzinką.  

I ciągle od nowa odkrywał coś z przeszłości, co było miłe, wywoływało ciepło w sercu i uśmiech na twarzy.  

I tak minął pierwszy rok z ośmiu, które przyjdzie mu ostatecznie odsiedzieć. 

 

* Hinter schwedischen Gardinen (niem.) – za szwedzkimi firankami: powiedzenie to (zarówno w języku niemieckim, jak i w polskim) oznacza, że siedzący za szwedzkimi firankami to ktoś, kto odbywa karę więzienia.


Kawka
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 858
Zobacz teksty użytkownika:

"Łzy życia"- Rozdział 25

Post#40 » 29 wrz 2018, o 17:23

:) ;)

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości